niedziela, 23 stycznia 2011

Kwiaty na jajach z nutą herbaty

Jakoś powoli wygrzebuję się z szoku po śmierci znajomej. Może to i okrutne, ale show, czyli w tym wypadku life must go on. Jeszcze sobie zafundowałam do tego dołującą książkę (o tym TU), to nic dziwnego, że mi się tragedie różniste po nocach śniły. Przypłaciłam to wszystko upierdliwym bólem głowy, takim co i szczęka, i oczy, i skóra na głowie, wszystko po prostu napieprzało mnie niemożebnie.
Dzisiaj, jak zwykle w niedziele, pojechałam z Wojtkiem do polskiej szkoły, on na lekcje, ja do biblioteki. Było trochę ludzi, czas szybko minął. Wkurzyłam się kilka razy, a właściwie jednym ciągiem z kilkoma sytuacjami podnoszącymi bardziej ciśnienie, bo ludzie książki niemożebnie niszczą, wracają one pogryzione przez psy, pozaginane na wszelkie sposoby, juz nie mówię o tym, że śmierdzą - wilgocią i papierochami. Jestem zaskoczona, jak ten zapach nikotyny siada na kartkach, takim nieznośnym kwachem jedzie. Gdybym ja miała taką książkę do ręki wziąć, do domu nie daj Boże, do czytania, to bym się chyba co chwila wymiotowała z obrzydzenia. Wiem, że nie mozna oczekiwać,żeby ktoś rzucił palenie, bo książki czyta, ale nic na to nie poradzę, ze się zirytowałam. Poza tym niszczenie książek, ktore z takim trudem są do biblioteki polskiej zdobywane, jest aspołeczne.

No, ale dosyć biadolenia. Właśnie podlałam kwiaty w domu i pomyślałam, że może podzielę się z Wami takim oto sposobem na nie - żeby je odżywić, żeby ładnie wyglądały i w ogóle dobrze się miały, co jakiś czas podlewam je wodą, w której moczyły się torebki herbaty i skorupki używanych przeze mnie jaj. Jak mi zostanie herbata, fusy też, to ją rozcieńczam wodą i podlewam krzewy przed domem, to jest sposób mojej szwagierki. Też działa. Ot i tym zielono-jajecznym akcentem mówię Wam dobranoc i miłego tygodnia.

EDYTUJĘ, BO WIDZĘ, ŻE W NOCY PISANE I NIEJASNO CHYBA, BO PYTANIA SIĘ POWTARZAJĄ (NA BLOGU BLIZNIAKU NA BLOXIE) - SKORUPKI JAJ DO POJEMNIKA (POKRUSZONE) DORZUCAĆ W MIARĘ UŻYWANIA W KUCHNI, DO TEGO MOŻNA DORZUCAĆ SUKCESYWNIE HERBATĘ (FUSY LUB TOREBKĘ), TEŻ ZA KAŻDYM RAZEM JAK PIJECIE, ZAMIAST WYRZUCAĆ DO KOSZA, SRU DO POJEMNIKA - A TAM WODA I ONA SOBIE TĄ HERBATĄ I SKORUPKAMI NASIĄKA. TO DLA KWIATÓW DOMOWYCH. A KIEDY ZOSTANIE HERBATY W CZAJNIKU NA PRZYKŁAD, ALBO BYŁO U WAS KILKA KOLEŻANEK I MASZ FUSÓW I HERBATY DUŻO, MOŻNA TO NA BIEŻĄCO, ZAMIAST DO KOSZA CZY DO ZLEWU, WLEWAC DO OGRODU POD KRZAK. TAK CZY TAK - DZIAŁA CUDA.

piątek, 21 stycznia 2011

Szok w mieście, dlaczego to zrobiłaś Sheila?

Właśnie wróciłam do domu z ełejka (a wake - czuwanie przy zmarłym). Jestem wstrząśnięta. Cały dom ludzi, tłumy, wszyscy skamieniali w szoku. Trumna na szczęście zamknięta, więc oszczędzono nam łez, bo jak się widzi tylko wieko obsypane kartami z kondolencjami to jakoś łatwiej, gorzej by było zobaczyć Sheilę, piękną, młodą kobietę, która czarowała nas swoim uśmiechem, zastygłą w śmiertelnym uścisku. Szok jest tym większy, ze dzisiaj dowiedzieliśmy się, ze to jednak było samobójstwo. I to jakie! Powiesiła się na balustradzie schodów. Wuj znalazł ją wiszącą nad holem, na przeciwko drzwi wejściowych. Na górze w sypialni, na łóżku, leżały przygotowane przez nią rzeczy, w które chciała być ubrana. Zgroza mnie ogarnęła - co też Sheila myślała w tych ostatnich chwilach życia, dlaczego na etapie planowania, przygotowań, nie zmieniła zdania? Była otoczona kochającymi ją ludźmi, skąd to poczucie beznadziei i samotności, że się aż targnęla na swoje życie? Młoda mężatka, kochająca ciotka, podobno w ciąży, więc i kochająca matka w przyszłości. Boże, dlaczego ją opuściłeś w tej trudnej chwili?
Sheila, Sheila - co żeś Ty uczyniła?!?!?!?

P.S. Szyszka - Ty musisz ją pamiętać, często zatrzymywała cię, kiedy spotykała cię z dziewczynkami na spacerze, lubiła was i zawsze o was pytała. Jeszcze niedawno kazała cię pozdrowić. Jezu, w ogóle nie mogę w to uwierzyć. Tak mi smutno

środa, 19 stycznia 2011

Life is brutal czasami

Mnie samej trudno w to uwierzyc, ale tak dalece nie mam czasu wolnego, ze nawet nie obejrzalam sobie przybylych ksiazek (o ktorzych TU). Przyjechala w niedziele corka, a ja nie posiedzialam z nia jeszcze i nie pogadalam porzadnie, nie mowiac o ogladaniu naszych ulubionych filmow i seriali. Przesadzam troszeczke - mialam poniedzialkowy wieczor wolny, spedzony na biesiadowaniu w doborowym towarzystwie Lotty, jej meza i mojej rodzinki. Zrobilam pizze i otworzylismy karton (=4 butelki) mojego ulubionego rozowego wina. Ale sie usmialismy, przy okazji mielismy niezla gimnastyke lingwistyczna, bo maz Lotty nie mowi po polsku, malzon srednio po angielsku, wiec tlumaczylismy wszystko na krzyz, nie obylo sie przy tym bez wyszukiwania najodpowiedniejszych slow i fraz. Nawet, jesli zna sie jezyk bardzo dobrze, takie roznice jak miedzy stadem krow, stadem psow (sfora), stadem owiec, a lwow nie sa szeroko znane i uzywane. Nie wiedzialam na przyklad, ze grupa lwow nazywa sie 'a pride of lions'. Czlowiek uczy sie kazdego dnia. Ten wieczor dal mi, po raz kolejny (milionowy chyba) do myslenia - jak wazna jest mozliwosc obcowania z fajnymi ludzmi i jak takie spotkania odprezaja i nastrajaja dobrze do zycia.
Wczoraj caly dzien spedzlilismy w szpitalu, przypadkowo mielismy oboje, ja i malzon, wyznaczone na ten sam dzien, wizyty kontrolne. Nic sie nie dzieje, uprzedzam pytania, po prostu u nas specjalisci jak juz raz cie widza, wolaja z powrotem co kilka miesiecy upewnic sie, ze nic sie nie dzieje. Trudno sie do nich dostac, ale raz juz wpisza na liste, trzymaja w szponach. Nic mi nie powiedzieli, mezowi tez niewiele, bo tez i nie bylo co, a nasiedzielismy sie tam dobrych kilka godzin. Jedyny plus, ze podgonilam z ksiazka.
Potem niezbedne zakupy, lampy dla dzieci (akurat wyprzedaz), akcesoria dla psa (wysublimowane okreslenie dla pilki na sznurku, nowej miski i torby ciastek, ktore wkladamy do jego specjalnej zabawki, ktora go trzyma zajetego ich wydlubywaniem przez dobra godzine), przyjazd do domu, cos do jedzenia, Detektyw Monk, kilkanascie minut blogowania i ... zlozylam sie w kratke ze zmeczenia.
Dzisiaj od rana w pracy, po juz nie ide do domu, tylko sobie tu herbate zrobie, poucze sie troche, bo godzine pozniej, czyli o 6.30 mojego czasu zaczynam lekcje Irlandzkiego, do 8.00. W leb sobie normalnie strzele.
A w domu lezy stos nowych ksiazek, musze je pomacac, poprzegladac, skonczyc te, ktora teraz czytam i wreszcie pogadac z corka i moze troche odpoczac.  A tu 'lysy' na niebie swieci i sieje niepokoj. Wlasnie dowiedzialam sie, ze dziewczyna, ktora pracowala w sklepie gospodarstwa domowego, u ktorej kupowalam sprzety, kiedy sie tu sprowadzilam - pierwszy toster, food processor, kuchenke gazowa, po worki do odkurzaczy, zawsze usmiechnieta i zasowolona z zycia, zostala znaleziona martwa w domu. Czterdziesci lat miala. Miasto huczy od plotek, mowia, ze sie zabila, ale ja w to nie wierze. Jestem w szoku.
Przepraszam ze brak tu znakow diakrytycznych i moze sa litrowki, ale lece cos wypic i sie pouczyc przed zajeciami, nie mam czasu sprawdzac, a znakow nie mam, bo zdefraudowalam komputer pracowy i pisze stad.

