środa, 2 maja 2012

Doniesienia z pola walki :-)


Hejka. Wpadłam na chwilkę, pewnie po raz ostatni przed powrotem do siebie, bo jak się okazało, nie ma w moim mieście kafejek internetowych, które zostały wyparte przez hot spoty. Pierwsze widzę, widocznie w Polsce założyli, że wszyscy podróżują ze swoimi laptopami, albo po prostu u nas nie spodziewają się, że ktoś może przyjechać do tego miasta, a już na pewno nie bez swojego sprzętu, jaki by on nie był. Smartphone jest dobry do odwiedzenia Facebooka, ale nie do napisania notki na blogu, czyli w ten pokrętny sposób próbuję powiedzieć, że jestem w czarnej dupie jeśli chodzi o dostęp do komputera. Odwyk przechodzę ciężko, jakby mnie ktoś od świat odseparował, co jest totalną głupotą, bo świat jest tu i teraz, ale nie mogę bagatelizować faktu, że mój świat jest też w sieci. Pewnie dlatego, że mieszkam na odludziu.
No właśnie, mieszkam na odludziu i to uczyniło ze mnie dzikusa. Męczy mnie miasto, hałas, chamstwo, popychanie się na ulicy, to całe ‘maszeruj albo giń’. Dziwne, bo kiedyś moje rodzinne miasto wydawało mi się małe i klaustrofobiczne, Siedlce, do których się przeniosłam, jeszcze bardziej, a teraz całkiem na odwrót. Niedługo Pawlikowska przyjedzie do mnie kręcić program Z kamerą wśród dzikich. Ale czy mi z tym tak źle? Sama nie wiem, boję się, że popadnę w jakieś kompletne ‘odludztwo’. Pomyślę o tym jutro, że pojadę Scarlett.
Dwa dni przed wyjazdem do Polski były niezwykle intensywne. Najpierw z synem pojechaliśmy na II Olimpiadę Szkół Polonijnych do Dublina.  Z tego powodu musiałam wyjechać z domu o półtora dnia wcześniej, nie podobał mi się ten pomysł, ale z drugiej strony cieszyłam się na spotkanie z przyjaciółką mieszkającą w okolicach Dublina, z którą widuję się ran na rok, albo i rzadziej.
Olimpiada była taka sobie, ale dzieciaki miały ubaw. Mało mi nogi w zad nie weszły, bo nie było gdzie przysiąść. Wstałam o trzeciej rano, wyjechaliśmy o czwartej, z Letterkenny o piątej, w Dublinie byliśmy na miejscu po 9tej. I do 17tej cały czas w biegu, wyjąwszy pisanie testu z angielskiego. Nie zajęłam miejsca na podium. Foch.
Po całej imprezie syn wsiadł do autobusu i pojechał z powrotem do Donegalu, a ja zostałam zaproszona przez córkę i jeszcze-nie-zięcia do Yamamori, mojej ulubionej restauracyjki japońskiej, na jedzonko. Czy ja Wam już mówiłam, że to siedem orgazmów na raz? Uwielbiam, a ich tuńczyk w marynacie teryaki na łożu z grillowanych warzyw z sałatką i brązowym ryżem  to nawet 10 o (taka nowa jednostka oceny jedzenia). Normalnie byłam w niebie. Była wyjątkowo udana pogoda, poszliśmy do Yamamori Noodles, tam jeszcze nie byłam, bo wcześniej jadaliśmy w innej restauracji tej samej sieci. Myślałam,że nie będzie mi się podobać, bo nie znoszę zmian, ale podobała mi się jeszcze bardziej. Mam nauczkę, powinnam być bardziej otwarta w tej kwestii. Miasto było pełne ludzi, wszystkie miejsca w restauracjach w tej części miasta, zajęte do ostatniego stolika. Wszędzie było gwarno, wesoło i czuć było wielkomiejskość. Po raz pierwszy spojrzałam tak na Dublin, wcześniej nie miałam takich odczuć. Co więcej, po raz pierwszy wydawało mi się, że gdzie nie spojrzę, tam przystojny mężczyzna, nie tylko uroda, ale i ciuch, klasa, szyk, kurczę, jakiś zjazd był czy co? Córka z jeszcze-nie-zięciem śmiali się, że wszystko to przez koktajl śliwkowy, który dla mnie zamówili. Nie sądzę, chociaż?
