Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Franio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Franio. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 grudnia 2013

Wiem, ale nie wiem

W tym roku dla odmiany wiem, co dostanę pod choinkę. Ale co z tego? Nawet w sklepie byłam i widziałam pudełko, ale nie wiem, w ręku nie mam, jeszcze nie czuję, cierpliwości upraszam, bo ze skóry wychodzę.
Rzecz w tym, że umyśliłam sobie iść w smartfony. A jak tak, to najpierw myślałam, kombinowałam, jaki, bo ja ślepa, żeby lekki, bo cegieł mam już dość w życiu (guzikowce są grube i toporne przecież), macałam w sklepie i zdecydowawszy, że Samsung Galaxy Note, a że mnie na 3 nie stać, to dwójka. No, ale się okazało, ze jak przejdę na bill pay to stać mnie na trójkę, a do tego rozmowy darmowe będę miała ileś tam minut, co mi się koniec końców opłacało (również dzięki przyjacielowi Michaliny, ale to długa historia). Stanęło więc na tym modelu.
A jak abonament, to wprawdzie rodzina kupuje, ale ja muszę podpisać, stąd moja obecność w sklepie.
Syna w roli cerbera córka wysłała ze mną, zaraz od pani przejął telefon, nawet nie powąchałam.
I tak sobie czekam, całkiem jak ten franio-podobny Jack Russell z filmiku poniżej


Przekupstwo nie pomogło, podstęp, że trzeba sprawdzic, czy nie porysowany i czy nie pęknięty też nie. Cóż zostało, tydzień spania przy talerzu z ciasteczkami, haha.

Ale zeby nie było jakoś specjalnie fajnie, to przy okazji wymiany sim card coś się pani pokiełbasiło i w rezultacie nie przerzuciła mi połowy numerów telefonów i oczywiscie jakich nie ma? Tych najważniejszych i najczęściej używanych. Także, kto mnie zna i wie, że powinnam mieć Wasz telefon, proszę mi słać swoje numery, bo jak znam życie, w moim spisie brakuje właśnie Waszego :-)
A ja czekam :-)

sobota, 8 grudnia 2012

Choinka przybyła, a właściwie już tu była od lat, a zdjęcia są 'non grata' chyba, że zapłacę haracz

Już chciałam się zakopać w łóżku z książką, ale pomyślalam, ze tak dawno niczego tu nie pisałam, że muszę zasiąść. Jak nie teraz, to znowu jutro wpadnę w wir sprzątania i gotowania, w niedzielę biblioteka, a potem już się nic nie chce i tak mi zejdzie.

Ostatnio dużo mam na głowie, i problemów polskich, i tutejszych obowiązków, szkoda tylko, że piniędzy z tego nie ma. Ale biedy też nie, to najważniejsze.

Chyba Wam opowiadałam, jak bardzo dla mnie ważna jest choinka? W tym roku mąż postanowił, w ramach oszczędności, bo u nas drzewka drogie (przynajmniej takie, które mi się podobają), jak również w ramach projektu - oczyszczanie ogrodu z niepotrzebnych elementów - wyciąć drzewko domowe i postawić je w salonie. Oponowałam, udało mi się w zeszłym roku, ale w tym już nie. Takie dziko rosnące wiadomo, jak wygląda - pień, jedno piętro gałęzi, przerwa, drugie, przerwa, duże przerwy, wrażenie, że łyse. Do tego dziwnie rosną te gałązki, jak postawił w salonie, to się popłakałam. W przerwach też trochę się śmiałam, bo wyglądało jak po pożarze u Griswaldów. Odmówiłam strojenia.
Foch.
Siedziałam nabzdyczona, a mąż ubierał z synem. Dwa dni mu to zajęło, ale efekt, muszę mu przyznać, całkiem całkiem. W każdym razie strasznego obciachu nie ma, mimo, że nie w moim stylu, bo ja lubię gęste bardzo drzewiszcza.
Niestety nie mogę dodać zdjęcia, bo okazało się, że skończyła mi się darmowa przestrzeń na fotki, czy ktoś wie, jak to ominąć, czy jak najtaniej się z tym obejść?
Tak się wkurzyłam, że chyba jednak sobie pójdę.
Jeśli ktoś ma radę, będę wdzięczna.