sobota, 15 stycznia 2011

Powinnam dzisiaj zmienić nick na Jędza

Jestem jakaś spiczniała. Nic mi się nie chce, ani czytać, ani blogować, oglądam telewizję, ale tez bez zaangażowania. Pracuję we wtorki, środy i czwartki, do 5.30, a zaraz potem kursy, ledwo zdążam zjeść obiad. W czwartek wprawdzie mam pół dnia w pracy, ale zaraz lecę do kancelarii na drugie pół, więc wychodzi cały tak czy tak. W pracy stres, juz pisałam. Ponieważ wszyscy się wzajemnie nakręcają, i ja ulegam temu napięciu i kończy się tak, że stres mnie zjada. A ponieważ tak naprawdę nie wiadomo, o co chodzi, trudno temu przeciwdziałać. Wszystko odbywa się na poziomie wód podskórnych. Nic to, pewnie niedługo się przyzwyczaję i już mi będzie lżej. W kancelarii nie mają na mnie pomysłu, jeden prawnik odszedł, a to od niego dostawałam najwięcej pracy. Pozostała dwójka albo w sądzie, albo w domu, więc na bieżąco nic mi nie dyktują, także, kiedy nie mam klientów polskich, sama szukam sobie zajęcia, czytam akta, robię notatki ze słownictwa, uczę się, ale mam wrażenie, że wszystko czego się nauczyłam sama z siebie już wiem, a reszta doświadczenia powinna być zdobywana w boju, a tych bitew, czyli konkretnej pracy, z która mogłabym się zmierzyć, tłumaczeniami, listami do napisania, jak na lekarstwo.
Wybaczcie, musiałam sobie pomarudzić.
A skoro już jestem w takim upierdliwym nastroju, to powiem jeszcze, niech żółci upuszczę, że mnie strasznie wkurzają wpisy na Facebooku, promujące zbyt nachalnie, bo trochę to mozna, ale w każdym wpisie to już przesada - swoje książki, muzykę, cudze i swoje restauracje itp. Szczególnie, kiedy pisarze informują o każdej napisanej stronie, muzycy o każdej nucie, opiniotwórczy dziennikarze o każdej knajpie, gdzie jedli (za darmo, płacili?) itp. Tak więc, co otwieram stronę FB, to się przy każdej okazji dowiaduję, że właśnie jest nowa recenzja książki (informacja dotyczy tylko dobrych recenzji), albo że wydaja książkę i mamy jej wyglądać w każdej minucie swojego życia, albo ktoś promuje swoją firmę, a najbardziej podpadziaszcze jest to, że wciąż jestem bombardowana linkami do sklepów internetowych. Ja też linkuję tego bloga, bo tam mam znajomych, więc daję znać o wpisie, tez z zachwytem podaję info o filmie, czy książce, którą czytałam, nawet podaję tytuł, ale nikt mi za to nie płaci i robię to tylko raz. RAZ. A nie co chwila, na różne sposoby. Czasem działa to na mnie odwrotnie, kupiłabym, przeczytałabym, ale od tego wiecznego narzucania mi woli, strzelam focha i tym bardziej nie. I żeby było jasne, cieszę się z każdym pisarzem i twórcą innej maści z ich nowych dzieł, lubię dostawać informację o nich, ale nachalność, to się teraz nazywa marketing agresywny, działa na mnie jak płachta na byka i nic na to nie poradzę.
A poza tym wkurzają mnie kody obrazkowe do wpisywania, czasami nawet dwa, żeby zostawić komentarz pod wpisami na blogach. Czy naprawdę uważacie, ze to powstrzyma spam? Zawsze można sobie włączyć moderowanie wpisów, można wyrzucać te komentarze, które są obraźliwe, ale te kody! Mam kłopoty czasami, żeby je odczytać, wpisuję po raz kolejny, a potem wyskakuje następny, no ja się zastrzelę.
 No dobra, popsioczylam, pomarudzilam, jędza ze mnie wyszła, już mi lżej na wątrobie. Haha, pomogło.

wtorek, 11 stycznia 2011

Głupio mi teraz

Zgłosiłam bloga do konkursu, myślałam, że głosowanie odbędzie się poprzez kliknięcie na link, czy coś w tym rodzaju, ale okazuje się, że trzeba wysyłać smsy. Głupio mi teraz. Ale cóż, zgłoszony już jest. Jeżeli komuś się podoba i mu nie szkoda kasy, niech wyśle, chociaż to pewnie tylko ci z Polski mogą, a z tego co wiem, większość, albo znaczna część tutaj zaglądających mieszka zagranicą. No nic, jest jak jest. Krępujące są takie sytuacje, więc nie namawiam. Ale jeżeli ktos jednak, to bedzie mi bardzo miło.
Przeniosłam się tutaj z bloxa, ale go nie zamknęłam zupełnie. Okazało się, że się nie da. To tak, jak z chodzeniem do jednej kawiarni cały czas. poznajesz fajnych ludzi i chociaż spodobała mi się też inna kafejka i tam też jest udane towarzystwo, nie możesz porzucić starych znajomych, a nie wszyscy oni chcą zaglądać, do nowej, zeby się z tobą zobaczyć. Z tym bloxem to jest jeszcze taki problem, że nie daje powiadomienia o nowych wpisach ludzi spoza tej platformy blogowej. I oni gubią z oczu tych z onetu, bloggera czy innych miejsc. Wiadomo, człowiek jest zaganiany i nie pamięta, żeby tam gdzieś do jakiejś Kaśki zajrzeć, chyba, że mu na oczy wejdzie, że coś nowego napisała. Ja też tak mam. Tyle, że na blogspocie w bocznej szpalcie mam powiadomienia o wszystkich obserwowanych blogach, nie tylko o bloxowych.
No i tak sobie biegam, od jednej kawiarni-bloga, do drugiej. I dwoistość mojej natury też wychodzi, bo na jednym blogu pastele, kwiaty w wazonie, żółcie (lubię ten szablon), a drugi to druga strona mojej natury, waleczna czerwień, kontrastująca z lekko złamaną bielą, też mi się podoba. Zresztą, dlaczego nie miałabym być w dwóch miejscach? Jak w życiu, zawsze lubiłam różnorodność i zawsze wszędzie było mnie pełno. Było, bo teraz już tak nie latam po kominach. Chyba, że na blogach. Pozdrawiam i dziękuję z góry tym, którzy zdecydują się na mnie zagłosować.
(numer telefonu i numer bloga dostaniecie po kliknięciu w obrazek Blog Roku w bocznej szpalcie)

niedziela, 9 stycznia 2011

Największa restauracja na świecie. Nadal jestem w szoku. Jak nam teraz żyć? - zapytał małżon