Przeszliśmy się po St. Stevens Green (za nazwę ulicy nie ręczę, mogłam coś pokiełbasić  i fruu do Laytown do mojej przyjaciółki. A tam pogaduchy przy wielkim stole w ciepłej kuchni, miętoszenie maluteńkich kotków, które się urodziły ich kotce, głaskanie Pyry, ich psa (od razu mi mój Franiu przed oczami stanął), i wiadomo, herbatka, ciasto drożdżowe ze śliwkami jeszcze ciepłe, miło, wesoło. Jak to u przyjaciół.  Po wyjeździe dzieciaków z powrotem do Dublina, my zostałyśmy jeszcze w kuchni przy winku. Do trzeciej, czyli jak słusznie zauważyła Iza, nie spałam 24 godziny. Ale maraton. O dziwo na drugi dzień wstaliśmy dosyć wcześnie, bo przed 9tą. I znowu pogaduchy w kuchni, o życiu,  książkach i różnych ciekawych rzeczach i wyjazd na zakupy, bo poprzedniego wieczoru okazało się, że zamiast koszuli nocnej i spodenek wzięłam dwie pary dołów, a góry żadnej. Kupiłam dwie koszule dla siebie, jedną dla mamy, zahaczyłyśmy jeszcze o Body Shop, gdzie odwaliłyśmy histerię na punkcie ich zapachów (strasznie fajowe) i pognałyśmy do domu, bo za niedługo miał się zacząć wieczorny koncert chórów kościelnych w najpiękniejszym chyba kościele w Europie. Mowa oczywiście o kategorii nowoczesnych, bo te stare katedry i kościółki to oczywiście zupełnie inna. Kościół w Laytown ma fasadę z 1800 któregoś roku, do której dobudowano nowoczesną resztę. Kościół jest okrągły, a ściana za ołtarzem jest cała przeszklona i wychodzi na otwarte morze i na plażę. Za oknem stoi prosty drewniany, gigantyczny krzyż. Wrażenie jest niesamowite, niezależnie od pogody, czy jest piękne słońce, czy sztorm, czuć wielkość Boga i jego stworzenia. I euforię, bo widok, który mają wierni podczas mszy, zapiera dech w piersiach. Niesamowite. Architektem jest Liam McCormack, nie żyjący już, pochodził z Derry. W Donegalu wiem o dwóch kościołach jego projektu, oba niepowtarzalne, też nawiązujące do otaczającej je przyrody.
Pobyt u Izy bardzo mnie wyciszył, czułam się u niej jak u mamy, nie dlatego, że taka stara, ale dlatego, że taka dobra, jak powinna być każda mama. Uspokoiłam się na tyle, że jadąc na drugi dzień do Polski, o dziwo zniknął ucisk w sercu i nerwicowe bóle, które mam normalnie wszędzie.
No, a teraz jestem już u mamy. Rano dopadły mnie wszelkie objawy psychosomatyczne, które zwykle mam tutaj, bóle nóg (dodatkowo mi puchną), krew z nosa, poszła mi żyłka w oku, bóle głowy i ogólne skołowacenie. I tak pewnie już do końca.
Za to spotkałam już, na chwilę, bo na chwilę, ale jednak, moich ukochanych przyjaciół, Hanię, Dorotę i Piotra i powiem Wam tak, że gdyby mi ktoś powiedział - wszelkie problemy finansowe i każde inne znikną, jeśli wyzbędziesz się przyjaciół, to bym na ten układ nie poszła, bo co życie jest warte, bez wspaniałych ludzi wokół. I nie jest to egzaltacja, ani żadna inna ‘przesadyzacja’.

