niedziela, 3 lipca 2011

Szczupak na łowach


 W zeszłym tygodniu zarządziliśmy z mężem niedzielę komediową (i prasowanie całej kupy upranej w ciągu tygodnia)  relacja z tego, co obejrzeliśmy na Notatkach Coolturalnych TU. W tę niedzielę chyba zapodam coś poważniejszego, chociaż ...?

Dobra komedia bardzo mi teraz potrzebna, bo jestem na diecie, o czym wiecie (a ja nie czuję, jak rymuję). Każdy, kto był kiedykolwiek na diecie wie, że życie wtedy jest do pupy, nic nie cieszy, wszystko wkurza. Wchodzę dzisiaj do Aldiego i co widzę? Prawie wszystko na półkach jest niejadalne dla osoby odchudzającej się. W przeciętnym supermarkecie nad większością półek zapala mi się napis NIE i to mnie bardzo dołuje. Od samego wejścia - NIE dla dżemów, NIE dla białego pieczywa, NIE dla lukrowanych na różowo babeczek (nie żebym je kiedykolwiek jadła, ale kiedy nie mogę to NIE boli mnie tak samo, jakbym była ich zagorzałą fanką), NIE dla czekolad, NIE dla świeżych wypieków. Na warzywach trochę oddechu, TAK dla bakłażana, TAK dla ogórka, chociaż właściwie to NIE, bo wirus, TAK dla pomidora i grapefruita, pieczarek, tudzież papryki i sałaty nawet kilograma (czy ja wyglądam jak królik?), ale już przy ziemniakach NIE, NIE i NIE, wrrrr. Strzelam focha i idę dalej – bekony NIE, no dobra szyneczka, chuda to się nada, sery (w tym momencie japa mi się śmieje, bo uwielbiam) i zaraz nadciągają czarne chmury, sery? – NIE!!! Napoje poza wodą NIE, orzeszki, naczosy, paluszki, krakersy NIE, nie i jeszcze raz nie, puszki NIE, bo przetworzone i nie wiadomo, co tam jest, alkohol NIE, bo puste kalorie (ale za to jakie wesołe kalorie). Doszłam do kasy z chlebem żytnim gruboziarnistym (masło oczywiście NIE), chusteczkami higienicznymi, bo nic tylko do płaczu mi było i folią aluminiową, żeby sobie dietetycznego-kurna-jego-dorsza miała w czym upiec. I jak co dzień zadaję sobie pytanie – czy lepiej być smutnym szczuplakiem (komputer mi wciąż zmienia na szczupakiem, może to i słusznie, bo pewnie mam teraz smutny, wyciągnięty pysk), czy wesołym grubasem? Odpowiedź, jedyna słuszna, to oczywiście – zdrowym i uśmiechniętym (z troską o zbiory się uśmiechamy) szczupłym człowiekiem żyjącym świadomie na zbilansowanej diecie. Chcę w to wierzyć, chcieć to móc – jessssu, chyba muszę iść na jakąś terapię, bo zaczynam bredzić. 

Wczoraj za to miałam używanie jak goły w pokrzywach, bo Lidl obchodził coś tam, nawet nie miałam czasu się dowiedzieć, bo kurcgalopkiem pognałam  w regały skorzystać z oferty POŁOWA CENY NA WSZYSTKIE WARZYWA I OWOCE. U nas truskawki, borówki amerykańskie, maliny i czereśnie są w cenie diamentów afrykańskich. Garstka, dosłownie mieści się w jednej ręce ta ilość, tych owoców kosztuje od 2.50 do 2 euro. Wydatek na rodzinę duży, a nawet się człowiek nie naje, żeby zapamiętał na całe życie. Ech, gdzie te lata, kiedy jadła truskawki trzy razy dziennie za małe pieniądze, prosto z łubianki?
Obkupiłam się wczoraj, aż ludzie szeptali, że chyba jakieś B&B prowadzę, albo przyjęcie robię, bo i młode ziemniaki kupiłam (nasze jeszcze nie gotowe), wszelkie owoce, na które normalnie w takiej ilości sobie nie moge pozwolić, warzyw też fura, będziemy jeść sałatki na obiady, bo się ciepło robi i takie jedzonko najlepsze. Walka z kilogramami trwa :-)

piątek, 1 lipca 2011

Siuks w Krainie Wiecznych Łowów

Zmarła moja babcia. Wiem o tym od wtorku, ale nie miałam siły o tym napisać 'głośno'. Ostatnie lata spędziła na zmianę w fotelu i w łóżku, ciągle trafiała do szpitala, którego nienawidziła (a kto lubi?). Mieszkała ze wspaniałą dziewczyną, która się nią opiekowała.
Nie byłyśmy ze sobą bardzo blisko, a to ze względu na chorobe babci (miala przewlekłą depresję), a to z powodu wojen jakie prowadziły z moją mamą, ale też i z powodu babci zainteresowań, znacznie bliżej była Boga niż rodziny. Może to zabrzmi gorzko czy jakbym się skarżyła, ale nie - przyzwyczajona byłam do tego, ze zostawała ze mną raczej prababcia, kiedy jeszcze żyła, a ja byłam dzieckiem. Opieka, gotowanie z tym mi się kojarzyła matka mojej babci. Sama babcia raczej z sytuacjami nadzwyczajnymi, świetnie opiekowała się umierającymi - najpierw moją prababcią, a potem też moim tatą.
Myślę, że babcia była najlepszym przykładem na to, że czlowiek, który nie podąża za swoją legendą, za tym, co naprawdę kocha i co by mogło być treścią jego życia, to człowiek nieszczęśliwy. Myślę, że stąd też jej depresja, jakkolwiek by nie mówić o tej chorobie, że spowodowana nie tylko złym nastrojem, żeby z niej wyjść trzeba widzieć cel, a ona go chyba nie widziała.
Bo widzicie, moja babcia, kiedy została wdową po raz pierwszy, czyli kiedy Niemcy rozstrzelali mojego dziadka w 1943 roku, urodziła córkę (moją mamę) i to zdeterminowało jej życie. A powinna była iść do klasztoru, bo służąc Bogu, modląc się i pomagając ludziom w habicie zakonnicy spełniałaby się najlepiej. Nawet potem, myślę, ze na lepsze by wyszło, gdyby moja mama została z prababcią, a ona 'zaciągnęła' się gdzieś w służbę Najwyższemu. A tak unieszczęśliwiały się wszystkie nawzajem. Myślę, że choroba uniemożliwiła babci podjęcie takiego kroku, chyba by jej nie przyjęli z depresją.
Tak czy tak, mama miała jej za złe te święte zachowania, a dla mojej babci było to naturalne środowisko, kościół, księża, modlitwa, rozmowa z cierpiącymi. Nie bała sie śmierci innych, potrafiła oswoić ją dla tych, którzy pozostali, wszystkim jakoś zarządzić, kiedy inni rozpaczali. Oj dobra w tym była.
Ostatnie lata lubiła nosić dwa siwe warkocze (zanim obcięła włosy), śmiałyśmy się wtedy, że wygląda jak siuks.
Ostatnie nasze spotkanie było inne niż poprzednie. Babci pamięć dawnych lat (podobno tak się dzieje pod koniec życia) była niesamowita, ze szczegółami opowiadała mi różne zdarzenia, pamiętała jaką sukienkę miałam na sobie, kiedy po raz pierwszy przyprowadziłam do niej mojego przyszłego wtedy męża. Lubiła go bardzo, jak również jego mamę, z którą były równolatkami, bo teściowa urodziła męża bardzo późno, ostatnim rzutem na taśmę niejako i siostrę.
To, ze nie byłyśmy ze sobą baaardzo blisko nie znaczy, że łatwiej znieść stratę. Babcia to babcia, a jej odejście to tak, jakby i część mnie odchodziła. Smutno. Tylko jedno mnie pociesza, ze ona już wie, czy te wszystkie modlitwy były do Boga, czy do nikogo, bo nic tam nie ma. A jeśli jest, ja wierzę, ale kto wie?, no więc jeśli jest - to babcia jest już u siebie, wreszcie na właściwym miejscu.

