Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smaki życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smaki życia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Myślałam, że będzie lajtowo. Jakże się pomyliłam!

W niedzielę wieczorem, już po targowo-radiowych emocjach, przy sushi z Zielonki (kto by pomyślał jeszcze niedawno, że japońska kuchnia będzie na stole każdego, kto tego zechce), zeszło ze mnie całe napięcie ostatnich dni. Obie z Agą siedziałyśmy zwinięte trochę jak puste dętki, ona z powodu intensywnej pracy na targach, a ja z powodu intensywnego bywania na tychże, uwierzcie mi, też można się wykończyć.
Zakładałam, że w poniedziałek będzie luzik. Właściwie nic nie miałam w planach poza kilkoma spotkaniami (taki oksymoron sytuacyjny), ale nie miałam pojęcia, kto i kiedy, bo mi po prostu siadła zdolność organizacyjna. Miałam listę ludzi, z którymi chciałam się zobaczyć, ale zgrać to wszystko, nie tak łatwo. Jeden punkt programu był pewny - spotkanie we Wrzeniu Świata w związku z książką pt. 'Czterech' redaktora Grzegorza Chlasty. Aga z Czarnej Owcy nadała, że takowe się odbywa, w smartfona na listę wciągnęliśmy.
No, ale to dopiero o 19-tej. Kupa ciasa, jak mawiał ruski saper.

Rano z Agnieszką zjadłyśmy niespiesznie śniadanie. Kawa, rozmowa, ważne. Ale potem jednak musiałyśmy chybcikiem się zebrać, udawać, że się jest poza czasem, można tylko przez chwilę. Załadowałyśmy się do samochodu i w drogę do Warszawy. Nie wiem jak to wymyśliłam, nie potrafię tego teraz w czeluściach pamięci odgrzebać, że odwiedzę Tosię Kozłowską. Miałyśmy się spotkać w mieście, najlepiej w weekend, ale nie dałam rady, a w poniedziałek to była już operacja logistyczna, bo dzieci, bo szkoła, więc wpadło mi do łba, żeby pojechać do niej. Miałam nadzieję, że to na trasie do pracy Agnieszki. Wszystko wspaniale, z tym, że nie przyszło mi do głowy sprawdzić, która godzina. Najpierw miałyśmy jechać do Warszawy dopiero o 12, ale zmieniły nam się plany, o czym ja już zapomniałam.

I jak jakiś głupek niewychowany, dzwonię do Tosi i pytam, gdzież ona mieszka? Bo jadę :-)
Wytłumaczyła, okazało się, że to niedaleko punktu docelowego Agnieszki, taksówka zawiozła mnie za grosze na miejsce. Ufff. No, ale była 11. Zgroza mnie wzięła, ale już odwrotu nie było.
Antonina Kozłowska to jest absolutnie niezwykła osóbka, nasze rozmowy to była przyjemność w czystej postaci. Nasze spotkanie, jego jakość, to dowód na to, że ludzie nie mają racji, że znajomości fejsowe są gorsze lub wręcz nic nie warte. Myślę, że wszystko zależy od ludzi.
Oczywiście, jak tylko mogłam, podłączałam się komórką do sieci wifi i właśnie u Tosi połączyłam się z innymi osobami, które miałam na liście 'must see'. Nie miałam roamingu na internet, więc wiadomości odbierałam i nadawałam z doskoku, z centrów handlowych i kafejek na przykład. Wszystko wydawało się proste dopóki za oknem piękne słońce, ale kiedy wyszłam od niej, niebo zaciągnęło się chmurami. Wsiadłam do autobusu wiozącego mnie do centrum, im bliżej celu, tym ciemniej i większe chmury, aż gdy wysiadłam, weszłam wprost w rozszalałą burzę i ulewę. Wpadłam do banku, żeby przeczekać. Aż dziw, ze nie otworzyli do mnie ognia, myśląc, że to napad, bo moje wejście było z gatunku tych 'nagłych' delikatnie mówiąc. Z rozwianym włosem i wytrzeszczem oczu, założę się, bowiem strasznie boję się burzy, której na dodatek końca nie było widać.
Zadzwoniłam do Maniczytania czyli Magdy, że chyba nie uda nam się zobaczyć, bo ja się nigdzie nie mogę ruszyć. Dorota czekała na mnie pod Rotundą, ja pod Mariottem, co się wychylam, coraz gorzej leje. Byłam bez kurtki, bez parasola. Co robić? Jednakże Magda uzmysłowiła mi, że jak tylko uda mi się dopaść do podziemi, to tam znajdę przejście do tramwaju jadącego do Galerii Mokotów, ona tam dobije i wreszcie się zobaczymy.
I tak się stało, znalazłyśmy się z Dorotą, nawet nie musiałyśmy czekać na tramwaj, wyjście było trochę traumatyczne, bo wprost w ulewę, która w ogóle nie traciła na sile. Do Galerii wpadłam już jako miss mokrego podkoszulka.
Tam kolejne spotkanie z Magdą właścicielką bloga Maniaczytania. I znowu to samo, będę już nudna, mam szczęście do ludzi, do rozmów, do wymiany energii, dobrze, że się człowiek nie naładowuje prądem, bo w mokrej koszulinie to bym porażenia doznała. Taka sytuacja.
Tam też odebrałam wiadomość o możliwości jeszcze jednego spotkania, tym razem z pisarzem, z mojej listy pt. 'oszalałam, jak tylko przeczytałam' (wcale nie tak długiej, jeśli chodzi o Polaków). A mowa o autorze 'Mr.Pebble i Gruda' Mariuszu Ziomeckim (o książce piszę tu), który był tak łaskaw i się nad czytelniczką na skraju histerii pochylił.
Przeczytałam książkę już jakiś czas temu, a pamiętam, jakby wczoraj, co mi się wcale tak często nie zdarza.  Czytam dużo, ale tylko nieliczne historie zostają ze mną na całe życie. Jest coś takiego, przyznajcie, że człowiek czyta i kurczę czuje każde słowo, każde zdanie, wie, co pisarz chciał powiedzieć. Percepcja wchodzi na zupełnie inny poziom, już nie oko-mózg-emocje, tylko oko-emocje-emocje-emocje-ewentualnie mózg, jeśli się w tę sferę przedrze, czyli przerabiasz to w duszy, w sercu, w każdej komórce zanim się zorientujesz, co się dzieje w ogóle. I tak było z tą opowieścią. Niech Was 900 stron nie przeraża, mogłoby ich być więcej. Po skończeniu książki, mam tak szalenie rzadko, powiedziałam na głos, excuse my French - o ja pierdolę! I zapadłam się w sobie na tydzień. Z żalu, że to już koniec.
A jak już ktoś taką książkę napisze, to ma mój nie-obiektywizm i czytelniczą miłość na zawsze. Dlatego też chciałam spotkać autora, udało nam się umówić po spotkaniu we Wrzeniu.
Zasiedziałyśmy się w Galerii Mokotów, wypadłyśmy jak opętane, wyszukałyśmy taksówkę, korki jak cholera, bo ta ulewa zablokowała miasto. Agnieszka napisała, że chyba nie dojedzie, bo gdzieś utknęła, a ja nie przyjmowałam w ogóle do wiadomości, że mogłabym na to spotkanie nie dojechać na czas. Całą drogę taksówkarz nas bawił opowieściami o misjach wojskowych, w których brał udział, o żonie, dzieciach, braterstwie krwi, ani rannych, ani martwych się nie zostawia. No i wykrakał, bo skręcił w małą uliczkę, że niby szybciej i JEB - przywalił w nas inny samochód. I to z mojej strony, byłoby w moje drzwi, ale pan przytomnie uciekł w bok tak jakoś dziwnie i dzięki temu uderzenie poszło na błotnik zaraz za linią drzwi. Byłam w szoku, pocieszona lekko, że jeśli jestem ranna to on mnie nie zostawi, ale Kalina przytomniejsza, wypadła z samochodu, podała facetowi numer telefonu, jakby trzeba było świadczyć, kto w kogo wjechał (to nie była jego wina) i w te pędy puściła się  przed siebie, a my z Dorotą za nią. Dzięki temu dopadłyśmy do metra, potem tramwaju i resztę per pedes - spóźniłyśmy się tylko kilka minut. Przy czym, jak już tam wpadłyśmy,  wyglądałyśmy jak ofiary gwałtu zbiorowego. Nie powiem, wejście miałyśmy wyśmienite, aż jednej babce spadł z kolan laptop.
Odrobina przesadyzacji nie zaszkodzi :-)


Książkę Grzegorza Chlasty dostałam z Czarnej Owcy dla biblioteki przed samym wyjazdem. Niezwykle ciekawy temat. Z opisu - "opowiada o dziewiczych latach powstawania służb specjalnych w nowej, demokratycznej Polsce. Jednymi z ich współtwórców byli czterej bohaterowie książki - ś.p. Konstanty Miodowicz, Bartłomiej Sienkiewicz, Wojciech Brochwicz oraz Piotr Niemczyk. Grzegorz Chlasta w wywiadach z bohaterami książki stara się dociec na czym polegał z ich strony ten skok na głęboką wodę - wejście w paszczę dotychczasowego lwa i próba uporządkowania rzeczywistości znanej tylko z twarzy opresyjnych funkcjonariuszy SB. Dotychczasowi anarchiści, pacyfiści, działacze opozycji postanowili uczestniczyć - pod okiem wielkich mistrzów - w tworzeniu struktur niezbędnych w każdym demokratycznym państwie. Dlaczego podjęli taką decyzję? Lektura książki to nie tylko zbiór anegdot. To także obraz epoki, w której większość poruszała się po omacku, a jednocześnie chciała popełnić jak najmniej błędów. Bez poznania atmosfery i wyborów tamtych czasów trudno jest zrozumieć aktualną rzeczywistość".

Nie zdążyłam jej jeszcze przeczytać, chociaż bardzo jestem jej ciekawa. Pana Grzegorza 'znam' z poranków RDC, których czasami słucham szykując się do pracy. Tym bardziej mus było zobaczyć to spotkanie i dowiedzieć się, 'co autor miał na myśli', zanim zacznę lekturę. Cieszę się, że tam dotarłam, bo było niezwykle ciekawie, emocjonująco, najbardziej dzięki dyskusji. Nie wiem, dlaczego prowadzący skończył spotkanie w umówionym czasie, bo było jeszcze kilka osób, które chciały coś powiedzieć. Czy to mus? Czy tylko tyle może ono trwać, ile umówione z gospodarzem, w tym wypadku Wrzeniem Świata? Nie wiem, ale pozostawiło mnie to z niedosytem.
Siedziałam bokiem na okiennym parapecie z poduszkami, widziałam salę doskonale, również słuchaczy. Jeden z nich był ubrany w czarny garnitur i wyglądał trochę, może to sugestia tematem, na kogoś ze służb specjalnych. Kiedy jedna z babeczek wstała i powiedziała, że była wzruszona lekturą, bo miała wrażenie, że byliśmy w dobrych rękach i to ją niezwykle właśnie poruszyło, ten człowiek, wyglądał na twardziela, służby czy nie, miał łzy w oczach. To z kolei mnie niezwykle wzruszyło. Kto wie, może to właśnie było jedyne podziękowanie, przecież oni niczego na świeczniku nie robią i nie mają okazji do braw i fanfar, jedynie uścisk dłoni szefa. No i maślane spojrzenie jego sekretarki.

Potem to spotkanie z Mariuszem Ziomeckim, czyli powtórzę - mam szczęście do ludzi i oczywiście było niezwykle interesująco, niby nic nowego, bo ciągle piszę, że z kimś się widziałam, ale jestem zawsze wdzięczna za takie chwile w życiu, niczego nie biorę za pewnik, że mi się należy, bo to, że ktoś poświęca swój czas nieznajomemu, albo znajomemu ledwo, bo z sieci, jest zawsze dla mnie wzruszające. Nic więcej nie powiem.
Jak u Hitchcocka, zaczęło się wcale nie tak spokojnie, a potem już było coraz bardziej emocjonująco. Ciekawa byłam, kiedy mi z tych wrażeń odbierze rozum po prostu.