I tym optymistycznym akcentem 'zakańczam' i upraszam o afirmowanie wszelkiego dobrego. Całusy     

piątek, 27 kwietnia 2012

Ryba podstępnie zaatakaowała twaróg, a horror walizowy trwa

Na wstępie chciałam przeprosić Kate i Cezara, bo to wspaniali ludzie i ich wizyta zasługuje na oddzielny, długaśny wpis, ale niestety podziało się tak jak podziało, zbiegło się to wszystko z moim wyjazdem i kicha.
Przyjechali do mnie w zeszłym tygodniu, ponad 3 godziny w samochodzie się tłukli. Nawet nie pamiętam jak się poznaliśmy, na pewno korespondencyjnie jakoś, Kate czyta moje felietony i się odezwała, chyba mailowo. W każdym razie od słowa do słowa, dwa lata temu pierwszy raz spotkaliśmy się w realu, a w tym roku była powtórka. Jak zwykle - Kaśka ja Cię zabiję - wjechała do domu z ciastem i siatami, a tam same produkty dla 'biednych' odchudzaczy, czyli przyprawy różniste Fit Up Kamisu, z błonnikiem, kiełkami itp, do tego dodatki do mleka, maca, ciemna czekolada, ryżowe i owsiane ciasteczka, dżem bez cukru dla łakomczucha, czego tam nie było. Ciasto natomiast buraczane, przepyszne. Kate przepis miałaś wysłać!
[dygresja - chudnę!!!! Cały czas trzymam się wytycznych z książki Makarowskiej, i po kilogramie, powolutku gubię kilogramy. Niesamowite. Nie pamiętam, kiedy jadłam ziemniaki i mi ich nie brakuje. Ryżu i makaronu też prawie nie jadam, a jeśli to ciemne. Chleb tylko rano na śniadanie, ciemny. Wszystko to, co mi przeszkadzało powoli przestaje byc dla mnie ważne, zmienia się styl żywienia na stałe, to cud - koniec dygresji]
Pojechaliśmy na plażę, trochę pozwiedzać z okien samochodu, ale najważniejszy punkt programu to jednak pogaduchy, wymiana myśli, energii.
Oczywiście nie obyło się bez utrudnień, bo u mnie zawsze musi być i śmieszno, i straszno. Akurat w ten dzień musiałam wyskoczyć do szkoły Wojtka na spotkanie z nauczycielami po ogloszeniu wyników próbnego egzaminu Junior Cert. Godzina, ponad nawet, z tego spotkania stracona. Mąż mnie godnie zastępował. Dzięki Kate i Cezarowi za wizytę.
No, ale to już przeszłość, niestety. Teraz w sypialni leży częściowo spakowana waliza i mnie straszy. Terror walizowy normalnie. Nienawidzę tego widoku, nie w takich okolicznościach. Sciągam uprane ciuchy, szykuję do prasowania i segreguję do zabrania, ale wszystko we mnie krzyczy, że nie chcę jechać.
Jednocześnie wiem, ze się nakręcam sama, że nie jest tak źle, ale wiecie jak to jest - w ciemnym pokoju wszystko straszy, nawet nasza ukochana lalka zamienia się potwora. No i ja tak mam, zgasiłam światło w głowie i się boję. Tego, co tam zastanę, decyzji, które będę musiała podjąć, mojego poczucia klęski jako córki, wyrzutów sumienia, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i faktycznym stanem rzeczy. Tak, mną też rządzą stereotypy, chciałabym żeby było tak, jak u Mostowiaków, ale nie jest to możliwe.
Teraz czuję wyrzuty, a jak mama zacznie na mnie krzyczeć, to się będę kulić w sobie i liczyć do dziesięciu. Kalms już spakowany, mam nadzieję, że pomoże
Teraz wyglądam tak

 (uwielbiam 'paczizmy')

Głowę mam już gdzieś hen na wysokościach w samolocie, lęk też bierze górę i nawet fakt, że na końcu mam wspaniałe spotkania, że w rodzinnym mieście też mam ukochanych przyjaciół i ciekawych znajomych, których spieszę się zobaczyć, nie pomaga. No cóż. Muszę poszukać włącznika światła, oswoić strachy. To, co nie znane, zawsze gorzej wygląda.
Ciekawe ile jeszcze 'małych katastrof' sobie tutaj zgotuję, czego zapomnę? Na dobry początek tej masakry sowicie doprawiłam poranny twarożek, który miał mi poprawić humor, przyprawą naturalną do ... ryb. Mężowi się nie przyznam. Zjadłam i teraz mi się rybą odbija, haha. A na obiad ... ryba. Potwory z morza atakują.
Jutro olimpiada szkół polonijnych w Dublinie, gdzie zgodziłam się pisać test z angielskiego. W swoim stanie ducha dostanę chyba ze 20%, oto przepis na popis.
Wieczorem córka zaprosiła mnie do japońskiej restauracji, mojej ukochanej Yamamori. Ja to mam szczęście.
Kochane dziewczyny i kochane chłopaki - nie będzie mnie dwa tygodnie. Nie sądzę, żebym miała dojście do komputera na tyle, żebym mogła tu pisać, komentować czy Was czytać. Zajrzę jeszcze wieczorem zobaczyć, czy są jakieś komentarze, a potem wio.
Mam nadzieję, że na mnie tu zaczekacie i nie 'wszystek umrę'.
Trzymajcie kciuki.

