wtorek, 30 sierpnia 2011

Strachy na lachy


Matka nigdy nie przestaje się martwić, a matka chorego dziecka jest równie chora z rozpaczy, jak nie bardziej. I nie ważne, czy to jest małe dziecko, czy duże, kiedy cierpi, każde ma twarz malucha w potrzebie. Moja córka skarżyła się na ból, najpierw śmialiśmy się, że przesadza, że księżniczka nasza kochana, że na ziarnku grochu, a potem zrobiło się poważnie, aż pewnej nocy spędziliśmy z nią na telefonie kilka godzin, w czasie których oczekiwała na wizytę u chirurga w szpitalu, a zaraz potem, dalej prawie non stop na łączach, bo nie mogliśmy do niej natychmiast pojechać, towarzyszyliśmy w całym tym procesie przyjmowania do szpitala, pierwszych badań, aż do momentu jej wjazdu na salę operacyjną. Myślałam, że mi mózg oczami wyparuje. Bo ja jestem raczej z tych przejmujących się na wszystkie możliwe zapasy i jeszcze dalej. Nawet jak się nie ma czym przejmować, to się przejmuję, że coś za spokojnie jest i tylko pozornie nie ma się czym przejmować, bo coś zaraz zza rogu wyskoczy i nas zaskoczy. Pojechało dziecko na operację, a ja w płacz - jeszcze im się tam nie wybudzi, albo wpadnie w śpiączkę, albo będzie miała powikłania po… - wiadomo, oglądało się wszystkie sezony Ostrego Dyżuru i Grey’s Anatomy, to się wie. Oczywiście nic się nie stało, wszystko poszło jak należy i już po kilku godzinach rozmawiałam z dzieckiem, czyli obudziła się jak należy. Nie, żeby z sensem mówiła, ale najważniejsze, że mówiła i jej rura nic nie uszkodziła i chociaż wie, jak się nazywa. Uffff. Mąż udawał, że się nie przejmuje, jak to mężczyźni, ale też się martwił. Dyskutowaliśmy, aż uradziliśmy, że nie ma co – trzeba wsiadać w samochód i jechać do Dublina. Tym bardziej, że następnego dnia jej urodziny były i taki pech, zamiast imprezy, szpital. Śmiałam się później, że żadna z jej przyjaciółek nie przebije jej 21-dynki, na to córka powiedziała, że i owszem, bo żadna nie miała darmowego strzału z morfiny. Śmiechy chichy, a wszystko z tej ulgi, że już po wszystkim.
Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy, utrzymując wszystko w tajemnicy, spiskując z jej chłopakiem, zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu. Mieliśmy nadzieję, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, córka będzie wypisana do domu, żeby dalszą rekonwalescencję odbywać już u siebie, wiadomo, teraz nikogo nie trzymają w szpitalach za długo. Ale jeśli tak, to obiad urodzinowy i ciasto będą musiały być podane w domu, bo jubilatka nie będzie się nadawała do żadnego wyjścia. No, więc zakupy, szykowanie, marynowanie mięsa, prep sosu i tak dalej, żeby tam już tylko wstawić, zamieszać i gotowe. Tortu nie odważyłam się robić do przewiezienia, bo wiadomo, jak tutaj jest, raz upały, raz zimno, nie wiadomo było, na co trafi, mógłby nie dojechać, ale mrożony dlaczego nie? Okazało się zresztą, że chłopak córki zrobił fantastyczny Baileys Cheesecake i ten mój kupny produkt zbladł jak kurczę na jego tle. Trzeba nas było widzieć rano, kiedy się ładowaliśmy do samochodu, prezenty, gary, pakunki, a na to wszystko pies z dodatkami, czyli jego miski, jedzenie i smycz. Bo nasz Franio koniecznie też musiał z nami, jak odwiedziny, to odwiedziny, jak urodziny, to w towarzystwie całej rodziny, włączając psa.
Wyjechaliśmy o siódmej rano, żeby na jedenastą najpóźniej wylądować w szpitalu. Zaraz po ósmej zadzwoniła córka, bo jej smutno było, niewiele myśląc odebrałam, a ona usłyszała szum samochodu, a jakże i pyta – a gdzie jedziecie? Słyszę nadzieję w głosie, już jej chciałam wygadać, ze do niej, kiedy poczułam kuksańce męża, żebym nie wymiękła. Nie umiem kłamać, a już na pewno nie na zawołanie, ostatnim rzutem na taśmę mówię – jedziemy do kościoła. Córkę zamurowało, my w niedzielę do kościoła na dziewiątą? Za późno zdałam sobie sprawę ze zbyt daleko idącego nieprawdopodobieństwa tego kłamstwa, musiałam brnąć dalej – pogrzeb jest - wyrzuciłam z siebie jednym tchem, aż mi go zabrakło - nauczycielka z podstawówki zmarła, to akurat była prawda. Uwierzyła. A było blisko. Dojechaliśmy szybko, bo w niedzielę ruch mały, rozpakowaliśmy się i pognaliśmy do szpitala. Niczego się nie spodziewała, wiedziała, ze na drugi dzień brat do niej przyjedzie, żeby jej pomagać, ale nas już straciła nadzieję widzieć. Radości było co niemiara – jej, że nas zobaczyła, i naszej, że widzimy ją całą i mimo bólu, zadowoloną. No i łzy wzruszenia, że się nią tak wszyscy zajęli, pielęgniarki i współtowarzyszki z sali. Nie raz słyszałam, jak się ludzie skarżą na służbę zdrowia tutaj, ale ja złego słowa nie powiem, bo personel średni był tam fantastyczny, pomocny, miły, delikatny i kompetentny. I nie był to żaden prywatny szpital, ani nawet jakiś nowoczesny państwowy, raczej odwrotnie, stary i przeładowany ludźmi i pracą. Widać było cięcia i to, że jest ekonomicznie ciężko, pielęgniarki uwijały się jak w ukropie, ale miały zawsze dla każdego miłe słowo, uśmiech pod ręką i chwilę uwagi, kiedy jej było trzeba. A inne panie na sali, mimo, że same chore i obolałe, wciąż dopytywały czy jej czegoś nie trzeba, a kiedy szła na operację, wstały ją uściskać i zapewnić o modlitwach i wsparciu duchowym. I powiedzcie sami, jak tego kraju nie kochać?