piątek, 6 czerwca 2014

Byłam tam, gdzie było to, o co chodzi

Piszecie, że mieliście zadyszkę oczu czytając poprzedni wpis. Kochani, to jeszcze było spokojne targowanie. Niedziela i poniedziałek to była dopiero jazda.
Zacznę od tego, że wysiadł mi żołądek. A wszystko przez to, co miało się dopiero zadziać we wtorek, dlatego zjechałam do Warszawy, targi, chociaż chciałabym, żeby były głównym powodem przyjazdu, niestety były tylko fantastycznym dodatkiem. Taki bonus za cały ten stres, co mnie czekał.
W takich razach prawie zawsze mam objawy psychosomatyczne, różne, tym razem po prostu straszne bóle żołądka. Narastały od soboty, w niedzielę się nasiliły.
A piszę to wszystko, żeby wam uświadomić, jak targi i wszystkie spotkania były dla mnie wielką radością, gigantycznym kopem endorfin, skoro mimo wszystko, miałam naprawdę ubaw i pokonywałam tę niedogodność. Ale też nie sama, i tu pewnie mój anioł stróż zadziałał. Nie mógł mi pomóc w sposób namacalny, to mi zesłał Kazaszę, wspaniałą kobietę, którą poznałam w sieci za sprawą jej bloga o Kazachstanie. Przyszła na targi w niedzielę podpisać książkę, dosięgła mnie wiadomością na FB i udało nam się umówić. Zastała mnie na płycie głównej, siedzącą przy kubku herbaty, i tu mała dygresja - czy te kawy i herbaty na targach musiały być takie wstrętne? Woda to, czy gatunek produktu podstawowego, nie wiem. No więc siedzę nad tą udającą herbatę cieczą i mnie aż telepie, bo mi ten żołądek dokucza. Upał też, bo nie zwyczajna jestem, a w Warszawie w tym czasie średnio 30 stopni. Na zewnątrz gorąco, ja z dreszczami, musiałam włączyć cały zespół motywacyjno-optymistyczny, jakim dysponowałam, zeby się nie rozpłakać. Do tego słabo mi było.
Na to wszystko przychodzi Dorota i mi po kilku minutach rozmowy serwuje listek leku na moje dolegliwości. No powiedzcie sami, ile osób nosi w torebce tabletki akurat na to?
Anioł nie kobieta.
Do tego piękna, interesująca, wspaniała rozmówczyni. Oj, ja to mam szczęście do ludzi.
Niestety musiała uciekać, nie nagadałam się, będę odczuwać niedosyt już zawsze.
I tak mi się pięknie-nie pięknie zaczął ten dzień, który okazał się jednak bardzo, ale to bardzo udany.
W niedzielę nie byłam na targach za długo, a wszystko przez to, że wybierałyśmy się na spotkanie z cyklu Bagaże kultury do Teatru Żydowskiego. Zaczynało się to o 15, więc odpowiednio wcześniej trzeba było się przemieścić. Zdążyłam tylko pomachać z daleka kilku osobom, odwiedzić Agnieszkę na stoisku Europress Polska, gdzie niezmiennie byłam zadziwiona ilością tytułów prasy zagranicznej (w językach obcych), a najbardziej tym, że można kupić magazyn kulinarny Jamiego Oliviera na bieżąco, pojedyncze numery, a u nas tylko prenumerata. No, ale ja to wszystko mam u siebie pod ręką na co dzień, najważniejsze były znowu rozmowy, spotkania i świetne dziewczyny, które z 'moją' Agnieszką w te targi pracowały. Nigdy mi nie dosyć fajnych ludzi wokół.

Zajrzałyśmy to tu, to tam i pognałyśmy z Kaliną na plac Grzybowski. Nigdy nie zapomnę tej drogi, bo dojechałyśmy tramwajem do Nowego Światu, a potem cięłyśmy przez Świętokrzyską w remoncie, stąd kluczyłyśmy między blaszanymi płotami, musiałyśmy się cofać, bo nie raz wylądowałyśmy w 'ślepej uliczce' tego labiryntu. Upał-nagrzana blacha-żołądek-słabość ciała to była straszna mieszanka. Kiedy już dotarłyśmy do teatru, czułam się jakby to był jakiś cud świata klimatyzowany. No i mogłam wreszcie usiąść.
Ale wcześniej zachwyciłam się piękną kamienicą vis a vis teatru. Czy na zdjęciu widać, że tam są portrety na budynku?


Powiększyłam zdjęcie kosztem jakości, żebyście dojrzeli.

Spotkanie bardzo ciekawe, bezczelnie zapożyczę zdjęcie od Kaliny z jej bloga, bo nie mam takiego fajnego


Tyrmand to dla mnie niezwykle ciekawa postać. Wiele się o nim ostatnio mówi i pisze, ale tym razem było trochę inaczej, gdyż obecna na scenie była Barbara Hoff, sama w sobie ciekawa postać, a tu na dodatek żona Tyrmanda i o tej części swojego życiorysu, o nim właśnie, mówiła niezwykle ciekawie. Próbowała obalić niektóre mity z nim związane, trochę krytykowała Urbanka za jego książkę o Tyrmandzie, nie czytałam jeszcze, więc nie wiem, czy to po prostu żałość na to, że on dotknął czegoś kontrowersyjnego, co przez bliskich jest postrzegane inaczej, czy faktycznie Urbanek się tam nie popisał. Muszę to skonfrontować.
Polecam wam ten cykl spotkań, było ich już 10, a w nowym sezonie będą następne. Prowadzi je zawsze pieczołowicie przygotowany Remigiusz Grzela.
Nie miałam czasu podyskutować o tym spotkaniu z Kaliną i jej mamą, która się z nami wybrała, bo już musiałam biec do Polskiego Radia RDC na spotkanie z Teresą Drozdą w audycji Strefa Kultury, którą prowadzi w każdą sobotę i niedzielę.
Bałam się, że nie przedrę się na czas przez miasto, bo w okolicach 18, tak jak moje wejście na antenę, miał się skończyć mecz na stadionie Legii. Spodziewano się zablokowanych ulic, tłumu kibiców, wolałam nie ryzykować niedotarcia do studia.
Podawałam link do podcastu, czyli nagrania tej audycji, które jest do odsłuchania na stronie internetowej, na Facebooku, ale podam i tu, bo wiem, że mam czytelniczki bloga, które nie zaglądają w ogóle na portale społecznościowe.
http://www.rdc.pl/publikacja/strefa-kultury-hrabal-wolek-teatr-w-barach-mlecznych-i-ciekawe-lektury/
z list trzeba wybrać suwaczek drugi od dołu.
Zaproszenie do tej audycji to dla mnie wielka radość, bo bardzo sobie ją cenię i słucham co tydzień, jeśli to tylko możliwe. A jak nie na żywo, to zawsze odsłuchuję nagranych rozmów.
Z powodu wcześniejszego przybycia miałam czas odetchnąć, posiedzieć z kawą w pięknistym, słonecznym w kolorach, pokoju do tego przeznaczonym


Sama audycja - co tu dużo mówić, siebie oceniać jest trudno, ale rozmowa z Teresą to zawsze sama przyjemność, kiedy rozmówca nie pozostaje obojętny, nie jest rozkojarzony, kiedy rezonuje podczas wymiany zdań, to wszystko idzie gładko. Miłe doświadczenie, świetna atmosfera.
No i siedziałam w tym samym fotelu, co Jan Wołek. Może metodą kropelkową, dotykową, siedzeniową czy jakkolwiek, przyswoiłam trochę jego wrażliwości i mądrości :-)

Z Myśliwieckiej (Papryczko! tam jest stoisko Trójkowe w korytarzu, cóż za gadżety) odebrała mnie Agnieszka, wracała z targów i mnie zgarnęła, żeby zabrać mnie do siebie, do Wołomina. A tam znowu rozmowy, pyszne sushi (pierwszy raz jadłam je nie z surową rybą, a w tempurze).  Jednym zdaniem to, co pamięta się całe życie, takie spotkania są bezcenne.
A w poniedziałek to się dopiero działo :-)

poniedziałek, 2 czerwca 2014

I co dalej? I co dalej?

To już norma, że kiedy jestem w Warszawie i latamy z dziewczynami jak opętane po mieście, wracamy  z Dorotą do jej domu późno, rodzina dawno w pieleszach, a my zaczynamy się tłuc po ścianach, a bo herbatka, a jeszcze włączę laptopa, zobaczę oferty na publio, a co jutro na targach będziemy zaliczać itd. Niby ciemna noc, a dla nas dopiero początek. W piątek poszłyśmy spać chyba o 3. Taka sytuacja.
Do soboty na targach trzeba się było przygotować. Najbardziej naładowany atrakcjami dzień. Sama nie wiedziałam, czy nastawić się na zaliczanie kolejnych spotkań z pisarzami, czy na luzie się przechadzać, czy polować na znajomych, czy sobie w łeb strzelić, bo klęska urodzaju zaczęła mnie przerastać.
Leciałam z nóg, ale jeszcze nochala wsadziłam w gazetkę targową i próbowałam bez okularów dojść, kto gdzie i o której. Nie zawsze czytam ubrana w szkła, ale ta gazetka jest wydrukowana (pewnie ze względu na masę tej informacji) tak małą czcionką, że potrzebne mi nie tylko okulary, ale dodatkowo jakieś szkło powiększające by się przydało, takie kupowane przez starszych ludzi do czytania etykiet na lekarstwach.
Chociaż nie powiem, upojenie piwem smakowym nieznacznie pomogło, w tym zakresie, że mi było wszystko jedno i jak tylko załapałam dwie pierwsze litery, zakładałam, że to PAwlikowska Beata na przykład. Nie dochodząc czy to nie przypadkiem PAwlak Romek. Po długości nazwiska koncypowałam.
Oczywiście pierwsze minuty na targach w sobotę zweryfikowały moje chcenia i niechcenia. Wiedziałam, że mam do zaliczenia trzy zdarzenia - spotkanie z Mariuszem Szczygłem, który podpisywał książki na stoisku Czarnego, zakupienie i podpisanie u autora najnowszej powieści Piekary dla mojej córki, a potem po 16 spotkanie z Markiem Dannerem prowadzone przez Remigiusza Grzelę. Reszta czasu była zaklasyfikowana - zobaczymy, co się da, co się zdarzy.
Na takich imprezach trzeba zachować zimną krew. To się po prostu w pale nie mieści, ile tam się dzieje i od razu trzeba się pogodzić z faktem, że nie zaliczy się wszystkiego. Priorytety trzeba określić, a reszta jak Bóg da.
I tak też się stało. Od wejścia pognałam kurcgalopkiem do Mariusza Szczygła. Ustawiłam się w kolejce zrozpaczona, że taka długa, bałam się, że nie zdążę do Piekary po podpis na książce dla Miśki, a to było równie ważne. Dorota mnie postanowiła wesprzeć, chociaż sama miała listę długą jak spektakle Lupy. Ustawiła się pod stoiskiem Olesiejuka, które gościło pisarzy z Fabryki Słów. Okazało się jednak, że pan Piekara był chory i wylądował w szpitalu. Żal. Oczywiście życzymy mu zdrowia, ale nie mogłam się oprzeć natrętnemu poczuciu ściemy, bo raptem kilka godzin wcześniej ukazała się na FB informacja, że Charlotte Link nie przyjedzie na targi, bo jest w szpitalu. A wcześniej inna pisarka, tym razem polska, też ciężko chora odwołała. Rozumiem, że to się mogło zbiec w czasie, ale jak się dostaje takie informacje jedną po drugiej to kojarzy się z tłumaczeniami związanymi z absencją na klasówce z matematyki (umarł mi dziadek - to ile Ty masz tych dziadków Jasiu?)

Tyle dobrego, że mogłam sobie spokojnie do tego Szczygła w kolejce czekać.


Gdybym miała pisać, za co cenię tego człowieka, musiałabym tu strzelić esej na kilka tysięcy słów, powiem więc tylko tyle - każdy z jego fanów, który podszedł do jego stolika, usiadł do podpisania książki, dostał od niego w tym momencie, w tej minucie czy trzech, maksimum uwagi. Już wiem, zawsze wiedziałam, ale to kolejny dowód, dlaczego ludzie mu ufają i pewnie dają się wciągnąć w rozmowę, zwierzenia, może nawet sami się z tym pchają, bo jak tylko się człowiek znajdzie w polu rażenia Szczygła, natychmiast ma ochotę rozebrać się do rosołu emocjonalnie. Wszystko mu powiedzieć. W sumie to przerażające.
Nie jestem osobą, która umie dojrzeć aurę u innych. Ale gdybym widziała, założę się, że u Mariusza Sczygła byłaby ona w kolorach najlepszych i najpiękniejszych - jakaś złoto-niebiesko-brzoskwiniowa. I jak się człowiek znajduje w jej zasięgu, to wszystko takie się właśnie staje - ciepłe, słoneczne, niebieskie jak letni dzień i aksamitne jak skórka greckiej brzoskwini. Taki jest Mariusz Szczygieł.
Na dodatek mądry i utalentowany.
Monopolista.
Dostałam i ja swoje kilka minut z czasu Pana Mariusza, piękny autograf do kajeciku (specjalny na ten cel przeznaczony Moleskine z kremowymi stronicami), ciepła rozmowa, szkoda, że tak krótko.
Po odejściu od stolika, zygzakami odeszłam w siną dal, całkiem nie wiedząc, co dalej. Już mi przestało na czymkolwiek zależeć. Poważnie.
I dobrze, bo wokół było pandemonium, najazd Hunów na stoiska, nie można było przejść alejką. Z jednej strony świetnie, bo to oznacza, że ludzie czytają, twórców kochają i w ogóle jest świetnie, tylko statystyki kłamią.
No i niech, w ten weekend zajmować się mizerią czytelnictwa i kłopotami wydawnictw niepodobna, w każdy inny dzień, tydzień roku tak, ale nie pod koniec maja.