środa, 25 kwietnia 2012

Przedwyjazdowe emocje, nagłe podarki, nudno nie jest

Kochani, przepraszam, że Was tak haniebnie porzuciłam, nie zaglądam tutaj i nie piszę, ale przygotowania do wyjazdu trwają i niestety są bardzo czasochłonne. Na FB czasem wpadam, bo tam można na chwilę, zerknąć i uciekać, a blogom trzeba poświęcić czas, poczytać, napisać, odpisać na komentarze, nie da się na chybcika. Wybaczcie mi, że do Was nie zaglądam, nie zapomniałam, ale masakrycznie nie mam czasu. To tyle tytułem wstępu.
Ostatnie dni są jak psychiczny rollercoaster - raz na górze, raz na dole, aż rzygać się chce. Od piątku się zaczęło. Najpierw mama znowu wylądowała w szpitalu, wiadomo, nerwy, telefony, rozmowy z lekarzami. Przepraszam wszystkie wspaniałe dziewczyny, uczące się na lekarki, albo już pracujące w tym zawodzie blogerki, ale muszę to powiedzieć - niektórzy Wasi koledzy po fachu to żenada. Nie zawodowo, bo tego ocenić przez telefon nie mogłam, zresztą nie podejrzewam, ale komunikacja z rodziną, rozmowa, podejście do pacjenta, to po prostu obciach. Zobaczyłam różnicę, kiedy wreszcie trafiłam na normalnego lekarza, nie tylko pracownika szpitala, ale i człowieka. Wszystko mi wytłumaczył, pełną informację dostałam i trwało to krócej niż te złośliwe rozmówki i tłumaczenia innych, że nie mają ze mną czasu rozmawiać. Nawet się przedstawił, co mnie wbiło w fotel, bo poprzedni panowie na moje pytanie, z kim rozmawiam, odkładali słuchawkę. Ja wiem, że praca lekarza jest ciężka i stresująca, ale styl i klasa komunikacji z pacjentami i ich bliskimi nie zajmuje więcej czasu niż odzywki na granicy chamstwa, lekceważenie i brak dobrego wychowania. Przecież lekarz to nie dresiarz jakiś, można od niego wymagać, że będzie trzymał poziom. Czy nie?
Jakoś się udało sytuację opanować, mama wróciła do domu.
Kolejne dni gonitwa albo ślęczenie przy komputerze. Nie będzie mnie dwa tygodnie, więc wiele spraw trzeba pozałatwiać tak, żeby moja nieobecność nie oznaczała zawalenia spraw ani terminów. Cały czas robię listy, co kupić, gdzie pojechać, a to samochód do NCT, a to klucze do biblioteki, bo mam zastępstwo za siebie podczas mojej nieobecności, upominki dla znajomych i bliskich w Polsce (drobne, bo oczywiście kasy brak), coś tam trzeba napisać, coś wysłać, zadzwonić, pojechać, pomóc, uprać, spakować niezliczoną ilość niezbędnych rzeczy, czyli mały MediaMarkt jak to określił Witkowski w Drwalu - ładowarki, szczoteczki elektryczne, przełączniki do gniazdek, komórka na Polskę, baterie, aparat fotograficzny itp. Kable, kable i jeszcze raz kable. Leki - wykupić, odliczyć na wyjazd, przepakować, bo w tych blisterach za dużo miejsca zajmują, zajęło mi to godzinę. Mąż się śmiał ze mnie, jakby było z czego.
Milion spraw i rzeczy do spamiętania. Notes pęka od numerów telefonów i listy rzeczy do załatwienia. Wymiana maili trwa, ustalanie, uzgadnianie, wiadomo jak to jest.
Czasem jest mi smutno, stresa mam wielkiego, nawet jak piszę, to mam taki mętlik w głowie, że mi trudno zdania klecić. Łapię momenty, które mnie wydobywają z otchłani tego stresu. Wygrałam książkę na FB u Marii Ulatowskiej, zaraz potem okazało się, że też drugą do mnie poleci. Inna pisarka powiadomiła mnie o wysłaniu swojej nowej powieści, a to na sto procent będzie hit, więc radość równie wielka. Zadzwoniła córka, że dostała praktykę na lato w bardzo dobrym studiu graficznym, co zwiększa bardzo jej szanse na zdobycie dobrej pracy - myślałam, że zemdleję ze szczęscia. Kilka dni potem dowiedziała się, że jej pisemna praca dyplomowa jest tak dobra, że może brać udział w konkursie międzynarodowym. Duma, chociaż nie ma w tym mojej zasługi, ale dziecko przecież moje, krew moja, to się podłączę do 'świętowania'.
I tak dobre momenty przeplatają się ze stresującymi, po prostu życie.
Jestem wdzięczna za każdy taki promyk słońca, za każdy przejaw życzliwości, a doświadczam tego dużo ostatnio, aż nie wiem, czy zasługuję.
O wizycie Kate i jej męża jeszcze chciałam opowiedzieć, ale to już może jutro.

