Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony bieżące (dla Gazeta Polska). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony bieżące (dla Gazeta Polska). Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 listopada 2012

Jak być kochaną?



Wpadłam na artykuł w Twoim Stylu o tym jak być lubianą? Pierwszy odruch – wymiotny. Nie lubię poradników, żadnych tego typu tekstów, nie mam cierpliwości tego czytać, ani tym bardziej rozwiązywać testów. Ale postanowiłam przeczytać, wyjątek taki, bo już od dłuższego czasu zastanawia mnie casus jednej z moich koleżanek, Irlandki, która gdzie się nie pokaże natychmiast jest uwielbiana, kochana, wszyscy chcą z nią rozmawiać i przy niej stać. Poznałyśmy się na kursie i mam szczęście być jedną z tych osób, które się z nią przyjaźnią, zatrybiło niemal metafizycznie – od pierwszego spojrzenia fascynacja obopólna. Toteż nie zazdrość mnie popycha do tych rozmyślań, a czysta, naukowa można by rzec, ciekawość, jak to działa w jej przypadku? Uznałam, że z tego artykułu się dowiem.
We wstępie dowiaduję się, że każdy chce być lubiany, ale nie każdy wie, jak to zrobić, stąd dobrze przeczytać książkę Tima Sandersa ‘Jak być lubianym’. W dalszej części artykułu jednak, podają nam tyle informacji, że myślę, że już można sobie darować czytanie tej książki, bo cóż można więcej na ten temat powiedzieć? Tim podaje nam receptę – na czynnik S, czyli bycie postrzeganym, jako osoba S-ympatyczna, składają się cztery elementy: przyjacielskość, istotność, empatia i autentyczność. Zdobyć przyjaciół od ręki, natychmiast, jest bardzo trudne i niewiele osób posiada tę wiedzę tajemną. Mam wrażenie, ciekawe czy je podzielacie, że Irlandczycy ogólnie mają wrodzoną zdolność pozyskiwania sobie ludzi i dlatego są postrzegani w Europie i nie tylko, jako jedni z najbardziej sympatycznych na kontynencie. Jak zaczęłam poznawać kolejne elementy czynnika S, to wrażenie się jeszcze pogłębiło, bo czyż to nie jest obraz przeciętnego Irlandczyka?
Element 1 – przyjacielem mi bądź – akceptuję cię takim, jaki jesteś; fajnie, że się spotkaliśmy; lubię z tobą być. Ofiarowanie przyjaźni, sympatii pociąga za sobą takie same sygnały zwrotne. Ale uwaga, działa też odwrotnie, czyli jeśli jesteś nastawiony sceptycznie do każdego nowo poznanego człowieka, inni też są najeżeni na poznanie i zaakceptowanie Ciebie. Handlowcy wykorzystują tę zasadę zasypując nas ofertami i gratisami od wejścia, wtedy czujemy się w obowiązku coś u nich kupić. Nie wiem, jak Wy, ale ja od pierwszego dnia tutaj spotkałam się z taką postawą Irlanczyków – ale fajnie, że tu przyjechałaś, widocznie podoba ci się nasz kraj, a jeśli tak, już cię lubię. W kontaktach są zawsze pogodni, uśmiechają się, a takich właśnie lubi się najbardziej. Zadają pytania, aktywnie słuchają, potakują, słownie