Dalej na stoisku Zwierciadła znalazłam Ałbenę Grabowską-Grzyb, nie dość, że piękną, to jeszcze utalentowaną pisarkę, która promowała swoją nową powieść Lot nisko nad ziemią. Zachwyciła mnie jej powieść Coraz mniej olśnień (udany tytuł na dodatek) i mam nadzieję na równie udaną lekturę, tym bardziej, że dostałam tę książkę od autorki, niezwykle cenię sobie takie gesty.
A wraz z nią spotkałam tam inną, równie piękną i mądrą pisarkę Agnieszkę Walczak - Chojecką.
Od razu pożałowałam, że nie mam dwuczłonowego nazwiska, jak widać to pomaga pisać :-)


Miło mi było je zobaczyć, uściskać, porozmawiać chwilę. Ałbena była zajęta, ale przekazała mnie w ręce Pani Anny, specjalisty od sprzedaży w Grupie Zwierciadło.
Nawet nie wie, jaką mi przysługę uczyniła. Niezwykle cenię sobie rozmowę z mądrymi ludźmi, którzy słuchają, rezonują, podejmują ciekawą dyskusję, rozumieją w pół słowa i ja ich łapię w lot. Nic nie zgrzyta, nic nie uwiera jak drzazga pod paznokciem, nie ma zniecierpliwienia, nie ma granatów zaczepnych. Swoboda i czysta przyjemność z rozmowy.
I dużo wody, bo tam był niestety upał.
Nie zdziwicie się pewnie, kiedy powiem, że przesiedziałam i przegadałam tam dwie godziny, w ogóle nie czując upływu czasu i już trzeba było iść na spotkanie z Markiem Dannerem. Miałam też nadzieję na kilka minut rozmowy z Remigiuszem Grzelą.

Spotkanie było niezwykle ciekawe, nie znałam książki o masakrze w El Mazote w Salwadorze, ale słyszałam o niej i miałam nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej, zanim po nią sięgnę.
Jak się potem okaże, takich spotkań zanim coś przeczytam, będzie więcej.
Autor okazał się niezwykle ciekawym opowiadaczem, to wcale nie jest takie oczywiste. Wprawdzie mówił po angielsku, ale miał fantastycznego tłumacza, który konsekutywnie przekazał wszystko to, co Mark Danner chciał, niezwykle dokładnie, nawet w tym samym stylu. Żałuję, że nie znam nazwiska, bo bym tu imiennie pochwaliła.
Dla mnie to było trochę trudne do przejścia, bo świetnie znam angielski i musiałam wszystkiego słuchać dwukrotnie, ale po jakimś czasie się rozluźniłam i w czasie, kiedy była wersja polska, miałam czas na rozglądanie się po sali.
Dwa rzędy przede mną siedziała kobieta, która mnie fascynowała swoim zachowaniem. Jakoś takie dziwne pozy przyjmowała. Raz myślałam, że zasnęła, raz, że umarła, a ona na koniec powstała i wypięła się na mnie prawie gołym tyłkiem, jedynie ubranym w niebieskie stringi. Nie wiem, jak ona to uczyniła, że jej się spódnica do pasa przylepiła.
Tak mnie to zaskoczyło, bo tu rozmowa o torturach, masakrze, o tym, jak kobieta widziała śmierć swoich dzieci, czyli mrozi krew w żyłach, a nagle prawie goła dupa. Aż wyrwało mi się bluźniercze w tej sytuacji  - o Boże! Magda z Kącika z książkami też to zauważyła i zaczęła się obok mnie śmiać. I odbyło się to na zasadzie - nie patrz na Magdę, uspokój się, nie patrz na Magdę. A ona - nie patrz na Kaśkę, uspokój się, nie patrz na Kaśkę. Bo wyobraźcie to sobie, Mark Danner mówi o takich poważnych sprawach, a my, chyba na zasadzie odreagowania, dostajemy głupawki nie do opanowania na widok czyjegoś tyłka.
W rzędzie przede mną, lekko na lewo siedziała kobieta, która próbowała odwalić show pod tytułem - jestem człowiekiem walczącym i wywalę kawę na ławę. Miała w sobie coś z szaleńca, dopuszczono ją do głosu, ale szybko się zorientowali, że zacznie łapać figury i Remigiusz Grzela zgrabnie sobie z nią poradził. I elegancko, co nie było łatwe w tej sytuacji.
Niestety nie udało mi się porozmawiać z autorem Złodziei koni, trudno. Nie można mieć wszystkiego.

Po tym spotkaniu pognałyśmy na Grochów do Kici Koci na spotkanie blogerów. A tam znowu to samo, czyli osiemset piw smakowych z niezależnych browarów. Dobrze, że ja nie mieszkam w kraju, bo bym musiała na gruponie kupić pakiet na spotkania AA.
Poznałam fajnych ludzi, niektórych pierwszy raz, blogów nie znałam, a niektórzy to byli moi blogowi idole - Kasia Sawicka z Mojej Pasieki i Ela z Kombajnu Zakurzonej. Wzruszyłam się bardzo.
Jak to na takich spędach, trudno było ze wszystkimi pogadać. Tym bardziej, że one szybko poszły i tyle ich widział.  Potem doszły dwie super laski, blogerki Iw-od nowa i Inwentaryzacja krotochwili. Więc otarłam łzy. Oczywiście byli też inni ważni dla nas, w tej grupie książkowej, wspomniana Magda i Agnieszka z Książkowo, Iza z Czytadełka. A także pisarki, ale chyba już wymieniać nie będę, bo się na tym na pewno wyłożę. Wiem, że wielu pominęłam, wybaczcie.
Siedzieliśmy w ogrodzie i dobrze Jolanta Kwiatkowska zauważyła, że to całkiem jak na działce u znajomych.



No i znowu powrót do domu Doroty, znowu ten sam rytuał, herbata, coś do jedzenia, plany na drugi dzień, prawie świt nas zastał. A w niedzielę to dopiero się działo.


sobota, 31 maja 2014

Powoli, nie na raz, przecież się nie rozerwę

Dostaję pytania o relację z wyjazdu, jak było, jak było? Ano było, lepiej niż mogłam sobie wyobrazić, niż mogłam w ogóle oczekiwać, chociaż czasem myślałam, że się nie uda, bo warszawskie odległości mogą człowieka wykończyć.
Ale od początku. Relację podzielę na tę tu, codzienną o życiu, o moich obserwacjach i na książkową na blogu Notatki Coolturalne (pierwsza w sobotę późną porą).


W piątek, pierwszy dzień mojego pobytu, taki oto obrazek zobaczyłam z balkonu przyjaciółki. Drzewa, jej kwiaty i słońce, ale niestety co za tym idzie skwar niemożebny. A ja do tego nie nawykłam. Od kilkunastu lat mieszkam w klimacie umiarkowanym, raczej mokro, to nic nowego, ale czy wiecie, że ja prawie kurtki nie noszę? Muszę mieć coś od wiatru, od deszczu, ale żadne tam kapoty i kozaki. Bo u nas nie ma upałów w lecie, ale też mrozu w zimie. W każdym razie rzadko kiedy.

Wyszykowałyśmy się, makijaże te sprawy, od razu mnie szlag trafił, że nie udało mi się w żaden sposób kupić tego płynu utrwalającego makijaż na długie godziny, przydałoby się w takich warunkach, a do tego wiedziałam przecież, że nie wrócimy do domu koleżanki aż do późna.
No, ale to szczegół, trzeba być twardym jak Wanda Wasilewska. Wyszłam na ten upał i próbowałam za wszelką cenę zwolnić oddech, myśląc, że to pomoże w obniżeniu temperatury. Nie wiem, jak to wymyśliłam. Szczególnie, że od razu rozpoczęłyśmy rajd, najpierw do tramwaju jednego, potem do drugiego, a po 40 minutach jazdy musiałyśmy jeszcze przejść po placu rozgrzanym jak patelnia, na stadion.


Tam biegałyśmy jak w amoku, o czym już więcej na książkowym blogu może jutro. A wieczorem, według wcześniej przygotowanego planu, wizyta w Faktycznym domu kultury na promocji książki Lesia Beleya i Łukasza Saturczaka o Polakach mieszkających na Ukrainie i Ukraińcach mieszkających w Polsce - pt. Symetria asymetryczna. Magda nas poinformowała o tym spotkaniu i całe szczęście, bo dzięki temu wydostałyśmy się z książko-poju, otrząsnęłyśmy z tego obłędu ogarniającego czytelnika na widok papieru zadrukowanego i wykończonego okładką i zmieniły perspektywę. Od razu lżej było oddychać.
Co nie zmienia faktu, że zapomnieć było trudno, bo targałyśmy siaty z tomiszczami, oczywiście nie podobają mi się książki lekkie jak piórko, z Prószyńskiego na przykład, ale jak już, to grube, papier kredowy, okładki z kamienia, jednym słowem ciężkie mam zainteresowania, jak mawiali pracownicy męża, wnosząc kartony z książkami na 3 piętro podczas przeprowadzki.
Tak się umęczyłyśmy, że jak zobaczyłam Mariusza Szczygła czekającego przy drzwiach, to nawet się nie za bardzo zdziwiłam, co nie zmienia faktu, że zatkawszy mnie z lekka. Tyle miałam do powiedzenia, ale mi ustami nie wyszło.
Stałam wytrzeszczając oczy, a jak już, to jakieś głupoty mi do łba przyszły.
Potem już nie było okazji, więc pozostało mi czekać do soboty, do spotkania z nim na targach.

O samym spotkaniu będzie na blogu kulturalnym, tutaj przejdę dalej, do tego co po.
A mianowicie końcówka dnia była nieplanowana w sensie miejsca, a okazała się niezwykle trafiona.
Na spotkanie do klubu przyszła Karola, moja i męża chrześnica, a zaraz po chciałyśmy jeszcze gdzieś usiąść i wynalazłyśmy, nie bez trudu, bo to jednak początek weekendu, a w Warszawie, jak to we wszystkich stolicach świata, kryzysu nie ma i stolik znaleźć trudno, świetną miejscówkę na rogu Foksal i Nowego Światu w Cavie.


Jak widać Karola zaniżała średnią, czyli ratowała nasz stolik przed etykietą - stare kobiety wysiadują :-)
Rozmowy w nadchodzącym zmroku, pyszna sałatka z łososiem, piwo z różnymi sokami (uwaliłam się nie powiem), pogoda jak drut, a w tle rozmowy przy innych stolikach, przechodzący ludzie - to lubię najbardziej. Tak mogłabym spędzić całe życie, aż mnie to przeraża. Uważam się za osobę pracowita, ale to chyba jednak jedna wielka ściema, gdyby była możliwość, siedziałabym na dupie tam cały czas. Byle mieć dostęp do sieci, może laptopa ze sobą, podglądać, pisać, omnomnom.
Karola otworzyła mi oczy na kilka spraw, na to jak myślą teraz młodzi ludzie, jakie mają poglądy na związki, na partnerów, niby z córką o tym często rozmawiam, ale trzeba było jednak jakiegoś potwierdzenia, rozszerzenia spektrum, bo jednak ona ma inne spojrzenie z powodu braku stałego związku.
Siedziałam tam z tak wielkim poczuciem radości i absolutnie idealnie szczęśliwej chwili, że nawet nie umiem tego opisać. Wszystko było tego wieczoru idealne, pogoda, miejsce, jedzenie i nawet to piwo, chociaż nie moje ulubione.
Wcześniej targi, spotkanie. Kocham to moje pustkowie, ale teraz myślę, że zdecydowanie za rzadko go opuszczam na rzecz takich własnie chwil.




niedziela, 13 kwietnia 2014

Czasem trudno dogadać się z instytucją, czyli kurturarnie i o życiu

Ulżyło mi trochę w kwestii Wojtka, długo czekaliśmy na wizytę u specjalisty ortopedy, ale jak już się dostaliśmy, to do samego szefa kliniki. Nie wiem, na jakiej zasadzie pacjenci trafiają do lekarzy, czy szef czyta karty i wybiera, ale nie sądzę, żeby miał czas, po prostu przypadek. Chyba.
Tak czy siak widział nas, wysłuchał w czym problem i pierwszy raz nie zignorował, nie zrzucił tego na jakąś głupotę, tylko wytłumaczył w czym może leżeć problem i jak się zabierze do jego rozwiązania. Na początek rezonans magnetyczny. I nawet nie będziemy czekali miesiącami, bo wpisał syna jako pilne, więc góra 2 miesiące podobno. Uwierzyć nie mogłam.
Ulga nie do opisania. Wreszcie ktoś znający się na sprawie, koniec szukania na oślep, może to, może tamto, on ma obraz sprawy i chyba już wie, co się dzieje.

Mam już termin sprawy o sprzedaż lokalu, mam nadzieję, że sąd się przychyli do tego pomysłu i skończą się problemy z utrzymaniem mamy. Potrzeba mi oddechu w tej kwestii, bo mnie stres zabija, czuję, że choroby, nieradzenie sobie z wirusami, przewlekłe bóle głowy, koszmary senne to wszystko stres. Wiem i nie umiem temu zaradzić. Jeszcze nie daj Bóg jakiegoś raka wyhoduję z tego wszystkiego, a potrzebna jestem nie tylko mamie, ale i moim dzieciom, Wojtek studiów jeszcze nie ma, dużo wyzwań przede mną.
Jest światełko, może mi przedłużą te praktyki w centrum dziennym, niby nie dają nikomu drugiego roku, ale że nie ma pracy w tym sektorze, bo nie przyjmują nowych na razie, to chociaż tak, żeby mieć większe doświadczenie, potem się starać o stałą posadę. Każdy rok przynosi nowe rozwiązania, nowe możliwości, tutaj na prowincji ciężko coś nowego wymodzić. A na przenosiny znowu w nowe miejsce już nie mam ochoty, ani siły.