niedziela, 28 sierpnia 2011

Uwaga, uwaga bo jedzie łamaga

Nie będę tłumaczyła, dlaczego zamknęłam bloga. Wielu wie, a innym na pewno kiedyś powiem. W tym czasie nie pisałam. Zastanawiam się, czy go zamykać ponownie, a może stworzę miejsce, w którym będę się swobodniej wypowiadać i będzie ono zamknięte? Zobaczymy. Na razie się odkluczyłam i powiem Wam, że bardzo za Wami wszystkimi tęskniłam i było mi bez tego pisania źle. Bez Waszych odwiedzin też. Chociaż nie ma tego złego, bo dostałam wiele maili od czytających, którzy się nigdy wcześniej nie ujawnili. Kochani jesteście, że się do mnie dobijaliście. Zostawcie czasem ślad Waszych wizyt, jakiś krótki komentarz na przykład.
W tym czasie wiele się działo, po kolei jakoś to będę opisywać. Powiem tylko w wielkim skrócie, że Michalina moja miała operację, opiszę to w kolejnym wpisie. Już wszystko ok, ale się strachu najedliśmy. Była w ten weekend, oczywiście się nagotowaliśmy, najedliśmy pyszności,


znajomi jej przyszli na spóźnione urodziny, nie obejrzałam się, jak odleciała z powrotem do Dublina.
Na lotnisku spotkałam kobietę, którą znam od czasu przyjazdu tutaj, czyli 9 lat i przeżyłam szok tak się zmieniła. Umiera i to widać. Coraz gorzej z nią. Ma mini wylewy i zapomina wszystko co kilka minut, wie, ze mnie zna, ale nie pamięta mojego imienia i nie wie, o czym jej mówiłam przed chwilą. Niech ją Bóg ma w opiece. Tak patrzyłam na nią i myślałam - że strawestuję klasyka komedii - zdrowie to nie wszystko, ale wszystko bez zdrowia to chuj. Niektórym uszy zwiędły? Trudno. Lepiej uszy niż cycki, haha.
Pozdrawiam Was i apeluję, wszyscy, którzy chcieliby mnie czytać, na wypadek gdybym zamknęła bloga lub stworzyła nowego, wyślijcie maila na adres kasia.eire@gmail.com, niech Was poznam, będę wręczać klucze. Ci, którzy już to zrobili są u mnie zapisani i już nie muszą się więcej fatygować w tej sprawie.  

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

One Lovely Blog Award - 7 zwierzeń

Dostałam nominacię od Perły,  Robin i od Mayi.d dziękuję.
Według zasady mam napisać o sobie 7 rzeczy. Hmm, muszę wymyślić czego jeszcze nie pisałam, niektóre z Was odwiedzają też moje Notatki Coolturalne, gdzie w innej zabawie pisałam o sobie 10 rzeczy, a że jestem gaduła napisałam ostatecznie 15, możecie to poczytać TU. Na wszelki wypadek nie będę sie powtarzać, zresztą tam też dostałam nominację, więc muszę jednak wymyślić dodatkowych siedem. 

  1. Kiedy byłam nastolatką, byłam okropnie kochliwa, ale tak jednostronnie, to znaczy kochałam się w chłopakach, a oni we mnie różnie, raz tak, raz nie. Ale jak się już zakochałam z wzajemnością, to zaraz wyszłam za mąż i szczęśliwie sobie żyjemy razem od 24 lat
  2. Idealne spotkanie ze znajomymi czy wieczór 'wyjściowy' to taki, gdzie można porozmawiać o ciekawych rzeczach, o książkach, kinie, teatrze, polityce, życiu, psychologii, przy dobrym jedzonku, przy dobrym trunku, ale nie z jazgotliwą głośną muzyką, trzęsieniem tyłkiem, bo to było dla mnie dobre kiedyś, teraz już mnie nie rajcuje. Uwielbiam rozmowę, wymianę myśli, nawet pospierać się, ale merytorycznie, bez zacięcia.
  3. Jeśli tańczyć, że zostanę odrobinę w tym klimacie, to marzy mi się walc płynący, umiejętność odtańczenia ognistego tanga - ale na to nie mam szans, mój mąż nie słyszy muzyki i nie umie tańczyć. Kiedyś na weselu przyjaciół było dane mi przeżyć przetańczenie tańca wiedeńskiego z kuzynem panny modej, który tańczył zawodowo. Ja nauczona walcowania przez moją babcię, dałam radę. I tym wspomnieniem przyjdzie mi żyć, bo nie sądzę, zeby miała jeszcze kiedyś okazję tego doświadczyć.
  4. Muzyka - coraz częściej swing, klasyczna, uwielbiam wielkie orkiestry i chóry z oper. Inne rzeczy też, ale kiedy myślę o idealnym wieczorze, nie będzie to Rhianna czy Byonce (nawet nie wiem, jak to się pisze), ale raczej klasyka, jazz, ewentualnie acid jazz. Pozytywne wibracje mi się podobają na przykład. 
  5. Jestem sroka - lubię naszyjniki, kolczyki, nie noszę pierścionków. Uwielbiam szale, mam ich dużo, noszę prawie do wszystkiego. 
  6. Lubię kwiaty doniczkowe i mam ich dużo. Nie wyobrażam sobie domu bez tego.
  7. Lubię siebie w pełnym makijażu, umiem się umalować, chociaż w lecie czynię to rzadziej, bo mam chyba jakąś alergię w tym czasie i oczy mi łatwiej łzawią. Ograniczam więc w ciepłe miesiące, resztę roku najczęściej robię oko dosyć odważnie.
Z nominowaniem to już będzie gorzej, bo blogów mam 16 bez problemu, ale z tego, co widzę, niektórzy strasznie się na takie zabawy zapatrują. No, więc nominuję, a już sami zdecydujecie, co z tym zrobicie. Nie mogę nominować tych, którzy mnie nominowali. Moje nominacje, kolejność przypadkowa, to:
1. Hrabina 
2. Spirit of
3. Magda na Wyspie
4. Pani M
5. Motylek
6. Monitt
7. Aurora
8. Batumi
9. Brommba
10. Wanda
11. Anonimka
12.Szuflada po godzinach
13. Kotka z pazurkami 
14. IW
15. Fusilla
16. Silka


