czwartek, 17 lutego 2011

Sprzedawcy marzeń


Moje dziecko, które już niestety nie jest dzieckiem, wraz ze swoim irlandzkim chłopakiem strasznie lubią podróżować.  Cały rok planują, gdzie też oni pojadą w czasie swojego urlopu. Wymagania mają duże, bo musi być ciekawie, dużo zabytków, galerii, ale i fajne knajpki i miejsca do relaksu.  Dopiero się dorabiają, o ile można tak powiedzieć, bo córka jest studentką, a jeszcze-nie-zięć na początku drogi zawodowej, stąd dodatkowe utrudnienie w klasyfikacji – ma być na ich kieszeń.
Z wielkim zainteresowaniem przyjęli informację, że pod koniec stycznia w Dublinie odbywają się targi turystyczne – Holiday Word Show.   Córka nie mogła się doczekać, kiedy tam pójdzie i nazbiera folderów, miała też nadzieje na specjalne oferty.  Wiadomo, nie ma to jak załapać się na upusty, rabaty i vouchery, chociaż dobra i rzetelna informacja jest chyba więcej warta, bo co komu po darmowym obiedzie w hotelu, jak i hotel, i miejsce, jest do kitu.
Zadzwoniłam do niej na drugi dzień i zażądałam relacji. Najpierw były same zachwyty:
   -   Mamuś, najlepsze było stoisko Słowacji.  Dwoili się i troili, jeden przedstawiciel nas dorwał i najpierw wyciągnął z nas, co najbardziej lubimy, a kiedy usłyszał, że Mark uwielbia piesze wędrówki, zaraz wyciągnął foldery ze szlakami turystycznymi, zasypał nas informacjami, zdjęciami, dołączyła do niego hostessa z tacami jedzenia i wyjaśnieniem - to serwujemy w górach, tamto w gospodach, tak wygląda zakąska do piwa, a piwo kosztuje tyle i tyle… No mówię ci, świetni byli.  Obok mieli sklepik i sprzedawali te pyszne rzeczy – wcale się nie zdziwiłam, że ona o tym mówi tak entuzjastycznie, bo oboje z Markiem, gdziekolwiek nie pojadą, uwielbiają biesiadować i próbować wciąż to nowych potraw i smaków, szczególnie kuchni regionalnej.
   -   A potem poszliśmy do stanowiska reklamującego Saint Lucia.  Przedstawicielka biura turystycznego była tak przekonująca, że gdyby na miejscu sprzedawali wycieczki, pewnie byśmy nerkę przehandlowali, żeby tylko tam pojechać – kontynuowała zaaferowana – to jest maleńka wyspa karaibska, wiesz, w sumie nic tam nie ma, przyjechali ‘sprzedać’ Irlandczykom plaże i pola golfowe, to chyba tylko pogoda mogłaby ich tam przyciągnąć, chociaż też pewnie za gorąco, zaraz by wszyscy podostawali udarów i tyle by mieli z wypoczynku. A do tego ta cena! Tak nas zaczarowała, że przez chwilę myśleliśmy, że nic lepszego nas nie może spotkać niż podróż na tę wyspę – perorowała uhahana. Faktycznie wyobrażenie sobie Wyspiarzy, całych czerwonych od słońca, nas zresztą też, bo po tylu latach tutaj, wcale się nie różnimy w tym względzie, było wyjątkowo śmieszne.
Potem opowiedziała mi ze szczegółami o stoisku reklamującym campery, bo wie, że to jest męża i moje marzenie, żeby podróżować gdzie nas oczy poniosą, takim właśnie domem na kółkach. Tak się rozmarzyłam, że zupełnie nie byłam przygotowana na uderzenie w dumę narodową, tak to nazwijmy, które córka wyprowadziła znienacka.
   -   Ale wiesz mamuś, stoisko polskie to był straszny obciach.  Wiesz, jaki Mark jest napalony na podróże do nas, jak tylko zobaczyliśmy biało-czerwone barwy, od razu pognaliśmy w tym kierunku. A tam dwie znudzone i nabzdyczone babki, siedzące przy jakimś chybotliwym stoliczku, obok wielki facet z wąsami - nasza polska specjalność, pomyślałam, ale postanowiłam powstrzymać się od komentarzy – a na stojakach jakieś przedpotopowe foldery i ulotki, no mówię ci, jak za komuny. Skąd oni je wytrzasnęli? Kiedy byliśmy w Krakowie, w każdej restauracji i innych miejscach uczęszczanych przez turystów, leżały dużo lepsze, na kredowym papierze z pięknymi, kolorowymi zdjęciami, mapkami, aktualną informacją o cenach, transporcie, również prywatnym, zresztą nie tylko o samym mieście, ale i o Polsce.  Na tym stoisku nic się nie dowiedziałam, poza tym, że polskie linie lotnicze to LOT.
Moje dziecko nie ma pojęcia jak było za komuny, a to, co sobie wyobraża, to nuda, szarość, nadęcie sprzedawców i ogólna beznadzieja. Kiedy, więc mi powiedziała, że tam było całkiem jak za tamtych czasów, włosy mi dęba stanęły, bo niby co, nic żeśmy się nie nauczyli, nadal jakaś izba turystyczna wysyła ‘członka z ramienia’ i dwie niemowy?  Mamy w kraju setki szkół wyższych proponujących kierunki dotyczące promocji turystyki, reklamy i marketingu, młodzież aż się rwie do pracy i wykazania nowych umiejętności, a jak przychodzi co do czego, to na takie imprezy nadal wysyłamy dwie ‘panie Jadzie z kolegą Ziutkiem’. Luudzie, to już nie te czasy, kiedy enerdowcy przyjeżdżali na wczasy z przydziału, czy chcieli, czy nie, tu trzeba zawalczyć o klienta.  Tym bardziej, że jeśli idzie o pogodę, daleko nam do Saint Lucii, ale z drugiej strony, jeśli idzie o atrakcyjność zabytków i świeżość destynacji dla eksplorerów z zachodu, których znudziła się już Barcelona i Rzym, mamy nie lada ofertę do zaproponowania. Tylko musimy przemóc niechęć do pokazywania się od jak najlepszej strony.

niedziela, 13 lutego 2011

Zawracanie gitary

Chwaliłam się jakiś czas temu, że pięknie schrzaniłam niespodziankę i wyslałam syna po odbiór przesyłki, która, jak oczekiwałam, była paczką książek, a okazała się jego własnym prezentem urodzinowym, a mianowicie gitarą basową wraz ze wzmacniaczem.
Przetrzymałam go dosyć długo, kartony postawiliśmy w korytarzu i czekały na otwarcie. Do urodzin wprawdzie jeszcze pięć dni, ale już dzisiaj pozwolilismy mu rozpakować gitarę, bo we wtorek ma lekcję gry, pokaże nauczycielowi, pochwali się, on mu ją pewnie jeszcze dostroi, niech ma. W dzień urodzin przychodzą koledzy z zespołu plus dwóch spoza, będą cwiczyć, grać, za dużo czasu spędziliby na dostrajaniu, a tak już wszystko będzie gotowe.
Tak się cieszę z radości Wojtka na widok prezentu. Gitarajest ode nas, rodziców, od Misi i Marka, wszyscy się na nią złożyliśmy, Michalina wypatrzyła w sieci sklep w Niemczech i stamtąd przysłali. Niech mu dobrze służy.