Oglądałam dzisiaj na Kino Polska 'Zaklęte rewiry'. Już zapomniałam, jaki to jest dobry film. Nigdy nie czytałam książki, żałuję, muszę to nadrobić.
Teraz oglądam 07 zgłoś się. Mam leniwą niedzielę, chociaż planowałam prasowanie, idą święta i chciałam nadrobić zaległości w tym zakresie. Dupa zbita, łeb mnie od rana boli. Właściwie pół nocy cierpiałam, bałam się wstać po ciemku po tabletki, że jeszcze tym złamanym niedawno palcem znowu w coś przyłożę, albo zmiana pozycji doprowadzi do jakiego wylewu (nie wiem, czy to możliwe, pewnie nie, ale sobie tak w nocy wykoncypowałam, że mnie krew zaleje i leżałam w strachu).
Załadowałam tabletki przeciwbólowe, średnio pomogły, i oglądam. Ten serial jest zaskakująco akturalny, oczywiście nie mundury itp, ale teksty naprawdę ponadczasowe.

- Otwórzcie okno, zdaję się, że tu orłów nie ma, żaden nie wyleci
- A pan major drzwiami?
- Poruczniku Borewicz!

I ten Borewicz taki nomen omen pies na baby. Niby facet nie jest za przystojny, ale gra tak, że można mu wierzyć w tej kwestii.
- Poruczniku Borewicz, przekonalibyście się wreszcie do instytucji małżeństwa - Zubek mówi
- Tylko wiecie, czasami trudno dogadać się z instytucją - odpala Borewicz.
Cudne te dialogi. I muzykę lubię. Kiedyś się pisało specjalnie dla filmu, nie używało ogólnie znanych piosenek.

A jak już w kwestii kurtury, to chciałbym Wam polecić najnowszą powieść Remigiusza Grzeli - Złodzieje koni. Piszę o niej TU.

sobota, 22 marca 2014

Norton i Lwy uratowały tydzień

Ależ miałam ciężki tydzień. Niby nie cały, bo poniedziałek to u nas przecież dzień św. Patryka, więc wolne, ale wtorek zaczęłam z przytupem - dwunastogodzinnym dyżurem w domu opieki, gdzie mieszkają moi podopieczni z dziennego centrum. W ten dzień nie działał transport, musieli zostać w domu, a tam mieli znowu problemy kadrowe i spytali, czy bym nie chciała pomóc. Co miałam nie chcieć. Szkoda tylko, że nie związane to było z pieniędzmi, tylko godziny mam do odebrania, jak będę potrzebowała, to nie przyjdę do pracy i tak mi oddadzą. A niech tam, przecież gdybym nie polazła, moje ludziaszki by ucierpiały.
Nauczyłam się nowych rzeczy. Nigdy nie sądziłam, ze może to być ekscytujące, a jednak - wysadzania na toaletę ludzi na wózkach inwalidzkich, takich zupełnie nieruchawych (no może troszkę). To jest cała machina, zapinanie pasa specjalnego, potem podczepianie pod taki przenośnik i cała operacja w te i z powrotem. Jeszcze kilka miesięcy temu krzywiłabym się na samą myśl, a teraz rwałam się do pomocy. Życie jest dziwne.
Ugotowałam im też obiad, na kilkanaście osób to nie przelewki, ale dałam radę. Potem jeszcze zrobiłam pizzę domową dla załogi pracującej tego dnia. Ani się obejrzałam, dzień zleciał. A ja leciałam z nóg. Ledwo do domu doszłam, padłam. Nie przyzwyczajona jednak jestem.
Na drugi dzień nagłe tłumaczenie też dla osoby z niedostatkami umysłowymi, znam i lubię, więc przyjemność, ale dojechać trzeba było godzinę w jedną stronę, usypiałam.
Potem znowu niezwykła zajętość w centrum, aż do wieczora byłam na nogach.
W piątek sprzątanie u siebie w domu po pracy i wieczorem wyjście na pożegnanie bibliotekarki, która przechodzi na emeryturę wcześniejszą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że zmienili godzinę tego spotkania i mnie nie powiadomili, a to dziewczyny z mojego klubu książki. Szlag mnie trafił, bo mordą cały dzień po podłodze jeździłam, żeby szybciej, zorganizowałam kwiaty, ubrałam się i pocałowałam klamkę. Foch.
Dzisiaj cały dzień prasowanie. Trzeba czasem nadrobić. Ale nie narzekam, bo miałam okazję obejrzeć nagrane odcinki talk show Grahama Nortona. Cóż za uczta. On ma zawsze wspaniałych gości, jest śmiesznie, bez zadęcia i zupełnie inaczej niż w polskich programach. Dlaczego my tak nie potrafimy? Wojewódzki, zakochany w sobie amator szkolnych tenisówek, to jest raczej show o nim, czasem przerywają mu bezczelni goście, po co oni w ogóle przyszli? A, no tak, ktoś musi lustro trzymać.
Brak mi takiego programu u nas.
Jestem zapędzona, zmęczona, chyba lekko przeziębiona, ale nie jest źle. Podczas jazdy i sprzątania dosłuchałam do końca Lwów STS-u, tak mnie ta lektura nastawiła pozytywnie, uciszyła, ugłaskała treścią, bardzo polecam. O niej TU
A a nagrodę obłędnie pachnie mi taki pięknisty hiacynt na biurku.


środa, 12 marca 2014

O egzaminie, co mnie o mało nie zabił i o serialu, co jest zabójczy

Zaplanowałam to z zimną krwią. Wiem, że dzisiaj ostatni dzień w miarę luźny, potem sprzątanie i przyjeżdża córka, inne obowiązki, praca, więc dzisiaj założyłam, że kiedy skończę swoją zmianę, wracam do domu i żeby się waliło i paliło, nic nie robię, siedzę w fotelu i czytam, albo serfuję po sieci. Zaczęłam od przeczytania poczty i zaległych wpisów na zaprzyjaźnionych blogach. Przepraszam, że nie wszędzie komentowałam, ale czasem nie mam nic mądrego do powiedzenia, a jestem tak do tyłu z tym, co się u Was dzieje, że wolałam po prostu poczytać niż pisać. Poza tym jeszcze mam w planach książkę i wieczorem trzeci sezon The Killing, duńskiego serialu, który jest po prostu zajebisty.
Chrzanić poprawność językową.

W piątek miałam egzamin na zakończenie kursu o demencji i chorobie Alzheimera. Nie tam żadne udawanie, że sprawdzają wiedzę, tylko dwie prezentacje do przygotowania, jedna po drugiej. Pracowaliśmy w grupach, mieliśmy wybraną postać pod fikcyjnym imieniem, ale prawdziwa osoba z naszego doświadczenia, a nawet może i taka, którą się zajmujemy. Wybraliśmy na samym początku babeczkę z chorobą Alzhaimera stadium 6-7. Bląd. Huuuuge mistake. Bo w tym stadium to osobnik prawnie już nic nie może sam, a i możliwości aktywizacji marne. No i się męczyłyśmy cały kurs, bo miałyśmy wymyślić na przykład, co będziemy robić w tygodniu z nią, nic nie pasowało, bo przecież na drutach nie, tańczyć nie itd.
Dyskutujemy nad pierwszą prezentacją, a ja widzę i wszyscy inni też, że jedna z dziewczyn w mojej grupie jest jakaś taka nieswoja. Okazało się, że tak się spieszyła na kurs, że wjechała w samochód szwagierki, zmasakrowała jego bok i teraz nie ma do niczego głowy, bo pieniędzy brak, a tam duże koszty. Do tego mężowi nie powiedziała, bo on ciężarówką gdzieś pojechał i bała się, że jeszcze i on wypadek spowoduje. Takie buty. Przepraszała, ale powiedziała, że głowy do niczego nie ma. Druga z kolei powiedziała, że po pierwsze nie rozumie połowy słów z tekstu (ona nie rozumie? to co ja mam powiedzieć, przecież to nie mój język), poza tym tak jej serce ze stresu krew pompuje, że czuje ją  w ustach i nie sądzi, żeby dala radę coś wymyślić.
I zostałam sama z całym egzaminem, co miał być grupowy. Patrzę na pozostałe trzy drużyny, tam praca aż wre, każda coś pisze, a moje panie miłe i w ogóle świetne, ale mało pomocne. Jakby ich nie było wcale. Zaczęłam ścigać się z czasem i swoją niemocą, ze strachu, że nie dam rady, rozum mi odjęło, sama już nie wiedziałam, co czytam. I co piszę. A wykładowca odlicza czas
- macie jeszcze 15 minut.
A ja mam jeden moduł napisany.
- Kochane, jeszcze 5 minut, wystarczy?
- Tak, wszystkie chórem krzyczą, a jak mam ochotę wstać się wydrzeć jak opętaniec - jakie kurwa 5 minut? Ja tu sama wszystko piszę, nie dam rady!
Nawet w połowie nie byłam. A to trzeba wszystko na wielkie płachty papieru markerem grubym wypisać. Noż chyba się z - nie powiem czym - na łby pozamieniali, jeśli myślą, że dam radę - tak sobie w głowie perorowałam, jednocześnie pisząc na tych kilometrowych kartkach papieru. To, co już miałam, sru na ziemię i dalej, kolejna. Jak maszyna. A te kobiety siedzą i oczy wytrzeszczają, a jedna mówi - ja tego nie powiem, nie mam mowy. Mówię do niej, tylko przeczytasz, inaczej egzaminu nie zaliczysz, cały wysiłek na marne, a w duchu - a spieprzaj mi tu z tymi histeriami, tego mi jeszcze brakowało.
Podchodzi wykładowca, fantastyczny facet w przedemerytalny wieku i mówi - ale to jest wspaniałe, tak w grupie pracować, czy nie? Oczywiście, fantastyczne, tak się dzielimy pracą, idzie jak z płatka.
A w duchu - czy Ty do h... pana nie widzisz, że ja tu wszystko sama i nie zdążę? Fuck, fuck, fuck.

I zdążyłam. Kolejność zapisków ustalałam już na czuja, sama do końca nie wiedziałam, czy dobrze. Pomyślałam, że jakby co, to przytomność stracę, nie będą mnie mogli podnieść, wezwanie karetki z dźwigiem trochę potrwa, egzamin odłożą.
Panie puściłam do czytania pierwsze, jak coś nie tak, to wyjdzie na nie, że bredzą.
No, ale poszło dobrze, za pierwszy dostaliśmy 87,5%, za drugi 90%

Przyjechałam do domu, coś zjadłam, z tępym wyrazem twarzy obejrzałam jakieś tańce w TV i padłam o 21szej do łóżka. Taka sytuacja.






niedziela, 16 lutego 2014

Weekendowa osiemnastka, spa-mowanie - małe radości

Weekend mnie tak wymęczył, że najchętniej bym teraz dopiero zaczęła ten koniec tygodnia.
A było tak.
Na Walentynki dostałyśmy z córką prezent od naszych chłopaków, czyli od męża/taty i od syna/brata -wizytę w Spa w miasteczku nieopodal. Misia miała kąpiel w algach morskich, a ja masaż głowy i karku, w sumie pleców do poziomu linii stanika, nazywają go tutaj indian, czyli jakby po naszemu hinsuki (zostawię to tak, źle napisane, żeby Wam powiedzieć, że kiedy chciałam poprawić automatycznie i szukałam opcji 'hinduski' to mi pokazało opcję 'sukinsyn', dziwne), indyjski?
To w sobotę na drugą. Oczywiście od razu się spięłam, bo to środek przygotowań do urodzin Wojtka, czyli tort trzeba było rano do określonej godziny wykończyć, a potem obiad zmontować tak, żeby się wyrobić przed przyjściem kolegów.
Wieczorem w planach było wyjście syna na imprezkę, a moje siedzenie i zamartwianie się, czy mu ta dorosłość, czyli osiemnastka, bokiem nie wyjdzie, albo jeszcze czym innym.

Tak się zrelaksowałam na masażu, że potem chciało mi się już tylko spać. Michalina też była taka na maksa rozluźniona i o drzemce marzyła. Bardzo mnie bolały plecy, szczególnie pod prawą łopatką i kark, ale po masażu to ustąpiło. Och, gdyby to było trochę tańsze, chodziłabym częściej. Fajowo było.


Taki miałam widok z okna, kiedy mnie masowali. Z oddali widać było więcej morza niż lądu, a ten widok zawsze mnie uspokaja nieziemsko. Ocean, jego bezmiar, pozwala trochę zmniejszyć w głowie troski.

Wieczór Wojtka był udany. Poszli do pubu, a tam koledzy i kuleżanki, nie wiadomo, co ważniejsze, haha. Wrócił ok 2giej z kebabem w rękach, ale go zjeść nie bardzo miał siłę. Potem dobili koledzy i go wyciągnęli w piżamie na spacer, takie młodzieńcze sprawy, co się potem pamięta całe życie.
A ja się budziłam i zasypiałam na zmianę tak do rana.


Dzisiaj jestem nieprzytomna, ale oczywiście do biblioteki pojechaliśmy, nawet całą rodziną, bo potem córzydło do autobusu wsiadło już z 'gminnego' miasta i do siebie pojechała.
Jutro powrót do rzeczywistości, do pracy, do spraw trudnych, kołowrót od nowa.
Dlaczego takie weekendy nie rozciągają się jak guma?

czwartek, 13 lutego 2014

Takie czasy panie, że trzeba się jakoś pocieszać

Początek tego roku to jeden z najtrudniejszych okresów w moim dotychczasowym życiu. Nie dość, że nic się nie układa, to jeszcze problemy piętrzą się jak szalone, codziennie coś i nic dobrego, albo zwiastującego problemy kolejne, a to mi zabrali dodatek na dziecko, bo syn kończy 18 lat, albo ciągle noga boli, albo coś muszę załatwić, co będzie trudne, co telefon, co poczta, ja mam odruchy wymiotne z nerwów, ze znowu coś.