Zasady zabawy:
- Umieścić podziękowania i link do blogera, który przyznał Tobie nagrodę.
- Skopiować i wkleić logo na swoim blogu.
- Napisać o sobie 7 rzeczy.
- Nominować 16 innych blogerów (nie można nominować blogera, który Wam przyznał nagrodę)
- Napisać im komentarz, by dowiedzieli się o wyróżnieniu.


sobota, 30 lipca 2011

Bigosowe wiadomości wbiły mnie w krzesło, a syn nieźle przetrzymał do drugiej.

Oczy mam na zapałkach, zrobiłam sobie kawę i się relaksuję przed pracą, wiem, wiem, dzisiaj sobota, ale z okazji festiwalu odbywającego się w naszym mieście, a raczej przez ten cholerny festiwal, muszę pracować. No nic, jeszcze tydzień. Cieszę się, ale jednocześnie przestałam spać ze zmartwienia, co dalej? Odcinałam centymetry z metra jak żołnierz przed wyjściem z wojska (młodszym tłumaczę, że kiedyś była obowiązkowa dwuletnia służba wojskowa i uwięzieni tak świętowali ostatnie sto dni, ze odcinali po jednym centymetrze każdego dnia), no więc i ja odcinałam, a teraz się boję wrócić do domu bo 'a nuż mnie narzeczona z najlepszym kumplem zdradzała'. Człowiek się zawsze boi tego, co za rogiem, kiedy straci pewność, grunt pod nogami.
A oczy na zapałkach, bo mnie mój syn przetrzymał do drugiej w nocy wczoraj. Pojechali całym gangiem na dyskotekę do sąsiedniego miasta. Od nas wyjeżdżają autobusy. Takie wiejskie irlandzkie rozrywki. A jak wracają to lubią jeszcze pójść do nocnego take away, czyli takiego makdonalda nocnego i każdy musiał zjeść po paczce frytek, niektórzy do tego jeszcze coś kurczakowego. Tyle energii stracili, haha. Poza tym to taki zwyczaj chyba bardziej niż potrzeba, zeby jeszcze omówić co się działo i jaka laska jak dzisiaj wyglądała. Syn zadzwonił i poprosił, czy jeszcze może na te frytki. Przecież mu nie będę odmawiać. To i siedziałam do drugiej i czekałam na znak sygnał, że potrzebuje podwózki do domu.
Ale mi się wcale nie nudziło, założyłam słuchawki na uszy, włączyłam Radio Zet (oni w nocy świetnie grają) i zatopiłam się w linkach i tym, co tam było, wysłanych przez Bigosową. Poprosiłam ją o to, kiedy zobaczyłam jej piękny baner na bloga i kiedy ona wyznała mi, że sama tymi ręcami wykonała. Oczywiście zapałałam żądzą, że ja też tak chcę. I tak dowiedziałam się o digital scrapbooking. Tak, tak, znowu oszalałam. Nie dość, ze decoupage, to i jeszcze to. Dla osoby, która nigdy nic 'tymi ręcami' to jest wieeeelka rewolucja. Kleić to ja nie bardzo, jeśli idzie o scrapbooking, ale takie cudeńka na bloga baaaardzo mnie zainteresowały. Photoshopa muszę sobie przypomnieć, bo nieużywana wiedza zardzewiała, ale przypomnieć to zawsze lepiej niż od nowa, czyż nie?