P.S. Franek dostał kartkę świąteczną od Ady (oba są czworonogami, jakby ktoś nie wiedział). Właściciela Ady proszę o ujawnienie, bo wiem tylko, że ze Szwecji (i cóż, że ze ...), ale u kogo rezyduje? Ciekawam
Melduję, że Franek się ucieszył, chciał zjeść, ale mu nie dałam, stoi teraz kartka nad kominkiem i się śmieje :-) Dzięki


udało się tym razem :-)

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Weekend na ogonie postawiony, ale za to gęsto było od drzew, a iskry leciały i łzy się lały, jak nie przymierzając przy PMS

A właściwie dlaczego nie przymierzając, właśnie, ze to jest PMS. Chyba, bo jak wiecie mając Mirenę, nie bardzo wiem. Ale musiał on ci to być, bo jestem na zmianę albo wkurzona, albo płaczliwa. Co ja się napłakałam w ostatnie trzy dni. Pokazali wyniesienie trumien z Powązek, tych ekshumowanych z grobów zbiorowych, ja w bek, jak rozmawiali z kobietą więzioną lata całe w powojennej Polsce, znowu łzy polałam, pokazali dzisiaj w 'Domu' jak matka opuszczała gospodarstwo w Sierpuchowie, bo mąż zmarł, tak szlochałam, ze myślałam, ze mi serce stanie. To nienormalne, przecież ja widziałam ten film milion razy. Mąż to widzi i tylko do Wojtka hasło rzuca - babcia Sabinka. Jego mama, Sabina właśnie, też tak popłakuje, jak przyjedziemy, jak wyjeżdżamy, jak coś się w rodzinie dzieje, babcia płacze. I ja chyba też to mam.
Iskry lecą, bo jak nie płaczę, to się wściekam, az mnie to samą męczy. Do tego czuję się niezrozumiana, niekochana, nic nie warta i ogólnie odpad. No, czy nie typowy PMS?

Weekend na ogonie stał, bo okazało się, że Franciszek ma tam ranę, poznałam tylko po tym, że jest wyjątkowo zainteresowanym jednym miejscem, pod włosami nie było widać, a do tego nie daje sobie tego obejrzeć, ani mnie, ani mężowi, od razu zęby na wierzch, zapakowałam go do samochodu i do weterynarza. Trzymał go syn, trzymałam ja, pysk miał zawiązany a i tak ledwo dawaliśmy sobie z nim radę. Pierwszy raz taka akcja. Po ogoleniu ogona okazało się, że rana jest, rozjątrzona, do tego ropa, więc zastrzyki, antybiotyki w tabletkach, maści - psu na budę, ale nie na fankowy ogon, bo nie daje sobie posmarować, a jak już, to zlizuje, chociaż ma tę obrożę niby, lampę taką, ale jakoś się tak wygina jak jogin i zawsze sobie ten ogon, długi do tego, pod nos wetknie. Co my z nim tu mamy. Wściekamy się na niego, bo taki agresywny z tym ogonem, a zaraz potem płaczemy, czy gorzej nie będzie. Trzy godziny go dzisiaj drapałam i głaskałam, żeby uwagę od ogona odwrócić.

Na spacer go zabraliśmy, tym razem pojechaliśmy w miejsce nam nieznane do Ards Forest Park. Blisko nas, ale nigdy tam nie byliśmy, nikt nam nie powiedział, dopiero Ewa z Tomkiem, kiedy nas wizytowali wspomnieli o tym, a mężowi zaraz się przypomniało, że faktycznie jakiś las niedaleko jest. A trzeba Wam wiedzieć, że  w naszej części Donegalu lasów jak na lekarstwo, drzewo swego czasu było potrzebne, to powycinali w pień i teraz kamień na kamieniu. No, ale tam las aż miło, mąż jak w domu się poczuł, bo przecież u nich lasy piękne, gęste i zasobne.
Dla nas taki widok to rzadkość 


A to Franiu, wyjątkowo bez 'lampy', widać ogolony ogon, a taki miał pióropusz śliczny na końcu