Nie piszę, bo co tu pisać? Koleżanka fejsowa skutecznie mi uzmysłowiła, że moje jęczenie jest nie do zniesienia, że wszyscy mają problemy, tylko o tym nie mówią jak ja. Czyli dupę zawracam i tylko humor ludziom psuję. No to się zamkłam. 
Coś w tym jest. Taki amerykański styl, że wszystko fajnie, uśmiech szeroki, a w sercu mrok, może i jest atrakcyjny dla otoczenia? Bo oczywiście jak nam się życie na głowę wali, to co to może kogoś obchodzić? 
Tylko, że do mnie to nie trafia, bo ja się martwię też o to, jak innym się wiedzie, więc skoro nie mam prawa o tym mówić, bo nie daj Boże komuś to może nie pasować, to rozumiem, że sama też mam się znieczulić na innych i konkursowo wbijać w to, czy ktoś komuś umarł, choruje czy kłębią się inne czarne chmury. 
Codziennie walczę z chęcią pozostania w łóżku i odwrócenia się do świata i życia plecami. To nie jest depresja. To jest zmęczenie, bo w życiu potrzebny jest balans, trochę smutku, trochę chwil miłych i żeby się dało jakoś odpocząć od trosk. A jak one przychodzą czwórkami, całe bataliony, to po prostu nie ma jak tego oddechu złapać. 
Doceniam każdą chwilę, kiedy napięcie i stres ustępuje. Każdusienieńką. Mąż pojechał i mam dwie godziny dla siebie, kawa, chwila w sieci, może jakaś gazeta - czuję się jak w niebie. Żeby mnie tak jeszcze głowa nie bolała z tyłu, od strony karku. Napięcie tam nie ustępuję ani na chwilę, od tygodni.
Ale dzisiaj postanowiłam koniecznie, chociaż na chwilę, przestać się zamartwiać.
Może dlatego, że córka przyjeżdża i będziemy razem przez kilka dni. Tak się cieszę. 
Ugotujemy coś niezdrowego, kalorycznego i upieczemy coś wielkiego i słodkiego. Na pewno tort dla Wojtka, bo przecież kończy 18go lutego 18 lat i będziemy świętować w ten weekend. Chrzanić diety. 

Bardzo się wzruszyłam złotym medalem Kowalczyk dzisiaj. Chodzę z tym bolącym palcem i wiem, jak trudno z tym funkcjonować, ale powolutku można. Tylko, że Justyna nie mogła powolutku i musiała zawalczyć i to nie na dystansie samochód - sklep, a 10 km na śniegu. O ludzie, to był wyczyn. Pewnie, że ją znieczulili, ale jak jej to puści, to cieszę się, że nie jestem w jej skórze teraz. Adrenalina i endorfiny też nie będą utrzymywać jej na haju wiecznie. Biedulka.

A wieczorem Hala Odlotów. Nie mogę się doczekać. Nie oglądałam telewizji od tygodni, ale dzisiaj specjalnie na ten program zasiądę. Pazurami trzymam się takich miłych chwil, jakieś rutyny znanej mi sprzed tego okropnego czasu, żeby się odmieniło, żeby to jakoś zakląć. A kysz!


piątek, 17 stycznia 2014

Apdejt czyli jak tam sprawy, jak tam zlewy

Gdzieś mi wcięło pasek. Nie taki od spodni, ale nawigacyjny blogspotowy i to tylko w przeglądarce Chrome, bo widzę, że Mozilla Firefox wyświetla, ale z kolei tam jakieś reklamy mi się zaczęły na szczycie ładować, więc zrezygnowałam z używania. Macie na to jakąś radę?

A poza tym wiele się działo, takie doły zaliczałam, że szok.
Najpierw zmarł mój znajomy, który był jedną z pierwszych osób, z jakimi się tu zetknęłam. Ok, stary lekuchno było, ale bez przesady, jak na nasze warunki, w końcu to nie średniowiecze, młodzieniaszek.
Dużo palił, ale poza tym w normie, no dobra - nie jadł i kawę lubił w dużych ilościach, to go pewnie, cuzamen do kupy, zabiło. No i rak, ale nie tylko on. Nie rzucaliśmy się sobie na szyję co tydzień, ale smutno wiedzieć, że go już nie ma.

Miałam krótki wyjazd do Polski, ale zanim jeden wieczór w Dublinie. Tam wymieniłam książkę w Easonie, ale mój palec połamaniec u nogi, nie dał mi nic więcej podziałać, więc kawa i Yamamori najpierw, a potem spotkanie z blogerami irlandzkimi. Sławek to zorganizował, przyklasnęło wielu, ale koniec końców było nas kilka osób. No i dobrze, bo i tak nie da się pogadać ze wszystkimi, szczególnie, że to było na kręglach. Miałam zamiar skopać im tyłki, ale nieczynna stopa to uniemożliwiła, tak więc udałam się tam w celach gadatliwych, to umiem najlepiej.
Po grze udaliśmy się do domu jednego z blogerów, takie spotkania lubię najbardziej, bo można pogadać i posłuchać muzyki, jaką się lubi, a nie jakieś łomoty. Tym razem Peter grał na gitarze do wtóru naszym rozmowom, więc w ogóle czad. Jak za studenckich czasów.

No, a rano wylot do Polski. Stres do kwadratu stresem poganiał, aż doszło do takiego momentu, że myślałam, że wylewu dostanę. Poważnie. Siedziałam na krześle, rozmawiałam z panią pewną urzędniczką i myślałam sobie, żywcem tego na klatę nie wezmę, nie zdzierżę, to już za dużo.
Okazało się, że człowiek to jednak silna bestia nie do zabicia, żyję. Sprawy mamy pokomplikowane są jeszcze bardziej niż były, jakbym nie prostowała, wychodzi odwrotnie albo z czasem znowu się skręca, co najmniej jak włosy prostowane, co w wilgoci w pierścienie się zwijają. Ten efekt jojo jest taki, ze za każdym razem coraz trudniej. Albo sił już nie staje.

Za to nadal kuśtykam i to mnie martwi. Wrociłam wczoraj w nocy, próbowałam prześwietlić nogę dzisiaj, ale mi się nie udało.

Jak zwykle, kiedy mi jest ciężko na duszy, wynajduję sobie piosenki afirmacyjne. Dzisiaj podczas sprzątania słuchałam radia zamiast audiobooka, bo mi się zapodziała gdzieś mp3jka
Ten utwór poniższy usłyszałam w Starbucks podczas kupowania kawy i głupio mi było spytać, co to i kto to, a strasznie mi się podoba - Pharrell Williams Happy - tytuł adekwatny do potrzeb


Kiedy to leci nie mogę przestać kręcić i potrząsać oraz obracać każdą częścią ciała oddzielnie, budzi się we mnie czarna krew.
A jak człowiek się tak wygina i podryguje, to chyba się coś wytwarza, endorfiny chyba nie, bo to za mały wysiłek, a moze? W każdym razie jakoś lżej się robi. Muszę poszukać tego wykonawcy na Spotify.

A tę drugą usłyszałam dziś po raz pierwszy i się do mnie przykleiła na cały dzień.


Zapomniałabym opowiedzieć, o mojej drodze do bramki na lotnisku, z tym połamanym palcem zdecydowałam się poprosić o podwózkę. I oni mnie sru na wózek inwalidzki. Najgorsze doświadczenie lokomocyjne w moim życiu. Pcha facet ten wózek, wszyscy się na mnie gapią, a jak czuję się jak w samochodzie jadącym bez mojej kontroli, bo nie mam kierownicy. Okropne, myślałam, że ludzi rozjedziemy. A potem mnie wysadził i podjechał taki mały samochodzik jak na polu golfowym i pognaliśmy rączo do bramki, wszystkiego kilka minut radochy. Oczywiście wzbudza człowiek zainteresowanie, kiedy tak 'z fasonem wozem' podjeżdża, podczas, kiedy reszta się wlokła kilometrami na nogach, ale cóż, ból zwyciężył wstyd.
Ale do samolotu wózkiem i czym tam, sama nie wiem, jak oni to robią - dźwigiem? - nie dałam się już wsadzić. Kuśtykałam dzielnie, a potem przespałam cały lot, jak nigdy.

piątek, 3 stycznia 2014

Gdyby kozak nie skakał, to by sobie nie złamał

Przyszłam wczoraj z pracy, po zakupach na dodatek, i jakoś mnie zmogło (to pewnie przez nadchodzący sztorm, o którym nie wiedziałam, a jestem wrażliwa na te zmiany w pogodzie). Położyłam się na chwilę lekko się zdrzemnąć. Prawie nigdy tego nie robię, nie mam w zwyczaju podsypiać w ciągu dnia, to i mnie pokarało. Córka w międzyczasie zrobiła swój popisowy obiad (jeden z wielu, tym razem risotto truflowe ze szparagami i parmezanem z dodatkiem upieczonej polędwiczki wieprzowej). Zawołali mnie, już byłam wybudzona, ale jakoś tak niefortunnie się zerwałam, zatoczyłam, wyrównałam pozycję, coś tam chciałam zrobić, nie pamiętam, w każdym razie ruszyłam przed siebie i jak nie przywalę stopą, odzianą tylko w pończochową skarpetkę, w nogę łóżka, gwiazdy mi w oczach stanęły. Patrzę na stopę, a tam palec pod dziwnym kątem przechylony, zanim coś wymyśliłam, zanim bezmiar bólu do mnie dotarł, piętą zdrowej nogi przesunęłam palec na właściwą pozycję. Coś strzeliło i tyle. Za moment dotarło do mnie, jak mnie boli. Gdyby to nie był obciach to bym wyła chyba. Mało jestem odporna na ból chyba. To jeszcze zależy na jaki i kiedy, ale teraz wydaje mi się, ze niedobrze to znoszę.
Wydawało mi się, że jak to była dyslokacja, to zaraz przjedzie, ale spać w nocy nie mogłam, chociaż mi Wojtek z Michaliną zawinęli taśmą medyczną dwa palce razem dla usztywnienia tego poszkodowanego. Nawet ciążenie kołdry mi przeszkadzalo, już nie mówiąc o psie, który się kręcił jak gówno w przerębli. Ten nadchodzący sztorm go pewnie też niepokoił.
Rano obudziłam się już w oku żywiołu, gwizdało i lało ciężkim deszczem w szyby. Mąż już w pracy, ja też powinnam iść, ale postanowiłam jednak pojechać wcześniej do lekarza.
Mój GP powiedział, że oczywiście nie jest w stanie stwierdzić czy palec był wybity, pęknięty czy co, bo nie mamy jak prześwietlić, drogi zalane, nie ma co jechać do gminy do szpitala, zawinął tak jak był, bo się okazało, ze to jedyne, co się w takich sprawach stosuje i tak, dał list do szpitala na jutro jakby co i puścił wolno.
I tak sobie na lekach kuśtykam.
Niby miałam siedzieć i nic nie robić, ale musiałam jednak jechać do pracy, bo ta wichura i podtopienia wyłączyły z ruchu część personelu, day centre nieczynne, ale wysłali mnie do takiego domu, gdzie mieszka tylko kilka osób. Tam trzeba było trochę pomóc i ugotować im obiad, co zrobiłam i mnie już o pierwszej do domu puścili.
Od razu musiałam się tu pożalić, ale zaraz pakuję się pod koc, poczytam prasę i książkę. Jedyny plus tego przypadku-wypadku, bo rwie jak cholera.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

IKEA - wyczerpałam limit zakupo-godzin i sklepo-kilometrów na rok (księgarni to nie dotyczy)

Na blogu Notatki Coolturalne opisałam moje marzenie o fotelu i jak to się stało, że wreszcie mogłam go sobie kupić, więc nie będę się tu powtarzać.
Chciałabym natomiast więcej napisać o moim doświadczeniu zakupowym w IKEI, ciekawa jestem Waszej opinii, czy Wy też tak macie?
To, że nie ma tam okien, poza najwyższym piętrem w kafejce, to wszyscy wiemy, a jak nie ma okien, trudno się zorientować, jak upływa czas. Nawet jeśli człowiek wie plus minus po co przyszedł, chce to załatwić szybko i bezboleśnie, i tak nigdy nie ma tak, żeby to trwało chwilę.
Nie bywam w IKEI często, bo w Irlandii mamy jeden sklep w Dublinie, drugi jest w Belfaście, po stronie północnej. Do obu mam mniej więcej tyle samo, czyli coś ze 4 godziny. Drogi w Irlandii są słabe, a już z Donegalu do centralnej części szczególnie, nie ma mowy o wyskoczeniu od tak sobie, żeby połazić i zobaczyć, czy czegoś nie przecenili.

Bywam w tym sklepie może raz w roku. Asortyment nie zmienia się tam znowu tak szybko, żeby bywać częściej, domu nie urządzam namiętnie, więc nie ma potrzeby.
Tym razem celem był fotel. Sprawdziłam, czy mają na stanie, okazało się, że są 4 i pojechaliśmy.
Po kilku godzinach jazdy przyjemnie było zasiąść do kawy i irlandzkiego śniadania. To jest dla nas wielka uczta, bo nie jadamy go zbyt często ze względu na kalorie. To w IKEI jest akurat dobrego rozmiaru, nie za duże, nie za małe, dobrze przyrządzone. Jedynym minusem była kawa i herbata - obie wyjątkowo wstrętne, z tym, że kawa biła na łeb wszystkie inne podłe w smaku, które zdarzyło mi się kiedyś wypić. Jak na tę jakość, droga. No, ale nie na kawę tam pojechałam.