Dzisiaj powinniśmy być na zajęciach w szkole polskiej, ja w bibliotece, Wojtek w klasie, małżon na angielskim. Ale wszyscy się jakoś czuliśmy tak podziębieni, umęczeni tygodniem, szarzy na gębach, że kiedy budzik zadzwonił, nie było komu zarządzić powstania ludu ziemi i zapadliśmy w dalszy sen. Do 10 tej. Ups. Czuję się źle, że nie pojechaliśmy, ale z drugiej strony dobrze, bo się wygrzejemy pod kocem i wykurujemy przed kolejnym zaganianym tygodniem.
Wojtek od godziny gra na górze na nowej gitarze, zaprosił kolegów i dudni, a my oglądamy czeski kryminał z lat siedemdziesiątych 'Trzydzieści przypadków majora Zemana' i popijamy herbatę z miodem i cytryną. Tego mi było trzeba :-)
Czuję się w obowiązku Wam wytłumaczyć, że tak jęczałam nad moim zagonieniem, ale to wynika też i z tego, co mnie czeka - urodziny Wojtka, zaraz potem rozpoczęcie intensywnego kursu dla tłumaczy, a na dodatek przyjeżdża przyjaciółka z córką z Polski. Nagromadzenie przyszłych zdarzeń (a przecież do pracy i na pozostałe dwa kursy też muszę chodzić), daje mi pole do histerii, haha. No, nic, muszę się wziąć w garść, samo się nie zrobi. No, i sama chciałam, to mam.

sobota, 12 lutego 2011

Dzwonnik i pannica Julia stawiają mnie na nogi, chociaż garb tego pierwszego i mnie się udzielił

Ja Was proszę, niech któraś tu przyjedzie i mnie palnie w łeb! Na co mi to wszystko???
Na nic nie mam czasu, od tygodnia nie usiadłam wygodnie w fotelu, nie poczytałam ani książki, ani gazety, nawet nie jadłam porządnego obiadu, bo go nie ugotowałam, a chłopaki uznali, że sobie coś tam usmażą i git. Nie mogłam go ugotować, bo mnie nie było w domu. Ostatnio ze zmęczenia nie mogłam pół nocy usnąć. Masakra.
Po pierwsze praca, wiadomo, trzeba pracować, żeby żyć, więc nie ma co marudzić.
Po drugie kursy, z irlandzkiego, który jest cholernie trudny, nie moge zrezygnować. Im dalej w las, tym gorzej. Wszyscy są tak szczęśliwi, ze ja się go uczę, tak mnie chwalą, tak się rozwodzą nad tym, jakie to wyjątkowe i superowe, że mi wstyd powiedzieć, że mi się nie chce. Zresztą, może to przejściowe? Może wraz ze słońcem mi przejdzie ta niechęć?
Photoshop - bardzo chciałam, ale już widzę, że niewiele się nauczę. Duża rozbieżność wiedzy w grupie. Mam takich, którzy zapominają tego, czego się już nauczyli, a żeby nowy materiał wprowadzić ta wiedza jest potrzebna, wiec im się powtarza i... nie ma czasu na nowy material. Ja zwariuję.
Po trzecie - Konferencja Mediów. W czwartek od 11 do 4 pisałam w Letterkenny przemówienie. Musiałam tam dojechać, 2 godziny w tej i z powrotem. Jakieś zakupy - plus godzina. Czyli od 10 do 6 nie było mnie w domu. Wróciłam zmęczona i skołowana. A to przemówienie muszę jeszcze raz przepisać, uzupełnić, bo mam pomysł na nowy paragraf i się go nauczyć. W piątek cały dzień na tej cholernej konferencji i po co? Zmienię świat? Będę słynna i kochana? Będzie z tego praca? Wątpię. Ech, a takie fajne książki czekają w kolejce do czytania.
Chyba więcej uśmiechu i miłości miałabym z tego, że zostałam w domu i coś fajnego ugotowałam, a potem miałam czas usiąść z moimi chłopakami i niespiesznie zjeść. Bo na takich konferencjach, wiem z doświadczenia, ciekawych ludzi się nie spotyka, a jak tak, to i tak nie ma jak z nimi dłużej pogadać. Myślę, że korzyść społeczna jednak znikoma, a nieobecność w domu, nie do zastąpienia.
Nie to, żebym jakiś stary kapeć była, ale zauważyłam, że mi się życie rodzinne rozchodzi jak guma w starych gaciach, bo mnie nie ma, niedopilnowane, palenisko wygasło, chłopaki robią sobie jakieś kawalerskie jedzenie i w ogóle źle to wygląda.
A ja mam garba ze zmęczenia, jak ten dzwonnik z Notre Dame. Żebym jeszcze tak pięknie umiała śpiewać jak Garou. Wkleję tu, dla swojego relaksu i Waszego, jeśli znajdziecie cierpliwość, zeby tego posłuchać, piosenkę z musicalu Notre Dame de Paris. Zapoznała mnie z nim przyjaciółka Milena i od tego czasu jestem jego wielką admiratorką. Słucham płyty przynajmniej raz w miesiącu.

Drugą płytę z musicalu Romeo i Juliet, o którym też mi powiedziała milena, kupiła mi Blueberry. Albo na odwrót, już nie pamiętam. Dziękuję

Jak to zwykle bywa, kiedy już jestem przygięta do ziemi i na nic nie mam siły, muzyka stawia mnie na nogi. Od razu wynalazłam niezwykle energetyczny utwór z Romeo and Juliette i też wklejam. Posłuchajcie i Wy, najlepiej niezwykle głośno

poniedziałek, 7 lutego 2011

Kreativ Blogger czyli 7 rzeczy, których o mnie nie wiecie i 3 nominacje

Dr_Ewa999 wyróżniła mnie Kreativ Bloggerem (tutaj jeszcze niewiele ludziaszków zagląda, ale na bloxie mam całkiem spore grono kuleżanek).
Zabawa polega na tym, że w ślad za nagrodą trzeba wymienić 7 rzeczy, które o mnie jeszcze nie wiecie.
Hmm, trzeba być twardym nie miętkim, zaczynam:

1. Panicznie boję się wszelkich węży, żmij i wężopodobnych. W każdym razie w Australii żyć bym nie mogła.
2. Jestem rozsądna w kupowaniu ciuchów tylko dlatego, że jestem XL i ciężko mi coś naprawdę fajnego kupić
3. Nienawidzę zakupów, chyba, że są to książki, filmy lub muzyka.
4. Uwielbiam czytać nie tylko książki, ale i prasę, magazyny, tygodniki, dzienniki, działa na mnie niesamowicie zapach farby drukarskiej, tej gazetowej. Idalne przedpołudnie czy lunch to kawa, croissant lub bagietka z szynką oraz plik gazet. Przy czym informuję, że nie jestem frankofilką i nie mieszkam we Francji, jakby to mogły wskazywać te croissanty i bagietka.
5. Płaczę na filmach, czytając książki, oglądając zdjęcia maltretowanych zwierząt, ale też kiedy Polacy zdobywają złote medale lub ktoś ratuje czyjeś życie i pokazują go w TV. Dużo płaczę, ze szczęścia, smutku, wzruszenia, wdzięczności, miłości itp
6.Nie palę od 14 lat, ale kiedyś paliłam jak smok, paczkę dziennie, najchętniej mentolowe Marlboro, Salemy lub takie długie czarne, jak się one nazywały? Gdyby nie moja silna wola, która w wielu przypadkach okazała się słaba, ale o dziwo w tym akurat nie, paliłabym nada, bo mi się to podobało jak cholera. Tylko smród nie. Odkąd zdecydowałam, że nie palę, nie wzięłam do ust ani jednego papierosa. Bez żadnych tebletek, plastrów i innych cudów na kiju wyciągających od ludzi pieniądze. Ale wiem, że gdybym zapaliła,  prawdopodobnie w tydzień wróciłabym do nałogu.
7. Te węże z punktu pierwszego to nic, najbardziej boję się meduz. Do tego stopnia, że chociaż pływanie w morzu sprawia mi organiczną przyjemność, do ciepłej wody nie wlezę, bo tam już czają się galaretowate potwory. Kiedyś męzowi weszłam na głowę w histerii. Na szczęscie było to 22 lata temu i 22 kilogramów temu.

Mam wyznaczyć 3 osoby:
Mariola Zaczyńska
Dublinia
Veanka

I wy dziewczyny wyznaczcie 3 osoby i podajcie 7 rzeczy, których o Was jeszcze nie wiemy. No, i chyba trzeba powiadomić tych, którym przyznaliśmy Kreative Bloggera, pewnie i ten obrazeczek trzeba by w bocznej szpalcie umieścić. To tyle :-)

piątek, 4 lutego 2011

Gdzie mój ogon?

Czy jeśli Wam powiem, że jestem tak zagoniona, że już własnego ogona nie widzę, to będzie coś nowego? No, nie, ale raportuję, że nic się w tym względzie nie zmieniło, a nawet robi się coraz szybciej i przez to widoczność mi szwankuje. Wiecie, jak w japońskim pociągu szybkobieżnym, świat zaczynam widzieć w rozmazanym stanie.
Wczoraj uczestniczyłam w comiesięcznym zebraniu Platformy Interkulturowej, nawet mi sie trochę nudziło, przez pół spotkania żałowałam, że tam w ogóle pojechałam, bo takie mam fajne ksiażki na tapecie, a tu siedzę i słucham pierdół. Ale potem mieliśmy spotkanie ze świetną babką z County Council, a jeszcze potem, ani się obejrzałam, jak mnie wybrali do reprezentowania platformy na Media Conference, na której to mam strzelić przemówienie, jak to media źle traktują obcokrajowców, źle o nas piszą i wpływają przez to na opinię publiczną, niepotrzebnie podbijając bębenek w tych trudnych czasach. No żesz ty, kiedy to się stało, kiedy oni to uradzili, że ja będę najlepsza? Przysnęłam chyba. Wprawdzie się wypowiedziałam dwa razy płomieniście na tym spotkaniu, ale emocje brały się bardziej z tego, że się kawy nażłopałam (jak nie wina, to kawy) i mi ciśnienie skoczyło, a temat rozmowy podwyższył adrenalinę i 2 do 2 = z iskrą (kofeinową) w oku coś tam powiedziałam. Po czym mi opadło i straciłam koncentrację, myśli zaczęły dryfować, i wtedy oni uchwalili, żeby mnie posłać. Na szczęście jedna taka Amerykanka, którą już od dawna chciałam bliżej poznać (wielka Murznka w stylu Woopie Goldberg), obiecała, że mi pomoże z przemówieniem. Ja chciałam improwizować, ale oni to wszystko na poważnie - napisać, timing ustalić, bo się trzeba zmieścić w czasie. Też mi coś, jakbym tam wlazła, to by mnie już, przed końcem fazy mówiącej, nie zdjęli. 
Dzisiaj wprawdzie nie pracowałam, tylko 3 godziny, ale było wiele zaległych spraw, zakupy do zrobienia, a to wszystko w akompaniamencie ulewnego deszczu i wichury, która teraz przechodzi przez nasz region. Buczy i wyje, że aż groza człowieka ogarnia. Zmokłam chyba ze 3 razy.
Do tego dałam ciała. Odebrałam syna ze szkoły, blisko ma, ale przecież nie będzie drałował w ten deszcz, w samochodzie miałam awizo na przesyłkę na poczcie. Niczego nie zamawiałam, żadne wydawnictwo się nie anonsowało z książką do recenzji, ale ja durna sobie wbiłam do łba, że to musi być coś w tym stylu. Wysłałam Wojtka. A on wyszedł z poczty z .... gitarą i wzmacniaczem w dwóch wielkich pudłach (kolega mu pomagał nieść), które były kupione w WIELKIEJ TAJEMNICY na jego urodziny. Jakbym miała saperkę, to bym się nią palnęła w czoło. Michalina mi wprawdzie powiedziała, że gitara jedzie, ale DHL-em, a to kurier przecież, nie sądziłam, ze na poczcie będzie czekać. Poza tym spodziewaliśmy się jej dopiero w przyszłym tygodniu. Teraz syn wie, że dostał gitarę, ale rozpakować nie pozwoliłam, niech czeka do 18-go, przynajmniej będzie ciekaw, jak wygląda.
Wieczorem kolejne lekcje photoshopa, wybrałam szybszy sposób na odchudzanie, za kilka tygodni będę wiedziała, jak zmienić zdjęcia tym programem i jak się 'odchudzić' o 20 kilo :-)  Czyż ja nie jestem genialna?