przyznają rację; bardzo często oferują swoją pomoc, drobne przysługi, dla nich nic takiego, a nam często ratowały życie. Na dodatek często powtarzają imię rozmówcy, a nie od dziś wiadomo, że najmilszym słowem świata jest w naszych uszach własne imię – jak twierdzi Sanders. Pamiętam, jak mi powiedzieli, że nauczą się wymowy polskiej, bo moje imię, to moja tożsamość i nie im ma być łatwiej, a mnie przyjemniej słyszeć je w oryginalnym brzemieniu. Racja!
Element 2 – wspólne sprawy, ważne sprawy. Nie wystarczy uważać, że ktoś jest sympatyczny, to wszystko na nic, jeśli ten człowiek nic a nic cię nie obchodzi. Jak prezenter telewizyjny, fajny i co z tego?  Jeśli chcemy być dla kogoś istotnymi, musimy zlokalizować obszary wspólne. Czyli też mam córkę, wiem jak to jest, kiedy dojrzewa i zaczyna się co chwilę zakochiwać. Albo – mąż też lubi łowić ryby, kiedy jedziemy na spacer wyciąga wędkę i tyle go widzieli, siedzę z książką i czekam aż coś złowi. A jak zauważymy czyjeś potrzeby, jesteśmy w stanie je zaspokoić, ale tak, żeby nie wyszło, że wkupujemy się w czyjeś łaski – pożyczę ci tę książkę, widzę, że masz ochotę ją przeczytać. Syn wyrósł już z tej kurtki, jest jak nowa, miał ją na sobie ze dwa razy, a widzę, że twojemu się podoba, może zechciałabyś ją ode mnie przyjąć? Jeśli ktoś ma podobne hobby, jak na przykład to wędkowanie, można spytać, gdzie najlepiej łowić, gdzie kupić dobry sprzęt? To powoduje, że zostajemy wyróżnienie z tłumu innych, fajnych, ale nieistotnych ludzi. Czyż to nie jest irlandzka specjalność?
Element 3 – wczuj się w człowieka. Trochę empatii, spojrzenie na sprawy z punktu widzenia drugiej osoby, może wiele zdziałać. Wiele osób współodczuwa, ale nie potrafi lub wstydzi się to okazywać, a  jeśli pozwalasz uczuciom zagościć na twarzy, twoja mowa ciała wskazuje na empatię, wtedy druga strona widzi Twoje uczucia i czuje się komfortowo, bo jest zrozumiana. Irlandczycy nie mają z tym problemu, ich okrzyki, emocje wypisane na twarzy, do tego gesty i ‘I know what you mean’, może wydaje się egzaltowane, ale ile razy dawało nam poczucie tak potrzebnego zrozumienia?
Element 4 – bycie autentycznym. Tamte trzy są ważne, ale muszą łączyć się z uczciwością, szczerością i byciem prawdziwym. Nie da się tego wszystkiego udawać, są to narzędzia dla człowieka, który wierzy, że niezależnie od kraju, pochodzenia, wieku, wykształcenia, można znaleźć punkty styczne i się z kimś zaprzyjaźnić albo po prostu polubić. Trzeba być sobą, ale trzeba też pracować nad sobą, żeby być postrzeganym, jako osoba warta przyjaźni i uwagi. Takie proste, a takie trudne zarazem. Irlandczycy są jacy są, nie udają nikogo innego, są pogodzeni ze swoją karmą i to jest po prostu fantastyczne. Poczytałam i już wiem, jak to robi moja znajoma. Pytanie, czy i ja potrafię?