Małżon lubi wyszukiwać fajne reportaże telewizyjne. Tym razem zawołał mnie do obejrzenia programu nakręconego dla BBC, na naszym TVN CNBC (może będą jeszcze powtarzać?) o największej restauracji świata West Lake w Chinach.
Kiedy zobaczyliśmy, jak to funkcjonuje, ile ludzi tam pracuje, ile posiłków się tam wydaje, a przede wszystkim, jak współgra komunizm z wielkim biznesem, kapitalistycznym w charakterze, to nam szczęka opadła.
Nie byłam nigdy w Azji, nie znam Chin, pewnie więcej mogłaby powiedzieć na ten temat duo.na, ale w sumie nie wiem, czy nawet osoba doświadczona, podróżująca wiele po tych krajach, nie byłaby zadziwiona rozmiarami tej restauracji, i dosłownie i w przenośni, w sensie biznesu.
Kiedy w dokumencie podają, ile posiłków dziennie wydają, ile kucharzy pracuje (300), wszystkich pracowników 1000, ponad tona samych przypraw zużywana tygodniowa, 200 kaczek serwowanych dziennie, ileś tam set węży, wieprzowiny tez w setkach kilogramów, warzyw ileś tam tysięcy, no po prostu kosmos. Brat właścicielki miał pomysł, ona to teraz firmuje nazwiskiem, poszła do rady miasta, dostała działkę, a na zwołanym zebraniu - wszystkich służb i decydentów było powiedziane, że tej kobiecie mają wszyscy pomagać, bo ona teraz zakłada restaurację, która będzie wizytówką miasta, a może nawet i kraju. No tak, ale jednocześnie ona pracuje dla siebie, zysk zatrzymuje, nie idzie do partii, więc jak to jest, komuna, ale taka nie do końca? Najwidoczniej.
Zastanawialiśmy się, czy u nas byłoby to możliwe?
Naoglądaliśmy się potraw, kucharzenia, jak wygląda zarządzanie, obsługa klienta, wystrój, a kiedy program się skończył, małżon (pomiędzy wieloma zawodami wykonywanymi, również kucharz) spojrzał na mnie i rzekł - i jak nam teraz żyć z taką wiedzą? Ja na to - nie wiem, czy chciałam to zobaczyć. Haha, bo to nam spokój ducha zburzyło. Zobaczyliśmy coś takiego i już nic nie będzie takie samo :-)
Wczoraj byliśmy na imprezie noworocznej, zamiast odwołanej świątecznej, z męża pracy. Jakaś tam knajpa, jakieś tam poprawne jedzenie, nihil novi, to samo, co zawsze serwowane w ten czas - turkey and ham, roast beef, salmon, seafood, symfonia deserów (czyli po maleńkim kawałku na wielkim talerzu z zygzakami sosu czekoladowego), zjadliwe, ale po tym, co zobaczyłam tam, mam wrażenie, że jedliśmy śmieci. Chociaż pewnie grzeszę, ludzie głodujący, stoczyliby walkę wręcz, ryzykując życie, za taki posiłek. Wszystko zależy od punktu siedzenia. Ale nie da się ukryć, że jak się obejrzy taki reportaż, jak ten o restauracji w Chinach, to punkt widzenia zmienia się już na zawsze. Nic odkrywczego tu nie mówię, ale warto to sobie co jakiś czas uświadomić.

środa, 5 stycznia 2011

Nie zginaj karku, była kiedyś taka piosenka na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Zadziwiająco aktualna, haha

Powrót do pracy, po tak długiej przerwie jest bolesny. Nie lubię urlopów, bo pozostawiają po sobie melancholię i tęsknotę za czasem wolnym i beztroską. Złudne to, bo wcale nie jest tak bezproblemowo na wolnym, człowiek sobie zawsze znajdzie coś do przeżywania i rozdarcia wewnętrznego, żeby nie było tak słodko. Ale wrażenie pozostaje takie, że było super. A tu jeb w łeb, wracasz i wszystko zaczyna się od nowa. Porypana na głowę managerka wprowadza atmosferę pełną napięcia, nikt się nie odzywa, patrzą ludzie w punkt na ścianie i modlą się o jej wyjście 'służbowe' z biura, albo o koniec dnia pracy. Kiedy coś powie 'dowcipnego', wszyscy się śmieją zbyt głośno i zbyt gorliwie, ja też, bo mi w ten sposób puszcza stres. A najśmieszniejsze jest to, ze ja nawet nie wiem, czego oni wszyscy, włącznie ze mną, się boją? Fakt, że jest wpływowa, że może zaszkodzić, że ma coś z głową i nigdy nie wiadomo kto i za co jej się narazi, ale ja narazie jestem u niej na topie. Znam natomiast tych, którzy tez byli, a teraz są na dole jej listy notowań. Bo łaska pańska na pstrym koniu jeździ, wiem o tym doskonale i nie łudzę się, ze będę dla niej atrakcją długo. I już widzę, w oczach tych wszystkich zastraszonych i zahukanych pracowników, co będzie ze mną. Chyba, ze nabiorę do tego dystansu i się jakoś odnajdę. A pomaga mi w tym taka historia jak ta, dziś o tym usłyszałam i jestem w szoku. Nie wiem, czy pamiętacie, jak opowiadałam o kobiecie w nieustannej depresji, której jakieś pół roku temu pomagałam. Całe życie była nieszczęśliwa, pół życia chora z żalu i jedynie zaleczana na chwilę. Niedawno okazało się, że ma raka, jakby jej innych nieszczęść było mało. Myślałam, że da radę, bo była dobrej myśli, ale okazało się, że jednak nie, że to tylko kwestia czasu. I wczoraj przyszedł do naszego biura facet, który opiekuje się czasem jej psem z prośbą, żeby go moja managerka wsparła w kampanii ratowania psa tej kobiety, która to stwierdziła, ze skoro wyrok na nią jest już wydany, w testamencie prosi tego człowieka, żeby po jej śmierci zabrał psa i.... go uśpił u weterynarza, że ona na to przeznacza pieniądze, które będą tam i tam i on je dostanie w odpowiednim czasie. Paradoksalnie dla tego psa jest dom, a nawet kilka. Chcą go wziąć jej przyjaciele, chce ten facet, a ona nie i nie. Dlaczego? Kiedyś z nią rozmawiałam o tym psiaku i powiedziała, ze on miał ciężkie życie, był bity, przybłąkał się do niej, wyleczyła go, ale ma ADHD psie i wieczny głód atencji, co według niej jest męczące i nikt tego nie będzie znosił, więc może być tak, że znowu będzie dotkliwie karany i dlatego taka decyzja. Ten pies jest po prostu bardzo energiczny, ja mam takiego samego. Ten mężczyzna wyprowadza go i nim się zajmuje od lat i zna go doskonale, więc nie byłoby to dla niego jakieś szczególne zaskoczenie, gdyby go miał po jej śmierci, ale ona i tak uważa, że ma racje i jej decyzja jest ostateczna. Czy ma prawo skazywać pięcioletniego psa na uśpienie? Co bardziej nurtujące - jak ona się czuję z takimi decyzjami, dotyczącymi tego, co po jej śmierci? Jak można żyć ze świadomością odchodzenia? Wiem, że w każdej chwili możemy odejść z tego świata, ale ja wolę nie wiedzieć, kiedy? A ona chyba wie z dosyć dokładnym przybliżeniem.
Strasznie mnie ta podsłuchana niechcący rozmowa przygnębiła. Rozejrzałam się po zastraszonym dworze i pomyślałam - o co my tu wszyscy tak tyłkami trzęsiemy, tam kobieta umiera, na jej psa wydano wyrok, a my tu mamy zmartwienie, co jakaś porąbana baba z nami zrobi. A co ona tak naprawdę może? Nic, jedynie smrodu, moim zdaniem w sumie nic nieznaczącego, narobić. W obecnym klimacie ekonomicznym, praca nawet taka, to skarb, więc nikt się nie wychyla.  A całkiem możliwe, ze jakby człowiek przed nią staną z podniesionym czołem, a nie służalczo zgiętym karkiem, to by się wycofała, tacy ludzie tak mają. Tylko trzeba w sobie taką perspektywę spojrzenia na ten problem-nie-problem odnaleźć.
Ale jaja, odnalazłam tę piosenkę na You Tube, tam jest po prostu wszystko !!!