środa, 2 lutego 2011

Sadzeniaki, jabłkowe kwadraty i wino domowe całkiem nie w czas

Ale się dzisiaj popisałam, i dosłownie, i w przenośni. Obłędny dzień dziś miałam. Najpierw mieliśmy oficjalne otwarcie kursu ogrodniczego, takiego, w którym uczą, jak wrócić do korzeni i sobie własne warzywa i kwiatki wyhodować, bo tu z tego dobrobytu ludzie zapomnieli, jak się to robi. Organizowany jest on przez biuro miejskie, w którym obecnie pracuję, a jak kurs nasz, to i imprezka tez musiała być przez nas zmontowana. Zaczęło się od setki zaproszeń do notabli, polityków, księdza i Bóg jedne wie, kogo jeszcze. Na końcu ustaliliśmy, co bedziemy podawać do jedzenia, na mnie padło pieczenie ciasta, ale takiego, które można zjeść rękami, bo talerze mieliśmy tylko na zupę, a widelców wcale. Upiekłam ciasto ucierane, takie z lekka biszkoptowe, z dużymi kawałkami jabłek powtykanymi gęsto. Pyszne wyszło i zrobiło furorę.
Ale wcześniej pognaliśmy na 'miejsce zbrodni', czyli na teren, gdzie jeszcze niedawno był ugór i kamienie, a teraz stoi piękny tunel, zagospodarowany w środku, a obok prawie ukończona sadzawka.
Przyjechał head gardener z jednego z najpiękniejszych ogrodów w Donegalu, z parku Glenvey, otwierać uroczyście ogród i ten tunel. Przy okazji przywiózł sadzeniaki jakieś i wszyscy się rzucili grzebać w ziemi, a tu politycy, panie na 'obczasach', czarne garnitury i to błoto oraz bulwy. A w tym wszystkim ja jako naczelny fotograf imprezy. No ja zwariuję. Zadzwonili do mnie i powiedzieli - bierz aparat, kto jak nie ty? Miałabym kilka innych nazwisk pod ręką, ale te nazwiska najwyraźniej zepchnęły robotę na mnie, bo sami wiedzieli wcześniej, robaczki cwaniaczki, ze naczelny nauczyciel kursu przytachał kilka butelek wina własnej roboty i bedzie polewał.
Nie docenili mnie, zdjęć narobiłam ponad 120, a w międzyczasie zdążyłam się ubzdryngolić winem. Nie wiem, jak to zrobiłam? Może dlatego, że nic nie jadłam, a rano piekłam te ciasta i tylko kanapkę w biegu chwyciłam? W każdym razie uwaliłam się dwoma kieliszkami w trupa. A tu o 16 zaczynał mi się meeting z nauczycielami. W irlandzkiej szkole, przynajmniej w mojej tak jest, raz do roku jest spotkanie rodziców ze wszystkimi nauczycielami dziecka. Ci siedzą przy ławkach, rodzic ma listę i zaiwania od jednego do drugiego posłuchać, co mają do powiedzenia na temat ucznia. Z budynku biura do szkoły rzut beretem, udałam się tam pieszo. Jak mnie nie sieknie to wino, zanim doszłam do szkoły, byłam pijana w sztok. Wiecie, takie upojenie błyskawiczne, które przechodzi równie błyskawicznie, tylko trzeba dać temu kilkanaście minut. A ja nie miałam tych kilkunastu minut, bo już trzeba bylo wchodzić. Naładowałam do pyska tic-taców i pooooszłam.
Nie powiem, jak burza. Śmiać mi się chciało, jak pomyślałam, że oni mogą zauważyć. Ale nie, tylko ja się tak czułam, poszłam sprawdzić to zaprzyjaźnionej matki i ta mi powiedziała, że nic nie poznać.
Myślicie, że miałam czas po zebraniu iść do domu? Nie. Bo tego wieczora odbywało się również zebranie mojego Book Clubu, a omawialiśmy 'Room', nie mogło mnie zabraknąć. Wchodzę do budynku biblioteki, tego samego, gdzie mieszczą się na piętrze 'moje' biura, a tam nie tylko spotkanie book clubu, ale i uroczyste wydanie pierwszej ksiażki grupy crative writing. I wino. I częstują.
Oparłam się. To by dopiero było, gdybym dyskutując o książce, spadła pod stół.
Wróciłam kurcgalopkiem do domu i po chwyceniu kolejnej kanapki w biegu, rzuciłam się przeglądać zdjęcia i pisać felieton, bo już w czwartek deadline, a jutro znowu mnie do nocy nie ma.
Tyle czasu minęło od wypicia wina, że już mam kaca.  Iście ekspresowe tempo, czyż nie?

Zapomniałam wspomnieć o ciekawym odkryciu. 

Podczas przygotowywanie terenu pod tunel, kursowicze wykopali medal, jeżeli mają rację, to ma on 100 lat, w najgorszym wypadku 95. Oddali go teraz historykom regionu do oceny, bo wiele rzeczy trzeba ustalić, zanim będzie orzeczenie, za co, kto i kiedy go dostał. Ciekawa historia. Firma, która robiła medale w tamtych czasach, została doszczętnie zniszczona podczas powstania w 1917 roku. Ten medal zdecydowanie pochodzi w lat wcześniejszych.

sobota, 29 stycznia 2011

Podmoskownyje wieciera w Donegalu, Anna Polony na ekrany!, a sernik chałwowy będzie mi się śnił po nocach już niedługo

Ależ czas pędzi. Kilka razy siadałam do komputera, żeby coś napisać, ale zwyczajnie brakowało mi czasu, a czasem siły, żeby skończyć notkę. Poza tym, kiedy jestem zmęczona, ciemność widzę i nic mi się w głowie nie układa, to i składne te notki nie były na tyle, żeby je skrzętnie przechowywać i z czasem publikować.
Córka była 10 dni w domu, każdą chwilę, kiedy nie w pracy i nie na kursach, wolałam spędzić z nią. Upiekłyśmy sobie sernik chałwowy, którego przepis znalazła na Moich wypiekach, jesssssu, niebo w gębie.

 Kupiłyśmy za mało chałwy, dlatego polewę musiałyśmy zrobić krówkową i też była dobra, jak nie lepsza.
To pieczenie odwaliłyśmy w ramach projektu - nawpieprzać się wszystkiego, co zakazane, zanim przyjdzie 1 luty, czyli ustalona data zaprzestania jedzenia niezdrowo i słodko, w celu zrzucenia wagi. Z małżonem postanowiliśmy, że czas już najwyższy z najwyższych, czyli aktywność ruchowa ma być teraz zwiększona wprost proporcjonalnie do zmniejszonej aktywności kuchennej. Czy jakoś tak, w każdym razie, gotowanie tylko na parze i bez tłuszczu, ciasta na obrazku, kijki w bagażniku pod ręką, mp3 z książką naładowane i gotowe do odsluchiwania, no i chęci, nawet jeśli ich nie ma, mają być obecne. Zeby tylko to było takie łatwe. No nic, próbować trzeba.
W ramach tego samego projektu, w czwartek wybrałyśmy się do Chińczyka, w babskim towarzystwie, ja z córką i jej jeszcze-nie-teściowa. Fajnie było. Pojadłyśmy, ja jak zwykle dwie potrawy, od których jestem uzależniona, czyli aromatyczną kaczkę (taką zawijaną w pancake z sosem hoi-sin) na starter i kurczaka garlic chilli na main course. Do tego jaśminowa herbata, pyycha. No i pogaduchy, to zawsze poprawia humor.
W pewnym momencie, w głośnikach w restauracji, popłynęła muzyka i ze zdziwieniem skonstatowałam, że były to Podmoskowyje wieciera. Jakieś dziwne uczucie deja vu miałam, bo kiedyś z rodzicami siedziałam w podobnej restauracji, tyle, że gdzieś na trasie rejsu po portach Morza Czarnego i też leciała ta piosenka. Lubię ją. Ponizej wklejam w nowocześniejszej wersji