środa, 21 listopada 2012

Przybliż się płatniku, daj się walnąć między oczy



Cały świat bankowy prześciga się w wymyślaniu nowych form płacenia bezgotówkowego. Młodzi ludzie nie wiedzą już jak wyglądają czeki, a już na pewno ich nigdy nie wypisywali. Może pracodawca im je wręczył raz czy dwa, ale zaraz konieczne było założenie konta i korzystanie z kart. Karty też się zmieniają; kiedyś trzeba było je kłaść na maszynce, przykrywać cienkim, bibułkowym papierkiem, jeździć ‘na szynach’ takim dynksem, podpis, sprawdzenie zgodności z oryginałem i było po zapłacie. Nic dziwnego, że ludzie woleli czeki wypisywać. Potem już było super nowocześnie, bo miały pasek magnetyczny i trzeba je było szuuuuu, przesunąć przez szparę, podpis, sprawdzenie z oryginałem, zapłacone. Już wydawało się, że dalej to nie zajdzie, bo cóż można jeszcze w tej materii zmienić, szybko, łatwo przyjemnie, ale nie, bankowcy zadbali, żeby było jeszcze łatwiej, szybciej i bezboleśnie, bo wiadomo, nie ma to jak ruch w interesie, w ich przypadku, gotówka musi fruwać i zmieniać właścicieli. Wymyślono karty z chipami, czyli wkładasz, kod-pin, już żadnego podpisywania, po robocie, zapłacone. Jest to na tyle łatwa i szybka operacja, że młodzież zaczęła płacić nawet za małe zakupy kartą, przestali nosić gotówkę. Przemysł ‘karciany’ znalazł sposób i na to, karty zbliżeniowe, nawet już żadnych pinów, ani kart wsadzania w jakiekolwiek dziury nie trzeba, tylko machnąć przed jakimś tam cyngwajsem i zakupy o wartości do 15 euro (u nas kartą zbliżeniowo można tylko do tej kwoty) zrobione. Pomyślałam, że to już chyba koniec rozwoju, bo ileż można jeszcze w tej kwestii wymyślić, chyba, że przelewy uruchamiane siłą woli, intuicyjne. Tylko, że zapomniałam o rozwoju innej gałęzi przemysłu, o smartfonach. U nas tego jeszcze nie widziałam, ale w Polsce któraś z sieci już proponuje opłaty za pomocą zbliżenia do czytnika telefonu i dokonania transakcji bezgotówkowej w ten sposób. Czyli jak widać, wszystko zmierza do tego, żeby ludzie łatwiej wydawali, jak nie widać papierków i monet, lekką ręką robi się zakupy, przynajmniej tak ma większość ludzi. Dopóki mają wolny wybór, nie ma nic złego w rozwoju różnego rodzaju metod, bo jeśli ktoś woli, nosi po prostu gotówkę.  No właśnie, jeśli woli, a nie musi. Ja na przykład odzwyczaiłam się od tego i odkąd są karty płatnicze debitowe, nie tylko kredytowe, tym chętniej z nich korzystam. Ale chyba będę musiała się odzwyczaić od tego udogodnienia i przejść do czasów króla Ćwieczka, znowu zapełnić portfel gotówką i zacząć ją chować w skarpecie. Dlaczego? Widzę Wasze zdziwienie i już spieszę wyjaśnić.