W życiu nie sądziłam, ze mi kiedykolwiek lasu będzie brakować


Dostałam wyróżnienie blogowe, mam napisać siedem rzeczy, których o mnie nie wiecie. Hm, po tylu latach blogowania nie wiem, czy siedem znajdę. Ale coś tam napiszę, no i obrazek wkleję, bo to jakby medal. Nie zapomniałam, jedynie myślę i za ogonem latam, stąd to opóźnienie

niedziela, 19 sierpnia 2012

Przyszła kryska na Matyska, piłka była wielce pożądana, a łodzie też odchodzą na emeryturę

W tym wypadku Matyskiem jest mój ząb o imieniu szóstka dolna lewa
Ale mam jazdę. Najpierw lekko bolał mnie ząb. W ogóle nie jestem do tego przyzwyczajona, bo w miarę na bieżąco mam sprawdzaną paszczękę i nigdy nie doprowadzam do tego, żeby ból. Najpierw myślałam, że go czymś uraziłam, może mi coś wlazło, więc się pastwiłam niciami  i innymi sprzęciorkami, żeby ewentualnie usunąć problem. Po dwóch dniach jednak musiałam pogodzić się z faktem, że dentysta mile widziany i jakoś się dostałam, chociaż u nas bez umawiania się jest ciężko.
No i co, ząb Matysek idzie precz jutro. Z rana mam się stawić na egzekucję. On był kiedyś tam dawno leczony kanałowo, na zasadzie kupienia mu kilku lat, wytrzymał coś ze 12 albo trochę więcej.
O mamusiu, jak ja się boję.
Z bólem zawalczyłam przeciwbólowymi jak dla konia, z zapaleniem antybiotykiem, chodzę skołowana, bo te leki są mocne i czuję się trochę jak na haju, ale najbardziej boję się jutro tego rwania, bo to ząb z tyłu, korzenie poza tym na zdjęciu objawiły się pozawijane czy coś tam, będzie m-a-s-a-k-r-a, do tego ja się nie najlepiej znieczulam.
O Bożeńciu litościwy, ratunku.
Panika
A tak w ogóle to nic wielkiego się nie dzieje, bo jak boli to wszystko wisi. Rozumiecie co mam na myśli.
Ale poczułam się w obowiązku i upiekłam ciasto na piknik sobotni, gdzie sprzedawaliśmy wypieki i dochody poszły na naszą polska szkołę. Najpierw myślałam, że nie dam rady, ale antybiotyk i 'haj-tabletki' zdziałały cuda i wprawdzie przepis widziałam podwójnie, ale jakos do pieca blachą trafiłam.
Dzisiaj spacer, bo wiadomo, ta ostaaaatnia niedziela z zębem szóstką, trzeba się pocieszyć.
Mąż znalazł boję gumowa i bawili się z Franciszkiem traktując ją jak piłkę. Franek się zakochał, nie odstępuje jej na krok
Najpierw chwilę grali, ale mąż zdecydował iść do domu i piłkę-boję położył na stole, Franek postanowił jej popilnować, jednocześnie spoglądając w stronę domu w oczekiwaniu na powrót pana



No i się doczekał, rzucanie, szczekanie, radość wielka, gra w piłkę nigdy się Frankowi nie nudzi


Tyle, ze u niego powinno to się nazywać gra w piłkę zębową, a nie nożną, bo stara się chwycić zębami i ją raczej nosić niż popychać nosem

 Pan do domu, piłka-boja na stół, tym razem Franciszek postanowił nie siedzieć pod stołem, podskoczył i znalazł się na, a co

 No to pan powiesił na karmiku, bo się bał, że Franek wreszcie zdoła przebić ją zębami, oj nie spodobało mu się to i szczekał głośno - piłko natychmiast schodz tu na dół