niedziela, 26 czerwca 2011

Optymista to nie znaczy idiota

Lubię w sobie optymizm. Uważam, że najważniejsze to umieć znaleźć dobre strony w trudnych sytuacjach. Optymiści, którym się wszystko udaje, wszystko układa jak z płatka, to tak naprawdę szczęściarze. Ci, którzy się uśmiechają mimo wszystko, mimo wielu niepowodzeń podnoszą się po raz kolejny z kolan, ci mają prawo do miana optymistów, bo doświadczani przez kolejne porażki, nadal widzą światło w tunelu, dążą do niego.

Imponują mi tacy ludzie i też taka chcę być. Z drugiej strony optymista to nie idiota i widzi czasem, że sprawy zdążają nie w tym kierunku, co chcemy, że 'shit hit the fan' czyli gówno uderzyło w wiatrak, i  chwilowa po prostu nic się nie da zrobić. I wtedy troszku ciężej żyć.

Strasznie jestem od wczoraj podminowana,  gryzłabym jak zbity pies. Następuje gwałtowne przepracowywanie spraw w mojej głowie, niezadowolona jestem z tego, co widzę.
Ludzie są sobie wilkiem, łatwiej im być nieuprzejmymi dla siebie niż miłymi i tolerancyjnymi.
Praca do d...., i nic na to nie poradzę, przynajmniej na dziś nie mam żadnego rozwiązania, a rady typu - idź za marzeniami, za ambicjami, nie bierz byle czego, ceń się itp, mogę sobie wiecie gdzie wsadzić, życie takie nie jest (przynajmniej nie moje), żeby zawsze mieć wolność wyboru, rachunków nikt za mnie nie zapłaci.
I nawet nie mam takiej osoby wokół, jakiegoś przyjaciela mądrego, z którym bym mogła o tym konstruktywnie przy winie pogadać. Są ludzie przychylni, ale oni albo nie chcą o takich rzeczach słuchać, albo radzą na odwal się, żeby się pozbyć tego tematu- typu daj spokój, nie desperuj, patrz jaką masz fajną rodzinę... Prawda, mam, gdybym jej nie miała, to nie miałabym siły, żeby walczyć, żeby wciąż coś udowadniać. W Polsce miałam takich przyjaciół, rozmowy z nimi czasem rozjaśniały w głowie, wyznaczały kierunku działania, mówienie do nich i ich odzew - bezcenne. Ja byłam dla nich, oni dla mnie, wspieraliśmy się. A tu, miłe rozmowy, fajne spotkania, ale to wszystko powierzchniowo. Na ważne tematy, na radę DLA MNIE, nikogo. Natomiast wiele osób radzi się mnie. Męczące, kiedy to nie działa w obie strony.
Jestem bardzo wyczulona na mowę ciała, widzę i 'słyszę' więcej niż osoba mówi. To przekleństwo tak naprawdę, bo mowa ciała mówi więcej niż słowa z tego względu, że trudniej nad nią zapanować, jest wynikiem tego, co naprawdę interlokutor myśli, nawet jeśli słowami próbuje to zamaskować, nie udaje mu się zapanować na gestami, postawą ciała, twarzą czasami (chociaż z tym najłatwiej). I od razu widzę, kiedy ktoś kłamie.  A przekleństwo, bo moja percepcja jest o tę wiedzę poszerzona, a ja czasem wolałabym wielu rzeczy nie widzieć, nie odbierać. Bo to boli.

Taki mały kryzys. Przejdzie. Chociaż dzisiaj mi z tym bardzo ciężko.

piątek, 24 czerwca 2011

Przyjemności okupione ciężką pracą smakują jak najlepsze frykasy

Jestem tak zmęczona, tak dostałam dzisiaj w kość,że nie mogę ruszać ani ręką, ani nogą. Od rana w biegu, z jednego zajęcia, wpadła do domu, przebrałam się, na zakupy, do kafejki, o 5 koniec, na zakupy kolejne, w domu byłam o wpół do siódmej, a wyszłam rano.
Nienawidzę zakupów, ale jak trzeba to trzeba. Najpierw mnie mąż wysłał do Builders Providers. Ten sklep w naszym mieście jest strasznie dziwny, jedyny, który zamyka na lunch, a wieczorem o 5.30. A jak sie już tam człowiek cudem dostanie, to problem cokolwiek kupić, bo albo jest tylko w dużych puszkach (a ja potrzebuję małe), w ogóle nie wiadomo, co gdzie leży, panowie tam pracujący w ogóle nie chcą rozmawiać z kobietami (sklep z nazwy jest dostarczycielem materiału dla budowlańców, ale traktujemy go też jak DIY - do it yourself, czyli dla domorosłych majsterkowiczów, stolarzy, hydraulików itp), jak się już uparłam, to jakoś się zmusili, żeby mi pomóc, i tak na nic, bo z 3 rzeczy udało mi się kupić tylko jedną - dwie listwy drewniane (pół godziny to zajęło) - no nic tylko sobie w łeb strzelić.
W kafejce zapieprz, bo w piątek oprócz obsługi ludzi trzeba powyrzucać wszystko, co nie przetrwa przez weekend i pomyć pojemniki. W tym tygodniu byłyśmy dwie, w zeszłym jedna zachorowała i musiałam to wszystko sama zrobić. Czyli powinnam właściwie powiedzieć, że pryszcz. Faktycznie było łatwiej, ale pogoda taka deszczowa i mnie kości dodatkowo łamią strasznie.
Po pracy pędem do sklepu po weekendowe sprawunki, głównie żywność. Niby miałam kartkę, ale jednak trzeba było pogłówkować, bo nie wymyśliłam, co będę gotować w te wolne dni. Błąd.
W Lidlu pieką teraz nowy chleb, razowy w kształcie trójkąta (kromki po ukrojeniu są trójkątne), z chrupiącą skórką, również przez to, ze jest wysypany drobnymi ziarnami. Fenomenalny. Moje modły zostały wysłuchane, mamy chleb nie tylko świeżo pieczony, ale też i zdrowy.
Cieszę się na te wolne dni, chociaż mam kilka rzeczy do zrobienia, ale w zaciszu domowym, z kawą w ulubionym kubku i z muzyczką w tle, nie wydaje mi się to takie straszne. Lubię ten moment, kiedy wiem, że ciężki dzień już za mną.