środa, 27 lipca 2011

Heja heja nie ma kleja

Głupieję już z nadmiaru zajęć i ze stresu trochę też. Zdecydowałam nie przedłużać kontraktu, zresztą wcale nie jest powiedziane, ze by mnie chcieli, ale ja ich prosić w każdym razie nie będę. Dosyć pomiatania i wywyższania jednych kosztem drugich, nie może tak byc, że ja tracę resztki poczucia własnej wartości na rzecz motłochu. Będzie tego.
Z przyjemniejszych tematów - mój syn zaczął koncertować. Miał już dwa występy i kolejny w drodze, w sobotę znowu zagra na festivalu w naszym miasteczku. Ale fajnie. Woziliśmy go na lekcje gitary, płaciliśmy, ale nie mieliśmy nadziei ani takich oczekiwań, ze on jakąś kapelę założy z kolegami, czy że będzie występował. A tu taka niespodzianka. Nauczyciel ich namówił, wprawdzie Wojtek prosił, zeby go wozić na próby, ale wiecie jak to jest, nie braliśmy tego na poważnie. Aż pewnego dnia mówi, że będą grali w miasteczku obok. No ja się zastrzelę z korkowca. Nie spodziewałam się.
Jak go zobaczyłam to mi mowę odjęło. Gra!!!! A do tego jaki luzik!!!
Ten w żółtej koszulce po prawej - mój ci on. Jak klikniecie to się powiększy zdjęcie :-)




Zdjęcia nie za dobre, bo nam słońce w pysk waliło, a wiadomo sceny nie da się obrócić tak, żeby matki sobie popstrykały fotki ku potomności. Na tym drugim koncercie nie mogłam być, bo go przenieśli na inny termin i akurat pracowałam, ale inna matka robiła fotki i mam od niej dostać. Może będą lepsze.
Wojtek gra na gitarze basowej. Niewiele wiem o tym, co która gitara robi w zespole, ale on sobie tak brzdąka. Brdęk, brdęk na basowo. Są piosenki, że basowa ma nawet solówki, jedną taką grali. Fajnie mu poszło. Nauczyciel mówił, że jest z nich dumy. Jego kolega ma taki czadowy głos, że szok. Na scenie jest śmiały i daje czadu, a w życiu przemyka się pod ścianami. Kolega nie syn.
A poza tym nie dzieje się nic. Jakoś wpadłam w stupor życiowy, nie czytam, TV nie oglądam, nagrane filmy czekają, a ja tak jakoś żyje życiem. Pustka. Zmęczenie.
Ale wyjdę z tego.
Nie wiem, czy ktoś czytał na Notatkach Coolturalnych TU, ale mam zamiar się wziąć za decoupage. Przeczytałam w książce o tym i oszalałam. Też tak chcę. Nie dość, ze mi się takie rzeczy podobają, to może będzie to swoista terapia zajęciowa, taka samo-terapia. Robienie czegoś rękami jest dla mnie rzeczą obcą, oprócz bębnienia w klawiaturę, manualnie jestem nieczynna do odwołania. Ale spoko, uruchomię się. Tylko się muszę jakoś sama nauczyć tej techniki, bo tu żadnych kursów nie ma. Czy ma ktoś dla mnie rady? Gdzie kupić rzeczy do tego online? Jakieś dobre książki? Portal? Every little helps :-) że polecę Tesco'wym sloganem (czy to z Super Valu?).

czwartek, 21 lipca 2011

Ślimak, ślimak pokaż nogi


Tak się pławiłam w zachwytach, ochach i achach jak to fajnie jest, kiedy dzieci już duże, aż do przeczytania wywiadu w lutowym Twoim Stylu (bo ja zapóźniona jestem w prasówce) ze słynną trendsetterką Li Edelkoort. Od trzydziestu lat przepowiada nie tylko, co zmieni się w modzie, designerze, ale przy okazji też, jakie zmiany zajdą w społeczeństwach, w zachowaniach ludzkich. Ma jakiś siódmy zmysł, bo już wiadomo, że nawet najbardziej nieprawdopodobne jej wizje, jednak się urzeczywistniały. Jak ta o światowym kryzysie, o nad-konsumpcjoniźmie, który między innymi doprowadził do tego. Tym razem ‘wieszczy’ o roku 2050 – „…średni wiek ludzi żyjących w krajach wysoko rozwiniętych przesunie się z 26 lat do ponad czterdziestu. Ludzkość starzeje się w nieznanym dotąd tempie. Wpłynie to oczywiście na kształt kultury. Zaniknie wszechobecny dziś kult młodości. Znów ceniona będzie dojrzałość, zmieni się nasze wyobrażenie o pięknie. Kwestię „jak się nie zestarzeć” zastąpi pytanie „jak zestarzeć się dobrze”, czyli twórczo i aktywnie. Dojrzałość stanie się cechą pożądaną w kulturze. Rynek dzisiaj zorientowany przede wszystkim na potrzeby młodych ludzi, dostrzeże gigantyczną grupę docelową, jaką będą ludzie w wieku 50+, 60+, 70+”.
Najpierw się ucieszyłam – ale fajnie, to ja będę w tej grupie docelowej. Ale zaraz przyszła świadomość, że jednak nie bardzo, że wielce prawdopodobne jest, że ja w ogóle tego roku nie dożyję, że tu jest mowa raczej o moich dzieciach, które najbardziej skorzystają, a ich mama najzwyczajniej będzie już w piachu. To się stropiłam. Po raz pierwszy w życiu okazało się coś poza zasięgiem mojej długości życia. Przedtem wszystko było możliwe. Kiedy w latach siedemdziesiątych mówiło się o roku 2000, dla jednych science –fiction,  dla mnie to była moja po prostu przyszłość, której co najwyżej mogłam być ciekawa i dążyć do jak najlepszego spełnienia marzeń. Do dziś cały czas mi to wrażenie towarzyszyło – tyle jeszcze przede mną, sky is the limit. Otworzyłam Twój Styl przy śniadaniu i między jedną kanapką, a drugą dowiedziałam się, że limit owszem ma związek z niebem, ale w tym kontekście, że pewnie już tam będę (mam nadzieję), kiedy przepowiednie Li Edelkoort będą się się ziszczać. O żesz kurna, normalnie śmierć zajrzała mi w oczy.  Okropne to jest wrażenie, takie nagłe przejście z ‘wiecznie młody’ na ‘wkrótce martwy’, bo dla mnie 40 lat, to wkrótce, żeby nie powiedzieć ‘nigdy’. Jakoś dziwnie czas przyspieszył, rok wydaje się miesiącem, miesiąc dniem, pstryk i już jest lato, za drugim pstryknięciem już będzie Boże Narodzenie. Ledwo rozbiorę choinkę, już będę malować jajka, a zaraz potem płot w lecie, ledwo się obrócę już będę chować skrzynki z okien na jesień. Kiedyś koleżanka, która była za mną tutaj w Donegalu, przyznała mi rację -  mimo, że powinien czas tu płynąć wolniej, płynie błyskawicznie, myk myk, gnają dni jak rącze konie. I pomyśleć, że kiedyś kolejne daty przychodziły wolno jak ślimaki. A może to było tylko wrażenie? Bo przecież ślimaki też nie są takie powolne, jak nam się wydaje.