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Alter życie?

Mąż wczoraj zadał mi pytanie - co takiego jest w blogach, w tym życiu wirtualnym, że mnie tak pociagają? Dlaczego je czytam? O pisanie nie zadaje mi pytań, bo wie, że ja mam imperatyw pisania, do tego się już przyzwyczaił.
Odpowiedziałam, ze jak się mieszka w małej mieścinie z dwoma ulicami, to się człowiek musi po prostu na świat 'wyrwać'. Poza tym ciekawa jestem, jak ludzie zyją gdzie indziej, jakie mają marzenia, jak rozwiązują swoje problemy, co myślą? Jedyne, co mąż zrozumiał z tej wypowiedzi, to fakt, że jestem nieszczęśliwa i mam dosyć mieszkania w małej mieścinie. Olaboga, dlaczego komunikacja między ludźmi jest taka trudna. Już dawno mi brat  powiedział, że ważniejsze od tego, co powiedziała osoba A do osoby B, jest to, co osoba B zrozumiała z tego, co powiedziała osoba A. I tutaj nastąpiło kompletne przekręcenie moich intencji, co zaowocowała cichym, pełnym napięcia wieczorem. Próbowałam wyjaśnić, ale on już nie chciał słuchać, był nieszczęśliwy, ze ja jestem nieszczęśliwa i to mu zamknęło percepcję na inne treści. Dopiero dzisiaj usiedliśmy i na ten temat chwilę pogadaliśmy. Uffff, atmosfera rozaldowana, ale nie wiem, czy mi tak do końca uwierzył.

O ile jest w stanie zrozumiec, dlaczego utonęłam w świecie blogowym o książkach, o tyle trudno mu pojąć, dlaczego ktoś chcialby żyć czyimś życiem. I na nic tłumaczenia, ze to nie tak, że to nie zastępuje mi mojego zycia, tylko w ten sposób poznaję osoby, których normalnie nie miałabym okazji i to na poziomie, na którym trudno eksplorować innego człowieka, poznanego w realu. Bo tutaj widać co nam siedzi w sercach, głowach, duszach, a nie tylko jak wyglądamy, jaką mamy mowę ciała i czy ubieramy sie gustownie. A kiedy spotka się pokrewną duszę, która może dokończyć zdanie, które my zaczęliśmy, to jest metafizyka po prostu.
A Wy za co lubicie blogi i ten świat?

sobota, 1 stycznia 2011

Co by było gdyby .... Szare ogrody to ja

Oglądam właśnie film 'Szare ogrody'. Już się kończy. Muszę odwrócić czymś swoją uwagę, bo mi serce wysiądzie. Zanim go obejrzałam, myślałam o swoim związku z mamą, że jest niepowtarzalnie popaprany i że nikt, nigdy nie zrozumie, dlaczego musiałam uciekać, dlaczego musiałam się ratować. Nigdy o tym nie potrafiłam mówić, bo w społeczeństwie nie ma zgody na to, że matka jest sama, że córki nie ma obok, natomiast jest zgoda, bo nikt o tym nie chce wiedzieć, ani słyszeć, na to, zeby matka gnębiła córkę i doprowadzała ją powoli do upadku.
'Szare ogrody' są o nas, mojej mamie i mnie. Jakby ktoś widział dokładnie moje życie. Z tą różnicą, że ja jednak wzięłam walizkę i wyjechałam do szkoły, po czym już nigdy na stałe, żeby z nią zamieszkać, nie wróciłam. Podświadomie, bo nie byla to decyzja w żadnej mierze świadoma, postanowiłam sie ratować. Nie było innej opcji, maszeruj albo giń. Mój tata zmarł, kiedy miałam 14 lat. To już było traumą samą w sobie, ale nikt się dziecka nie pytal, co ja czuję, natomiast ja stałam się opiekunką matki, która upijała się na umór, a kiedy w takim stanie, siadała w nocy na moim łózku i mówiła, mówiła, mówiła. Wiele nocy nieprzespanych. Potem w domu było pełno ludzi, wciąż ktoś przychodził, wychodził, przyjeżdzał, zostawał na trochę, znikał bez śladu. Był też mężczyzna, który ją pokochał, ale odszedł, bo go przegnała, zniechęciła. Zostałyśmy same. Mama mówiła, ze nie zaserwuje mi zastępczego tatusia, a ja się o takiego modliłam, bo to by zdjęło ciężar ze mnie.
I tak byłam opętana pajęczą siecią toksycznych zależności. Wciąż słyszałam, że jestem wartościowa i fantastyczna, a zaraz potem jaka jestem beznadziejna, nie dość dobra na to czy tamto. Wszystkie moje plany padły, bo mama wmówiła mi, że albo one nie są dość dobre dla mnie, albo ja zdecydowanie nie dorastam do nich.
Stał się cud, po liceum wyjechałam do Warszawy na dalsze nauki, a tam poznałam fantastycznego mężczyznę, który ugłaskał moje lęki, zagłuszył moje niskie poczucie wartosci, pozwolił uwierzyć, że naprawdę jestem wyjątkowa i mam prawo do życia szczęśliwego. Nigdy nie udało mu się zlikwidować mojego poczucia winy, ale to już inna rzecz. Rozpaczliwie chciałam kochać i być kochana bezwarunkowo, ale nie mogłam nic poradzić na to, że wydawało mi się, że nie zasługuję na to, gdyż w ten sposób oddalam się od matki. A oddalałam się, bo ona nie akceptowała mojego wyboru i nie dała się włączyć do naszej rodziny, chciała mnie na wyłączność, mnie, a nie mnie wraz z mężem.
Gdybym nie założyła własnej rodziny, gdybym nie była silna w tym postanowieniu, skończyłabym jak córka w Szarych ogrodach. Jestem tego pewna. Wszystko, co tam było, zdarzyło się i mnie. Dom zawalony śmieciami, odgruzowywałam co roku, takie były moje wakacje, czyszczenie domu z syfu, bo mama nie ruszyła palcem, nawet nie wyrzucała śmieci, tylko te organiczne, ale papiery, butelki itp czekały na mnie. Nie chciała sprzedać domu, wciąż mówiła, że to jest nasze gniazdo, ojciec zbudował i jej obowiązkiem jest w nim trwać. Wciąż opowiadała o swoim zmarnowanym życiu, wielu talentach, których nie mogła pielęgnować i ograniczeniu, ale nic w życiu nie zrobiła, przynajmniej ja nie pamiętam, że je zmienić. Miała i nadal ma, hrabiowskie zachowania, nigdy nie sprząta, natomiast bez skrępowania pokazuje palcem, co ma być zrobione i egzekwuje swoje standardy, bardzo wysokie dodam. Nic nie dała wyrzucić, a kiedy juz robiliśmy to siłą, sprawdzała worki, przynosiła ukradkiem z powrotem do domu i zarzucała nam kradzież jej bezcennych futer i biżuterii. No właśnie, jej precjoza, niewiele warte, za komuny kupowane od jakichś tam handlarzy, włoskie złoto itp, ale teraz to zwykłe pierścionki, jakieś tam łańcuszki. A pilnuje ich, jakby miała największe diamenty z Afryki. Diabeł tkwi w zaburzeniu postrzegania rzeczywistości, kiedy obejrzałam ten film, zobaczyłam kopię mojej mamy, pomyślałam, że to musi być jakaś jednostka chorobowa w psychiatrii, że ludzie w śmieciach i totalnym brudzie widzą królewskie salony. Kiedy im posprzątasz, mają pretensje o to, że brakuje tych śmieci. I nie widzą, bo przecież gdyby tak, coś by w tym względzie zrobili, że chylą się ku upadkowi, że inni ich za uszy ciągną w górę, ale to jest syzyfowa praca, bo ci znowu idą w dół.
'Szare ogrody' w każdej minucie są historią mi doskonale znaną. Jedyna różnica jest taka, że ja w odróżnieniu od córki, stałam mocno na ziemi, nie łudziłam się, że zrobię karierę w teatrze, starałam się sprostać przemianom dziejowym i utrzymywać na powierzchni za wszelką cenę. Cała reszta, nawet zachowanie postaci granej przez Jessikę Langę, było dokładnie takie, jak pamiętam i jakie jest nadal. Gdyby nie mąż, nie przyjaciele, którzy mi w wielu trudnych sytuacjach pomogli i nie zawaham się użyć tego słowa - uratowali życie, poszłabym na dno wraz z nią.
Jednego się tylko boję, że to jeszcze nie koniec, że dzieci będą miały swoje życie, a ja zmienię się w potwora i nie zauważę, że idę na dno i zarastam śmieciami. Że ta choroba jest przenoszona w genach. A jeżeli tak, proszę Boga tylko o jedno, żeby miała chociaż jeden przebłysk świadomości, zeby to zauważyć i tyle siły, żeby coś z tym zrobić. Albo ze sobą skończyć.
Ten film mną wstrząsną, ale paradoksalnie też jakoś oczyścił, otworzył. Trzeba o tym mówić, koniecznie, bo to porządkuje myśli w glowie, a i pomaga innym. Jestem przekonana, też po mailach, które dostałam po poprzednim wpisie, że jest nas wiele, takich dzieci ofiar, bo i nasze matki czy rodzice musieli być ofiarami, skoro takimi się stali. Pogrzebałam trochę w historii rodziny, to co zobaczylam przeraziło mnie tak bardzo, że się wycofałam, wolę tego wszystkiego nie wiedzieć.