środa, 22 czerwca 2011

Próba kostiumowa całkiem nieźle się udała

Syn od półtora tygodnia u córki w Dublinie, miał byc tam tylko siedem dni, ale sobie przedłużył przepustkę. Zastanawiałam się nie raz, jak to będzie, kiedy i syn, w ślad za córką, opuści gniazdo i pojedzie najpierw na studia, a potem już na stałe się wyprowadzi? Za każdym razem lałam łzy z rozpaczy i trochę pewnie też ze strachu, jak to ja sobie ułożę zycie bez 'osób trzecich' które mi tak bardzo zajmowały uwagę przez tyle lat? Tyle pytań. Syn pojechała, niedziela to była, niedobrze, za dużo czasu na myślenie, to i sobie pochlipywałam po kątach, w ukryciu przed mężem. Tego dnia chodziłam podenerwowana, od słowa do słowa, na dodatek się pokłóciliśmy. Oj niedobrze się zapowiadało.
Ale ochłonęliśmy po nagłej zmianie warunków życia i reszta tygodnia nawet nam się jakoś fajnie ułożyła. Dużo czasu spędziliśmy razem, ale i oddzielnie, ja przy komputrze, mąż w ogrodzie. Razem sobie książki czytaliśmy ramię w ramię, spacery, gotowaliśmy razem obiad, spacery - jak młode małżeństwo.
Już się nie boję lat bez dzieci, bo przecież one nie znikają bezpowrotnie, cały czas jesteśmy w kontakcie, dzwonimy, chociaż syn nie jest 'telefoniczny' i to ja musiałam do niego przekręcić raz i drugi, za to córka prawie codziennie do mnie przekręci w drodze do domu z uczelni lub z pracy. Wiem, co u nich, czuję ich obecność, chociaż nie namacalną.
Natomiast przekonałam się po raz n-ty  i doceniam dzis jeszcze bardziej, jaki ten mój mąż fajny facet i że nie boję się z nim starzeć, nie boję się zostać z nim tylko we dwoje. Na chwilę 'przebraliśmy' się za bezdzietne małżeństwo i całkiem całkiem nam ta próba kostiumowa wyszła. A jak jeszcze pomyślę, że tylko krótki czas potrwa nasza 'wolność' po wyjeździe dzieci, bo przecież zaraz pojawią się wnuki i znowu pojawią się w domu małe dzieci, jeśli nie codziennie, to na pewno często, to już w ogóle ocieram ostatecznie łzy, bo jeszcze tyle przede mną

niedziela, 19 czerwca 2011

Jestem w raju, kiedy nie ma mnie w piekle

Pierwszy taki ciepły dzień w Donegalu, na tyle w każdym razie, żeby wyjść na zewnątrz i posiedzieć. Słońce ostre, więc wypróbowaliśmy nasz nowy parasol za całe 9 euro lub coś koło tego (Aldi's finest), sprawuje się conajmniej tak dobrze, jakby kosztował 30, haha.
W planach miałam dzisiaj tylko czytanie, ale kiedy przypomniałam sobie, ze wczoraj w ogóle nie sprawdziłam, czy jest kolejny odcinek Downtown Abbey na TVN Style (moja miłość do kostiumowych seriali nie zna granic), to zaraz pognałam do komputera sprawdzić, czy jest powtórka. A jak już tu zajrzałam, to wiadomo, na maile odpisać trzeba, na FB sprawdzić, czy obcych w mieście nie ma, poczytać Was troszeczku... Mąż zmontował ten stół i parasol, co bym reszty dnia w domu nie spędziła. Daję sobie jeszcze chwilę i już biorę się za książkę, bo końcówka i jej ciekawa jestem.
Pies leży w plamie słońca obok mnie na trawniku, czuję pod ręką, kiedy go co chwilę głaszczę po łbie kontrolnie,  jak jego biało rude futro się nagrzewa, a on mi tu dźwiękowe dodatki do muzyki zapewnia, bo mruczy i buczy co chwila ze szczęścia. Radio mąż włączył w shed'ie czyli komórce naszej przy domu (niebieska :-). Ma tam prąd, jak każdy mężczyzna majsterkujący (nie żeby jakieś stołki tam wyrabiał, po prostu potrafi wszystko naprawić, dorobić i przystosować, a do tego potrzebny warsztat), dźwięki audycji dochodzą z oddali i czuję się jak kiedyś na plaży w Mielnie, kiedy ktoś miał ze sobą radio tranzystorowe i Lato z Radiem niosło się wokół. Melodia poleczki radioletniej do tej pory, pewnie już zawsze, wyciska ze mnie łzy wzruszenia na wspomnienie dzieciństwa i szczęśliwych letnich dni, jeszcze z tatą i nierzadko z dalsza rodziną wizytującą nasze tereny w lecie. Kanapki z jajkiem, zdjęcia z małpką, lody Bambino, frytki w torebkach papierowych nakładane z aluminiowej miski w barku obok wejścia na plażę nr 2, gofry, ludzie w kosiumach, nagie dzieci w chusteczkach na głowach, z piskiem goniące fale, kosze wiklinowe, za które trzeba było słono płacić, las parawanów, gra w karty na kocu, kopanie dołków głębokości ramienia (i jak to się dzieje, że tam jest woda??? dziecięce zdziwienie) ryby z ulubionej smażalni późnym wieczorem - tęsknię.
Piję Irish Coffee i to kłóci się z tymi wspomnieniami, bo o takich rzeczach wtedy nikt nie słyszał, ale co tam, kawa pyszna, przecież nie polecę teraz parzyć po turecku do termosu, żeby miec realia :-)
Takie dni w domu, kiedy wprawdzie utyskuję, że nic się nie dzieje, ze adrenaliny brak, tak naprawdę dają mi siłę do zmierzenia się z kolejnym tygodniem w pracy, która mi wcale, ale to wcale nie przynosi radości ani satysfakcji. Codziennie idę tam z dobrym, optymistycznym nastawieniem, bo mam nadzieję, na jakiś przełom. Usilnie znajduję dobre strony sytuacji, ze to na krótko, że nowe doświadczenie, że jak się nauczę robić kawę, to ja im pokażę, to będzie najlepsza kawa w mieście... Ale zaraz po kilku minutach wiem, że nic się nie zmieni, że atmosfera w pracy do niczego, że i tak nikt nie docenia starań, a dwie gwiazdy robią za gwiazdy, chociaż ani tu, ani tym bardziej gdzie indziej, gwiazdami nie są i nigdy nie będą. Nie ma nic gorszego jak miernota przekonana o swojej wyjątkowości. Ja chcę do normalnych ludzi!!!!
Syn od tygodnia u córki w Dublinie, miał wrócić jutro, ale przedłuża do środy.  Fajnie tam mają, chodzą do kina, na wystawy, jakieś zakupy, no i to, co tygrysy lubia najbardziej - wypady do fajnych restauracyjek, a to chińskiej, a to meksykańskiej, a to najlepsze burgery w mieście, zazdroszczę im, bo ja dieta. Na zdjęciu widać moje słodycze, czyli garść malin i winogrona. Jestem z siebie dumna. Wczoraj zrobiłam dietetycznego kurczaka Marengo, który był pysznościowy (duża zasługa oleju chilli w ilości całe dwie łyżki, na którym smażyłam pierś, a potem dusiłam cebulę i pieczarki), jakoś dajemy radę. Slowly but surely jak mawiają tutaj, czyli powoli, ale niezmiennie do celu.
A poza tym nie dzieje się nic.