sobota, 16 lipca 2011

Ciężkie jest życie homara, syn nie miał okazji się wykazać, a ja muszę się bronić rękami i nogami

Córka specjalnie pruła wczoraj w nocy z Dublina, zeby zobaczyć debiut sceniczny mojego dziecka drugiego, czyli jego pierwszy koncert festiwalowy. Zabrzmiało poważnie, ale festiwalem nazywamy tu letnie tygodniowe imprezy plenerowe w niemal każdym miasteczku w Irlandii, bo co jak co, ale oni tutaj to sa mistrze w urządzaniu takowych. U nas na przykład jest dosyć znany Międzynarodowy Festiwal Mary of Dungloe. Polega on na tym, że przyjeżdzają dziewczyny zewsząd, konkurują urodą, a inni mają luz i piją do upadłego oraz słuchają muzyki na ulicy, w pubach, gdzie się da. No, ale nie o tym miało być.
Syn nie zagrał, bo leje od dwóch dni i się nie zanosi na przestanie. Coraz gorzej właściwie. Ale pech.
A my od rana, żeby go wesprzeć duchowo, piekłyśmy, gotowałyśmy i oczywiście przy tym sobie gawędziłyśmy. Lubimy tak.
Dzisiaj przypadkowo wyszedł nam dzień irlandzki. Najpierw napiekłyśmy mistrzowskich sconesów Misi, z malinami tym razem. Potem pełnoziarniste męża, a jak już byli i tak uwaleni w mące i piekarnik chodził, dorobili jeszcze soda bread (chleb na sodzie, specjalność tutejszych gospodyń)



Tutaj całość wypieków z coraz piękniejszym storczykiem, któremu przy każdej okazji robię zdjęcia bo cieszy oko jak nie wiem.
Wieczorem przyjechał jeszcze-nie-zięć i przywiózł homary, czyli po tutejszemu lobstery. No i się zaczęło.
Lekcja jedzenia, walenie młotkiem w skorupę, wywlekanie mięsa i nie chcę wiedzieć czego jeszcze, odpadłam. Musiałam wyjść, bo bym zwymiotowała. Siedząc w pokoju słyszałam jak mlaskają i wysysają.
Oni uważają, że mieli ucztę nad ucztami. No cóż, o gustach się nie dyskutuje.



czwartek, 14 lipca 2011

Kto ty jesteś?