 A może uda mi się doskoczyć, jak na stół? O kurczę, chyba jednak nie


Spacerowałam po plaży, a raczej piasku, który podczas przypływu jest dnem oceanu przy brzegu i wdychałam intensywnie powietrze. Nie wiem dlaczego zapach wody przywodził na myśl deszczowe dni w Koszalinie za moich młodzieńczych lat. Skąd to porównanie, powiedzieć nie umiem. Właściwie to ja lubię deszcz, byle by nie zacinał złośliwie za kołnierz, nie budził dreszczy, czyli taki letni, albo jak człowiek przygotowany i ma parasol i odpowiednie odzienie. W tym miejscu stoją wraki łodzi rybackich, akurat dobry klimat przed wieczornym seansem filmu Miasto z morza, na podstawie powieści Fleszarowej-Muskat 'Tak trzymać'. Oglądałam sobie te łodzie z bliska, myślałam o tym, jak to ludzie kiedyś na nich zarabiali na życie, jak trudzili się przy połowach, opierali złej pogodzie i zdradliwemu wichrowi, tęsknili za dziewczyną, która czekała w porcie. A teraz stoją takie bezużyteczne i bez duszy, smutne, ale dumne.


czwartek, 5 lipca 2012

Jakby co, wskoczę na wilka i pognam w nieznane

Dzisiaj małżon wywlókł mnie z domu na ryby. To znaczy on na ryby, ja poczytać, pies pohasać.
Wszystko się zgadza, tylko, że wybraliśmy się jak matoły.
Zarządził ten wyjazd 'teraz natychmiast', bo godzina przed najwyższym przypływem i ryby biorą. A tam jedzie się dwadzieścia minut. Buty w zęby, książkę pod pachę i heja.
Zapomniałam, że lepiej się słucha książek niż czyta w takie słońce. Do tego trzeba było gębę wysmarować, bo jak taki deszcz non stop, to przecież ja w ogóle nie nawykła do blasku mocnego słonecznego prosto w pysk przez ponad godzinę.
Okularów nie wzięłam, na szczęście jakieś szarpaki w samochodzie miałam.
Jak już dowlekliśmy się do skał okazało się, że nie mam siedzonka, czyli takiej poduszki pierdzącej pod tyłek, żeby sobie swobodnie na kamieniach siedzieć.
Malżon z kijem na skały pognał jak, nie przymierzając, kozica jakaś, pies też hyc hyc, a ja zaczęłam szukać jakiejś miejscówki. Widok cudny, oczywiście aparat został w domu.
Rozsiadłam się na wyglądającej dobrze półce skalnej, ale miałam kolano jedno pod brodą. Przesunęłam się na kolejną, jakoś dziwnie skręcona byłam, na trzeciej dopiero zaznałam jakiej takiej wygody.
Poczytałam, nawet mi się tak rajsko, sielsko, anielsko zrobiło, bo co chwila Frank do mnie przybiegał z językiem na wierzchu i kazał się głaskać - podrzucał moją dłoń pyskiem wysoko, mając nadzieję, że jak spadnie ponownie, to na jego kark i będę go miziać. Pachniał słoną wodą. Słońce w oczach. Takie intymne momenty z psiakiem nad oceanem. Serce przy sercu. Fajnie.
Książka arcy ciekawa, to się nie zorientowałam, że mnie pysk piecze. Jak znam życie, jutro wstanę i będę miała czerwone policzki i białe koła po okularach wokół oczu. Czoło oczywiście też białe. I wilka, bo pod tyłkiem tylko cienki ręczniczek. Znacie ten kawał o ułanach? Poruczniku na koń! Ale ja mam wilka. To na wilka.
A tak na poważnie, pomyślałam trochę też na tych skałach i muszę przyznać, że taki wieczór nad samym oceanem z psem i książką to jest absolutny luksus. Jak na to tak spojrzeć, ile by mi pieniędzy nie brakowało, jestem bogata.

niedziela, 10 czerwca 2012

Egzamin matczyny, przynajmniej w jednej drugiej, bo Wojtek dalej przy mnie, zdany

Zamilkłam, ale miałam nie lada powód. Wyjechana byłam. Tym razem do Dublina na zakończenie studiów córki. Tutaj mają dwa, wielka gala z obiadem dla absolwentów i ich rodzin i te słynne zdjęcia w czarnej pelerynie a'la batman i birecie, czyli czapce z kartonowym kwadracie na wierzchu i frędzlem zwisającym z boku - to będzie miało miejsce dopiero w listopadzie. Dlaczego tak późno, nie pytajcie mnie, nie wiem. Nikt nie potrafi mi tego wyjaśnić. Tak jest i już.
W piątek natomiast miała miejsce ceremonia wręczania nagród, a to dla najlepszego studenta, a to dla najlepszego projektu i za inne zasługi. Ponieważ kierunek córki jest artystyczny, ma miejsce też wystawa.