sobota, 21 kwietnia 2012

Samochwała w kącie stała. Wpis łączony z Notatkami Coolturalnymi


To jest okładka książki, która się właśnie ukazała. Małgorzata Gutowska-Adamczyk rozmawia z czytelniczkami. Jedną z pięciu dziewczyn, kobiet powinnam może powiedzieć, ale w ten sposób czuję się młodsza, byłam ja. W tej książce rozmawiamy o tym, o czym często rozprawia się przy kawie z przyjaciółkami - o życiu, związkach, religii, feminizmie, dzieciach,  uczuciach, rozstaniach, szczęściu i przyjaźni oraz wielu innych sprawach. Powstała książka ważna dla nas, co oczywiste, bo przecież każda wypowiedź okupiona jest godzinami przemyśleń, ale mam nadzieję, że również i dla wielu z Was. Nie raz jest tak, że człowiek ma coś w tyle głowy, ale nie ma z kim tego obgadać. Czytając tę książkę, możecie to z nami 'obczytać'.
Emocje towarzyszące wydaniu takiej książki są wielkie. Najpierw w zaciszu domu obmyśliwałam, co bym chciała Wam powiedzieć, 'rozmawiałam' z dziewczynami na kartach dokumentu Worda, zapomniałam wręcz, do czego to wszystko zmierza, a potem zobaczyłam to wydane na kilkuset stronach i mi dech zaparło. Słowo, myśl - książką się stały.
Miłego czytania, jeśli się skusicie. 

Gdyby się tak stało, że kogoś poruszy omawiany tam temat, mam nadzieję, że będziemy mogli o tym tutaj podyskutować.

(tym razem zamieściłam ten sam wpis, co na moich Notatkach Coolturalnych, bo zakładam, że nie wszyscy tam zaglądacie. Jak chwalić się, to na całego)

niedziela, 15 kwietnia 2012

'Nim stanie się tak' poprawia nastrój, rowery tym bardziej


Są takie piosenki, których tekst jest równie ważny, jak nie ważniejszy, jak muzyka. I tak słucham sobie właśnie piosenki, która jest dowodem na tę tezę. To ona mnie znalazła, szukałam czegoś w sieci i mi wpadła 'na kolana' z okrzykiem - posłuchaj mnie kobieto. Może to rozanielony wzrok Anioła z Krakowa, czyli Globisza, zwrócił moją uwagę? Nie wiem. Ale pasuje do mojego nastroju jak nic innego.