„Byłam rozpieszczoną gówniarą urodzoną na francuskiej ziemi, miałam prosty i obiecujący start.  Matkę Francja onieśmielała i pozbawiała własnej tożsamości.  Dorośli, którzy się tutaj przenieśli tak jak ona, tęsknili za ojczyzną i kojarzyli mi się z liśćmi, którymi wiatr miota po ulicach tam, gdzie zawieje.  Inaczej było ze mną, z Gają i Karlą.  My byłyśmy stąd.  Nie umiałyśmy śmiać się z „Misia” czy „Alternatywy 4”, które wałkowano na TV Polonia, ponieważ nie znałyśmy polskich problemów. Nie obchodziły nas zjazdy polonii ani żadne ‘wieczory polskie’, które organizowano co wtorek i na których jedzono chleb ze smalcem, kiszone ogórki, tańczono polkę i omawiano kolejny numer „Kultury” Giedroycia.  Giedroyc nas nie obchodził, wolałyśmy czytać pisma francuskie, najlepiej jak najbardziej kolorowe.  I nie chodziłyśmy do kina podczas „dni kultury polskiej”, ponieważ polskie filmy były ciężkie i nudne – wołałyśmy pójść na amerykański hit z Johnnym Deppem lub Bradem Pittem.”
Tak pisze Małgorzata Warda w swojej nowej powieści „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…”. Przeczytałam to, zamknęłam z hukiem książkę, co zawsze robię, kiedy coś trafnego przeczytam, zerwałam się na równe nogi i zakrzyknęłam – tu jest pies pogrzebany. Uderzyła mnie trafność tych słów.  Dziewczynka będąca narratorką powiedziała to, co pewnie myśli sobie większość naszych dzieci – dosyć już tej martyrologii emigracyjnej, nas to nic, a nic nie obchodzi, my mamy życie tu i teraz i nie mamy pojęcia, dlaczego ryczycie ze śmiechu na ‘Rejsie’, dlaczego płaczecie słuchając ‘Autobiografii’ i Kazika, Małysz nas nie wzrusza i nie mamy pojęcia, ba – mało nas to obchodzi, jak wygląda Kaczyński?
A rodzice na takie dictum uderzają w lament – dziecko, jak to, siadaj tutaj, oglądaj ‘Zemstę’, ‘Pana Tadeusza’, ale już, bez dyskusji. A kiedy groźby nie działają, czas na błagania – co powie babcia i ciocia Lusia?  Miej litość.  I gnają ich do polskiej szkoły, zbierają Encyklopedię Polską z Newsweeka, ciągną Mickiewicza w walizach przez pół Europy, niech dziecko zna swoje korzenie. A wieczorami – znieczuleni białą wodą rozmowną, płaczą nad frazami Stepów Akermańskich (Wypłynąłem na suchego przestwór oceanu…) – to ci z humanistycznym rodowodem. Ci o umyśle powiedzmy ścisłym, nie mylić z za ciasnym, śpiewają ‘wyrwij murom zęby krat’ albo Majteczki w kropeczki (no co, też nasz folklor, o międzynarodowym zasięgu można powiedzieć) i pouczają dzieci po stokroć – nie zapominaj skąd twój ród, nie rzucim ziemi, przejdziem Wisłę…
I krytykujemy – e tam, angielskie programy to są do niczego, co oni pokazują w tej irlandzkiej telewizji? Te ich seriale jakieś takie, nie to, co nasze ‘Na Wspólnej’. Szpitale, pożal się Boże, dentyści nic nie umieją, jedzenie do bani, kto wymyślił taką kuchnię, tylko bekon, kapusta i ziemniaki.
Wieczny żal za pozostawionymi rodziną i przyjaciółmi, wieczna tęsknota za ‘piękna Polska nasza cała’, wieczne rozdarcie i rozedrganie. A dzieciaki patrzą na nas i nie mogą ukryć wyrazu politowania na twarzach – starzy znowu desperują, kiedy im to przejdzie? Po co oni wyjeżdżali, po co tyle zamieszania, żeby teraz popadać w doły z powodu wyjazdu?
To nie wina naszych dzieci, że tu zamieszkały. Również nie ich, że starym nie wychodzi, albo wychodzi, ale tęskno, że gdzieś tam by było lepiej, ale nie ma co, trzeba tu trwać, bo tu jest kasa, tu jest praca. Najlepsze, co możemy dzieciakom podarować, to nasze pogodzenie się z rzeczywistością, nasze zdolności, a co najważniejsze, chęci asymilacji. Nawet, jeśli w planach mamy powrót do kraju za jakiś czas, nie możemy tu i teraz robić wszystkiego na odwal się, bo w ten sposób dajemy dzieciakom poczucie tymczasowości i życia na niby. A to szacunku nie budzi i może się odbić czkawką w przyszłości.
Ja nikogo nie oceniam, co najwyżej przeprowadzam wiwisekcję swojego tutaj życia, swojej postawy.  Przez tyle lat, od pierwszych dni na Wyspie, miałam stres i obawy – czy ja słusznie urządziłam dzieciakom taką rewolucję? Czy zrobiłam im większą krzywdę, czy przysługę? Czy fakt, że tylko w części czują się Polakami (bądźmy szczerzy), trochę Irlandczykami, a najwięcej Europejczykami, czyni z nich pozbawionych uczuć patriotycznych kosmopolitów, czy po prostu nowoczesnych członków europejskiej wspólnoty? Czy one mi kiedyś podziękują, czy naplują w twarz? Pytania galopują w oszałamiającym tempie, poczucie winy goni poczucie dumy, bo one sobie świetnie dają radę w międzynarodowym towarzystwie, nie odstają od dzieci polskich, nie odstają od żadnych dzieci, te przemiany dały im siłę do zdobywania coraz to nowych obszarów, bez strachu, bez chęci cofania się do bezpiecznego kąta. A dlaczego? Bo myśmy nie chwiali się na emigranckich nogach, nie uprawiali szpagatów w rozkroku między dwoma krajami, po prostu postanowiliśmy wieść życie gdzie indziej, klamka zapadła i od tej pory nie było już przy dzieciach pytań czy, tylko jak? Co nie znaczy, że kiedyś zdania nie zmienimy, ale to pytanie będzie stawiane i rozpatrywane wtedy, kiedy się pojawi taka potrzeba, a nie każdego dnia do imentu.

wtorek, 12 lipca 2011

Tajemnicze, a zaraz potem telefoniczne, rewolucje.

Zniknęłam, bo w weekend była córka i przecież nie będę wtedy w sieci siedzieć, a w niedzielę była Tajemnica (relacja TU) i tym bardziej nie było czasu na internet.
Kiedy moje starsze dzieczko przybywa, mogę zapomnieć o odchudzaniu. Najpierw upiekła sconesy, najlepszy jakie w życiu jadłam, potem obie upiekłyśmy sernik z rabarbarem i wiadomo, nasz ulubiony. Nawarzyłam wielki gar zupy gulasz Bogracz, bo miałam nadzieję poczęstować Tajemnicę i jej rodzinkę, ale oni skubaniutcy wcale nie chceli nic jeść, dobrze, że dziecię zabrało dwa słoiki do Dublina. Zupa wprawdzie węgierska (a do niej zrobiłam własne kluseczki osipetke rolowane w rękach i wyglądające jak miniaturowe gnocci w tej gulaszowej zupie), ale my nie lubimy ostrego, więc starałam się, żeby było takie w sam raz. Nie było. Myślałam, że mi język wypaliło na ament.
Tak wypoczęłam psychicznie, że dzisiaj bez stresu (o dziwo) poszłam do pracy. Wysłali mnie w ciągu dnia do banku, wracając weszłam do sklepu i znalazłam telefon, który mi pasuje. Wreszcie. Trochę to dzięki Dublinii, bo ona pokazała na swoim blogu taki sam, różowy jedynie, a ja się na niego czaiłam, czaiłam, to kiedy zobaczyłam u niej, uruchomiłam się jakoś w kierunku podjęcia decyzji o nowym zakupie. Swój mam już od 6 lat, czas go wymienić. Nie lubię takich akcji, mogłabym ze starym chodzić, gdyby nie to, że już słabowity, bo już wiekowy jednak.
Jutro idę sobie sprawić ten

czwartek, 7 lipca 2011

Lider erekcji w kasie kredytowej - (felieton ukazał się w Gazecie Polskiej w Irlandii)