Z domu wyjechałam po siódmej rano, żeby dopiero przed pierwszą znaleźć się w Dublinie. Wyjątkowo zapłakane miasto tego dnia, ale ludzie nie dawali się aurze i dziarsko przemierzali ulice. Mimo, że po kilkugodzinnej podróży, zaraz mi się ta dzierskość udzieliła, a i pewnie też adrenalina i endorfiny mi się wydzieliły, z radości, że widzę córkę, jeszcze-nie-zięcia (kocham ich straszniście), ale też i czekający wieczór mnie niezwykle nakręcał. Przebrałyśmy się w to, co każda tam miała, już myślałam, że wychodzimy, kiedy córka mnie zaskoczyła prośbą, żeby jej zrobić fryzurę. Już wcześniej miała ją na weselu znajomej i faktycznie dobrze wyglądała w niej, więc włączyłyśmy video z instruktażem  uplotłam jej włosy i upięłam tak, jak tam było pokazane. Trochę inaczej tym razem mi wyszło, ale też fajnie. Najważniejsze, że córka czuła się wyjątkowo tego wieczoru, bo to tak naprawdę ukoronowanie czterech lat jej ciężkiej pracy.
A piękne to ukoronowanie, bo dostała dwie nagrody. Pierwszą za najlepszy research do pracy dyplomowej, który skutkował jedną z dwóch najlepszych prac na roku, wśród prawie 200 studentów na 7 kursach Art&Design (sztuki piękne, sztuki wizualne, wzornictwo produktu, wzornictwo mebli, wizualna komunikacja, architektura wnętrz, projektowanie wizualne powierzchni handlowych), tamta była wyróżniona za coś innego, ale koniec końców dwie osoby dostały nagrodę za najlepsze prace pisemne. Do tego wykładowcy potem w rozmowie podkreślali (i to kilku niezależnie od siebie), że egzaminator zewnętrzny, który przyjechał z Londynu, nie mógł przestać o pracy Michaliny mówić, ze to chyba pierwszy raz, kiedy on, specjalista, czytał pracę z wielkim zainteresowaniem i nie mógł jej odłożyć, że jest to wielka sprawa mieć nie tylko wizje jako projektant, ale i umiejętności, zeby o designie pisać i że Michalina powinna publikować artykuły w prasie fachowej i nie zarzucić pisania. Zresztą fragmenty jej pracy będą opublikowane w magazynie, który wszyscy projektanci czytają. Dziecko było w siódmym niebie, ja też, bo tyle się nasłuchałam komplementów, a jeszcze jak mówili, że to się wcześniej nie zdarzyło, żeby było takie zainteresowanie pracą pisemną, że badania przeprowadzone i wnioski są bardzo ciekawe i dojrzałe, że normalnie to oni to wszystko czytają, bo muszą, a tu nagle 'kryminał' dla designerów, przewracasz kartki i zastanawiasz się co dalej? Temat też miała wdzięczny, bo seksizm w reklamie retro, czyli jak to było za czasów Mad Men i jak jest teraz (oczywiście bardzo mądrze sformułowany był ten tytuł, ja tu tak tylko w skrócie i prosto podaję).

Rozdanie nagród odbywało się w Station House (czyli byłej hali dworca kolejowego) w Dublinie, gdzie otworzono też wystawę prac absolwentów, która będzie jeszcze czynna jakiś czas i każdy zainteresowany, w domyśle przyszły pracodawca, może przyjść, wziąć katalog, gdzie są wszelkie dane projektanta czy artysty, zobaczyć, co oni teraz robią i czy by ich do siebie nie skaptować? Każdy ma nadzieje być zauważonym.