Dzisiaj pierwszy raz jechałam rowerem po drodze. Jestem dumna, że nie dostałam przy tym zawału, chociaż panikę siałam nieziemską. Mąż jechał przede mną i ciągle mi jakieś wskazówki dawał, nic nie słyszałam co mówi. Wiadomo, jak ktoś jest niepewnym rowerzystą, nie może robić wielu rzeczy na raz, a już na pewno nie może słuchać, wykonywać polecenia, jechać tak, zeby się pod samochód nie wrypać, nie wywalić na mordę itp. Do tego miałam po raz pierwszy w życiu kask na łbie. Jestem dziecko komuny, jeździłam składakiem z górki na pazurki, bez kasku lata całe i żyję, do tego głowa ma się dobrze, a teraz oczywiście nie można, bo zginiesz marnie kobieto, albo warzywem będziesz. Zastanawiam się jak w siermiężnych czasach bezkaskowych ludzie żywi wychodzili z przejażdżki dwukołowcem do lasu czy na działkę?
No nic, jadę. Nie przyzwyczajona do mienia czegokolwiek na głowie, bo nie noszę czapek, chustek, nic zupełnie, z poczuciem głupkowatości, bo niestety w czymkolwiek na głowie wyglądam jak kierowca traktora z PGR i nie jestem pewna, czy w tym momencie nie obrażam traktorzysty, modlę się jednocześnie, żeby nie fiknąć w prawo pod samochód, żeby pies nie wpadł pod rower męża, czy podjadę pod górkę, czy się z górki nie zabiję, czy ten facet idący pół kilometra dalej nie wejdzie mi pod koła.... Typowy zamartwiacz mi się włączył. I panikarz. I czerwony burak w kasku. Bo oczywiście po dłuższej jeździe natychmiast tak wyglądam.
No, ale przejechaliśmy wzdłuż jeziora spory kawał, w tej i z powrotem to było ok 4 km, co dla mnie wyczyn nie lada, bo po drodze jeszcze nie jechałam tak daleko. A piękny to szlak, w dół, w górę, po lewej woda, potem po prawej, tama i przystań na łódki. Mieliśmy kilka przystanków, żeby pies dał radę i samochody przejechały, jedne dłuższy, to znaczy może z 5 minut, Franio się wody napił, i dalej z powrotem, biegiem za mężem na rowerze. Jechał wolno, przecież nie chciał psa ochwacić, że się tak wyrażę, a i tak pod koniec biedny pies zygzakami biegł. Teraz Franiu leży nieżywy na łóżku, nawet mi zabaweczki w celu włożenia ciasteczkowej kości do tejże, nie przynosi. I dobrze, spokój będzie tego wieczora. On ma tyle energii, ze bez problemu tę trasę z przerwami zrobił, nawet potem jeszcze tu podrygiwał, ale teraz już śpi.
W ogóle dzielna jestem, bo jak rowerem nie jeżdżę, to biorę Franka na smycz i chodzimy. Czasem nawet z dziećmi, a czasem tylko z książką w uszach. Nie odpuszczam.
I dietę też trzymam, nawet sobie różne rzeczy wymyślam. Ostatnio mnie na słodkości wzięło, to sobie nasmażyłam placuszków z twarogu chudego z otrębami i jajami, taka masa. Wyszły piękniste i do tego na suchej prawie patelni (naleśnikowej), dosłownie maźniętej tylko olejem. Pychota. Nawet lepsze niż z mąką.  Dzisiaj do mięsa z grillowej patelni mieliśmy placuszki z cukinii tartej, do tego też otręby, jaja i ser żółty light plus cebulka. Zamiast ziemniaków to zjedliśmy. Jak mnie dopadnie na słodkie to kostka czarnej czekolady starczy.
No czyż ja nie jestem po prostu odchudzacz znakomity?
Jeśli chodzi o ubytek kilogramów, to biorąc pod uwagę święta, nie jest źle, bo trzy kilogramy mi ubyło od czasu blokady wagowej. Ale przed świętami zastosowałam 6 dni diety oczyszczającej. Masakra dla mnie akurat, bo miałam wtedy kosmiczny kryzys. Ale wraz z dobrą pogodą, widzę światełko w tunelu.

Poza tym dodam, że Wasz komentarze dają mi tyle siły, że normalnie szok. Nie sądziłam, że czyjeś słowa mogą tyle zdziałać. Co daje mi do myślenia, bo mogą też zabijać ducha, trzeba więc uważać, co się do kogo mówi, bo kto wie, czy i ja kiedyś komuś siły nie dodam? W każdym razie nie chciałabym nieumyślnie odjąć.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Pół dnia uprawiałam sport, ciekawe ile spaliłam? A poza tym trochę Wielkanocnie jeszcze

Starałam się nie jeść za dużo w te święta. Przynajmniej nie to, co zakazane. Różnie mi to wychodziło, raz twarda byłam jak Wasilewska, raz grzeszna jak Magdalena (co podobno taka nie była, ale ją wrobili na użytek). Generalnie nie wypadło to źle. Swój chleb upiekłam, orkiszowy, pół-pełnoziarnisty, bułek nie było.
Najgorszy dla diety był pomysł z upieczeniem sconesów, do których okazało się, ze mamy trochę śmietanki, pozostałej po pieczeniu sernika i ją zaraz ubiliśmy. Dwie łyżeczki zjadłam, do tego konfitury.
Sconesy piekłyśmy poza programem, żeby pokazać Gosi, co u nas w gościach była, jak to się robi.
Córka wystąpiła w roli prezenterki.