A poza tym przeczytałam sobie wywiad z Anną Polony i mnie szlag jaśnisty trafił, bo ona tam mówi, że dla kobiet w jej wieku nie ma już ról, że ona się z tym pogodziła, ze jest na emeryturze itp. Jak to nie ma? Dla takich aktorek jak ona, Anna Dymna, Seniuk, Janda (ta się sama obsadza i nie czeka na litość i ma rację), i wiele innych, zawsze powinno być miejsce w TV, kinie i teatrze, bo my chcemy je oglądać. Ale nie, jakieś ludziska decydują, kogo obsadzą i potem mamy wszędzie na ekranie, gdzie się człowiek nie obróci, Glinkę i Żmudę-Trzebiatowską w porywach do Szyca i tym podobnych. Nie, żebym coś miała przeciwko nim, ale luuuudzie, dajcie żyć, przecież nie tylko młodzi, piękni i zębaci chodzą po ziemi, a przecież sztuka powinna odzwierciedlać życie, czyż nie??? Zresztą takie aktorki, jak Anna Polony są dla mnie wiecznie piękne, a ich starzenie się daje nadzieję innym kobietom, że można starzeć się godnie i pięknie właśnie. Poza tym mam wrażenie, że ostatnio oglądam wiecznie tych samych aktorów, jak w niegdysiejszych filmach czechosłowackich.

niedziela, 23 stycznia 2011

Kwiaty na jajach z nutą herbaty

Jakoś powoli wygrzebuję się z szoku po śmierci znajomej. Może to i okrutne, ale show, czyli w tym wypadku life must go on. Jeszcze sobie zafundowałam do tego dołującą książkę (o tym TU), to nic dziwnego, że mi się tragedie różniste po nocach śniły. Przypłaciłam to wszystko upierdliwym bólem głowy, takim co i szczęka, i oczy, i skóra na głowie, wszystko po prostu napieprzało mnie niemożebnie.
Dzisiaj, jak zwykle w niedziele, pojechałam z Wojtkiem do polskiej szkoły, on na lekcje, ja do biblioteki. Było trochę ludzi, czas szybko minął. Wkurzyłam się kilka razy, a właściwie jednym ciągiem z kilkoma sytuacjami podnoszącymi bardziej ciśnienie, bo ludzie książki niemożebnie niszczą, wracają one pogryzione przez psy, pozaginane na wszelkie sposoby, juz nie mówię o tym, że śmierdzą - wilgocią i papierochami. Jestem zaskoczona, jak ten zapach nikotyny siada na kartkach, takim nieznośnym kwachem jedzie. Gdybym ja miała taką książkę do ręki wziąć, do domu nie daj Boże, do czytania, to bym się chyba co chwila wymiotowała z obrzydzenia. Wiem, że nie mozna oczekiwać,żeby ktoś rzucił palenie, bo książki czyta, ale nic na to nie poradzę, ze się zirytowałam. Poza tym niszczenie książek, ktore z takim trudem są do biblioteki polskiej zdobywane, jest aspołeczne.

No, ale dosyć biadolenia. Właśnie podlałam kwiaty w domu i pomyślałam, że może podzielę się z Wami takim oto sposobem na nie - żeby je odżywić, żeby ładnie wyglądały i w ogóle dobrze się miały, co jakiś czas podlewam je wodą, w której moczyły się torebki herbaty i skorupki używanych przeze mnie jaj. Jak mi zostanie herbata, fusy też, to ją rozcieńczam wodą i podlewam krzewy przed domem, to jest sposób mojej szwagierki. Też działa. Ot i tym zielono-jajecznym akcentem mówię Wam dobranoc i miłego tygodnia.

EDYTUJĘ, BO WIDZĘ, ŻE W NOCY PISANE I NIEJASNO CHYBA, BO PYTANIA SIĘ POWTARZAJĄ (NA BLOGU BLIZNIAKU NA BLOXIE) - SKORUPKI JAJ DO POJEMNIKA (POKRUSZONE) DORZUCAĆ W MIARĘ UŻYWANIA W KUCHNI, DO TEGO MOŻNA DORZUCAĆ SUKCESYWNIE HERBATĘ (FUSY LUB TOREBKĘ), TEŻ ZA KAŻDYM RAZEM JAK PIJECIE, ZAMIAST WYRZUCAĆ DO KOSZA, SRU DO POJEMNIKA - A TAM WODA I ONA SOBIE TĄ HERBATĄ I SKORUPKAMI NASIĄKA. TO DLA KWIATÓW DOMOWYCH. A KIEDY ZOSTANIE HERBATY W CZAJNIKU NA PRZYKŁAD, ALBO BYŁO U WAS KILKA KOLEŻANEK I MASZ FUSÓW I HERBATY DUŻO, MOŻNA TO NA BIEŻĄCO, ZAMIAST DO KOSZA CZY DO ZLEWU, WLEWAC DO OGRODU POD KRZAK. TAK CZY TAK - DZIAŁA CUDA.

piątek, 21 stycznia 2011

Szok w mieście, dlaczego to zrobiłaś Sheila?

Właśnie wróciłam do domu z ełejka (a wake - czuwanie przy zmarłym). Jestem wstrząśnięta. Cały dom ludzi, tłumy, wszyscy skamieniali w szoku. Trumna na szczęście zamknięta, więc oszczędzono nam łez, bo jak się widzi tylko wieko obsypane kartami z kondolencjami to jakoś łatwiej, gorzej by było zobaczyć Sheilę, piękną, młodą kobietę, która czarowała nas swoim uśmiechem, zastygłą w śmiertelnym uścisku. Szok jest tym większy, ze dzisiaj dowiedzieliśmy się, ze to jednak było samobójstwo. I to jakie! Powiesiła się na balustradzie schodów. Wuj znalazł ją wiszącą nad holem, na przeciwko drzwi wejściowych. Na górze w sypialni, na łóżku, leżały przygotowane przez nią rzeczy, w które chciała być ubrana. Zgroza mnie ogarnęła - co też Sheila myślała w tych ostatnich chwilach życia, dlaczego na etapie planowania, przygotowań, nie zmieniła zdania? Była otoczona kochającymi ją ludźmi, skąd to poczucie beznadziei i samotności, że się aż targnęla na swoje życie? Młoda mężatka, kochająca ciotka, podobno w ciąży, więc i kochająca matka w przyszłości. Boże, dlaczego ją opuściłeś w tej trudnej chwili?
Sheila, Sheila - co żeś Ty uczyniła?!?!?!?