Michaliny stoisko prezentowało projekt butelki whiscy ze wskazaniem, że chcą zacząć sprzedawać dla kobiet. Jest taki myk tam, że jak patrzysz na pudełko to widzisz melonik i wąsy, a jak wyjmiesz butelkę to pod melonikiem nie ma faktycznie wąsów, a ukazują się czerwone usta.
Projekt jest wynikiem kompromisu córki i dwóch wykładowczyń, które prowadziły projekt (występowaly w roli klienta jakby), bo Miśka miała całkiem inny pomysł, ale nie przeszedł (z wykładowcami nie zawalczysz, bo ci po prostu pracy nie przepuszczą), ale egzaminator zewnętrzny miał pokazane też inne projekty i powiedział, ze pierwszy pomysł podobał mu się bardziej, co nie znaczy, ze ten drugi jest zły. Miała też projekt herbaciany z Chin i projekt książki (i gotowa już wydrukowana) o naszym Franku. Wszystkie wysoko ocenione, a przy jej stoisku było dużo ludzi i brali wizytówki. Smiałyśmy się, że wzięła ich na psa, bo kto by się przy psie/kocie/dziecku nie zatrzymał.


Największym zaskoczeniem była druga nagroda, którą dostała. Na zakończenie wręczania wszystkich wyróżnień dla studentów z 7 kursów, wyszedł główny boss tego wydziału (czy jak to się nazywa po polsku, taki od tych wszystkich siedmiu) i powiedział, że jest tak nagroda imienia Johna Creaga ( Annual Memorial Trophy for Outstanding Studentship Award). John był założycielem Art&Design, miał wizję, pasję, zawsze mu się chciało i był niezwykle pozytywnym człowiekiem. Student, który otrzymuje tę nagrodę musi być w takim właśnie stylu, nie tylko talent, ale i osobowość, żyłka społecznikowska, nie tylko do siebie, ale też dla innych, otwartość umysłu i serca, po prostu ogólnie student i człowiek wyjątkowy. W tym roku były dwie nominacje i ostatecznie kapituła zdecydowała przyznać nagrodę Michalinie. Niesamowite, wszyscy zaczęli klaskać, a wykładowcy najgłośniej (siedziałam za nimi). Michalina w szoku, ja też, strasznie się wzruszyłam, aż sobie paznokcie w dłonie wbijałam, zeby nie beczeć, bo wiecie, oczy mam na mokrym miejscu.
Dostała taki puchar, na którym pod innymi nazwiskami jest wyryte jej, musiała go oddać, bo on stoi w gablocie na uczelni i po wsze czasy będzie tam widniało jej imię i nazwisko. Coś tam dostanie w zamian, ale nawet nie wiem, co.


Gdzieś mam, czy ktoś pomyśli, że mi odbija sodówa czy nie, siedziałam tam i myślałam - Kaśka, to też twój sukces, dziecko wchodzi w życie z wiarą we własne siły, ale zanim to się stanie, wszyscy mówią, że twoja córka jest po prostu wyjątkowa i fantastyczna. Dla mnie zawsze, ale cieszę się, że poznali się na niej też inni. Widzę, że jako matka też zdałam egzamin. Oczywiście to jej sukces i się wcale nie podłączam, ale swój maleńki udział też mam. Strasznie jestem dumna i szczęśliwa.

niedziela, 20 maja 2012

Jak to wszystko poukładać? Spróbuję

Nie potrafię sobie tego wszystkiego poukładać tak, zeby Wam sensownie opisać, jakie mną emocje targały i dlaczego.
Po pierwsze sprawa mamy. Nie będę wchodziła w szczegóły, bo kogo to obchodzi, powiem tylko, że ledwo sobie dawałam psychicznie radę. Kondycja mamy, psychiczna, podyktowana jest jej stanem po udarze. Nie bardzo dawałam sobie radę z jej wybuchami złości i agresji, nie mogąc z nią logicznie rozmawiać, a jedynie mogąc unikać tych ataków jak się da. Kiedy już następowały, a przeważnie było to wtedy, kiedy jednym słowem próbowała mi wytłumaczyć coś, czego za Chiny nie mogłam pojąć, bo za tym jednym kryła się historia cała zrozumiała tylko dla niej jednej, nie miałam innego wyjścia jak przeczekiwać, chować się gdzieś w kącie. Trudne bardzo.
Ratowało mnie to, że przeważnie wieczorem (ale nie codziennie) miałam spotkania z przyjaciółmi czy znajomymi, zawsze przemiłe i ciekawe, często zakrapiane. Nie piję zwykle, ale wtedy pozwalałam sobie na kieliszek czy dwa wina, żeby jakoś odreagować. Poza tym w miłym towarzystwie, przy wspaniałym jedzonku, nie ma to jak napitek właściwy.