Dowiedziałam się mianowicie w swoim banku, że wprowadzają opłaty za konto. To znaczy one niby były zawsze, ale odkąd jest bankowość internetowa można było je jakoś ominąć, a to ilością przelewów dokonanych online, a to innymi operacjami, byle były bezobsługowe i nie sterczeć w okienku, dali możliwość zejścia z haka płacenia za konto i to mi pasowało, bo ostatnimi czasy to ja za dużo kasy nie mam, a już na pewno nie tyle, żeby się nie przejmować dodatkowymi opłatami, wcale nie małymi, za konto w banku. Niedawno znajoma, która ma konto w AIB zaczepiła mnie, czy nie dostałam przypadkiem rachunku za usługi bankowe u siebie, bo ona nagle tak i jest zaskoczona, ale po wyjaśnieniach w banku dowiedziała się, że teraz już tak będzie i koniec. Pognałam, więc do swojego banku i oni mi powiedzieli to samo, niby inny bank, ale sprawa tyczy się wszystkich, a przynajmniej większości, że zaostrzają limity, które zwalniają z opłat i teraz jedynym sposobem na ucieczkę od nich jest kilka tysięcy na koncie przez cały czas. Opłaty głównie dotyczą transakcji bezgotówkowych za pomocą kart, nieważne, czy kredytowa czy debitowa, czy w bankomacie wypłatowym czy wpłatowym, czy w Internecie, za każdy machnięcie kartą, czy też jej wetknięcie w terminal, czy wpisanie numeru online, będziemy płacić i to niemało. Toteż pytam pani w bankowym okienku, jaki jest sposób na złagodzenie bólu, czyli zminimalizowanie kosztów? Ona mi na to – wypłacenie gotówki z bankomatu, jednorazowo dużo i operowanie nią. Trafił mnie szlag po prostu. Od tylu lat jesteśmy przyuczani do rezygnowania z używania gotówki, starszym ludziom tłumaczy się, jakie to wygodne i bezpieczne, a teraz migusiem wszystko wraca do starych metod? I to wtedy, kiedy naprawdę ludzie nie wyobrażają sobie życia bez swobodnego używania kart płatniczych wszelkiego rodzaju? To jest dopiero numer, cierpliwie kogoś do wygody przyzwyczaić, zaproponować im co raz to nowe rozwiązania, a potem powiedzieć – ale za to trzeba zapłacić, będzie ci dużo taniej obyć się bez tego, zapomnij. Tylko, że pewnych zjawisk już się odwrócić nie da, zakupy w sieci są faktem, więc koniec końców sytuacja jest taka, że mamy na głowie kolejne opłaty. A przecież ci, którzy obsługują działania bezgotówkowe już biorą pieniądze od sklepów za umożliwianie tychże. Banki widać znalazły sposób na zmniejszenie deficytów i to kosztem ludzi. Najpierw głupot narobią, a potem ten, co na końcu łańcucha pokarmowego, płaci. Do tego household charges, zaraz za wodę opłaty, za septic tanki, a może wrócą do starych sposobów obliczania podatków za domy – czyli za ilość okien i będziemy zamurowywać? Nie dość, że wieje, to wiecznie w pysk.