P.S. Szyszka - Ty musisz ją pamiętać, często zatrzymywała cię, kiedy spotykała cię z dziewczynkami na spacerze, lubiła was i zawsze o was pytała. Jeszcze niedawno kazała cię pozdrowić. Jezu, w ogóle nie mogę w to uwierzyć. Tak mi smutno

środa, 19 stycznia 2011

Life is brutal czasami

Mnie samej trudno w to uwierzyc, ale tak dalece nie mam czasu wolnego, ze nawet nie obejrzalam sobie przybylych ksiazek (o ktorzych TU). Przyjechala w niedziele corka, a ja nie posiedzialam z nia jeszcze i nie pogadalam porzadnie, nie mowiac o ogladaniu naszych ulubionych filmow i seriali. Przesadzam troszeczke - mialam poniedzialkowy wieczor wolny, spedzony na biesiadowaniu w doborowym towarzystwie Lotty, jej meza i mojej rodzinki. Zrobilam pizze i otworzylismy karton (=4 butelki) mojego ulubionego rozowego wina. Ale sie usmialismy, przy okazji mielismy niezla gimnastyke lingwistyczna, bo maz Lotty nie mowi po polsku, malzon srednio po angielsku, wiec tlumaczylismy wszystko na krzyz, nie obylo sie przy tym bez wyszukiwania najodpowiedniejszych slow i fraz. Nawet, jesli zna sie jezyk bardzo dobrze, takie roznice jak miedzy stadem krow, stadem psow (sfora), stadem owiec, a lwow nie sa szeroko znane i uzywane. Nie wiedzialam na przyklad, ze grupa lwow nazywa sie 'a pride of lions'. Czlowiek uczy sie kazdego dnia. Ten wieczor dal mi, po raz kolejny (milionowy chyba) do myslenia - jak wazna jest mozliwosc obcowania z fajnymi ludzmi i jak takie spotkania odprezaja i nastrajaja dobrze do zycia.
Wczoraj caly dzien spedzlilismy w szpitalu, przypadkowo mielismy oboje, ja i malzon, wyznaczone na ten sam dzien, wizyty kontrolne. Nic sie nie dzieje, uprzedzam pytania, po prostu u nas specjalisci jak juz raz cie widza, wolaja z powrotem co kilka miesiecy upewnic sie, ze nic sie nie dzieje. Trudno sie do nich dostac, ale raz juz wpisza na liste, trzymaja w szponach. Nic mi nie powiedzieli, mezowi tez niewiele, bo tez i nie bylo co, a nasiedzielismy sie tam dobrych kilka godzin. Jedyny plus, ze podgonilam z ksiazka.
Potem niezbedne zakupy, lampy dla dzieci (akurat wyprzedaz), akcesoria dla psa (wysublimowane okreslenie dla pilki na sznurku, nowej miski i torby ciastek, ktore wkladamy do jego specjalnej zabawki, ktora go trzyma zajetego ich wydlubywaniem przez dobra godzine), przyjazd do domu, cos do jedzenia, Detektyw Monk, kilkanascie minut blogowania i ... zlozylam sie w kratke ze zmeczenia.
Dzisiaj od rana w pracy, po juz nie ide do domu, tylko sobie tu herbate zrobie, poucze sie troche, bo godzine pozniej, czyli o 6.30 mojego czasu zaczynam lekcje Irlandzkiego, do 8.00. W leb sobie normalnie strzele.
A w domu lezy stos nowych ksiazek, musze je pomacac, poprzegladac, skonczyc te, ktora teraz czytam i wreszcie pogadac z corka i moze troche odpoczac.  A tu 'lysy' na niebie swieci i sieje niepokoj. Wlasnie dowiedzialam sie, ze dziewczyna, ktora pracowala w sklepie gospodarstwa domowego, u ktorej kupowalam sprzety, kiedy sie tu sprowadzilam - pierwszy toster, food processor, kuchenke gazowa, po worki do odkurzaczy, zawsze usmiechnieta i zasowolona z zycia, zostala znaleziona martwa w domu. Czterdziesci lat miala. Miasto huczy od plotek, mowia, ze sie zabila, ale ja w to nie wierze. Jestem w szoku.
Przepraszam ze brak tu znakow diakrytycznych i moze sa litrowki, ale lece cos wypic i sie pouczyc przed zajeciami, nie mam czasu sprawdzac, a znakow nie mam, bo zdefraudowalam komputer pracowy i pisze stad.

sobota, 15 stycznia 2011

Powinnam dzisiaj zmienić nick na Jędza

Jestem jakaś spiczniała. Nic mi się nie chce, ani czytać, ani blogować, oglądam telewizję, ale tez bez zaangażowania. Pracuję we wtorki, środy i czwartki, do 5.30, a zaraz potem kursy, ledwo zdążam zjeść obiad. W czwartek wprawdzie mam pół dnia w pracy, ale zaraz lecę do kancelarii na drugie pół, więc wychodzi cały tak czy tak. W pracy stres, juz pisałam. Ponieważ wszyscy się wzajemnie nakręcają, i ja ulegam temu napięciu i kończy się tak, że stres mnie zjada. A ponieważ tak naprawdę nie wiadomo, o co chodzi, trudno temu przeciwdziałać. Wszystko odbywa się na poziomie wód podskórnych. Nic to, pewnie niedługo się przyzwyczaję i już mi będzie lżej. W kancelarii nie mają na mnie pomysłu, jeden prawnik odszedł, a to od niego dostawałam najwięcej pracy. Pozostała dwójka albo w sądzie, albo w domu, więc na bieżąco nic mi nie dyktują, także, kiedy nie mam klientów polskich, sama szukam sobie zajęcia, czytam akta, robię notatki ze słownictwa, uczę się, ale mam wrażenie, że wszystko czego się nauczyłam sama z siebie już wiem, a reszta doświadczenia powinna być zdobywana w boju, a tych bitew, czyli konkretnej pracy, z która mogłabym się zmierzyć, tłumaczeniami, listami do napisania, jak na lekarstwo.
Wybaczcie, musiałam sobie pomarudzić.
A skoro już jestem w takim upierdliwym nastroju, to powiem jeszcze, niech żółci upuszczę, że mnie strasznie wkurzają wpisy na Facebooku, promujące zbyt nachalnie, bo trochę to mozna, ale w każdym wpisie to już przesada - swoje książki, muzykę, cudze i swoje restauracje itp. Szczególnie, kiedy pisarze informują o każdej napisanej stronie, muzycy o każdej nucie, opiniotwórczy dziennikarze o każdej knajpie, gdzie jedli (za darmo, płacili?) itp. Tak więc, co otwieram stronę FB, to się przy każdej okazji dowiaduję, że właśnie jest nowa recenzja książki (informacja dotyczy tylko dobrych recenzji), albo że wydaja książkę i mamy jej wyglądać w każdej minucie swojego życia, albo ktoś promuje swoją firmę, a najbardziej podpadziaszcze jest to, że wciąż jestem bombardowana linkami do sklepów internetowych. Ja też linkuję tego bloga, bo tam mam znajomych, więc daję znać o wpisie, tez z zachwytem podaję info o filmie, czy książce, którą czytałam, nawet podaję tytuł, ale nikt mi za to nie płaci i robię to tylko raz. RAZ. A nie co chwila, na różne sposoby. Czasem działa to na mnie odwrotnie, kupiłabym, przeczytałabym, ale od tego wiecznego narzucania mi woli, strzelam focha i tym bardziej nie. I żeby było jasne, cieszę się z każdym pisarzem i twórcą innej maści z ich nowych dzieł, lubię dostawać informację o nich, ale nachalność, to się teraz nazywa marketing agresywny, działa na mnie jak płachta na byka i nic na to nie poradzę.
A poza tym wkurzają mnie kody obrazkowe do wpisywania, czasami nawet dwa, żeby zostawić komentarz pod wpisami na blogach. Czy naprawdę uważacie, ze to powstrzyma spam? Zawsze można sobie włączyć moderowanie wpisów, można wyrzucać te komentarze, które są obraźliwe, ale te kody! Mam kłopoty czasami, żeby je odczytać, wpisuję po raz kolejny, a potem wyskakuje następny, no ja się zastrzelę.
 No dobra, popsioczylam, pomarudzilam, jędza ze mnie wyszła, już mi lżej na wątrobie. Haha, pomogło.