Jesli idzie o moje odchudzanie, nie zarzuciłam - odmówiłam sobie polskich ciast i wspaniałych cukierasków, ciasteczek i innych obiektów pożądania. Znajomi gotują wspaniale i nie było ziemniaków czy chleba w nadmiarze, natomiast pieczone mięsa, różne indyjskie dania, grillowane mięso z sałatkami, a i owszem. Najpierw u Doroty, a potem u Mileny, po raz pierwszy i drugi w życiu zjadłam oliwki i strasznie w nich zagustowałam. Nie wiem, jak to się stało, ale mi zasmakowały. Rukola z ziarnami słonecznika, suszonymi pomidorami, odrobiną oliwek (Dorota ratuj, co tam jeszcze było?), jest przepyszna. U Hani za to jadłam takie dziwy z kuchni orientalnej, że szok. Natychmiast przestaję wymieniać, bo jeszcze kogoś ominę, a to by było niesprawiedliwe, a pamięć jednak jest zawodna.
No więc w ciągu dnia napięcie do granic wytrzymałości. W tym czasie w Polsce odbywały się nabożeństwa majowe i chodziłam do kościoła, prosić o cierpliwość, mądrość, poza tym modlitwa dawała mi ukojenie, powtarzana jak mantra działała jak medytacja. Pomogło. Spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i znajomymi, a także z rodziną męża (mojej już nie mam, oprócz mamy),  dawały siłę do przebrnięcia przez kolejny dzień. Niesamowite jak człowiek człowiekowi może pomóc, nawet o tym nie wiedząc.

Koszalin, moje rodzinne miasto. Wydawałoby się, że nie zmienił się wcale, a jednak tak. Oczywiście poznaję w nim to miasto, które mnie 'nosiło', kiedy byłam tu w szkole, ale rozbudowane jednak, jaśniejące, z nowymi sklepami (na miejsce starych, szkoda czasem), jak to pewnie wszędzie, stare miesza się z nowym, miasto żyje. Wzruszenie. Najpierw kiedy poszłam do Katedry, gdzie byłam u I Komunii. Potem, kiedy mijałam moje liceum, do którego uwielbiałam chodzić. Nie odważyłam się pójść zobaczyć mojego rodzinnego domu, od kilku lat w innych rękach. Bałam się, że mi serce pęknie. No i cmentarz. Tam sobie i popłakałam,  porozmawiałam z prababcią, babcią i tatą, poczułam się jak w rodzinie. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale jakoś tak nie sama byłam, chociaż przecież wiem, ze oni nie żyją. Może mi pomagają? Nie wiem, ale faktycznie dużo rzeczy udało mi się załatwić, wszystko szło jak z płatka, a nie powinno. W sensie takim, że tam, gdzie spodziewałam się przeszkód, coś się takiego zawsze zadziało, że udawało się zdążyć, dodzwonić, uzyskać podpis, dojechać itp. Trzy razy znalazłam na swojej drodze pióro. Moja prababcia zwykłą mawiać, że jak znajdziesz pióro, znaczy twój Anioł Stróż je zgubił, jest w pobliżu. Jedno znalazłam w Koszalinie, jedno w Siedlcach, jedno w Warszawie, zawsze wtedy coś mi się udawało, a było blisko, żeby nie. Mówcie, co chcecie, ale kurczę, ten Anioł musiał być obok.



Na koniec pobytu, kiedy już wszystko wydawało się zamknięte i dopięte, zadzwonili ze szpitala w Irlandii, że mąż ma się stawić tamtego wieczora na oddział, bo mogą go przyjąć na planowa operację, na którą czekał rok, ze względu na to, że ktoś inny musiał zrezygnować (gorączka czy coś). I sto telefonów, załatwianie mężowi wolnego, potem co z synem, co z psem, kto pojedzie, kto wróci. Dzięki znajomym udało się to jakoś dograć, dzieckiem mi się zajęli, psem nawet (a Franio jak wiecie trudny jest do okiełznania), nawet mi Gosia diagnozę postawiła, dlaczego ten mój Jack Russel taki niesforny i dała kilka rad, jak go spacyfikować. Czyli 2w1, pomoc i porada. No, czyż ja nie mam szczęścia do ludzi?