środa, 15 czerwca 2011

Wydarte naturze

Kiedy słyszę w telewizji polskiej debaty o In vitro, o tym, że finansować to nie, a tak w ogóle to nieetyczne, bo tylko naturalnie to jest dobre, a te procedury do wymysł siły nieczystej i ingerencja w dzieło Boże, w Jego decyzje, której matce się dziecko należy, a której nie – nóż mi się w kieszeni otwiera.
Wprawdzie nie znałam nigdy żadnej kobiety, która by się poddała zabiegowi In vitro, ale tak po ludzku, po prostu, jako kobieta i matka, osoba, która wie, co to znaczy nosić dziecko, urodzić, wychowywać, opiekować się, protestuję przeciwko takiemu pojmowaniu sprawy. Ciasne umysły niektórych ludzi tym bardziej mnie przerażają, odkąd poznałam kobietę, która o możliwość zajścia w ciążę i urodzenia dziecka walczy od wielu lat.
Nazwijmy ją Marie, znamy się od wielu lat, do tej pory miałam ją za niezwykle rzutką bizneswoman, co to ‘kulom się nie kłania’ i nawet w tej recesji sobie radzi, mało tego, trzyma dom żelazną ręką, wszystko na czas, posprzątane, a i niespodziewanych gości potrafi przyjąć obiadem z trzech dań. Przy tym wesoła, życzliwa, nigdy żadnych much w nosie, zadbana, drobniutka – idealna kobieta. Jej mąż świetny facet, razem prowadzą biznes, kochają się, odnoszą do siebie z szacunkiem, niepijący, niepalący, niedawno wybudowali piękny dom. I tylko dzieci brak. Wcześniej tego nie zauważyłam, bo znałam ją tylko z kontaktów klient-dostawca, ale z czasem się zaprzyjaźniłyśmy i zaczęło do mnie docierać, że ona jest niezwykle dobrą ciotką dla swoich bratanków i siostrzenic (stąd dom pełen dzieci), ale z jakiegoś powodu własnych nie ma. Myślałam – ma czas, młoda jeszcze, ale i to okazało się złudzeniem, bo młodo to może i wygląda, ale tak naprawdę, to właśnie jej stuknęła 40-tka.
Któregoś dnia sama zagaiła o tym, że ma problem z zajściem w ciążę. Właśnie sięgała po mleko do kawy do lodówki, a tam bateria leków – złapała mojej spojrzenie i poczuła w obowiązku wyjaśnić. Nie może zajść, a jak zajdzie, nie może utrzymać, już raz była dość daleko w ciąży, jednakże w trzecim miesiącu straciła i już nigdy jej się nie udało tak daleko zajść. Kilka poronień, kilka prób In-vitro, możliwości zaczynają się kurczyć, już prawie żadna klinika nie chce podejmować się kolejnych prób. Ni stad, ni zowąd poprosiła mnie o to, bym pojechała z nią do Belfastu, bo tam jeszcze zgodzili się przeprowadzić badania i kolejną próbę, czy dwie. Jakże mogłam jej odmówić?
Do kliniki zajechałyśmy wcześnie rano, zostałyśmy przyjęte przez niezwykle przyjazną i taktowną recepcjonistkę, skierowała nas do poczekalni, a tam na ścianach same zdjęcia matek i dzieci. Nie wiem, czy to jest właściwe, żeby tak ludzi bombardować niemowlętami, kiedy oni mieć ich nie mogą, ale z drugiej strony może to taki sygnał – z nami masz na to szansę? Nie wiem, nie mnie oceniać. Bez zbędnego oczekiwania i nerwów zabrali Marie do gabinetu, gdzieś tam w czeluściach budynku, a ja zajęłam się sobą i swoimi myślami. Nigdy się nie zastanawiałam nad tym, że posiadanie dziecka to błogosławieństwo i wielki przywilej. Trochę kłamię, bo straciłam swoje pierwsze i to pod koniec ciąży, ale chyba wypieram ten fakt, bo to jednak duża trauma była. Potem jednak urodziłam córkę i cudem, bo lekarze nie dawali szans na drugie (a jednak) – syna. Czuję się kompletna, ale wtedy naszło mnie nagłe olśnienie - jakbym w łeb obuchem dostała – kobieto, ale z ciebie szczęściara. Niestety najtrudniej zdać sobie sprawę z rzeczy oczywistych. Spojrzałam na kolejne pacjentki, które doszły do poczekalni, na mężczyzn, którzy boją się już mieć nadzieję, na te dziewczyny, które mają walkę wypisaną na twarzy i to mocne przekonanie widoczne w całej ich postawie – uda się, nie ma innej opcji! Szacun, nie wiem, czy byłabym taka zdeterminowana przy jednoczesnym braku oznak depresji, czy załamania wiary w to, że się uda.
Marie wyszła cała blada. Okazało się, że lekarz nie jest zadowolony z kuracji, bo trzeba wam wiedzieć, że to nie tylko czary mary rąk lekarskich i probówki, ale wiele tygodni, jeśli nie miesięcy przygotowań przed godziną zero. Marie ma tabletki, jakieś zastrzyki, poza tym trzyma swoje łono cały czas w ciepłym kokonie (butelka z gorącą wodą i koc), do tego jakieś masaże stóp u chińskich specjalistów, jakieś zioła, pite rano na czczo, suplementy czegoś tam, a to wszystko wstrętne w smaku, bolesne, w najlepszym wypadku niewygodne i niepraktyczne. Bo ona cały czas pracuje, a te wysiłki nie mogą poczekać na koniec pracy, tylko w trakcie lata i popija tabletki, zawija się w ciepłe i cuda wyprawia, żeby tylko mieć dziecko. Zasugerowałam jej w pewnym momencie, że może powinna adoptować. Ona na to, że owszem, jeszcze dwa razy i koniec, potem skoncentruje się nie procedurze przysposobienia. Już ma wypełnione dokumenty i jakieś obserwacje psychologiczne zaliczone. Czyli nie zasypia gruszek w popiele. Dzielna Marie. Spojrzałam na nią i się zawstydziłam, że sobie tak żyję jak pantofelek i wszelkie dobroci natury przyjmuję jak rzecz oczywistą.
Panowie politycy, etycy, księża i panie z trójki kościelnej – wara wam od łona kobiety, która szuka wsparcia w zdobyczach współczesnej nauki i medycyny. Gdyby Bóg nie chciał zapłodnienia In vitro,  nie dałby ludziom takiej wiedzy.

piątek, 10 czerwca 2011

Sebastian dał czadu, lenistwo się kończy, a zebranie było mocno dziwne.