wtorek, 11 stycznia 2011

Głupio mi teraz

Zgłosiłam bloga do konkursu, myślałam, że głosowanie odbędzie się poprzez kliknięcie na link, czy coś w tym rodzaju, ale okazuje się, że trzeba wysyłać smsy. Głupio mi teraz. Ale cóż, zgłoszony już jest. Jeżeli komuś się podoba i mu nie szkoda kasy, niech wyśle, chociaż to pewnie tylko ci z Polski mogą, a z tego co wiem, większość, albo znaczna część tutaj zaglądających mieszka zagranicą. No nic, jest jak jest. Krępujące są takie sytuacje, więc nie namawiam. Ale jeżeli ktos jednak, to bedzie mi bardzo miło.
Przeniosłam się tutaj z bloxa, ale go nie zamknęłam zupełnie. Okazało się, że się nie da. To tak, jak z chodzeniem do jednej kawiarni cały czas. poznajesz fajnych ludzi i chociaż spodobała mi się też inna kafejka i tam też jest udane towarzystwo, nie możesz porzucić starych znajomych, a nie wszyscy oni chcą zaglądać, do nowej, zeby się z tobą zobaczyć. Z tym bloxem to jest jeszcze taki problem, że nie daje powiadomienia o nowych wpisach ludzi spoza tej platformy blogowej. I oni gubią z oczu tych z onetu, bloggera czy innych miejsc. Wiadomo, człowiek jest zaganiany i nie pamięta, żeby tam gdzieś do jakiejś Kaśki zajrzeć, chyba, że mu na oczy wejdzie, że coś nowego napisała. Ja też tak mam. Tyle, że na blogspocie w bocznej szpalcie mam powiadomienia o wszystkich obserwowanych blogach, nie tylko o bloxowych.
No i tak sobie biegam, od jednej kawiarni-bloga, do drugiej. I dwoistość mojej natury też wychodzi, bo na jednym blogu pastele, kwiaty w wazonie, żółcie (lubię ten szablon), a drugi to druga strona mojej natury, waleczna czerwień, kontrastująca z lekko złamaną bielą, też mi się podoba. Zresztą, dlaczego nie miałabym być w dwóch miejscach? Jak w życiu, zawsze lubiłam różnorodność i zawsze wszędzie było mnie pełno. Było, bo teraz już tak nie latam po kominach. Chyba, że na blogach. Pozdrawiam i dziękuję z góry tym, którzy zdecydują się na mnie zagłosować.
(numer telefonu i numer bloga dostaniecie po kliknięciu w obrazek Blog Roku w bocznej szpalcie)

niedziela, 9 stycznia 2011

Największa restauracja na świecie. Nadal jestem w szoku. Jak nam teraz żyć? - zapytał małżon


Małżon lubi wyszukiwać fajne reportaże telewizyjne. Tym razem zawołał mnie do obejrzenia programu nakręconego dla BBC, na naszym TVN CNBC (może będą jeszcze powtarzać?) o największej restauracji świata West Lake w Chinach.
Kiedy zobaczyliśmy, jak to funkcjonuje, ile ludzi tam pracuje, ile posiłków się tam wydaje, a przede wszystkim, jak współgra komunizm z wielkim biznesem, kapitalistycznym w charakterze, to nam szczęka opadła.
Nie byłam nigdy w Azji, nie znam Chin, pewnie więcej mogłaby powiedzieć na ten temat duo.na, ale w sumie nie wiem, czy nawet osoba doświadczona, podróżująca wiele po tych krajach, nie byłaby zadziwiona rozmiarami tej restauracji, i dosłownie i w przenośni, w sensie biznesu.
Kiedy w dokumencie podają, ile posiłków dziennie wydają, ile kucharzy pracuje (300), wszystkich pracowników 1000, ponad tona samych przypraw zużywana tygodniowa, 200 kaczek serwowanych dziennie, ileś tam set węży, wieprzowiny tez w setkach kilogramów, warzyw ileś tam tysięcy, no po prostu kosmos. Brat właścicielki miał pomysł, ona to teraz firmuje nazwiskiem, poszła do rady miasta, dostała działkę, a na zwołanym zebraniu - wszystkich służb i decydentów było powiedziane, że tej kobiecie mają wszyscy pomagać, bo ona teraz zakłada restaurację, która będzie wizytówką miasta, a może nawet i kraju. No tak, ale jednocześnie ona pracuje dla siebie, zysk zatrzymuje, nie idzie do partii, więc jak to jest, komuna, ale taka nie do końca? Najwidoczniej.
Zastanawialiśmy się, czy u nas byłoby to możliwe?
Naoglądaliśmy się potraw, kucharzenia, jak wygląda zarządzanie, obsługa klienta, wystrój, a kiedy program się skończył, małżon (pomiędzy wieloma zawodami wykonywanymi, również kucharz) spojrzał na mnie i rzekł - i jak nam teraz żyć z taką wiedzą? Ja na to - nie wiem, czy chciałam to zobaczyć. Haha, bo to nam spokój ducha zburzyło. Zobaczyliśmy coś takiego i już nic nie będzie takie samo :-)
Wczoraj byliśmy na imprezie noworocznej, zamiast odwołanej świątecznej, z męża pracy. Jakaś tam knajpa, jakieś tam poprawne jedzenie, nihil novi, to samo, co zawsze serwowane w ten czas - turkey and ham, roast beef, salmon, seafood, symfonia deserów (czyli po maleńkim kawałku na wielkim talerzu z zygzakami sosu czekoladowego), zjadliwe, ale po tym, co zobaczyłam tam, mam wrażenie, że jedliśmy śmieci. Chociaż pewnie grzeszę, ludzie głodujący, stoczyliby walkę wręcz, ryzykując życie, za taki posiłek. Wszystko zależy od punktu siedzenia. Ale nie da się ukryć, że jak się obejrzy taki reportaż, jak ten o restauracji w Chinach, to punkt widzenia zmienia się już na zawsze. Nic odkrywczego tu nie mówię, ale warto to sobie co jakiś czas uświadomić.