piątek, 31 grudnia 2010

Nadejszła wiekopomna chwila, a impreza noworoczna byla całkiem na czarno

Wczoraj syn zadebiutował na scenie towarzyskiej - miał pierwsze wyjście na dyskotekę w miasteczku godzinę jazdy od domu. Wszyscy jego koledzy i koleżanki tam byli, bo to doroczne wydarzenie świąteczne, nieważne, czy delikwent chodzi co tydzień, ale na oba święta, walentynki i Halloween trzeba tam być. Do tej pory w ogóle się tym nie interesował, w lutym kończy 15 lat. No, ale przyszła kryska na Matyska i Matysek pomaszerował, a raczej pojechał, dziarskim krokiem (kołem?) na imprezkę. Mama, siostra tudzież ojciec, chociaz tego po sobie starał się nie pokazać, wszyscy byliśmy podekscytowani, aż syn stwierdził, że chyba bardziej od niego. Dosyć dziwnie się czułam, jeszcze niedawno był taki malutki. Trzeba wam wiedzieć, że tutaj nie ma dyskotek szkolnych, że takie wyjście to jest pierwsza oznaka dorosłości, bo to prawdziwy klub nocny, tyle, że w czwartek miał drzwi otwarte dla małolatów, więc tylko bezalkoholowe napoje, bramkarze w sile podwójnej, bo kiedy mają underaged w budynku, muszą więcej zadbać o bezpieczeństwo. W każdym razie wrócił cały i zdrowy. Coś tam w samochodzie opowiadali córce, bo ona przecież całkiem niedawno też tam chodziła, o całowaniu z dziewczynami, o tańczeniu, co pili (colę czy fantę, mam na myśli) itp, jakie miasteczko zbiera się w jakiej sali i kącie, ale nie wszystko zrozumiałam, bo byłam skupiona na prowadzeniu samochodu; a może to i dobrze, bo za dużo informacji to niezdrowo. I tak uważam, że to duży sukces, że on tak swobodnie przy mnie o tym mówi, znaczy, że nie jestem jego wrogiem. Z tego, co wiem, to nie on (jeszcze) się całował, ale ktoś tam inny. Nie dopytywałam.
Syn mógł jechać autobusem, ale kolegi rodzice ich zawieźli samochodem, to się zobowiązałam, że ich odbiore, bo i tak byłam w Letterkenny na imprezie noworocznej. Dostałam maila na skrzynkę, że sie takowa odbywa. Założyłam, że dotyczy to Platformy Interkulturowej, więc rączo pognałam, bo tam sa strasznie fajni ludzie. Zabrałam córkę, bo ona ze mną jeździ, jeżeli tylko jest w domu. Byłyśmy na miejscu pierwsze, chociaz spóźnione. Oprócz nas tylko organizatorzy, czarnoskóra para. Siedzimy i sms-ujemy ze znajomymi, tyłem do drzwi, więc nie widziałyśmy napływających grup ludzi, a kiedy się obróciłyśmy, żeby zlustrowac salę, okazało się, że wśród tłumu na tej imprezie, my jesteśmy jedyne białe. Poczułam się niezręcznie, bo nie dość, że nikogo nie znałam, to jeszcze zwyczajnie byłam obca wśród najwyraźniej bardzo zaprzyjaźnionych ludzi. Postanowiłyśmy uciec, ale najwidoczniej zbiegiem jestem marnym, bo mnie dopadła jedna z dziewczyn, wielka czarna jak heban, piękna i objęła serdecznie, proponując coś do zjedzenia. Zaraz nam nałożyli na talerze jakichś szaszłyków i ryżu i czegoś tam jeszcze, musiałyśmy usiąść i skonsumować, planując drogę ewakuacyjną. Szaszłyk był chyba z jader bawołu lub języków lub ogonów lub równie niejadalnej części, bo zupełnie nie mogłam go pogryźć, a oni zajadali jak najęci. Nawpierdzielałam się ryżu, rozdałam kilka uśmiechów i w długą. Jeszcze kątem oka zauważyłam, że młodzież kolorowa przyszła ubrana jak Tupac, bandany, kapelusze, łancuchy, no i oczywiście okrzyki typu - Yo brother, what's up i sekwencja powitalna polegająca na dotykaniu dwóch pięści, łokci i czego tam nie wymyślą.
Zwiałyśmy z imprezki. Wcześniej uprzedziłam Lottę, która mieszka w tym samym mieście, co dyskoteka i do niej pojechałyśmy w odwiedziny.
Oj, miło tam było, herbatka, pogaduchy, o jej wojażach, o książkach oczywiście i podarunki. Ja miałam dla niej książkę 'od Mikołaja' i ona dla mnie też, najnowszą powieść mojej ukochanej Maeve Binchy 'Minding Frankie'. Tak się cieszę. Tym bardziej, że jeden z kotów Lotty, który mnie wcześniej omijał z daleka, dzisiaj najpierw posiedział dość blisko, a potem się nawet położył obok. Sukces.
A w drodze powrotnej śmiałyśmy się ilekroć mijał nas samochód, bo na szybie w światłach reflektorów, widać było ślady maleńkich kocich łapek, droge Turku lub Kokoli przez mój samochód, szalenie zabawne i rozczulające zarazem.
Ot, i taki miałam przedostatni dzien roku.
A dzisiaj, ja zeszłego roku, mam pięciu chłopaków na party ze spaniem, bedą urzędować na górze. Córka z jeszcze-nie-zięciem wychodzi do znajomych, a my z mężem, pilnowacze młodzieży, drineczki, książeczki i jak znam życie, też już tradycyjnie, włączę rosyjski film w oryginale. Lubię.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Najdłużej przygotowywany obiad w Europie.