Tydzień minął mi za szybko. Zawsze tak jest, kiedy u nas bank holiday, czyli poniedziałek wolny, wtedy wtorek wydaje mi się poniedziałkiem itd, a w piątek jestem zdziwona , że to już weekend. Tym bardziej, że środę miałam przepracowaną niezwykle intensywnie, aż do 10 w nocy i do tego tak forsująco, ze się w czwartek ruszać nie mogłam - odezwał się mój kręgosłup. O ja głupia.
Muszę się Wam pochwalić, że trzymam się diety, raz się złamałam, ale to nie do końca ze swojej winy. Pojechaliśmy do 'gminy' popracować nad pewnym projektem i tam, chciał nie chciał, z braku czasu, zamówiliśmy pizzę z Domino's. Naprawdę już na pysk leciałam z głodu, a nie było możliwości wszystkiego rzucić i udać się w rajd po mieście w poszukiwaniu sałatek, zresztą gdzie ja bym sałatkę o tej porze, na wynos? Nawet do chińczyka nie było czasu jechać, chociaż pewnie dałoby się coś zdrowego znaleźć, ryż gotowany i warzywa. Poza tym, mając to wytłumaczenie, postanowiłam pójść na całość, bo taka pizza urosła w moich wyobrażeniach do czegoś, o czym marzę, śnię i nic lepszego by mnie w życiu nie mogło spotkać. I dobrze się stało, że ją zjadłam, bo teraz wiem, że to były jakieś rojenia o moim 'poprzednim życiu', że wcale ona mi tak nie smakowała, że dużo lepiej czuję się po naszych lekkich posiłkach i wcale nie będę za nią tęsknić. A jak już, to sobie zrobię własną, z lżejszym serem, może mozzarellą light, warzywami swoimi i w ogóle całą light, a na pewno smaczniejszą.
Ot, i w ten prosty sposób uwolniłam się od głupich marzeń o jedzeniu. Czasem tak lepiej, niż wyolbrzymiać coś sobie we łbie i się męczyć. Wcale jej dużo nie zjadłam, chociaż miałam w planach całą (małą) wtranżlolić. Nie chciało mi się.
Wczoraj zadzwoniłam do pracy zapytać o moje godziny  na przyszły tydzień i poproszono mnie o uczestniczenie dzisiaj w zebraniu wszystkich pracujących w kafejce, gdyż okazało się, że ostatecznie będzie nas cztery. Dwie na zmianę w kuchni i dwie na zmianę do serwowania. Ucieszyłam się, bo już mialam wizję siebie zajechanej w tej kuchni na amen.
Poszłam tam dzisiaj, nie spodziewałam się oklasków na przywitanie, ale takiego chłodnego przyjęcia też nie. Jedynie nowa kobieta się do mnie przysiadła, kiedy sobie zrobiłam kawę w oczekiwaniu na zebranie, pozostałe dwie panny dziewanny wyszły palić bez słowa. Myślałam, że to wszystko skierowane przeciwko mnie, że się odważyłam głupia iść na zwolnienie, a potem na tygodniowy urlop, ale przebieg spotkania utwierdził mnie, że wprawdzie cześć zachowania trzeba zrzucić na karb focha na mnie, ale większa 'wina' leży po stronie tej nowej, bo coś się stało złego w kuchni poprzedniego dnia i musiały sobie to wyjaśnić. Ja nie wiem prawie nic, tylko tyle, że doszło do kłótni, bo jedna z nich zaczęła pomiatać drugą, wykorzystywać swoją wiedzę kuchenną (ale to nie jakaś 'Gesslerowa', żeby wam to do głowy nie przyszło, normalne dziewczę z ichniejszej szkoły gastronomicznej) przeciwko tamtej, którą to wiedzę tajemną ma znikomą. Generalnie, nie wiem, czy zauważyłyście, im ktoś ma mniej we łbie, tym większa eskalacja nękania, a jak się takie dwie do kupy zbiorą, to już w ogóle kicha. Z braku laku, czyli mnie, wzięły się za tę drugą kobietkę, a ona od razu w płacz i do kierowniczki zamieszania pobiegła na skargę. Dzisiaj musiałam wysłuchac elaboratu rudej, jak to nie można brać do siebie krzyków na kuchni, bo one wynikają ze stresu i wszystko powinno pozostać w rodzinie, wyjaśnione po zajściu. Matka chrzestna kurna jej mać. Ani przepraszam, tylko uważaj, nie wynoś tego poza nasz krąg, ona jej normalnie pogroziła palcem. O żesz ty, pomyślałam i sobie zapisałam to 'ku pamięci', żeby mieć na nią oko.
To mam wesołą perspektywę powrotu, nie ma co.
Byle do sierpnia, wtedy kończy mi się kontrakt, mogą mnie w nos pocałować.
Dobrze mi zrobiła ta przerwa, złapałam dystans do nich wszystkich, bo już był taki moment, że wpadałam w takie doły na myśl o tej pracy, że światła w tunelu nie widziałam. 
Dzisiaj oglądałam Opole, nie za bardzo rozumiem formułę tego festiwalu, konkurowanie Farny z Rodowicz i stanięcie w szranki Zakopower wraz z dużo gorszymi wykonawcami, ani dla Karpiela Bułecki prestiż, ani dla tamtych szansa na wygranie, bo Sebastian tak zaśpiewał, że aż włosy na karku stają. A jaki on przystojny, ech

wtorek, 7 czerwca 2011

Śniadanie, w karty granie i smutek wielki - jak w kalejdoskopie

Gdyby to był post pisany w niedzielę, pewnie byłby pełen ochów i achów i perlistego śmiechu, ale jak zwykle po wyjeździe córki, smutek wielki. Taka żałość, co mi serce kraje.

W piątek w nocy przyjechała. Późno, więc tylko zamieniłyśmy kilka zdań i poszła spać. Ale i tyle starczyło, żeby mnie do łez rozśmieszyć. W sobotę, jak to w sobotę, kiedy ona jest, śniadanie i Na Wspólnej, przegląd tygodnia - siedzimy przy talerzach z piętrowymi kanapkami, które jemy nożem i widelcem (cienki kawałek chleba, w lecie najczęściej pełnoziarnisty ze słonecznikiem, do tego troszkę wędliny, czasem jakieś sery, a na wierzch pomidory, ogórki, rzodkiewka, szczypior, bywa że i papryka), oglądamy co oni tam wyprawiają wznosząc okrzyki - patrz, zaraz Adam zrobi dzióbka, o jest dzióbek i się zaśmiewamy przedrzeźniając dzióbko-twórcę, albo jest jakaś tam scena i Miśka krzyczy - o nie, nie mogę na to patrzeć, powiedz mi, kiedy on/ona sobie już pójdzie... Takie nasze rytuały śmiechowe.  Potem myk na TVN24 na Drugie Śniadanie Mistrzów - moja pozycja obowiązkowa. Zaraz po programie organizujemy się na zakupy i planujemy, co ugotujemy. Kiedyś jeszcze piekłyśmy, ale tego weekendu nie, tylko jogurt naturalny i fura owoców, muesli, miód. Grzeczne dziewczynki. Wieczorem przeważnie karty, przychodzi Marek. Tym razem też. Ale mamy śmiechu, kiedy nie możemy się doliczyć punktów, albo chcemy ugrać 150, a okazuje się, że brakuje jednego punktu (ostanio rżniemy w Tysiąca) A rano śniadanie, nasz ukochany wspólny posiłek, bo w niedzielę i mąż jest, czyli wszyscy obecni, czasem nawet Marek dołącza.
Uwielbiam tę porę, bo wszystko w tym dniu zdarzyć się jeszcze może, tyle planów można robić, pod wieczór to już schyłek, coś się kończy. Dlatego może śniadania kojarzą mi się lepiej niż inne posiłki.
Dzisiaj, w dzien wyjazdu, to już od pierwszej jestem niespokojna, co psuje pół dnia jeszcze spędzonego razem, bo córka wyjeżdża przeważnie wieczorem. Ot, i kolejna wizyta zakończona. A ja już liczę dni do jej przyjazdu. I tak już całe życie.

P.S. Na górze zdjęcie śniadania poniedziałkowego, z bukietem pierwszym ogrodowym (mąż wstał przed nami wszystkimi i nam taki stół przygotował), a niżej niedzielne, okazalsze, bo nas było więcej.

piątek, 3 czerwca 2011

Żałosne dieto-branie, walka trwa, ale jęczeć wam nie będę.