"Be a leader in erection – właśnie usłyszałam w radio. Siedzę przed komputerem, szykuję palce jak pianista przed koncertem i taki mnie tekst atakuje. Do tego nazwa specyfiku i dodatek już po polsku, bo to polskie radio w Cyfrze – „zawsze wypala”. Obrazowość tego stwierdzenia zwaliła mnie z nóg – to chyba za dosłowne dla mnie, żebym uznała, że genialne. Może i jestem wyzwolona, ale chyba nie aż tak, żeby mnie ktoś w samo południe epatował możliwościami wystrzałowymi po zażyciu leku przez mężczyznę z problemami erekcji. Czy to przypadkiem nie powinno być jakoś później, po 22-giej czy jakoś tak?
Sprawdzam pocztę, od tego zawsze zaczynam. Po kilku minutach lekko stresowych, bo podświadomie czekam złych wieści, a przynajmniej takich, które zwiastują komplikacje życiowe, oddycham z ulgą – nic strasznego, same przyjemności właściwie. Napisała do mnie pani z polskiej księgarni w Dublinie SEN, że znaleźli dla mnie książkę o zdrowym, ale nadal niepozbawionym smaku odżywianiu. Nie mogłam jej zdobyć w Polsce, jedyne miejsce to Allegro, ale tam dużo zachodu z wysyłaniem do Irlandii i jakieś akrobacje z płatnościami, to pomyślałam, że może tu jakoś zdobędę. Zapytałam w mailu i już niedługo dostanę. Mam nadzieję na jakieś fajne przepisy, bo nadal jestem zorientowana na zmianę stylu życia i zrzucenie kilogramów, a że Dukana nie mogę stosować, mówię to na wszelki wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy do mnie pisać z takimi radami (wiem, wiem, że działa, ale niestety nie dla mnie), to szukam cały czas inspiracji po prostu na normalne pyszne dania, jednocześnie lekkie i nietuczące. Tę książkę mi bardzo polecają koleżanki w sieci, ciekawe, czy faktycznie dobra?
Dostałam też maila z wiadomością od czytelniczki moich Notatek Coolturalnych, że ma dla mnie książkę, tym razem nie o jedzeniu, chociaż wszystko mi się teraz z tym kojarzy, nie tylko o tym myślę, zapewniam. Wyczytała gdzieś, że szukam starej powieści Stulgińskiej i wyobraźcie sobie, że książka już do mnie leci. Ech, czy świat nie jest piękny? Muszę pomyśleć, czym imienniczce sprawić przyjemność? Relacja z otrzymania TU - przypis redakcji, haha
Z zamyślenia wyrywa mnie głos księdza Mateusza w cywilu – ‘kasy kredytowe, tu jesteś w domu, tu zawsze jesteś u siebie’. Zerwałam się na równe nogi, w te pędy do telewizora, zobaczyć, o czym on bredzi, w kasie kredytowej jak w domu? Przecież, jeśli ktokolwiek potrzebuje kredytu, oznacza to, że mu nie wystarcza pieniędzy, to jak może czuć się dobrze, jak u siebie? A ile to tragedii kryje się za słowem kredyt, szybka pożyczka – chore dzieci, utrata pracy albo głupie zakupy, które do niczego dobrego nie prowadzą. I czy to przypadkiem nie jest nadużycie, bo przecież Żmijewski kojarzy nam się z księdzem, lekarzem, człowiekiem wykonującym zawód wysokiego zaufania i tak bezkarnie reklamuje kasy pożyczkowe? Może jestem przewrażliwiona, może się czepiam, ale jakoś mi się to nie podoba, budzi niesmak.
Ostatni mail mnie wprowadził w zadumę, albowiem znajomy zadał mi pytanie – „jak właściwie jest w Irlandii? Czytając nieliczne doniesienia można mieć wrażenie, że bandy bezpańskich pudli i Chihuahua rozszarpują ludzi, a głodne dzieci wyrywają kotom puszki”. Zapytałam back czy tak właśnie mówią o Irlandii, ale nie odpisał jeszcze. Natomiast ja poczułam się w obowiązku odpowiedzieć na jego i sobie zęby połamałam na tym temacie. Po pierwsze dlatego, że mieszkam na prowincji, więc nie mam żadnego prawa pisać o Irlandii jako całości, wiadomo, tutaj pod jednym względem łatwiej, pod innym trudniej, ale na pewno inaczej niż w Dublinie czy Cork. Próbowałam, więc najpierw tę różnicę mu wytłumaczyć, chociaż właściwie nie wiem po co, bo głupi nie jest i sam wie, że duże nie może się równać do małego. Potem starałam się opisać, jak to jest właściwie z tą naszą biedą, bezdomnymi psami (podobno Irlandczycy wyrzucają), bezdomnymi końmi (patrz poprzedni nawias), głodnymi dziećmi (to już zupełnie nie wiem, skąd mu się wzięło) i bankructwem wszystkich naokoło. O koniach wprawdzie czytałam, ale nie widzę ich tu, więc nie potwierdzam, nie zaprzeczam. O psach to już w ogóle, ani nie słyszałam, ani nie czytałam – czyli według stanu wiedzy na dzień dzisiejszy, jak mówią w Sejmie, zaprzeczam, chociaż jak tak pomyślę, to faktycznie podejrzana jest wzmożona działalność ‘Pet Resque’. W głód nie uwierzę, bo chyba każdy przyzna, że co jak co, ale w tym kraju nie dadzą człowiekowi głodować, ja przynajmniej takiego wypadku nie znam. Powód tarapatów finansowych tego kraju wytłumaczyć okazało się trudno. Niby łatwo, ale jak się nie chce pisać pracy magisterskiej z ekonomii, to jednak nie. Jednym zdaniem - nie zrozumie, elaboratem – nie chciało mi się, zresztą, co go będę nudzić, chłop się tak z głupia frant zapytał, a ja mu kilkanaście stron drobnym maczkiem?
Swoją drogą ciekawe – jak sobie dajecie radę w tym kryzysie? Myślicie o wyjeździe? A praca – nadal w tej samej, czy zmieniacie, a może w ogóle nie macie? Tak się czasem zastanawiam, jak się nam, Polakom, w tym niewesołym tutaj czasie, wiedzie?"