 Gęś. Przed świętami siedzieliśmy pochyleni nad książką kucharską i zastanawialiśmy się, czym siebie i rodzinę zaskoczyć w tym roku? Małżon zauważył, że jeszcze nigdy, przynajmniej tego nie pamięta, nie jadł gęsi. Córka podchwyciła temat, a jeszcze-nie-zięć wprowadził w życie, zakupując jedną taką z hodowli organicznej, co się niby w pełniej szczęśliwości ptaki tam trzyma, aż do dnia... o tym to chyba pomilczę taktownie. Gęś kosztowała tyle, co kolia diamentowa.
W święta nikt nie chciał jej jeść, bo jak zwykle, wszystkiego było (i nadal jest) w bród. Dzisiaj już trzeba było tę księżniczkę diamentową zrobić, co by nie wylądowała w koszu na śmieci, bowiem od wczoraj się odmrażała. Poza tym trzeba było się zmieścić w czasie, kiedy dzieci są w domu, bo to na ich cześć, że są z nami, ten ptak miał być, a i też dlatego, ze Mark nam ją kupił w prezencie świątecznym. Taki był zadowolony z siebie, ze ją wynalazł, zapłacił, że specjalny van ją 22go przywiózł, że nie mogliśmy dopuścić do tego, ze jej nie spróbuje. Od południa małżon walczyl z kaczką. Według przepisu z baaaardzo starej amerykańskiej książki kucharskiej, którą małżon znalazl gdzieś tam, przywlókł do
domu, a potem przemycaliśmy ją do kraju (balismy się, że nam nie dadzą jej wywieźć, bo ona z 1942 roku, a wiadomo, w USA niewiele jest antyków, to może dla nich już cenna?), musieliśmy gęś wsadzić do piekarnika na 15 min  (uprzednio nakłuwszy ją kilka razy wokół nóg i skrzydeł), wyjąć, zlać tłuszcz do pojemniczka, dać jej ochlonąć, znowu na 15 min i tak trzy razy, a dopiero po trzecim ochłonięciu do temp pokojowej, smarować i nadziewać. To juz operacja godna Napoleona. Potem nadzienie, mieliśmy podzielone zdania, więc się zgodnie pokłóciliśmy. Potem małżon i tak zrobił jak uważał (bread crumbs, żurawiny, jabłka, cebula, tymianek i już sama nie wiem, co jeszcze). Trzeba było jeszcze przygotować jabłka wydrążone, nadziewane słodkimi ziemniakami, uprzednio ugotowanymi (też wedlug tego amerykańskiego 
tomiszcza kulinarnego), no i kilka rostów, czyli ziemniaków pieczonych na gęsim tłuszczu, bo wiadomo, to rarytas. Poza tym jeszcze wywar na gravy, czyli sos pieczeniowy. Do niego trzeba było ugotować z warzywami różne części kaczki, które w woreczku były do niej dodane.
Strasznie długo to trwało, w kuchni siedział małżon, bo ja wymiękłam, do godziny 5, a uwierzcie mi, pracował jako chef i jest sprawny jak żołnierz. Mnie by noc zastała. Cały czas coś robił, mielił, namaczał, dosmaczał, wyjmował, wsadzał, a piekarnik chodził non stop. Na koniec wziął się za odcedzanie stocka do sosu, nie wiedział, że jedna z misek jest pęknięta, zapomniał, trzymał ją gdzieś na boku na coś tam, ale syn umył i wsadził z powrotem do szafki, w nią właśnie wylał odcedzony stock i stracił większość, bo zanim się zorientował, prawie wszystko odpłynęło w siną dal przez odpływ w zlewie. Wcale nie trafił go szlag, za co go podziwiam, bo ja po tylu godzinach starań umarłabym przez samozapłon w takiej chwili.
Jakoś udało nam sie dotrzeć do końca przygotowań. Głównie jemu, bo ja odpadłam. Gęś została podana, wszyscy się rzuciliśmy i po 20 minutach pozostało tylko... pozmywać. A wodę nam właśnie wyłączyli. Małżon naniósł deszczówki, którą zapobiegliwie zbierał, bo już wczoraj nam wyłączyli (rezerwy się kończą, przez mrozy i awarie i fakt, że ludzie puszczają w nocy, żeby właśnie nie zamarzła), zaczęło sie grzanie i inne takie... z kuchni wyszliśmy o 21.
Zdecydowanie był to najdłużej przygotowywany obiad w historii ludzkości chyba, Europy nowożytnej na pewno. A to nie jedenaście dań, a zaledwie jedna gęś z nadzieniem, jabłkami i ziemniakami. Pyszna była, ale obiecaliśmy sobie, ze był to pierwszy i ostatni raz, kiedy wzięliśmy się za szykowanie takiego dania. Następnym razem, kiedy przyjdzie mi coś takiego do głowy, huknę się łopatą w łeb, a zaraz potem, jak odzyskam świadomość, zamówię chińczyka.

sobota, 25 grudnia 2010

Zmory mnie jednak dopadły, ale opędzam się jak mogę

Wszystko się udało wczoraj, Nic nie spaliłam, nic się nie wylało, do kościoła na czas dotarliśmy, prezenty się podobały, wszyscy szczęśliwi.
Tylko do mamy się nie dodzwonilam i to mi spędza sen z powiek. Ale nic nie mogę uczynić w tym względzie, dzwoniłam do znajomych, którzy mogą coś wiedzieć, ale ich nie zastałam. Nie będę histeryzować, poczekam jeszcze jeden dzień, przecież gdyby coś się strasznego stało, daliby mi znać.
Dzisiaj po śniadaniu świątecznym, czyli gdzieś o 12 (połozyliśmy się spać o 2, to nie spieszyliśmy się ze wstawaniem) pojechaliśmy na plażę, trochę zrzucić tego, co zdążyliśmy bezwstydnie przyjąć na pokład. Zima jest piękna, kiedy nie trzeba martwić się o jedzenie, opał, brak elektryczności, dojazdy do pracy i bezpieczeństwo bliskich. Wróciliśmy do domu, jeszcze się trzymałam, jeszcze czytałam blogi i oglądałam cudze stosiki książek podchoinkowych, starałam się puszczać jak najwięcej dymu maskującego, ale fakty są takie, że dopadły mnie duchy przeszłości, czy świąteczne zmory, jak zwał tak zwał. I się wylała ze mnie fala łez. Zaczęło się od pierwszego lepszego powodu zastępczego, przemówiliśmy się z mężem, w TV na RTE1 akurat leciał program o Maeve Binchy, a on zarządził przygotowywanie kolacji. Włączyłam więc nagrywanie na dysk twardy, ale nie przełączyłam boxu satelitarnego na irlandzki i nagrał mi się program polski. A ja na tamten czekałam tygodniami, bo wiedziałam, że będzie, a to jedna z moich ulubionych pisarek. Taka mnie żałość straszna wzięła i już jej zatrzymać nie mogłam. I wiadomo, że to nie dlatego, że program źle nagrałam, ale dlatego, że znowu, jak co roku,moja mama mnie ukarała. Od dziecka w święta, jeszcze nawet w czas przedświąteczny, był wiecznie jakiś problem i molestowanie psychiczne, a to jej źle choinkę ubrałam, a to coś źle doprawiłam, a to dzieci nie dość dobrze wychowane, żeby jeść z nią przy jednym stole, a to mówię niewyraźnie i ona nie może już tego słuchać, a to za gruba jestem..... A odkąd mieszkamy daleko - nie odbiera w ten czas telefonów, a jak już odbierze, to po to, żeby mnie wpędzic w poczucie winy. I jej udar oraz częściowa niepełnosprawność obecnie, nie ma z tym nic wspólnego, bo tak jest całe moje życie. Co roku mam rozstrój żołądka, rozwolnienie, bóle głowy dotkliwe, zanim zadzwonię do mamy, potem odchorowuję rozmowy przez kilka godzin, albo i dni, zależy od tego, czego sie nasłuchałam i na co już jestem odporna. A mamy pomysłowość jest nieograniczona i potrafi przypiec. Teraz mniej, a raczej inaczej, bo choroba spowodowała, że jej złośliwość ma cechy pierwotne, jak to u ludzi, którzy nie kontrolują z powodu choroby swoich emocji, nie znają granic.
A dlaczego o tym piszę? Bo nie chcę, żeby ten blog pokazywał mnie jako wiecznie huraoptymistyczną osobę, bez problemów, która tak naprawdę nie zna życia i pieprzy o dobrej atmosferze w kółko, a to się samo dzieje. Nie, ja o wszystko, co dzieje się dobrego w moim zyciu zabiegam świadomie, nie biorę niczego for granted, czyli nie uznaję, że mi się należy, że przyszło i nie jest niczym wyjątkowym. Piszę też dlatego, że może to komuś pomoże, może ktoś ma tak samo przechlapane i wydaje mu się, że nic nigdy się nie zmieni. Zmieni się, ale zadra, drzazga w sercu, w świadomości, zawsze tkwi. Dlatego, kiedy coś miłego mnie spotyka, pierwsze co mi przychodzi na myśl to - kiedy się to schrzani, kiedy dostanę telefon z domu z niedobrą wiadomością. Ciężko żyć z takim brzemieniem.
Ale żeby takim smutnym akcentem nie kończyć, pokazuję wam karmnik, który małżon z synem zrobili dla ptaków. W Irlandii masa ludzi karmi naszych fruwajacych przyjaciół. Wstyd nam się zrobiło, chłopaki postanowili zbudować. Wielkość jak dla orła. Mam nadzieję, że ptaki go znajdą i będę mogła sobie je obserwować.