Koniec rumakowania. Jęczeć nie będę, może troszeczkę. Czytam o diecie, która dla mnie będzie najbardziej właściwa. Trzeba wziąć wszystko pod uwagę, także żeby zakończyć dyskusję o Dukanie oświadczam, że nie mogę przejść na dietę proteinową wykluczającą węglowodany i już. Z lekarzem rozmawiałam, z dietetykiem też, nic do tej diety nie mają, to znaczy mnie nie mówili o żadnych zastrzeżeniach, poza jednym, że nie dla mnie, ani dla mojego męża też nie. Walka trwa, próbuję znaleźć fajne przepisy na niskotłuszczowe, niskocukrowe, ale zbalansowane posiłki, a nie wykluczajace jedną czy drugą składową. Na razie poległam, bo stron w internecie tysiące, a ja nie mam czasu godzinami tego czytać. Próbuję, ale wyników w sensie ułożonego menu jeszcze nie ma. Znacie jakieś fajne przepisy to mi może podrzućcie, bo ja naprawdę teraz to najchętniej bym w ogóle do kuchni nie wchodziła, taki mam kryzys. Wszystko mi się wydaje nie dla mnie do jedzenia. Wiem, że tak nie jest, ale się boję normalnie cokolwiek jeść.
Poza tym dostałam urlop jeszcze na tydzień. Nie będę leniuchować, bo nie mogę. Ułożyć mi trzeba plan ćwiczeń, wdrożyć w życie no i mam jeszcze jedno miejsce, gdzie muszę troszkę popracować. I dobrze.
Paradoksalnie im mniej jem, tym mam więcej energii. Roznosi mnie normalnie, mam nadzieję, że to nie tylko dzisiaj. Może też dlatego, ze córka przyjeżdża dzisiaj, a nie widziałyśmy się miesiąc. Dłuuuuugo. Kocham te moje dzieci jak wariat i lubię je mieć blisko, wszystkie cuzamen do kupy.
W dzień dziecka byliśmy z synem na Kacu. W kinie :-) Wkrótce umieszczę tu felieton na temat naszej wyprawy, więc się dzisiaj rozpisywać nie będę.
A tak w ogóle to widzę wyjście z doła, boleć mnie przestało, tak zmęczeniowo jeszcze tak, ale nie od rana do nocy. A poza tym trzeba byc twardym nie miętkim i się nie dać temu całemu odchudzaniu, to w końcu ja muszę kontrolować życie, a  nie ono mnie. Rzekłam
P.S Przeczytajcie o mojej jednodniowej pseudo popularności TU, śmieszne.

wtorek, 31 maja 2011

Zabiezpieczam tyły, załamuję ręce i łaknę - a w tym wszystkim pozostaję bez odpowiedzi

Poszłam dzisiaj do lekarza i poprosiłam o zwolnienie do końca tygodnia, do tego mam wizytę konsultacyjną z fizjoterapeutą i może prześwietlenie, ale to dopiero po tej pierwszej. Może coś się wyjaśni, może coś poprawi? Na razie wciąż mam dyskomfort na wysokości łopatek, a do tego straszne napięcie ramion i karku, bo się staram tak trzymać pozę, żeby mnie nie bolało. Poszłam z tym zwolnieniem do pracy, czułam jak mi się wrzody robiły z nerwów, ze muszę to pokazać. K-mać, jak pracowałam, to nigdy nie mieli dla mnie nic konkretnego do zrobienia, musiałam sobie wyszukiwać sensowne zajęcia, a teraz jak mam problem zdrowotny i naprawdę powinnam odpuścić na trochę, to się okazało, że na mnie ta firma stoi i beze mnie to cienko przędą. No żesz... Miny szefowa robiła, poprosiłam, żeby rozpatrzyła wysłanie mnie na urlop, który mi się należy, dwa tygodnie, to bym sobie podleczyła kręgosłup, poszła na kilka sesji fizjo, a ona, że zobaczymy, że mam do niej zadzwonić i tak dalej. Zwariuję.
Dziewczyna w kafejce też nabzdyczona, bo jak byłam już na wolnym, to wymyślili gotowanie zup, pieczenie panini, sałaty z krewetkami i inne uje-muje, a do tego stoliki nakryte ceratą. Bon ton, bułkę przez bibułkę w barze mlecznym. Jeszcze jak im przyjdzie do głowy ubrać mnie w biały fartuch z 'firanką' na głowie, to chyba udaru dostanę. No nic, postanowiłam twardą być nie miętką i nie dałam się 'zgwałcić' na powrót przed poniedziałkiem, w końcu muszę zając się tym kręgosłupem i 'zabezpieczyć jakoś tyły'.

Stwierdziłam, że uwielbienie dla słodkości może być takim samy uzależnieniem, jak palenie, czy picie. Normalnie przechodzę teraz syndrom odstawienia, aż mi się czasem ręce trzęsą do słodkiego. Jak mogę (mogłam) jeść, to nie wpierdzielam non stop, ale jak sobie powiedziałam, że nie, bo się odchudzam i w ogóle muszę ograniczyć już na zawsze, to mam takie napady, że aż się sama siebie boję. Detox cukrowy przechodzę i źle mi strasznie. Cukierki i czekolada nie tak, ale ciast bym pojadła w każdej postaci, naleśników, placków itp. I powtarzam, zwykle tak wiele tego nie jem, piekłam ostatnio na Wielkanoc, a kupować nie ma gdzie. Ech, radość życia normalnie straciłam. Tym bardziej, że dieta już wprowadzona i na razie nic mi nie smakuje. Bo nie dość, że ma być niezmiernie zdrowo i chudo, to jeszcze niesłono, niesłodko i w ogóle chciałam oświadczyć, że życie jest do dupy.

Dzisiaj zrobiliśmy dorsza zapiekanego w pieczarkach, według książki dietetycznej i cały obiad spędziłam na koncentrowaniu się usilnym, żeby nie zwymiotować (mąż się zajadał, syn też talerz wymiótł). Wiem, że to jeszcze pewnie i psychiczne, że się muszę przestawić, i że to koło zamknięte, bo nie mam radości jedzenia, to nie mam też radości gotowania, zero pomysłów - zero pomysłów, nie gotuję nic ciekawego, to i nie mam radości jedzenia.  Właściwie to chyba bym wolała w ogóle nie jeść. Chyba na tą stołówkę Kosmosu przejdę.
Zeby jakoś się na duchu podnieść, ukroiłam sobie plasterek brie niskotłuszczowego i dwie truskawki do tego. Jadłam powoli, smakowało jak nigdy.
I tylko sie zastanawiam - kiedy ja znajdę nową drogę w tym kulinarnym życiu i nauczę się gotować tak, żeby zupełnie z tej rozpaczy nie oczadzieć?