niedziela, 11 listopada 2012

Rozterki (z) ostatniej chwili



Kilka dni temu siedziałam nad podatkami. Co roku Revenue wysyła nam Form 12 dotyczący zwrotów podatków do wypełnienia. Taaa, niby o zwrot idzie, ale trzeba wpisać milion różnych informacji dotyczących dochodów z różnych źródeł, również zagranicznych, wynajmu lokali, mieszkania (również w Polsce) i tak dalej, a potem dopiero napisać, gdzie wydaliśmy, czy to na wynajem lokum dla nas, czy to za wywóz śmieci, usługi medyczne itp. Zestresowałam się, bo czekałam za długo z jego wypełnieniem, zostało mi kilka dni zaledwie, a tak sobie obiecywałam, że w tym roku będzie inaczej i na pewno zrobię to na kilka miesięcy przed terminem, a nie na ostatnią chwilę. Tak, tak, to nie pomyłka, na złożenie go w wyznaczonym urzędzie podatkowym mamy kilka miesięcy, aż do końca października. Tym większy wstyd, że tyle czekałam.
Wzięłam do ręki ten formularz, kilkanaście stron, ważę w myślach swoje możliwości w tym względzie, ale wreszcie dochodzę do wniosku, że jak to, ja nie dam rady? Otworzyłam, przeszłam przez PPS numery, informacje o dzieciach, kartach medycznych, łatwo nie było już na tym etapie, bo sprawa dotyczy roku poprzedniego i trzeba pamiętać, że dzieci wtedy jeszcze były wszystkie na naszym utrzymaniu, a i inne informacje mają być relatywne do 2011 roku, a nie do sytuacji obecnej. W tym momencie klęłam, że nie mam porobionych notatek dotyczących stanu na dzień ostatni zeszłego roku, ale cóż, mądry Polak po szkodzie, wszyscy to znają.
Schody zaczęły się już od strony czwartej, gdybym miała dochody z jednego miejsca, nie byłoby problemu, ale jak z wielu? Kurczę, gdybym była bardziej biegła w tych sprawach, na pewno bym wiedziała, kasy na doradcę podatkowego też nie mam, więc muszę jakoś sobie radzić. Raz kozie śmierć, najwyżej mi odeślą z adnotacją o konieczności poprawek, albo mnie wezwą do siebie w celu wyjaśnień. Na wszelki wypadek dopisałam elaborat na temat moich działań buchalteryjnych.
Wydawało mi się, że to już koniec przypadków Kasi na podatkowych dróżkach, ale to był dopiero początek. Niezbadane są meandry tax-formularzy.
Potem zaatakowali mnie odsetkami płaconymi przy okazji kredytów hipotecznych i na rozbudowę czy remonty domu. O Bogu, gdzie ja mam te papiery z banku? Dobra, może dalej, a potem wrócę do tego.  A dalej – pytania o konto oszczędności na emeryturę. Mąż coś takiego ma w pracy, ale czy to jest to konto, czy co innego? Gdzie to sprawdzić? Cholera, nikt u niego w biurze nie odbiera telefonu, nie dowiem się na czas. Na dodatek dokumenty od jednego z moich pracodawców okazały się być błędnie wypełnione, kwota była za duża, zorientowałam się poniewczasie. Wypełniłam z błędem, muszę wrócić po kolejny dokument, a nie wiem, czy dostanę go na tyle szybko, żeby zmieścić się w czasie wyznaczonym przez Revenue Office na oddanie formularza? Decyduję się na wizytę w biurze pracodawcy jeszcze tego samego dnia, ale była już trzecia, więc miałam tylko godzinę, to na drugim końcu miasta, a do tego ja nie mam samochodu. Tylko spokój, głęboki oddech, kilka oddechów, licz do dziesięciu – mówię do siebie i ubieram się wpychając dwie nogi do jednej nogawki spodni. Decyduję się zabrać psa, jak mam biec, to niech i on ma ‘bieżnię’, przynajmniej padnie wieczorem i nie będę musiała mu piłki rzucać. Ale gdzie jest smycz, gdzie są szelki? Wywalam wszystko z półki, jednej, drugiej, szafki na buty, z pojemnika na czapki i rękawiczki, diabeł ogonem nakrył. Pies już się pręży na podwórku, szczeka z niecierpliwością, a ja go zabrać nie mogę, bo luzem nie pójdzie, zwabiam go, więc do domu, zamykam, on wyje z rozpaczy, a ja biegnę i płaczę, bo mi go żal. Siebie też, żem taka głupia i wcześniej kwoty na zaświadczeniu nie sprawdziłam, a właściwej nie znam, tylko oni to mogą u siebie w systemie wyliczyć. Pomyślałam, że na skróty będzie szybciej, lecę więc na tyły szkoły syna, mając nadzieję przebiec na sago przez trawnik za salą gimnastyczną, a potem przejściem obok żywopłotu i już będę miała pół drogi za sobą. Dopadam przejścia, w tym roku bramę postawili i łańcuchami zakuli. Przejścia nie ma, jest mała dziura w płocie nieopodal, ale na boisku szkolnym pełno chłopaków, tego jeszcze brakowało, żebym synowi obciachu narobiła i się przez ten otwór pchała głową do przodu i tyłkiem w powietrzu. Wracam więc, całą tę drogę od nowa przebywam, mając w uszach słowa prababci – jak się spieszysz, ze skrótów nie korzystaj.  Mądry… Dopadam biura na pięć minut przed zamknięciem, z włosami dęba, czerwona na gębie i bez oddechu, żeby wyartykułować, o co idzie. Jakoś się domyślili i na następny dzień dokument przygotowali. Wiadomo, z wariatami się nie dyskutuje. Jeszcze tylko skontaktować się z kadrami męża, znaleźć papiery z banku, wiedzieć, gdzie to wpisać, kopie porobić następnego dnia, odpowiednie dołączyć do formularza, wysłać i z głowy. Uff.
Za każdym razem obiecuję sobie, że za rok będę już mądrzejsza i co roku to samo. Koniec z tym, za rok NA PEWNO będę mądrzejsza i wypełnię już w lutym. Prawie na pewno.