Zaczęliśmy od show room, bo mąż ma koncepcję na wymianę kilku rzeczy w kuchni i gdzieś tam jeszcze i mnie przeciągnął przez całość. Znalazłam tam fajne poduszki do fotela, zapisałam lokalizację w sklepie i nazwę. Potem spodobał nam się wieszak do łazienki, znowu to samo - notatki, gdzie go znaleźć. I jeszcze raz ta sama operacja z półką, która wisiała w zaaranżowanym pokoju.
Okazało się, że żadna z tych rzeczy nie jest tam, gdzie obiecywał napis na etykiecie.
Pracuje tam dużo osób, ale zaskakująco mało mogą pomóc. Pytasz, odsyłają cię do innej osoby do innego komputera, a jak już myślisz, że jesteś w ogródku i witasz się z gąską, to się okazuje, że Zosia gąski może i pasła, ale ta bajka jest o Kasi, co gąski zgubiła. Tam, gdzie przedmiot powinien być, okazywało się, że go nie ma wcale w sensie skończył się (to w komputerze tego nie widzieli?), albo leży gdzie indziej, ale gdzie, to może tamta pani, o w tym żółtym (oni wszyscy na żółto, daaa) mi powie.
Jak dotarłam do alejki 5 stanowisko 46, to się okazało, ze mogę podziwiać wielką pustą przestrzeń. Nie muszę chyba dodawać, że mówimy o sobocie, tłumach i sklepo-kilometrach oraz zakupo-godzinach nie do zmierzenia, a nie o małym przytulnym grajdołku z disajnerskimi przedmiotami..
Ale spoko, po fotel przyjechałam, nie będę się przecież denerwować, kiedy realizuję osobiste marzenie ostatnich lat.
Na liście w internecie napisano, że foteli ma być w tym kolorze na półce 4. Dochodzimy do regału, alejka 9 stanowisko 45 oczywizda na samym końcu, a tam stoi jeden. Pytam przechodzącego pana z obsługi, czy jeszcze gdzieś mają więcej (z myślą o tej półce, co jej w alejce 5 nie było), ale dostaję odpowiedź, że cokolwiek leży na regałach, to leży, a jak nie leży, to nie ma.
To ja się pytam, gdzie znajdują się te pozostałe 3 fotele, co są nadal na stanie dzisiaj, bo jeden kupiłam? Gdzie jest półka, co być powinna i jej nie ma?
Nie wiedzieć dlaczego, zaczęłam sobie nucić pod nosem piosenkę kabaretu Mumio

Jak to... jak to się stało
Że mi wypiłaś moje kakao
Przecież to mój kubeczek
To mój kubeczek z wiewiórką jest

Mąż jak zobaczył karton z fotelem, to go na-ten-tychmiast szlag trafił, bo ja go zapewniałam, ze to wszystko jest flat pack (widziałam miesiąc temu na własne oczy, nawet się zastanawiałyśmy z córką, jak ten fotel złożymy). Ale to chyba był ten casus, że my oglądałyśmy kilka kartonów na raz i one się zazębiały, a prawda taka, że fotel jest tam w całości, czyli karton jest w literę L, pod kątem prostym zgięty i wieeeeelki.

Zrobił się problem, bo to oznaczało, że bagażnik będzie otwarty, a to znowu oznaczało konieczność zakupy taśmy trzymającej to wszystko w kupie, a wiedzieliśmy, że takowa taśma jest, bo widzieliśmy taką żółtą, ale się okazało, że ta żółta należy do pracowników Ikei, a do kupienia jest czarna, ale przy kasie 22 na półce. Tam nie było, nie wiedziałam nawet gdzie szukać, ale chociaż kręciło się tam kilku panów, nikt nie polazł popatrzeć ze mną, a to rzut beretem był, tylko mi machali palcem przed nosem, w którym kierunku mam iść. Oni im chyba w instrukcji obsługi klienta zastrzegli, ze nie mają za bardzo pomagać, bo jak nie to na bruk. No bo jak wyjaśnić, że na każdym piętrze pracownicy tylko machają rękami w kierunku nieokreślonym, dupy nie ruszą i odsyłają jeden do drugiego?

Mąż już był na skraju wyczerpania nerwowego. Młody chłopak nawet szukał tej taśmy, ale koniec końców odesłał nas do obsługi klienta, która była po drugiej stronie lustra tej magicznej krainy, czyli po zapłaceniu, mieliśmy się tam udać.
Przy kasie okazało się, że wzięliśmy dwie rzeczy z półki, które były tzw display, czyli wystawką, a powinniśmy wziąć zapakowane. Pytam, czy mi ktoś to może jakoś skrótami przynieść, a on, że nie, że muszę wrócić (przypominam, że mowa o sklepo-kilometrach). Ręce mi opadły. Po ten garnek bym nie szła, ale taśma, okazało się w obsłudze klienta, też jest gdzieś w bebechach tego sklepu-potwora
- jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzieeeee - nucę dla uspokojenia nerwów.
Wywiozłam męża wraz z kartonem "potworem ostro zgiętym" i drugim koszem z poduszkami i różnymi dziwnymi rzeczami średnio potrzebnymi, ale taka łopatka to mi się przyda, bo tania, do samochodu na parking, a sama w te pędy z powrotem do sklepu na poszukiwanie taśmy o imieniu Maja-gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie.
Młodzian pokazał mi skrót, żebym nie gnała tak całkiem przez wszystkie działy, takie tajemne szare drzwi, ale się pogubiłam i kiedy spytałam kobiety po drodze, ta zaprzeczyła, że takowe w ogóle istnieją. Głupia krowa, a młodziana od razu pokochałam, kiedy jednak znalazłam te drzwi i okazało się, że zaoszczędziłam przynajmniej z 15 minut, jak nie więcej. Tam miałam więcej szczęścia, bo pierwszy raz znalazłam młodą dziewczynę, która zostawiła jakieś kartony i mnie zaprowadziła do miejsca, gdzie taśmy leżą (sama bym ich w życiu nie znalazła!!!), byłam gotowa ją pod kolana z wdzięczności chwycić.
Po drodze w locie chwyciłam te dwa przedmioty czyli garnek i doniczkę, co były zapakowane tym razem, a nie z wystawy (chociaż taki burdel tam na półkach, że trudno się zorientować, co i jak) i już normalną drogą wróciłam do kas. Gnałam jak rączy koń, przedtem skrótem weszłam, a i tak mi to pól godziny zajęło. Mąż mnie zabije - śpiewałam przy kasie, dla spokojności oczywiście :-)

Wracaliśmy zapakowani jak na tym filmie reklamowym sprzed lat, gdzie w trakcie wyprzedaży ludzie wyjeżdżają z Ikei zapakowani tak wysoko, że pod mostem nie mogą przejechać. Tyle, że my wystawaliśmy z tyłu :-)
Na stronie internetowej jest wielki napis SALE i o ludziach, co mają Ikea Family kartę, że taniej. Nie wiem, co to za wyprzedaż, bo tam mało co było taniej, jakaś pościel, co i tak jej nikt nie chce i serwetki. Nie wiem też, po co ta karta, bo nic nie skorzystałam na tym, że jestem w 'rodzinie Ikei', a jak spytałam przy kasie, po co ja właściwie to mam (jak to po co, twoje dane podstępem od Ciebie wyciągnęli, głupia babo - mówiły oczy męża), odpowiedź była taka, że niby wiem, ale nie wiem. Produkty są oznaczone i mam je taniej i te z wyprzedaży też, ale ani tych produktów, ani tych taniej, jakoś nie widziałam, albo słabo oznaczone, albo się w ten 'nawias' nie łapię.

Wiem, IKEA to sklep z dosyć dobrymi towarami za niewielką cenę i za to trzeba jakoś 'zapłacić', ale żeby tak całkiem żadnej pomocy i slogany prawie bez pokrycia, albo pokrywające się z potrzebami setnej klientów, to chyba lekka przesada. A może ja tam za rzadko bywam, żeby to dobrodziejstwo ocenić, zauważyć?
Zadowolona jestem z fotela, z łopatek do smażenia, doniczki, garnka i poduszki też, ale zakupy tam to jak pobyt w armii cudzoziemskiej - maszeruj albo giń.


czwartek, 26 grudnia 2013

Czy ja jestem wystarczająco 'smart' na ten phone? A tak w ogóle to już prawie po

Piękny dzień, nie za oknem, bo tam wichura, ale u nas w domu tak. Przyszły święta, w Wigilię luzik, bo wszystko porobione, tylko upiec chleb, ustroić stół i oczywiście jajka faszerowane dla jeszcze-nie-zięcia, bo to ulubione jego danie (co tam, że u nas jadało się je tylko na Wielkanoc).
Z chlebem zrobiliśmy oczywiście jakieś dziwne czary mary. Oczywiście, bo ja w tym roku wyczyniam jakieś dziwne sztuki nie do końca zrozumiałe dla mnie, nie w moim stylu, że coś psuję, ważę lub przypalam. Wymieszałam mąki różne i ziarna i co tam w przepisie było, ale jakoś niecodziennie, w kazdym razie nie powtórzyłabym tego. Nagrzałam piec na 230, ale na grillu najpierw, bo tak się szybciej kuchenka nagrzewa, przez co mniej prądu się na to zużywa, włożyłam chleb i zmieniłam na konwekcyjne grzanie. No właśnie, miałam taki zamiar, a przekręciło mi się za daleko i włączyłam chłodny nadmuch (nigdy nie wiem, do czego to jest). I chleb stał kolejne 40 minut w tym, przez pierwsze piętnaście pewnie urósł, bo było jeszcze gorąco, a potem sobie tak stał blady. Córka sprawdziła, czy już gotowy i skonstatowała ze zdziwieniem, że cholerka coś blady, wsadziła rękę i chłodnawo. No to w panice piec na właściwe ustawienie i następna godzina już w stopniowo rosnącej temperaturze. Upiekł się i o dziwo był świetny, chyba najlepszy od lat.
Gdybym miała odwalić ten numer po raz drugi, nie potrafiłabym tego zrobić.
W każdym razie dzień uratowany, córka miała swój ulubiony chleb na kolację wigilijną.
Objedliśmy się jak zwykle. Nie, że jakieś ilości, ale po całym dniu gotowania, następnym szykowania, jakoś szybko się człowiek napełnia i nie za wiele daje się wchłonąć. W takiej perspektywie człowiek się zawsze dziwi, że tyle nagotował, naszarpał się i panikował w sprawie ilości potraw. Nihil novi.
Prezenty u nas zawsze między przystawkami zimnymi, a barszczem z uszkami. Dla odpoczynku i spokojności, bo wszyscy, niezależnie, czy lat 6, czy 60, są niecierpliwi dowiedzieć się, co tam w tych paczkach jest? Odkąd nie ma u nas maluchów, kładziemy je już poprzedniego dnia, zapakowane i opisane i czekają, a w nas wzrasta chęć zajrzenia do środka. Niby udajemy, że nie widzimy, ale żurawia zapuszczamy.
No i zaczęło się szaleństwo, książki, drobiazgi, to, co każdy wymarzył, co nie oszukujmy się, i tak by sobie kupił, bo torebka, bo portfel, bo czapka. Było też kilka większych, w moim przypadku smartphone. Postanowiłam wejść na abonament, bo muszę mieć rozmowy międzynarodowe tańsze lub całkiem za darmo limit, ze względu na mamę. A jak bill pay to można było pomyśleć o telefonie, bo z planem tańsze niż takie na kartę 'pay as you go'. No i wybrałam Samsung Galaxy Note 3. Tylko tak było mnie na niego stać, a raczej nie mnie, a Mikołaja. Kilku Mikołajów, bo dzieci się złożyły i przyjaciel rodziny dołożył voucher.
Dostałam telefon i oszalałam.
Z rozpaczy, że taka durna jestem i zacofana, że czuję się jakbym w ciemnym lesie chodziła i tylko momentami wychodzę na polanę, jasność widzę, czyli jakimś cudem udaje mi się znaleźć sms czy coś tam innego, po czym znowu w gąszczu niepewności i dziwnych ikonek się poruszam i tak w koło Macieju. Kiedy przychodzi mi pisać na ekranie dotykowym, to latam po nim palcami jak łyżwiarka na oblodzonych kocich łbach, nigdy nie wiem, gdzie wyląduję, w którą stronę mi palec poleci i co z tego na ekranie jest tekstem, który chciałam napisać, a co jakąś hebrajską mowa.
Ubaw najlepszy mamy, kiedy robimy wybieranie głosowe lub głosowe wyszukiwanie google. Raz podchwyci, raz nie.
Galaxy Note 3 ma tyle funkcji, przydatnych i ciekawych, że aż żal taki mieć i nie korzystać, dlatego muszę jutro usiąść z jakimś filmikiem instruktażowym i podziałać. Wyjść z tego lasu :-)

Pierwszy dzień świąt i drugi to wizyta przyjaciół z dziećmi, a teraz lenistwo i filmy w planie.
A jak Wam minęły święta?