środa, 5 stycznia 2011

Nie zginaj karku, była kiedyś taka piosenka na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Zadziwiająco aktualna, haha

Powrót do pracy, po tak długiej przerwie jest bolesny. Nie lubię urlopów, bo pozostawiają po sobie melancholię i tęsknotę za czasem wolnym i beztroską. Złudne to, bo wcale nie jest tak bezproblemowo na wolnym, człowiek sobie zawsze znajdzie coś do przeżywania i rozdarcia wewnętrznego, żeby nie było tak słodko. Ale wrażenie pozostaje takie, że było super. A tu jeb w łeb, wracasz i wszystko zaczyna się od nowa. Porypana na głowę managerka wprowadza atmosferę pełną napięcia, nikt się nie odzywa, patrzą ludzie w punkt na ścianie i modlą się o jej wyjście 'służbowe' z biura, albo o koniec dnia pracy. Kiedy coś powie 'dowcipnego', wszyscy się śmieją zbyt głośno i zbyt gorliwie, ja też, bo mi w ten sposób puszcza stres. A najśmieszniejsze jest to, ze ja nawet nie wiem, czego oni wszyscy, włącznie ze mną, się boją? Fakt, że jest wpływowa, że może zaszkodzić, że ma coś z głową i nigdy nie wiadomo kto i za co jej się narazi, ale ja narazie jestem u niej na topie. Znam natomiast tych, którzy tez byli, a teraz są na dole jej listy notowań. Bo łaska pańska na pstrym koniu jeździ, wiem o tym doskonale i nie łudzę się, ze będę dla niej atrakcją długo. I już widzę, w oczach tych wszystkich zastraszonych i zahukanych pracowników, co będzie ze mną. Chyba, ze nabiorę do tego dystansu i się jakoś odnajdę. A pomaga mi w tym taka historia jak ta, dziś o tym usłyszałam i jestem w szoku. Nie wiem, czy pamiętacie, jak opowiadałam o kobiecie w nieustannej depresji, której jakieś pół roku temu pomagałam. Całe życie była nieszczęśliwa, pół życia chora z żalu i jedynie zaleczana na chwilę. Niedawno okazało się, że ma raka, jakby jej innych nieszczęść było mało. Myślałam, że da radę, bo była dobrej myśli, ale okazało się, że jednak nie, że to tylko kwestia czasu. I wczoraj przyszedł do naszego biura facet, który opiekuje się czasem jej psem z prośbą, żeby go moja managerka wsparła w kampanii ratowania psa tej kobiety, która to stwierdziła, ze skoro wyrok na nią jest już wydany, w testamencie prosi tego człowieka, żeby po jej śmierci zabrał psa i.... go uśpił u weterynarza, że ona na to przeznacza pieniądze, które będą tam i tam i on je dostanie w odpowiednim czasie. Paradoksalnie dla tego psa jest dom, a nawet kilka. Chcą go wziąć jej przyjaciele, chce ten facet, a ona nie i nie. Dlaczego? Kiedyś z nią rozmawiałam o tym psiaku i powiedziała, ze on miał ciężkie życie, był bity, przybłąkał się do niej, wyleczyła go, ale ma ADHD psie i wieczny głód atencji, co według niej jest męczące i nikt tego nie będzie znosił, więc może być tak, że znowu będzie dotkliwie karany i dlatego taka decyzja. Ten pies jest po prostu bardzo energiczny, ja mam takiego samego. Ten mężczyzna wyprowadza go i nim się zajmuje od lat i zna go doskonale, więc nie byłoby to dla niego jakieś szczególne zaskoczenie, gdyby go miał po jej śmierci, ale ona i tak uważa, że ma racje i jej decyzja jest ostateczna. Czy ma prawo skazywać pięcioletniego psa na uśpienie? Co bardziej nurtujące - jak ona się czuję z takimi decyzjami, dotyczącymi tego, co po jej śmierci? Jak można żyć ze świadomością odchodzenia? Wiem, że w każdej chwili możemy odejść z tego świata, ale ja wolę nie wiedzieć, kiedy? A ona chyba wie z dosyć dokładnym przybliżeniem.
Strasznie mnie ta podsłuchana niechcący rozmowa przygnębiła. Rozejrzałam się po zastraszonym dworze i pomyślałam - o co my tu wszyscy tak tyłkami trzęsiemy, tam kobieta umiera, na jej psa wydano wyrok, a my tu mamy zmartwienie, co jakaś porąbana baba z nami zrobi. A co ona tak naprawdę może? Nic, jedynie smrodu, moim zdaniem w sumie nic nieznaczącego, narobić. W obecnym klimacie ekonomicznym, praca nawet taka, to skarb, więc nikt się nie wychyla.  A całkiem możliwe, ze jakby człowiek przed nią staną z podniesionym czołem, a nie służalczo zgiętym karkiem, to by się wycofała, tacy ludzie tak mają. Tylko trzeba w sobie taką perspektywę spojrzenia na ten problem-nie-problem odnaleźć.
Ale jaja, odnalazłam tę piosenkę na You Tube, tam jest po prostu wszystko !!!

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Alter życie?

Mąż wczoraj zadał mi pytanie - co takiego jest w blogach, w tym życiu wirtualnym, że mnie tak pociagają? Dlaczego je czytam? O pisanie nie zadaje mi pytań, bo wie, że ja mam imperatyw pisania, do tego się już przyzwyczaił.
Odpowiedziałam, ze jak się mieszka w małej mieścinie z dwoma ulicami, to się człowiek musi po prostu na świat 'wyrwać'. Poza tym ciekawa jestem, jak ludzie zyją gdzie indziej, jakie mają marzenia, jak rozwiązują swoje problemy, co myślą? Jedyne, co mąż zrozumiał z tej wypowiedzi, to fakt, że jestem nieszczęśliwa i mam dosyć mieszkania w małej mieścinie. Olaboga, dlaczego komunikacja między ludźmi jest taka trudna. Już dawno mi brat  powiedział, że ważniejsze od tego, co powiedziała osoba A do osoby B, jest to, co osoba B zrozumiała z tego, co powiedziała osoba A. I tutaj nastąpiło kompletne przekręcenie moich intencji, co zaowocowała cichym, pełnym napięcia wieczorem. Próbowałam wyjaśnić, ale on już nie chciał słuchać, był nieszczęśliwy, ze ja jestem nieszczęśliwa i to mu zamknęło percepcję na inne treści. Dopiero dzisiaj usiedliśmy i na ten temat chwilę pogadaliśmy. Uffff, atmosfera rozaldowana, ale nie wiem, czy mi tak do końca uwierzył.

O ile jest w stanie zrozumiec, dlaczego utonęłam w świecie blogowym o książkach, o tyle trudno mu pojąć, dlaczego ktoś chcialby żyć czyimś życiem. I na nic tłumaczenia, ze to nie tak, że to nie zastępuje mi mojego zycia, tylko w ten sposób poznaję osoby, których normalnie nie miałabym okazji i to na poziomie, na którym trudno eksplorować innego człowieka, poznanego w realu. Bo tutaj widać co nam siedzi w sercach, głowach, duszach, a nie tylko jak wyglądamy, jaką mamy mowę ciała i czy ubieramy sie gustownie. A kiedy spotka się pokrewną duszę, która może dokończyć zdanie, które my zaczęliśmy, to jest metafizyka po prostu.
A Wy za co lubicie blogi i ten świat?