Już w pociągu do Warszawy, nocnym, sypialnym, miałam szczęście, że nikt nie dokupił biletu i byłam sama w przedziale. Rozmawiałam przez telefon kilka godzin, a to ktoś zadzwonił do mnie, a to ja do, polska komórka, irlandzka komórka, kiedy wreszcie przestałam odbierać i wydzwaniać, już mnie bolały uszy, ręka, gardło, język i w ogóle wszystko, usłyszałam za ścianą (one w pociągach w końcu bardzo cienkie) - o Boże, wreszcie przestała gadać - ktoś westchnął z ulgą, haha. I miał rację. Ale to nie ploty były, a ustalanie planu na kolejne dni, bo przede mną były trzy dni pobytu w Raju, jak mi się wtedy wydawało i słusznie. Najpierw spotkania w Siedlcach, a potem Targi Książki w Warszawie zakończone wizytą u przyjaciółki w stolicy. Ale o tym, to już następnym razem.

piątek, 11 listopada 2011

Dzień jak prozak

Kochane kobietki, dziękuję za słowa wsparcia, potrzebne mi to było jak cholera. Już trochę lepiej, liżę rany, troszkę jeszcze desperuję, ale przyjechała córka (ona to zawsze wie, kiedy), wróciła z Chin trochę chora, od razu zaczęłyśmy gotować (potrawka i rosół, ale o tym oddzielnie), piec (sernik japoński, czy jakoś tak, ale to tym pewnie też oddzielnie, chyba że zjemy zanim zrobię zdjęcia) i jak to my - gadamy, oglądamy razem House'a przy śniadaniu, gadamy, po prostu spędzamy czas razem. A jak mamy coś do zrobienia, ona na uczelnię, ja do napisania felieton, to sobie siadamy razem z laptopami w kuchni, kawka i tak pracujemy.
W czwartek była tak piękna pogoda, ze się zerwałyśmy na spacer na plażę. Wiadomo, Franka trzeba zmęczyć.
Zawsze zabieramy ze sobą launcher czyli wirzutnik do piłki

Za każdym razem jest walka o to, żeby ją tam nadziać i rzucić, ale to tak tylko pozornie, bo Frank wie, że najlepszy wyrzut jest za pomocą tego 'machacza'
Na początku zabawy trzeba zbudować napięcie, piłka jest dla Frania lisem, ta rasa była stworzona do tego, żeby gonić je na polowaniach, teraz lisy zastąpione są piłkami


Kiedy już 'nadzieję' piłkę na 'wyrzutnik' Franiu odbiega kawałek i cały sobą mówi: no rzuć wreszcie, na co czekasz, nie wiesz jak to się robi, tyle razy z Tobą ćwiczyłem. Rzucaj wreszcie 

 Potem biega z piłką chwilę, aż przynosi z powrotem pod nogi. Wielokrotnie powtarzamy ten schemat

 a przy tym tętent roznosi się taki, jakby to stado koni gnało, a nie nas Franiu z piłką w pysku

 Czas relaksu :-)
Ale się zmęczyłem, czas ochłodzić brzucho na piaseczku i trochę wywalić język - obniżamy temperaturę.


małe drzemanko też się przyda, ale jestem czujny i piłki tknąć nie dam, to słoneczko jest takie miłe


 popatrzcie jak daleko muszę biegać, to nie jest dwa metry w te i we wte, ja na plaży robię kilometry (widzicie mnie, to ja tam w oddali taki mały punkcik)


Ale dzisiaj jest pięknie, a do tego piasek ubity i biega się jak po asfalcie, tylko bardziej miękko.


W tym czasie, kiedy Franio uprawia jogging, my zamiast pójść w jego ślady, rozmawiamy o różnych rzeczach. Tym razem opowiadania jeszcze więcej, bo córka ma wiele wrażeń po wyjeździe do Chin.
A kiedy jest taki dzień, kiedy morda psiaka taka uśmiechnięta a on wybiegany, kiedy córka u boku i względny spokój - to i łatwiej o tych trudniejszych dniach na chwilę zapomnieć.