wtorek, 24 grudnia 2013

Taka jestem, proszę pana, rozchwiana jak ta pogoda, czyli opowieść podręcznej

Całkiem jestem jak nasza aura - zawiana w nogach, czyli nie całkiem równo stoję.
To nie mój czas zdecydowanie. Nie wiem, czy to coś nowego, czy mi się ten balans wyłączył z powodu stresu, a raczej napięcia spowodowanego zbyt dużym chceniem zrobienia wszystkiego na czas i jak najlepiej, ale w głowie mi się kręci, od ósmej już mi się oczy zamykały, a jeszcze tyle było do zrobienia. Miałam taki kryzys o dziewiątej, że musiałam w ulewę wyjść z domu na chwilę, bo myślałam, że przytomność stracę. Aż się przestraszyłam.
Cały dzień miałam jakiś do kitu. To znaczy atmosfera fajna, z dzieciskami w kuchni, Michalina robiła jedno ciast, a ja zawalczyłam z tortem chałwowo-kawowo-wiśniowym. Nie wiem, czy ten przepis ze strony wprawdzie zaufanej, ale nigdy nic nie wiadomo, jakiś trefny, niesprawdzony, pisany na kolanie, czy ja do kitu całkiem dzisiaj, ale nic mi się nie kleiło z tym ciastem. Na szczęście biszkopt czekoladowy do tortu wyszedł, ale wykorzystałam doświadczenie z innych przepisów, więc nie mogę pochwalić, że to zasługa tego.
Potem mi podpadło, że autorka kazała rozpuścić mąkę ziemniaczaną we wrzącym kompocie, toż to każdy wie, chyba, że całkiem początkujący, że tak się nie da. Czujna się zrobiłam jak Wasilewska, ale nie na tyle, żeby jednak zamienić mąkę ziemniaczaną na kukurydzianą (która daje piękniejszy pobłysk masy wiśniowej i jest ona mnie kisielowata, a bardziej galaretkowata). Potem mi się zważyła śmietana chałowo-kawowa. W mig. Ani się nie spotrzegłam, miałam breję w grudach. Ręce mi opadły.
Stwierdziłam, że straciłam 'modżo' do gotowania i teraz wszystko mi nie wyjdzie. Jak przekrajałam biszkopta na blaty do tortu, to mi ręce latały. Całkowicie straciłam pewność siebie w kuchni, do tego stopnia, że zrobiłam drugą śmietanę potem, ale mało brakowało, a bym ją przebiła (nie zdarza mi się to, a teraz proszę), potem poprosiłam córkę, żeby zrobiła polewę na tort typu 'ganache' czyli śmietanka z czekoladą w niej rozpuszczoną, bo ja już nie wierzyłam, ze dam radę.
Mąż dokończył rybę po grecku, zrobił w galarecie, nasmarował mięsa, ja już tylko za podręczą robiłam.
I się kiwałam jak kiwaczek jakiś, tak mi się we łbie kręciło.
Do kitu.
Do tego dostałam kartki, a sama ich nie wysłałam prawie wcale, tylko kilka, bo po prostu nie miałam siły biegać, kupować i wysyłać, z tym przeziębieniem i balansem, co był do bani. Aż szkoda, że nie na bani :-)

Zobaczymy jak będzie jutro, czeka mnie wykończenie domu, ubranie stołu, upieczenie chleba i jakieś tam pomniejsze sprawy. Obym nic nie schrzaniła.

Mimo to fajnie jest, tylko żeby mnie przestało w głowie kręcić i mdlić.

Oczywiście Wesołych Świąt Wam życzę!

sobota, 14 grudnia 2013

Smarkata kołowacizna, a lista się sama nie zrobi, zakupy tym bardziej.

Siedzę na przepisami, robię listę zakupów i tak kicham, że mam ciało-odrzut na metr. Jakby można było dalej, to i pewnie bym dwa poleciała, ale kanapa jest buforem.

Tak mi dobrze szło, opanowałam jakoś zawroty głowy, dostałam nowe leki, które były bardziej skuteczne. Nie zlikwidowało to całkiem kołowacizny, ale znacznie ograniczyło. Trochę głupio zrobiłam, że pojechałam do Michaliny do Dublina, ale tak się cieszyłam na to nasze chodzenie po świątecznym mieście, że nie umiałam sobie tego odmówić. Do tego w planach miałam dzień spędzony w gronie przyjaciół pod Dublinem, z którego nic nie wyszło, bo się pani domu rozchorowała, ale nie ma tego złego, bo chociaż po Ikei pochodziłam. Poszłam odwiedzić tam fotel, który sobie wymarzyłam do pokoju, do czytania. Usiadłam na nim, zachwyciłam się po raz nie wiem, który, po czym zakupiłam jakieś drobiazgi i rzecz najważniejszą - zejefajną kołdrę dla męża na zimę i dwie superowe poduszki.
Foteli u nas dostatek, ale te najwspanialsze są drogie, kosztują ponad 400, a czasem i prawie 600 euro, na to mnie nie stać. A ten jest za 200 i równie dobry. Za jakiś czas sobie na niego uzbieram i kupię.
Na pocieszenie udało mi się za to wyhaczyć w jednym takim sklepiku dekoracji wnętrz taki oto wieszak na papier toaletowy. Pokazywałam go na Notatkach Coolturalnych, bo on taki właśnie kulturalny jest, ma litościwie dla mola książkowego półeczkę na czytane właśnie książczydło lub Kindla, ale i tu wkleję, bo cieszy mnie niepomiernie, a pewnie nie wszyscy zaglądacie i tam


W Dublinie było cudne, ale tłoczno niezwykle, bo się okazało, że to weekend, kiedy się wieśniaki zjeżdżają na zakupy. Czyli ja też, bom przecież z małego miasteczka na północy. Jeszcze dalej niż północ, rzec można.
Miałyśmy ambitne plany, ale one były jednak na wyrost, cieszę się, że udało mi się kupić dla Misi prezent i że mogłam z nią iść do Yamamori i do kina na Saving Mr. Banks.
Świetny film, bardzo polecam, jak tylko się ukaże w Polsce czy gdziekolwiek jesteście, ukazuje kulisy powstania filmu Mary Poppins, życie autorki tej powieści, ówczesne i powrót do jej dzieciństwa, jak powstała książka, skąd się wzięłam cudowna niania i kogo tak naprawdę przyleciała na parasolu uratować? Oczywiście spłakałyśmy się na końcu haniebnie.
W nocy w niedzielę przyjechałam, a w poniedziałek do pracy, ale nie kręciłam nosem, bo się za wszystkimi tam stęskniłam. W piątek zaliczyłam pierwszą toaletę z podopiecznym, nie było źle, jestem zaskoczona, można się przyzwyczaić.
Przyszły tydzień będzie pracowity, bo mamy mszę we wtorek w day centre dla wszystkich podopiecznych i ich rodzin, potem czwartek obiad świąteczny dla nas wszystkich, a koniec tygodnia wiadomo, już zaczną się przygotowania do świąt.
Emocje, emocje, a ja narazie chora, kichająca, smarkająca i skołowaciała.
Pięknie, k....a pięknie


czwartek, 5 grudnia 2013

Orkan Xaver już tu był, a choinka stoi

Ale nas przewiało zeszłej nocy. Nic spać nie mogłam. Nie lubię wiatru, niektórzy uważają, że jest świetny i ich odpręża, ale mnie tam nic nie uspokaja, wręcz odwrotnie.
Siedzę w domu, bo jednak dostałam zwolnienie na to vertigo, czyli zawroty głowy związane z błędnikiem. Mam siedzieć nieruchomo, czytać, oglądać TV i dać się temu błędnikowi ustabilizować. No, ale jak to w domu, kobieta nie jest chora widocznie, czyli nie wyje z bólu, nogi jej nie urwało, ręki też nie, to przy okazji może niech upierze, uprasuje, co dzisiaj na obiad?
Nie skarżę się, mąż mi bardzo pomaga, ale sama sobie robię krzywdę, bo tylko w momencie, kiedy tracę równowagę, na ścianę lub drzwi lecę, czuję, że choruję, a tak śmigam po domu jak jaka głupia.

Wczoraj postawiliśmy w domu choinkę. Powinna być ubrana na 6go grudnia, irlandzkim zwyczajem wcześniej stroi się domy, w pierwszy weekend, ale ja będę u córki, więc mamy choinkę Barbórkową.
Wiem, że u nas tradycja ubierania drzewka przed samą Wigilią, ale ja tego nigdy nie lubiłam. Mama robiła zawsze histerie, że tyle roboty, że ona z babcią w kuchni, a my walczymy z drzewkiem, zamiast jej pomóc. Poza tym choinka nigdy nie była ubrana według jej standardów. co akurat rozumiem, bo każdy ma swoje, ale jednak awantury w taki dzień to trauma.
Postanowiłam, że u mnie w domu będzie inaczej, co udało mi się o tyle, że stawiamy drzewo wcześniej, ale takie emocje temu towarzyszą, że często się naszarpiemy zanim robota skończona. Czasem udaje się ominąć kłótnie. Wszystko dlatego, ze przeważnie nie działają światła, poza tym ja bym chciała inaczej, mąż inaczej. Kształt choinki i jej gęstość też budzi dyskusje, wybór choinki to jest gehenna, bo szukamy idealnej. W zeszłym roku mąż zarządził wycinkę z ogrodu, bo mu jedno drzewko psuło koncepcję. Trochę łyse było, więc niejedną łzę uroniłam, bo nie jest mi wszystko jedno. W tym roku uparł się też jedno wyciąć, bo za gęsto rosną i musiał rozluźnić szereg. Tym razem gęste, a do tego wielkie jak dupa słonia. Jak u Griswoldów w Witaj św. Mikołaju, dotargaliśmy je do domu, wstawiliśmy i nie wiedzieliśmy, jak się ruszyć. Trochę je mąż poprzycinał z jednej strony i jakoś się pomieściliśmy. A jak pachnie!


Wiewiórki nie mamy, sprawdzałam, bo mnie córka spytała, więc lepiej było się upewnić :-)



Oczywiście przy tym ubieraniu się naschylałam i nagibałam, więc błędnik mi się wcale nie ustabilizował. Teraz siedzę i próbuję odpocząć za wszystkie czasy, haha.
Muszę zrobić menu świąteczne i listę zakupów. Poza tym oglądam Ruskich w Londynie, mam serię nagraną na boksie Sky i zaliczam po kolei. Muszę trochę miejsca zrobić na dysku twardym, bo w święta  pewnie fajne filmy będą, a ja nie oglądam TV wtedy, więc nagrać będzie trzeba. Odcinek specjalny Downton Abbey głównie.

Oglądałam w zeszłym tygodniu Listy do M. Bardzo mi się ten film podoba, wiem, że podróbka Love Actually, ale dobra podróbka, filmów świątecznych nigdy za wiele. Czeka na mnie ten wspomniany pierwowzór listów, Holiday i może sobie jeszcze coś zapodam, na pewno Frasiera święteczne epizody, jak co roku.


sobota, 30 listopada 2013

What shall we do with the drunken sailor?

Ależ kołowrót. Mam nadzieję, ze przyszły tydzień będzie spokojniejszy, bo dwa ostatnie dały mi się we znaki.
Najpierw okazało się, że dziewczyna, która gotuje dla naszych podopiecznych ma chorego tatę i musiała nagle wziąć wolne. Nagle, to znaczy o godzinie 9tej rano dowiedziałam się, że gotuję dla 20 osób i obiad musi być gotowy na 12tą. Następnego dnia powtórka z rozrywki.
Miałam zakupy zrobione, bo ona jest bardzo zorganizowana i nie ma tam żadnych dróg na skróty ani na żywioł. Gotować umiem, ale dla tylu osób nigdy tego nie robiłam. Wprawdzie byłam raz pozostawiona na dwa dni, ale wszystko było przygotowane i omówione, a teraz to po prostu ratuj się kto może.
Indyk pierwszego dnia. Dwie duże piersi. Nie bardzo umiem gotować jak dla 'chorych na żołądek', w sensie nie dawać soli, trochę ziół może. Zdrowo, ale mnie zaraz zaczęły ręce świerzbić, żeby coś dodać. No i wymyśliłam, ze jak czosnek można, zioła też, soli nie bardzo, może trochę pieprzu, to wymieszam to wszystko w odrobinie oleju i natrę indyka. Ale pyszny wyszedł, a jakie gravy! No, ale przypomniało mi się, że Dżina bezglutenowa jest, i co teraz, czy olej rzepakowy, nawet w ilości dwóch łyżek czy trzech, jest ok? Telefon do dietetyczki, bo ryzykować nie mogę przecież, ale na szczęście się okazało, ze nie zostanie dziewczę bez obiadu, bo można jej to podać.
Drugi dzień już był łatwiejszy, bo ryba i ziemniaki.
Ale stres i tak, żeby na czas, żeby nie pomieszać, kto bez protein, kto bez glutenu, kto nie lubi marchewki, a kto je bez sosu. I że do tej ryby w ogóle ma być sos, kto by pomyślał. Bez sosu ani rusz.
To była końcówka zeszłego tygodnia, a ten od początku wrzucił mnie w szalony wir - jak nie wizyta syna w szpitalu (po dwóch latach czekania na konsultację), to tłumaczenia, potem wizyta męża na inwazyjne badanie, do którego musiał się przygotowywać prawie cały tydzień, więc przypomnieć o lekach, o saszetkach, o niejedzeniu, potem nawet o niepiciu, znowu tłumaczenia i praca cały czas normalnie. Tak się ciesze, że już piątek wieczór.
Ale żeby tego było mało, mam vertigo czyli zawroty głowy spowodowane zapaleniem błędnika czy jakoś tak, w każdym razie od poniedziałku jestem na lekach i mogę sobie śpiewać
What shall we do with the drunken sailor




Czuję się jak na statku, a najgorzej kiedy leżę w ciemności w łóżku, mam zamknięte oczy, ale i tak mi wiruje w głowie, mam wrażenie, jakby pokój tańczył. Można jakoś funkcjonować, ale trudno i mdli cały czas. Pod prysznicem stoję na rozstawionych nogach, jak nie przymierzając mój Franiu w wannie :-)
No, ale na chorowanie nie ma czasu, trzeba być twardym nie miętkim.
Dobrze, że z chłopakami wszystko w porządku, wizyty i badania nie wykazały niczego niepokojącego.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Fotel nad przepaścią, a w hotelu goło i wesoło

No to jestem z powrotem. Tęskniłam. Myślę, że już się w miarę wyrobiłam i postaram się dzisiaj uzupełnić historię wyjazdu, a potem przejdę do spraw bieżących.
Nie wiem, dlaczego się tłumaczę. Może dlatego, że czytaliśmy ostatnio moje stare pamiętniki, które prowadziłam odkąd miałam 11 lat i tam też ciągle pisałam, że przepraszam, że nie piszę systematycznie. Syn się głośno zdziwił, na to córka wytłumaczyła mu, że nie ma w tym logiki, z jakiegoś powodu człowiek czuje się w obowiązku tłumaczyć pamiętnikowi, dlaczego nie pisze.
Jeśli ktoś tu zajrzał ostatnio, wiecie, że na Notatkach Coolturalnych są wpisy, Tu i Tu, które rozpoczynają historię mojego pobytu w Polsce. Dzisiaj podzielę wpisy na osobiste - bardziej 'nie-książkowe' i o samym festiwalu. Jeden tu wpisuję, drugi tam. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się o moich przygodach medialno-bankietowych, zapraszam na blog książkowy.