niedziela, 29 maja 2011

Molekuły, szkielety, ludzi czuwanie, a w tym wszystkim zupa

Już byłam w ogródku, już witałam się z gąską, aż tu jeden telefon odmienił nadchodzący czas diametralnie. W piątek sobie posprzątałam, jak deklarowałam w poprzednim wpisie. Nic nie poradzę, ze nie umiem chorować, kiedy jest brudno. Nie żebym dywany zrywała i koce trzepała, ale kurze zewsząd usnęłam, a na koniec syn umył podłogi. Zrobiłam sobie kawę, zawinęłam w koc, sięgnęłam po najnowszy, trzeci tom cyklu powieściowego Patricii Scanlan, oklepałam poduszki i boczki koca, pomruczałam całkiem jak mój pies Franek, kiedy już wytraca energię i zaczyna wieczorny spoczynek - otworzyłam książkę i .... wszedł mąż z zakupami i komunikatem
  - czy ty wiesz, że u naszych sąsiadów, tych z naprzeciwka, jest 'łejk'?
No żesz kurna, nie wierzę
  -  jesteś pewnien, nie przewidziałeś się? - Pytam z nadzieją, ale tak naprawdę za grosz jej już nie mam.
Dzwonię do przyjaciółki AnneMarie i pytam, kto u Ellen umarł, wiedziałam wprawdzie, że ojciec chorował na raka, ale kto wie. Okazało się, że jednak on, i tak jest 'a wake', i tak powinnam pomóc, coś ugotowac, w ogóle zaoferować pomocne ramię.
Wiem, powinnam jej żałować, ale nic nie poradzę na to, że w tym momencie to ja głównie żałowałam samej siebie. Natychmiast mi się mięśnie karku zbiły w twardą kulę, kręgosłup zaczął napieprzać i tyle miałam z odpoczynku i rekonwalescencji. Rzucilam się do kuchni upiec ciasto z jabłkami, tylko na to miałam składniki, poza tym oni lubią takie, więc bezpiecznie  zanieść. Zaraz po Na dobre i na złe, poszliśmy złożyć rodzinie kondolencje i pomodlić się nad trumną ojca i dziadka. Przez trzy dni cały dom ludzi, taki tu zwyczaj, czuwanie i wizytowanie rodziny. Wiadomo, oni nie mają głowy do niczego, i tak wiele do załatwienia, bo pogrzeb itd. Zaoferowałam garnek zupy na następny dzień. Zaraz po wyjściu z domu 'łejkowego' musieliśmy pognać do sklepu, bo na trzy osoby to ja warzyw miałam, ale na wielki gar zupy, na wiele osób to nie bardzo. Mąż litościwie zaoferował, że zrobimy ją razem tego jeszcze wieczora. Posiekaliśmy, nawaliliśmy różności do gara i wreszcie po 22-giej usiadłam poczytać, pilnując zupy oczywiście. Mąż się zadekował w pokoju na telefonie z siostrą, a ja przy komputerze, na kolanach na podstawce, którą tutaj niniejszym prezentuję (na życzenie raz można :-)



Kto czytał tytuł, pewnie się zastanawia - a gdzie w tym wszystkim molekuły i szkielety?
Ano w tym, że pół soboty przesiedzieliśmy z synem przy stole w kuchni, popijając wespół zespół kawkę, uczyliśmy się do jego egzaminu z science czyli biologi-chemii-fizyki w jednym przedmiocie, tak tu jest.
Dla mnie wyzwanie, bo musiałam pytać po angielsku, przetwarzać w swojej humanistycznej głowie na polski (bo co to na przykład jest current w dziale o elektryczności?), żeby to jakoś pokumać i nie dać sobie kitu wcisnąć, czyli złe odpowiedzi wyłowić. Do tego muszę tu wspomnieć, że ja z tych przedmiotów słaba byłam jak herbata babci klozetowej. Na pytanie profesora Sikorskiego z fizyki, o zjawisko energii elektrycznej, powiedziałam, że prąd się tworzy w gniazdku i to mu musi wystarczyć za odpowiedź :-)) Przed synem oczywiście twarz blacha, ale do tej pory mnie mózg boli od przetwarzania informacji podczas naszej wspólnej nauki.
A miałam czytać!!!!

piątek, 27 maja 2011

Domek po grecku, lunch po amerykańsku, a podstawka na kolana całkiem na luksusowo

Po wizycie w szpitalu, gdzie męża szykują do niegroźnej operacji, zabiegu właściwie, pojechaliśmy kupić farbę do naszego nowego mebla w łazience. Właściwie będzie to nowy stary mebel, bo mąż, po nieudanej próbie znalezienia czegoś fajnego, zdecydował, przy mojej werbalnej zachęcie, na wykonanie tuningu szafki, która mamy tam teraz. I tak - dojdą drzwiczki (suwane), inny kolor i ogólna plastyka. Pięknie się zapowiada. Farby do mebla nie znaleźliśmy. Szukam odpowiedniej zieleni, takiej jabłkowej, ciepłej w odcieniu, a panowie sprzedawcy permanentnie wciskają mi jakieś zimne barwy zieleni i uparcie twierdzą, ze to jest to samo. Znalazłam idealny kolor, ale okazało się, że to jest tylko próbka do dużej puszki i na ściany, wersji do drewna nie ma. Ech, muszę szukać dalej, w końcu będę na to patrzeć przez wiele lat, nie ma takiej opcji,żeby kupiła byle co. Za to znalaźliśmy piękną farbę do naszego sheda, czyli komórki drewnianej na zewnątrz. Zawsze mieliśmy kolory drewniane, ale nowa fima na rynku wypuściła piękne kolory śródziemnomorskie, chociaż ja je nazywam 'greckimi' - zielenie, niebieskości, lawendy i takie tam. A dlaczego greckimi? Bo białe domki (takie jak nasz), z kolorowymi elementami to takie greckie. No i stanęło na tym, że skoro mały biały domek w Irlandii, z czerwonymi obramowaniami okien, to strzelimy sobie intensywny, słoneczny niebieski kolor na sheda. A co? Przy okazji zahaczyłam o półkę obok i znalazłam tam fantastyczną podstawkę pod laptopa, na kolana. Wiele ich widziałam, ale jakieś dziadowskie były, a ta ma pod spodem poduszkę wypełnioną kulkami, blat jest antypoślizgowy, z kółkiem na napój, rynienką na dlugopis i uwaga - lampką na wyginanej nóżce - ta dam. Jest superowa i tania. Używam sobie ją teraz i uważam, ze laptop całkiem nie powinien być na 'lapach', czyli kolanach, a na takiej właśnie podstawce. Jaka różnica!!!