piątek, 24 grudnia 2010

Wigilijna Opowieść

Kobieta niespokojnie kręciła się po kuchni. Szykowała wieczerzę Wigilijną. Czas naglił, jeszcze tyle było do zrobienia, ale ona nie mogła się należycie skupić. Co chwilę podchodziła do okna, wyglądała męża i synów. Wypłynęli rano na ostatni w tym roku połów. Pogoda nie była najlepsza, mimo to postanowili spróbować. Potrząsnęła głową, wygładziła włosy, głęboko odetchnęła i wróciła do pracy, nie można poddawać się złym myślom, to wywołuje nieszczęście – skarciła siebie w duchu.

Dlaczego uparli się dzisiaj płynąć? Nie przelewało się w domu, to prawda, ale biedy też nie było. Mięso i ryby na zimę zasolone, mąka na chleb kupiona, przy odpowiednim gospodarowaniu powinno starczyć na długo.

Indyk w piecu pachniał zachęcająco. Jeszcze dwie godziny i będzie gotowy. Gdzież oni są? Zarzuciła chustę i wyszła z domu. Od rana wiatr przybrał na sile, czarne chmury zachodziły na niebo. Zapatrzyła się w horyzont, wielkie fale pieniły się złowrogo, nie wróżyły niczego dobrego. Zbyt dobrze wiedziała, co to oznacza, jej ojciec był rybakiem, mąż, synowie, wszyscy sąsiedzi też, wiele nieszczęścia widziała w życiu, zbyt wielu nie wróciło z morza, nie mogła się już dłużej oszukiwać, postanowiła udać się po pomoc.

W jedynym w miasteczku pubie było ciepło i gwarno. Kiedy weszła wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Jeszcze miała nadzieję, że zobaczy męża i chłopaków przy ladzie, popijających piwo po udanym połowie. Nie, nie ma ich. Mężczyźni byli zapewne zszokowani jej zuchwałością, kobiety nie przesiadywały w pubach, to było miejsce zarezerwowane dla nich, ale nic sobie z tego nie robiła, przecież tu chodziło o życie jej bliskich. Zwróciła się do najstarszego, miał posłuch, tylko on jej mógł pomóc. Kiedy opowiedziała, z czym przychodzi, zerwał się na równe nogi i zarządził wymarsz na nabrzeże. Jak zwykle w takich wypadkach zaczęli rozpalać ogniska wzdłuż linii brzegowej, w ten sposób wskazywali rybakom na morzu drogę powrotną.

W międzyczasie znacznie się ściemniło, zaczął padać rzęsisty deszcz. Ogniska gasły, mężczyźni walczyli zaciekle, ale niestety nie udawało im się utrzymać wysokiego ognia. Kobiety zebrały się w ciasną grupę, modliły się bezgłośnie poruszając ustami. Wpatrywały się w ciemną, wzburzoną taflę morza, zwykle tak piękne i szczodre, dzisiaj postanowiło pokazać swoja wielkość i grozę. Nie miały złudzeń, w walce z tym gigantem człowiek jest bez szans.

Kobieta przez chwilę jeszcze przyglądała się zmaganiom mężczyzn, ale widząc, że to wszystko na nic, odwróciła się nagle i odeszła zdecydowanym krokiem.

Droga do domu wydawała się trwać wieki, jak tylko tam dotarła, chwyciła bańki z naftą i zaczęła metodycznie oblewać ściany domu. Podpaliła. Zajęły się drewniane krokwie i słomiany dach, mimo deszczu w krótkim czasie paliło się aż miło. Nie czuła żalu, nic nie czuła, odwróciła się w stronę morza i czekała. Jak długo? Nie miała pojęcia. Stała tam na wzgórzu, z rozwianymi włosami, policzkami rozpalonymi od żaru i czekała. Jeśli istnieje Bóg, dojrzą ogień, skierują łódź w stronę brzegu i dotrą bezpiecznie z powrotem. Zwróciła modlitwy do Matki Boskiej, któż lepiej zrozumie matkę jak nie druga matka?

Nagle ich zobaczyła, szli machając do niej z daleka. Szybko policzyła sylwetki, raz, dwa, trzy, cztery, mój Boże, są wszyscy. Rzuciła się biegiem w dół wzgórza, po chwili dopadła do nich, objęli się wszyscy i zamarli w tym uścisku. Nie trzeba było słów.

Życzę Wam żebyście zawsze, bez względu na okoliczności, znaleźli drogę do domu.

Wesołych Świąt!


wtorek, 21 grudnia 2010

Barszcz czerwony przewspaniały, a łatwy. I parówki Bożenkowe dla agatyy76

Przygotowania do świąt w toku. W prezencie ode mnie chciałam wam podać przepis na fantastyczny barsz czerwony, który jest łatwy nieprawdopodobnie, a smak jego jest przewspaniały. Nigdy mnie nie zawiódł i jest to jedyna potrawa, która nie kosztując mnie nic czasu, a zachwyca i świetnie uzupełnia menu świąteczne.

Przepraszam za proporcje, ale dostałam go od świetnej kucharki zawodowej, pani Honoraty z Podlasia, a ona wiadomo, warzyła dla dużej ilości osób, nie dla jednej rodziny. ale możecie go podzielić na dwa. Ja robię taką ilość, bo go potem trzy dni popijamy, a jest nas 5 więc znika bez problemu, tym bardziej, ze dwa dni wsuwamy uszka w barszczu, naszą ulubioną potrawę.
Składniki:
5 litrów wody
6 średnich buraków
1 łyżeczka kwasku cytrynowego
garść soli
200 g cukru
listek laurowy ze 3 małe
czosnek w ząbkach jak kto lubi
min 3 łyzki majeranku
1/2 łyżeczki pieprzu lub mniej, jeżeli ktoś woli mniej pikantny
2 łyzki maggi

Do wody wrzucić wszystkie przyprawy i zagotować, po 15 minutach na gotującą się wodę z przyprawami wrzucić obrane i pokrojone w grube plastry buraki. Niech się jeszcze raz zagotuje, znowu 15 minut. Potem odstawić przykryte na godzinę, a po godzinie lekko odkryć, żeby para uchodziła. Niech sobie stoi w chłodnym miejscu. Najlepiej przygotować poprzedniego dnia wieczorem. A na drugi dzień przecedzić po południu i już. Gotowy. Jest smakowity, ma piękny kolor i nigdy was nie zawiedzie.