Nie mogłam uwierzyć, że ledwie wylądowałam w Warszawie, a tyle się wydarzyło, głównie w sferze emocji, w głowie, bo ja wszystko jakoś tak sensorycznie odbieram, nadwrażliwość okrutna, cieszę się jak dziecko, jakbym wszystkiego pierwszy raz doświadczała. Zresztą nie jest to takie dalekie od prawdy, może i mieszkałam w stolicy, ale nie było wtedy wielu miejsc, klimatycznych kawiarenek, teatrów, więc były to faktycznie dziewicze wrażenia.
Warszawa się zmienia, niby to wszyscy wiedzą, ale dla kogoś, kto wydeptywał tam ścieżki lata całe i wyjechał, a teraz wraca i próbuje odnaleźć siebie - młodszą, szaloną, piękną i smukłą - co jest oczywiście średnio możliwe (piszę średnio, bo w głowie dzieją się rzeczy, które naukowcom się nie śniły), ta zmiana jest uderzająca. Moja Warszawa końca lat osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych prawie nie istnieje. Wyszłyśmy z Dorotą i Anią z Dedalusa, patrzyłam oszołomiona na Chmielną, dla mnie Rutkowskiego (chociaż w ramach buntu nazywaliśmy ją Chmielną :-), na Szpitalną, gdzie chadzałam do Laurenta strzyc włosy, a zaraz obok na przepyszną wątróbkę z buraczkami przygotowywaną przez dwie panie w barze obiadowym, teraz pewnie powiedzielibyśmy 'lanczówce'. Na rogu była kawiarnia Kaktusowa bodajże, a teraz jakaś przeraźliwa z wyglądu sieciówka. Wszystko płynie.
W piątek wyjazd do Siedlec na Festiwal Literatury Kobiecej Pióro i Pazur. Z samego ranka umówiona byłam z Anią, pojechałyśmy jej samochodem. Już sama droga to wiele wspomnień, włącznie z tym pierwszym, nocnym przejazdem znad morza na Podlasie, gdzie czekało na nas wynajęte mieszkanie, nowe życie. Dawno to było.
Wydawałoby się, że jechałyśmy niespiesznie, chociaż zapewne Ania trzymała tempo, jako pasażer miałam komfort niepilnowania licznika i drogi. Tym bardziej odczułam szalone przyspieszenie, które zaraz po przyjeździe nastąpiło. Ledwo zameldowałyśmy się w hotelu, już musiałam lecieć do dentysty. Jeśli ktoś chciałby poznać osobę, która potrafi bezkonkurencyjnie schrzanić sobie miłe chwile, to zapraszam do mnie. Wymyśliłam, że zęba naprawię w czasie krótkiego pobytu w Polsce. Długa historia, przyjaciółka dentystka zachorowała, przyjąć mnie nie mogła, posłała do kolegi naprzeciwko szpitala na Starowiejskiej. Fajna klinika, przemiła obsługa, dentysta również też, ale co z tego, skoro dla mnie takie wizyty zawsze kończą się stresem, bólem i informacją, że nie da rady, a przynajmniej nie tak w krótkim czasie. I tym razem nie było inaczej. W każdym razie pan zrobił takie fiku miku (oszczędzę Wam szczegółów, chociaż mnie korci, żeby się tu wywnętrzyć i poskarżyć na swoją niedolę), że wyszłam od niego już nie taka sama. Obolała czyli. I to się wcale nie miało zmienić w dniach kolejnych.
Po wyjściu plan był taki, żeby dotrzeć do hotelu (przypominam, że pęcherze na nogach, bo nowe buty itd), więc powolutku, zamiatając noga, spacerkiem turysty, przeszłam przez centrum do hotelu. Nowe sklepy, nowe miejsca, jedynie ulica Bohaterów Getta jakby wyjęta z moich wspomnień, zupełnie niezmieniona, nawet stary sklep z lampami i kantor w tym samym miejscu. Fajnie, wreszcie coś znajomego. Zakupy drobne, ale radujące każdą babkę, jakiś krem, lakier do paznokci, gazetka, książka, sam mniód.
Hotel. Nazywa się Janusz, od imienia właściciela. Nowoczesny wygląd, ale atmosfera rodem z małych, familiarnych hotelików europejskich, co uważam za idealne połączenie. Nie jestem osobą światową. Jeżdżę wprawdzie po Europie byłam w Stanach, mieszkam zagranicą, ale nie stać mnie na wypasione hotele, rzadko się w nich zatrzymuję. Ale jak już, cieszę się jak dziecko nowym piórnikiem. Ania pojechała zwiedzać, miałam więc komfort kąpania się i łażenia w gaciach po pokoju, spokojnego suszenia włosów (powiedzmy, bo te suszarki przybite gwoździem do ściany nie są łatwe w użyciu), pogrzebania w walizce, wywalenia wszystkiego na wszelkie powierzchnie płaskie, jakie tam były pod ręką. Włączyłam sobie telewizor, szukałam TVN24, co uświadomiło mi moje uzależnienie od wiadomości, znalazłam TVP Info, tyż piknie. Pogoda jak drut, słońce niesamowite, po prostu żyć nie umierać. Gdyby to nie było ryzykowne dla wszystkich trzech pięter hotelu, o łóżku nie wspomnę, skakałabym po nim jak Meryl Streep w Mamma Mia.
Wyszykowałam się jakoś, bo wiecie, w amoku radosnym zorganizowanie się wcale nie jest takie łatwe i wynurzyłam się z pokoju w celu obiadowania. A potem miały być spotkania, na co cieszyłam się bardzo.
Tylko ten ząb. Why me? Wszystko we mnie krzyczało. Czekałam na ten wyjazd od lutego, tak się cieszyłam, a teraz posuwałam po mieście z rozwierconą dziurą i poczuciem, że 'mnie się krzywda dzieje panie Popiołek'.
Poza tym po raz pierwszy odczułam przepaść pokoleniową na fotelu. Gdzie indziej już mi się zdarzało, ale na fotelu dentystycznym jeszcze nie. Otóż przyjmował mnie bardzo młody człowiek. Niewątpliwie nowocześnie wykształcony, kompetentny i w ogóle 'miszczu', ale co on wie o ... dawnych praktykach? Nic. A jak nie wie, nie zrozumie dlaczego stare baby boją się dentysty i chcą znieczulenie. Dlaczego myślą, że się da coś zrobić, bo jak człowiek lata tyle lat na księżyc, to dlaczego nie da się zęba wyleczyć tak, jak sobie tego wyobrażają? Że kiedyś ortodonta to była osoba, która głównie wyrywała zęby, żeby zrobić miejsce, moje przednie, które urosły jeden na drugi po prostu mi spiłowali, nałożyli koncajsy i git. I takie tam kombatanckie wspominki. Pan na 'styropianie nie spał, nie wie, w czym rzecz.
Za to onieśmiela, bo mówi mądre rzeczy, które od razu oznaczają, że cokolwiek ma się w gębie, jest nie w porządku. Tam wyrwać, tam zrobić, tam za głęboko, tam za szeroko, Jezusie!!! A ja cały czas do dentysty latam! Do tego jakaś nowa maniera się narodziła, jak u fryzjera, że cokolwiek zrobił dentysta poprzedni, jest do niczego. Nie tak wprost, ale wiecie, mowa ciała i półsłówka robią swoje.
Stres i jeszcze raz stres.
Pan zrobił co mógł. Widział mnie jeszcze kolejnego dnia, specjalnie wcześniej przyszedł, ładnie z jego strony i w ogóle mi pomógł, nie jego wina, że mi się przez lata wyrobiły kompleksy dentystyczne i nie umiem się tego wyzbyć.
Na drugą, równoleglą część zapraszam do Notatek Coolturalnych
Powoli wygrzebuję się z tych zaległości wrażeniowych :-)

niedziela, 29 września 2013

Wszystkie pędzle baczność! A duch Anioła unosi się nad nową salą biblioteczną

W piątek przyjechała córka, z miesiąc się nie widziałyśmy. Mimo wielkiej zajętości udało mi się upiec drożdżówkę z rabarbarem i kruszonką. Małżon przygotował rabarbar jak na tartę, czyli go podsmażył z karmelizowanym cukrem, bo on taki ostatni w tym roku, łykowaty, nie nadawał się żywcem do ciasta pójść. Córka zamarzyła o cieście drożdżowym, pomyślałam, może się uda z tak przygotowanym owocem? Kruszonka jeszcze była i mi to wszystko wpadło do środka, a ciasto wyrosło nad tym. Śmiesznie wyszło.
Na urodziny dostałam dodatek do Osadników z Catanu, tym razem Kupców i Barbarzyńców, jak zobaczyłam wielość elementów, to się załamałam, ale okazało się, że tam bardzo wiele jest scenariuszy, więc spoko, wszystkiego na raz używać nie trzeba.
Urządziłyśmy sobie poranek makijażowy, szykując się do wyjazdu do biblioteki, przeszłam szybki kurs nowych trendów, nowym produktów w kosmetyce upiększającej, od podkładu i korektora pod oczy, do różnych kredek zastępujących pomadki itp. Jestem stara gwardia, szminka, puder, fluid tymi ręcami i git. A tu pędzle do podkładu, rozświetlacze, nawilżacze, to robi tak, a tamto tylko pozornie jest ciemne, a tak naprawdę to jasne, haha. Jak byłam w jej wieku, też poszukiwałam, zmieniałam i ciągle coś nowego miałam na tapecie, a teraz kupuję ten sam puder, bo jak dobry, to po co zmieniać? Mam ulubioną pomadkę, taką jak za króla Ćwieczka, czyli tłusty sztyft wykręcany z plastikowej lub metalowej oprawki. A tu kredki, nawet już nie błyszczyki. I to jeszcze naprawia usta, do tego lekko 'wydyma', smak ma też. Ja pierdziu.
Dobrze mieć córkę, co matkę zapozna z nowościami, da pomacać, popróbować, zanim kupię.
Na koniec pokazała mi, jak się pięknie czyści pędzle, koleżanka makijażystka jej patent sprzedała. Szampon dla dzieci potrzebny, na dłoń trochę nalać i mazać, płukać, mazać, płukać. No dobra, przyznam się, nigdy mi nie przyszło do łba pędzle myć. Po prostu co jakiś czas kupowałam nowy. A to i do różu potrzebny, i do pudru sypkiego, malutkie do cieni. Jak umyłam, a szampon dla dzieci pozwala zachować miękkość włosa, to uwierzyć nie mogę, że to ten sam zestaw.
Długą drogę człowiek przeszedł od jugosłowiańskiego fluidu w szklanym słoiku nakładanego szpatułką (z jakiś przyczyn można go było kupić jedynie w sklepie Jablonexu w Al.Jerozolimskich i był to ówczesny Dior wśród kosmetyków, jakże on się nazywał?), tuszu do rzęs w pudełku z wieczkiem, nakładanego taką małą szczoteczką luzem (pluło się na nią, hehe) do kosmetyków nowej generacji, co się czasem na oczach ze skórą 'zrastają'.
I jak to cholera trzeba być cały czas na bieżąco.
A z dobrych wiadomości, będziemy mieli wreszcie regały w jednej z sal, dostaniemy materiały do małego remontu, a panowie ze szkoły, rodzice płci męskiej znaczy, zgodzili się pomalować salę w czynie społecznym (niech duch gospodarza Anioła będzie z nimi). Będą też panele, nowe stoliki, a regał robiony na wymiar. O jeżu, doczekać się już nie mogę, kiedy to wszystko poustawiamy :-) Wreszcie biblioteka będzie przypominać bibliotekę.