Na koniec postanowiliśmy pojechać do Amerykańskiej restauracji niedawno otwartej w Letterkenny. Ciekawosć nas tam zagnała. Do tej pory żałuję. Wystrój nawet nawet, pani wita w drzwiach i nie możesz przekroczyć progu, dopóki się nie zaprowadzi do stolika, jak w najlepszych restauracjach. I to koniec podobieństw. Moze poza ceną, jak z Hiltona. Podają głównie beef burgers (napisałam z błędem 'gównie', czyżby freudowska pomyłka?) i ribs, czyli zeberka. Dobra, amerykańska kuchnia, ale co dla tych, którzy nie jedzą ani beefa, ani żeberek, może jakaś alternatywa? Okazalo się, żę kurczak Meryland, special for today, specjalnie zareklamowany na pierwszej stronie - wybył do Merylandu i go nie ma. Ups, ale wtopa, już na początku rozczarowanie. A wystarczyło zdjąć kartkę. Tłum obsługi, ale z myśleniem jak widać cienko. Okazało się, ze Boston Burger, który spodobał się mężowi kosztuje 10.95 (ceny podaję w euro), z frytkami. Ale mąż nie chce frytek. Nie ma sprawy, nie dostanie frytek, ale zapłacić tyle samo i tak musi. A ja bym chciała zamiast beefa, kurczaka - ok, ale do ceny beefa muszę dopłacić 2 euro. czyli będzie kosztować 12.95 nawet jeśli bez frytek. Dodatkowo cola za 2.50 (w plastikowej szklance), ale dolewka do woli. Ileż można wypić tego płynu? Czepiam się. No nie wiem, jest recesja, super stek wraz z napojem do wydatek od 12-15 euro, z dodatkami itp. Tutaj buła z kotletem, wcale nie jakieś frykasy, bez dodatków jeśli nie liczyć marnego ogórka, z kawałkiem sera to 13.50, z kurczakiem 15.50. Good luck and good bye.
A tak w ogóle to do pupy z takim chorowaniem. We wtorek mąż zarządził sprzątanie szafy - ty nic nie będziesz robić, leż sobie, będziesz tylko decydować co zostaje, a co nie - ale mi relaks. A miałam czytać. w środę musiałam pojechać do Letterkenny, bo miałam zobowiązania, a miałam czytać i chorować. W czwartek musiałam z mężem do szpitala, a miałam czytać i chorować. A dzis muszę trochę ogarnąć dom i będę leżeć i czytać. Może wreszcie. 

środa, 25 maja 2011

Zakupy - domu upiększanie, bez zwolnienia się nie obyło, a panny się nabzdyczyły

Pojechałam do lekarza i jednak okazało się, że to dysk delikatnie się wysunął i naciska na nerwy. Dostałam leki przeciwzapalne i przeciwbólowe oraz na osłonę żołądka i zalecenie do odpoczynku na kolejne 10 dni. Zwolnienie lekarskie stało się faktem. Zaniosłam je dzisiaj do pracy i pannice jak mnie zobaczyły z certyfikatem od lekarza, to się strasznie nabzdyczyły, bo ktoś będzie musiał za mnie pracować w tej kafejce. Głupie pindy, dobrze im tak. Ja się nieźle musiałam nagimnastykować tam nie raz, nie dwa, i chociaż nie raz mówiły, że jakby co to my jesteśmy na górze i pomożemy, a jak prosiłam, to żadna nie mogła.
Mam je gdzieś. Tym bardziej, że dziewczyny z biblioteki zaraz mnie wypatrzyły, wypytały co i jak, a kiedy się dowiedziały o moim kilkudniowym pobycie w domu, ucieszyły się bardzo, bo właśnie przyszła zamówiona dla mnie najnowsza Patricia Scanlan (trzeci tom jej opowieści o dwóch rodzinach z Dublina). Jakbym nie miała co czytać, jak na złość, mam kilka książek zaczętych. Jak znam życie, nie będę umiała sobie odmówić zaczęcia i tej.
Ale, ale, nie o tym chciałam. Chwalić się będę, że na wyprzedaży w zamykanym wkrótce Atlantic Homecare (szkoda, bo to fajny sklep, ale recesja daje się we znaki niestety), a potem w maleńkim sklepiku ze starociami u mnie na wsi, kupilam kilka fajnych rzeczy do domu. Upiększać będę.
A to tego Atlantica pojechaliśmy po drzwi do szafki, którą mąż będzie przebudowywał i upiększał. Ale jak nie kupić takiego cudeńka za pół ceny?


i teraz sobie stoi w łazience na parapecie okna. Najpierw miałam pomysł, zeby w to wsadzić kwiatki, ale teraz sama nie wiem, może tak zostawię.

Kwiatki za to pójdą do tych dwóch pięknych doniczek, które udają filiżanki do herbaty. Ta jest z TK-Maxa, a niżej ze wspomnianego Atlantica

Za to cięte kwiaty z ogrodu będziemy wsadzać do tego pięknego wazonu, też kupiony z półki z zredukowanymi towarami. 
Poniższy misiuś natomiast, został przeze mnie wypatrzony w sklepie ze starociami. Siedzi na książce (która się otwiera i jest świetnym schowkiem na karteluszki czy biżuterię i pod łapką ma też książki. Wszędzie, gdzie się nie udam, wyszukuję 'książkowych akcentów', strasznie się z niego cieszę.

a poniżej piękny kieliszek, niestety tylko jeden, mosiężny osiołek z koszami na grzbiecie i porcelanowe żelazko. Za wszystko, wraz z misiem, zapłaciłam 5 euro. Mogło być pewnie mniej, ale ja się nie umiem targować



A poza tym wspomnę tylko, ze w niedzielę zjadłam dwa irysy makowe i jedną śliwkę w czekoladzie i przeniosłam się do czasów mojego dzieciństwa. Normalnie wehikuł czasu te cukierki.
Idę sobie, bo mi się we łbie kręci od tych leków przeciwbólowych. Za ewentualną nieskładność wpisu przepraszam :-)

poniedziałek, 23 maja 2011

Wiatr wyje złowieszczo, Edyta 'wyje', ale za to pięknie, a ja wyję z bólu.

Boszsz, ale wieje okrutnie. Mówią, że prędkość wiatru osiągnęła już 120 km/h, a ma być gorzej. Zwolnili nas z pracy, bo z dachu budynku zaczęły spadać dachówki, a to jest przecież miejsce, gdzie głównie przychodzą interesanci - do biura po różne usługi, do biblioteki, do informacji turystycznej, którą właśnie otworzyli na lato, no i do kafejki. Nie chcemy, żeby komuś łeb ucięło lecącą lotem koszącym dachówką, więc zwinęliśmy interes i zamknęliśmy przybytek. Mnie w to graj, bo ja jestem 'boidudek' i odchodzę od zmysłów w taki wiatr. Ledwo do domu dojechałam, samochodem rzucało na wszystkie strony. Teraz siedzę i słucham na cały głos piosenki Edyty Bartosiewicz (nagranej do disneyowskiego Kubusia Puchatka)


Piękna czyż nie? Usłyszałam ją kilka dni temu w Wiadomościach i mnie uwiodła. A teraz odgania strachy, bo nasłuchuję cały czas, czy mi dachu nie oderwie. Kiedy mam ją włączoną, udaję, ze nie ma wiatru za oknami.

Strasznie boli mnie kręgosłup, na wysokości piersi, zaczyna się między łopatkami i promieniuje na prawo, aż do ręki. Zaczęło się w te pożary, musiałam coś nadwerężyć. Idę dzisiaj do lekarza, bo spać całą noc nie mogłam, musi byc na to jakaś rada. Leżeć nie mogę, siedzieć trochę, stać najlepiej chyba, bylebym ręką nie ruszała i się nie schylała. Okropne. W nocy wyłam po prostu, a gdybym kichnęła (na szczęście nie), to bym się chyba z bółu zesrała, taki był duży. Czegoś takiego dawno nie przeżyłam, może po operacji kiedyś tam. Aż mnie zaczęło telepać, a potem się spociłam jak mysz.
Musze schudnąć. Ale kurna jak? Mam takie tendencje do tycia, że chyba musze się w ogóle oduczyć jedzenia i energię z kosmosu zacząć czerpać. Tak jak mój nauczyciel Tai Chi. Od czasu jak mi to powiedział, chociaż wiem, że jest takich ludzi wiecej, nie potrafię go poważnie traktować. Bo już wszystko rozumiem, ale energię z kosmosu zamiast jedzenia? Poza granicami mojego rozumu.