Drugi przepis obiecałam blogowiczce o nicku agataa76 i zapomniałam. Za co przepraszam.
Parówki Bożenkowe nie sa może najzdrowszym pozywieniem świata, ale wszyscy je uwielbiają, a dzieci w szczegółności. Nawet niejadki.

Parówki Bożenkowe, bo są one wymysłem mojej przyjaciółki, którą serdecznie pozdrawiam, jezeli mnie czyta.

Usmażyć naleśniki. Każdy przepis na nie ma, a jeżeli nie, to ja daję półtorej szklanki mleka, półtorej szklanki wody, 3 jaja, szczyptę soli, chlust czyli trochę oleju i dwie, może więcej, szklanki mąki. Najpierw ubijam jaja na puszystą masę i dodaję resztę składników. Olej powoduje, że są mięsiste i puszyste. Najbardziej nadaje się mąka Lubella puszysta pół na pół tortowa i Poznańska.
Usmażyć naleśniki nie za cienkie, mają być solidne.
Następnie zrobić pastę pomidorową - przecier pomidorowy plus musztarda plus majonez plus zioła (bazylia, oregano). Naleśniki smarować tą mazią, na to ser starty zółty, parówke i zawinąć. Zapiec na patelni na maśle z odrobiną oleju.
Proste, a tak smaczne, warte grzechu od czasu do czasu.
Wszystkie przepisy przechowuję w zeszytach. Wiem, ze można je drukować z netu, ale ja wolę miec u siebie zapisane ręką. Te dwa poniżej są najstarsze. Szczególnie czarny towarzyszył mi w zdobywaniu kulinarnych szlifów. Biedny staruszek, muszę go troszeczkę reanimować.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Shopo-fob w akcji


    Siedzę sobie przy choince (podoba mi się, że tu drzewka stroi się wcześniej), wsuwam baklavę i planuję święta.  Dobrze mi.  Lubię ten czas, może nawet bardziej niż same święta.  Rozmyślanie o prezentach najpierw wpędza mnie w panikę, co roku mam wrażenie, że tym razem nie ujdzie mi na sucho i nie dostanę, tego, co sprawiłoby radość najbliższym. To jest masochizm jakiś, bo przecież wiem, że zawsze mi się to udaje, ale w tym roku doszła świadomość, że powinnam bardziej oszczędnie to jakoś urządzić, więc moje zamartwianie się, nie jest takie pozbawione sensu. No, właśnie – recesja, obcinanie wydatków, a przede wszystkim umiar, umiar i jeszcze raz umiar. W Dublinie tego nie widać, sklepy pękają w szwach od ilości towaru i szturmujących je klientów.  Co prawda to był weekend, więc może wtedy wszyscy wylegli z domów na zakupy? W Donegalu pustki, w sklepach spożywczych i tych innych też.  To znaczy towar jest, tylko ludzi jakoś niet.  To wszystko pewnie dlatego, że od nas jest blisko do Irlandii Północnej, gdzie spadły znacznie ceny i to tam się teraz robi wszystkie zakupy, z rozpędu od czasu, kiedy stosunek funta do euro był dużo lepszy.  W Republice pusto, a w Derry czy Strabane, gdzie jest Asda, ludzie muszą czekać na wpuszczenie do sklepu, takie tłumy.  Sądząc po wielkości zakupów, wyładowanych koszykach i fakcie, że największym powodzeniem nadal cieszą się towary luksusowe – telewizory, konsole do grania, biżuteria, albo ciężkie czasy jeszcze nie nastały, albo ludzie nie mają rozumu.
     Nienawidzę zakupów. Kupować lubię jak każdy, ale nienawidzę przemieszczania się ze sklepu do sklepu, przymierzania, ignorancji obsługujących i faktu, że czasami daję się zmanipulować poprzez umiejętne działanie na moją podświadomość.  Lubię myśleć o sobie, że jestem silna i opiniotwórczo niezależna, ale uczciwie muszę przyznać, że oferty typu – kup jedno, drugie za darmo, dwa za tyle i tyle, 30% extra, half price, 3 za 2 itp., czasami mnie kuszą i kupuję absurdalne ilości szamponów, proszku, papieru toaletowego, tudzież ketchupu.  Umieszczanie towaru na odpowiednich półkach, techniki polegające na przemieszczaniu towaru z jednego końca sklepu na drugi, płacenie ludziom za chodzenie wśród klientów z wypchanymi wózkami  (co nam daje hint-hint, że nasz powinien być równie pełny jak nie pełniejszy), wspomniane oferty, tyle zachodu, a wszystko po to, żeby nas skołować, podziurawić mózg i wydrenować z pieniędzy.  Wiem o tym, a jednak czasem się daję. Zakupy, to co innego niż kupowanie.  Zakupy to łażenie, macanie, pocenie się w kurtkach w ogrzewanych marketach, moknięcie podczas ładowania tego wszystkiego do bagażnika i mozolny powrót do domu.
     Dzięki Bogu za Internet i zakupy online, bez tego fizycznego zaangażowania i zamieszania.  Siedzę z kawką w ulubionym kubku, laptop na kolanach i surfuję – gładko wpływam do działu z książkami (moje ulubione strony), Michalina potrzebuje nowych Martnesów, niechętnie porzucam wirtualne przeglądanie nowej powieści Patricii Scanlan i jednym susem przemieszczam się na stronę z obuwiem.  Już wiem, jakie kolory, wzory, rozmiary i ceny, pozostaje jeszcze uzgodnić z nią, czy to te właściwe.  Może iść do sklepu, zmierzyć byle jakie tego samego typu, sprawdzić, jaki potrzebuje rozmiar, a potem zamówimy, bo cena dużo lepsza.  Wojtkowi popsuł się monitor, w sklepach niby 50% obniżki (pierwszy raz przed świętami!), ale i tak daleko tym cenom do tych na stronach w sieci. Monitor już jedzie DHLem, a ja mam przynajmniej stówkę w kieszeni, gdybym chciała kupić taki sam w sklepie, a jeżeli zdecydowałabym się na mniejszy o 5”, i tak przepłaciłabym przynajmniej €50, w stosunku do tego większego.
     Wypływam, więc na bezkresny przestwór oceanu wirtualnego i to, co mogę, kupuję w sieci. Dzielnie pomaga mi w tym karta kredytowa.  Trzeba wiedzieć, jak jej używać, nigdy na niezabezpieczonych stronach (na dole, po prawej na pasku, musi być kłódka), najlepiej zarejestrować się na płatności systemem PayPal, tak znacznie bezpieczniej, gdyż w ten sposób dane z karty nie są znane przy transakcji, no i kontrolować te wydatki, bo kiedy nie widać pieniędzy, łatwo myśleć, że się nic nie wydało. I o jeszcze jednym warto pamiętać – kiedyś przyjdzie dzień, kiedy będzie trzeba tę kartę spłacić. Jest takie stare porzekadło, że OKAZJA jest tylko wtedy, kiedy cię na nią stać.

P.S. Czy ktoś może mi wyjaśnić, jak dodawać zdjęcia w środku tekstu, bo próbuję i uparcie ląduje mi na samej górze. I czy tekst może byc obok zdjęcia, czy koniecznie musi się znajdować pod spodem?