poniedziałek, 29 października 2012

Trzeba zabić tę miłość

Monika Richardson pisze na swoim blogu, że nikt nie jest takim wrogiem dla kobiety, jak druga kobieta. Nawet w telewizji wystąpiła w tej sprawie i całkiem poważnie o tym dyskutowała. Bloga nie znam, ale mi oczywiście w różnych serwisach ‘na siłę’ tę wiedzę objawili. Pani Monika się żali wszędzie, gdzie chcą jej słuchać, a mnie to bardziej drażni i zniesmacza niż pobudza do myślenia o mizerii kondycji kobiecych relacji, bo to jest po prostu żałosne. Narobiła siary, do tego publicznie, a teraz  jęczy, że komuś się to nie podoba. To samo dotyczy Nowickiego juniora i Halinki od korali, najpierw musieliśmy znosić ich zwierzenia o dozgonnej miłości, lodówkę otwierałam, a tam wyszczerzony Łukasz siedział, a potem rozwód i dramatyczne apele w prasie – dajcie nam się rozejść w spokoju. A takiego … chciałoby się powiedzieć, teraz to ja chcę znać WSZYSTKIE szczegóły.
Są tacy artyści, którzy nie potrzebują kamer do każdego porodu, do kolejnych rozwodów i nowych miłości. Czy Wy wiecie, ile dzieci ma młody Opania? Czy Frycz nadal jest ze swoją żoną? A Dymna ma jakiegoś faceta?  No właśnie, nie wiecie, ja też nie wiem.  Jedynym celem upubliczniania swoich prywatnych spraw, może być pomoc innym, tak jak to zrobił Jerzy Stuhr, dzięki któremu dziesiątki chorych na raka ma nadzieję, że pozytywne myślenie i medycyna działają cuda. A co chciała nam powiedzieć Monika Richardson swoimi rewelacjami o rozstaniu z mężem i nowym związku z Zamachowskim, ojcu kilkorga dzieci, bodajże czwórki? Jak znam życie, to tyle, że każda kobieta zasługuje na szczęście, kiedy tylko poczuje taki zew, brać co jej się żywnie podoba, nawet jeśli to jest mąż innej babki. Bo pani Monika jest już w takim wieku, że wolnych panów po prostu nie ma, a ci, co są, to albo z odzysku, albo się do związków nie nadają. Prawda jest taka, że jest większe prawdopodobieństwo, że trafiłby ją samochód na pasach, niż, że trafiłby jej się wolny sensowny facet. To sobie wzięła zajętego, uwolniła i on ci jej. Oczywiście znajdą się natychmiast tacy, którzy zakrzykną, że życie jest jedno, że szczęście jest wartością nadrzędną, że jakby jego małżeństwo było udane, to by nic nie wskórała i tak dalej w ten deseń. Wszystko to prawda, ale jest też inna prawda, na przykład to, co mówi w lipcowym Twoim Stylu, w męskiej rozmowie z Jackiem Szmidtem Artur Żmijewski, który jest w podobnym wieku i też w długoletnim (28 lat) związku z jedną kobietą:
„Kiedy przez lata stwarzasz świat, w którym najpierw dwoje ludzi, a potem ich dzieci mają poczucie bezpieczeństwa, kiedy widzisz, jak rozpina się taki parasol, pod który każde z nich może się schowa, to pojawia się odpowiedzialność za to wszystko. Mimo, że po 15, 20 latach relacja między kobietą i mężczyzną jest już inna. Jeśli mówimy o męskości, to facet musi sobie ustalić priorytety. Jeśli decydujesz się być z kimś i obiecujesz mu, że na dobre i na złe, warto sobie o tym przypomnieć co jakiś czas. I w chwili kryzysu zastanowić się, co dalej. Czy otworzy się jakiś totalny kosmos? No i co będzie za rok, dwa… Powiesz ‘do widzenia’? Zostawisz bliską osobę z problemami, zawalisz jej świat?”. Na to Jacek Szmidt pyta, słusznie drążąc temat, bo każdy może tak powiedzieć, kiedy nie ma niczego konkretnego na myśli – Musiałeś kiedyś zabić w sobie nielegalną miłość? I tu mnie Żmijewski zaskoczył szczerą, mądrą odpowiedzią – „W tak długim okresie byłoby niemożliwe nie zabijać takich uczuć. Czasem spotykasz kogoś, z kim się świetnie gada, potem uświadamiasz sobie, że jesteś tą osobą zafascynowany. Ale co dalej? Po jakimś czasie zafascynuje cię następny obiekt i następny…”
I zaraz mi się przypomniał stary wywiad z Krystyną Jandą, która na pytanie, co by zrobiła, gdyby się zakochała, a była wtedy w związku z operatorem Edwardem Kłosińskim, odpowiedziała – zabiłabym tę miłość. Pamiętam te słowa dokładnie, bo mnie zszokowały. Jak to, pomyślałam, a gdzie prawo każdego człowieka do szczęścia, do wielkiej miłości? Nosiłam te słowa w sobie wiele lat, często o nich myślałam, może teraz trochę więcej, bo właśnie minęło 25 lat mojego zamążpójścia i przyznałam jej rację. Tak jak ona wtedy, i ja teraz mogę powiedzieć – za dużo ludzi na nas liczy, za dużo jest w ten związek zaplątanych, zależnych, emocjonalnie związanych, żeby sobie ot tak, dla jakiegoś widzi mi się, wpaść w nowy związek, który niby co, nagle będzie lepszy i jedyny? Przecież ten właśnie się rozpadający też miał być wyjątkowy i na całe życie. Też zabiłabym inną miłość, bezwzględnie.
Postawa Richardson mnie mierzi głównie dlatego, że najpierw lata całe musiałam, chciałam czy nie, wysłuchiwać tego, jak ona jest zakochana w swoim lotniku, jak ceni życie między Polską a Anglią, jaka jest szczęśliwa, a teraz potrzebny jej rozgłos, próbuje zmienić kolor swojej aury w mediach, bo wydaje książkę o tym, dlaczego już jej się Anglia nie podoba, co ją tam drażni i ona się musi sprzedać. Ona i On układają sobie życie od nowa, a kilka osób wokół z tego powodu musi się borykać z poczuciem klęski, wielkiej straty i odrzucenia. Do tego nawet nie mają warunków, żeby się z tym w spokoju uporać. Może gadam jak stara ciota, ale na takich fundamentach to się dobrego życia nie da zbudować. 