A w innych krajach w recesji jak Wam jest?
Jak Ci się wiedzie Szwedzie? - że polecę Pilchem

niedziela, 3 lipca 2011

Szczupak na łowach


 W zeszłym tygodniu zarządziliśmy z mężem niedzielę komediową (i prasowanie całej kupy upranej w ciągu tygodnia)  relacja z tego, co obejrzeliśmy na Notatkach Coolturalnych TU. W tę niedzielę chyba zapodam coś poważniejszego, chociaż ...?

Dobra komedia bardzo mi teraz potrzebna, bo jestem na diecie, o czym wiecie (a ja nie czuję, jak rymuję). Każdy, kto był kiedykolwiek na diecie wie, że życie wtedy jest do pupy, nic nie cieszy, wszystko wkurza. Wchodzę dzisiaj do Aldiego i co widzę? Prawie wszystko na półkach jest niejadalne dla osoby odchudzającej się. W przeciętnym supermarkecie nad większością półek zapala mi się napis NIE i to mnie bardzo dołuje. Od samego wejścia - NIE dla dżemów, NIE dla białego pieczywa, NIE dla lukrowanych na różowo babeczek (nie żebym je kiedykolwiek jadła, ale kiedy nie mogę to NIE boli mnie tak samo, jakbym była ich zagorzałą fanką), NIE dla czekolad, NIE dla świeżych wypieków. Na warzywach trochę oddechu, TAK dla bakłażana, TAK dla ogórka, chociaż właściwie to NIE, bo wirus, TAK dla pomidora i grapefruita, pieczarek, tudzież papryki i sałaty nawet kilograma (czy ja wyglądam jak królik?), ale już przy ziemniakach NIE, NIE i NIE, wrrrr. Strzelam focha i idę dalej – bekony NIE, no dobra szyneczka, chuda to się nada, sery (w tym momencie japa mi się śmieje, bo uwielbiam) i zaraz nadciągają czarne chmury, sery? – NIE!!! Napoje poza wodą NIE, orzeszki, naczosy, paluszki, krakersy NIE, nie i jeszcze raz nie, puszki NIE, bo przetworzone i nie wiadomo, co tam jest, alkohol NIE, bo puste kalorie (ale za to jakie wesołe kalorie). Doszłam do kasy z chlebem żytnim gruboziarnistym (masło oczywiście NIE), chusteczkami higienicznymi, bo nic tylko do płaczu mi było i folią aluminiową, żeby sobie dietetycznego-kurna-jego-dorsza miała w czym upiec. I jak co dzień zadaję sobie pytanie – czy lepiej być smutnym szczuplakiem (komputer mi wciąż zmienia na szczupakiem, może to i słusznie, bo pewnie mam teraz smutny, wyciągnięty pysk), czy wesołym grubasem? Odpowiedź, jedyna słuszna, to oczywiście – zdrowym i uśmiechniętym (z troską o zbiory się uśmiechamy) szczupłym człowiekiem żyjącym świadomie na zbilansowanej diecie. Chcę w to wierzyć, chcieć to móc – jessssu, chyba muszę iść na jakąś terapię, bo zaczynam bredzić. 

Wczoraj za to miałam używanie jak goły w pokrzywach, bo Lidl obchodził coś tam, nawet nie miałam czasu się dowiedzieć, bo kurcgalopkiem pognałam  w regały skorzystać z oferty POŁOWA CENY NA WSZYSTKIE WARZYWA I OWOCE. U nas truskawki, borówki amerykańskie, maliny i czereśnie są w cenie diamentów afrykańskich. Garstka, dosłownie mieści się w jednej ręce ta ilość, tych owoców kosztuje od 2.50 do 2 euro. Wydatek na rodzinę duży, a nawet się człowiek nie naje, żeby zapamiętał na całe życie. Ech, gdzie te lata, kiedy jadła truskawki trzy razy dziennie za małe pieniądze, prosto z łubianki?
Obkupiłam się wczoraj, aż ludzie szeptali, że chyba jakieś B&B prowadzę, albo przyjęcie robię, bo i młode ziemniaki kupiłam (nasze jeszcze nie gotowe), wszelkie owoce, na które normalnie w takiej ilości sobie nie moge pozwolić, warzyw też fura, będziemy jeść sałatki na obiady, bo się ciepło robi i takie jedzonko najlepsze. Walka z kilogramami trwa :-)