*w tytule posta wykorzystałam tytuł znanego polskiego filmu

środa, 5 września 2012

Co woli matka?


Mijają wakacje. Nie żebym jakoś desperowała, akurat syn ma luźny rok przed sobą, bo zdecydował się robić Transition Year, ale będzie mi brakowało miłych poranków spędzanych z synem, naszych wspólnych śniadań, rozmów i wakacyjnego luzu, chociaż ja wakacji jako takich nie mam, bo przecież już dawno nie w szkole, a nauczycielką też nie jestem. Podczas jednej z naszych porannych rozmów syn mnie spytał – mamo, czy ty wolałaś, kiedy my byliśmy mali, czy bardziej lubisz być mamą teraz? Zaskoczył mnie tym pytaniem. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to odpowiedź, że zdecydowanie teraz, bo nie muszę biegać za dwulatkiem i uważać, żeby sobie czegoś do nosa, oka czy ucha nie włożył, żeby czegoś nie zniszczył, sobie krzywdy nie zrobił, żeby nie wpadł pod samochód, a Bóg mi świadkiem, że taki syn mój, to był nie tylko pełen energii nie do przerobienia przez dorosłego, ale do tego wielce wypadkowy, wciąż sobie coś rozbijał, a to głowę, a to stopę, a to szwy na czole.
Ale czy można dziecku powiedzieć, że kiedyś to była masakra, a teraz fajnie? Co ja mam mu powiedzieć, gdzie leży prawda?
Wspominam czasy, kiedy dzieci były małe i mi żal, że mi codzienne obowiązki czasem przesłaniały radość z obcowania z maluchami. Opieka nad nimi przy jednoczesnym braku pomocy, bo mąż w pracy, a ‘dziadki’ nie były moim przywilejem, zamartwianie się, że czegoś tam nie zdążyłam, a co innego trzeba koniecznie i na już, zabrały mi najwspanialszą przyjemność z bycia mamą we wczesnych latach. A i absurdalne żale, że siedzę z nimi w domu, że się nie realizuję, że powinnam gdzieś w kostiumie i na szpilkach brylować po biurach, też nie pomagały. Jaka ja głupia byłam. Ciągle zwrócona tam, gdzie mnie nie ma, zamiast intensywnie przeżywać chwile te, które były moim udziałem.
Widać nie dałam tak całkiem ciała, skoro moje dzieci teraz są dla mnie najwspanialszymi towarzyszami i przyjaciółmi, że nadal, a może właśnie teraz bardziej niż kiedykolwiek, mamy sobie coś ciekawego do powiedzenia, swoje żarty łapiemy w lot, wciąż jesteśmy ciekawi, co u którego się dzieje. Ale wisi nade mną ten żal i wstyd, że nie umiałam się wtedy bardziej cieszyć i przez to więcej im dać.
Wciąż przemyśliwam odpowiedź na pytanie syna. Wprawdzie powiedziałam, że każdy okres ma swój czar, że nie ma drogi na skróty - trzeba dać się osikać podczas kąpieli, potem nabiegać za ruchliwym i wszystkiego ciekawym dzieckiem, wytrzeć i uprać niezliczoną ilość plam, milion razy nie wyspać podczas choroby milusińskich albo z powodu koszmarów po obejrzanej bajce o łabędziu (kto by pomyślał, niby taki piękny i puchaty, a straszy, a tak wnikliwie dobierałam kreskówki), potem biegać do szkoły na wywiadówki, do dentysty z mleczakami, sprawdzać wady postawy u lekarza, urządzać urodziny, dmuchać balony, wozić do przyjaciół, przywozić potem, prowadzić do komunii, martwić się egzaminami, pierwszymi wyjściami na dyskotekę, niechcianymi ciążami czyhającymi za każdym rogiem, miłosnymi zawodami, mamo idziemy popływać, Jezu, jeszcze mi utoniesz, ile punktów potrzeba jej na wymarzony kierunek, czy on wie, co robi, ten zawód nie jest łatwy… - ale nie wspomniałam, że pewnego dnia masz dorosłe dziecko i to wszystko wydaje się jak sen jaki złoty. Dziecko wyfruwa z gniazda i już jego życie nie jest naszym życiem. Pooooszło!
Kiedyś, czasem zniecierpliwiona, myślałam, że nigdy nie przyjdzie dzień, kiedy będę mogła iść do toalety bez cienia dziecka za mną, że nigdy już nie będę mogła spokojnie poczytać książki na fotelu i zawsze w tym celu będę się musiała chować w wannie (pod pozorem natychmiastowej potrzeby kąpieli, jaka ja byłam wtedy wymoczona!), że nie nadejdzie dzień, kiedy będę mogła sobie swobodnie włączyć jakiś film, zamiast tego wciąż będzie rozbrzmiewać w domu piosenka z wciąż puszczanego od nowa Bałwanka Bulli – „Witaj nam księżycu, witaj jak się masz”. Wyjście do kina we dwójkę z mężem to była przebrzmiała pieśń wczesnych lat małżeńskich.
A teraz? Zastanawiam się, czy nadejdzie dzień, kiedy moje dzieci będą się w stanie zgrać ze mną i spędzić wspólnie czas? Czy moja córka będzie miała tyle wolnego w pracy, że zdoła przyjechać i z nami kilka dni pobyć; czy syn znajdzie dla mnie chwilę między swoim ważnymi sprawami i do tego nie będzie się nudził ze ‘starą’ matką? Bo na razie to lekko przegrywam. Zawołałam go kiedyś i pytam, czy by ze mną nie obejrzał katastroficznego filmu o inwazji kosmitów, a on na to – matka, czasu nie trać, widziałem z kumplami, to straszny gniot. Ja wybrałam specjalnie coś takiego, bo myślałam, że on jest nadal zafascynowany podbojem ziemi przez kosmitów, a ten mi migusiem wyrósł z takich produkcji, nawet nie zdążyłam zauważyć, kiedy?
W każdej wolnej chwili mogę się rozłożyć na kanapie z książką, jak się zapomnę i nie ugotuję obiadu, nic się nie stanie, nikt z głodu płakać nie będzie, marzyłam o tym dniu, a teraz jakoś mi z tego powodu smutno. Kurczę, to jaka jest właściwa odpowiedź na pytanie syna?