Święta wypadły wspaniale. W sobotę przyjechał Mark, Miśki partner,  po mszy rezurekcyjnej, która u nas jest o 21-szej, graliśmy w karty popijające Ginger Joe i West Coast Coolera. Rano przygotowaliśmy gremialnie śniadanie, bez pośpiechu go spozyliśmy, a po 14tej przyjechały Marciny z Igą i Tosią, szalenie kochańskimi dzieciakami. Jakbym miała gwarancję, że moje kolejne dzieci by takie były, to bym sobie normalnie na starość jeszcze jedno urodziła. Ale pewności nie ma cholerka, to się zadowalam, do czasu wnuków, Tosiakiem i Igulcem.  Przed świętami dostałam od nich takiego oto zająca


Michalina posiała rzeżuchę, a od Gosi dostaliśmy pisanki, dla każdego po jednej.




Na początku wydawało się, że nie będziemy mieli jak pojechać na plażę, bo pogoda była pod psem, ale się przejaśniło i mimo wiatru, zdecydowaliśmy się na spacer. Metrowa Tosia uczyła się od dwumetrowego Wojtka rzucać piłkę psu. Gdybyście nie wiedzieli, to jest Wojtek Tosi. Albo Tosia Wojtka :-)


 Pies ganiał za piłką do czasu, kiedy zobaczył skały na końcu plaży, skacze po nich jak kozica, mimo uwielbienia dla okrągłego przedmiotu w kolorze jaskrawej zieleni, musiał tam pobiec chociaż na chwilę.


A po skończonym spacerku, jeszcze przed pójściem do samochodu, pan i jego pies odpoczywają na ławeczce. 

Udana to była wizyta, dom pełen ludzi, jedni w pokoju, inni w kuchni, jedzenie, pieczenie, rozmowy, śmiechy i gwar, tak sobie wyobrażam dobrze spędzone święta. A wieczorem zasiadłam jeszcze dokończyć 'Bratnie dusze' Hanny Cygler, powieść w sam raz na taki wieczór.
W poniedziałek miałam zamiar utonąć w lekturze kolejnej książki, tym razem Ziomeckiego Mr Pebble i Gruda, która od pierwszych stron złapała mnie w swoje szpony, ale moje dzieci zaproponowały mi partyjkę golfa. Na Wii podłączonym do telewizora. Luuudzie, że ja tego wcześniej nie odkryłam. Najpierw się bałam, ze nie będę umiała, bo ja nigdy w nic nie grałam na konsolach, ani nawet w komputerze. Ale po jakimś czasie wyczułam, jak działa kontroler i nawet dawałam radę. Potem przerzuciliśmy się na tenisa, ale nam coś nie wychodziło. Trochę graliśmy w kręgle, a skończyliśmy na koszykówce. Ale ubaw. Wszystko mnie boli. Nie wiem, kiedy minęło kilka godzin, Wojtek mówi, że pięć, ale ja myślę, że zaledwie trzy. Co ja mówię, zaledwie. Trzy godziny skakania, machania, kręcenie biodrami i co tam jeszcze. Wiecie, wielkiego spadku wagi z tego nie będzie, ale co przeponę śmiechem poćwiczyłam to moje. A i endorfin założę się, wydzieliło się całkiem sporo.

sobota, 7 kwietnia 2012

Were You There When They Crucified My Lord

Where You There śpiewana przez Mahalię Jackson (nie wstawia mi się, kliknijcie na link)



(wklejam w dwóch wersjach do wyboru - wyżej piękna Mahalii Jackson, a niżej podniosła - śpiewana przez największy chór męski świata)

Dzisiaj dzień pełen zadumy. Zawsze dziwi mnie, jak inaczej jest on obchodzony w kościele w Irlandii. O godzinie 15 prawie, że zamarło całe moje miasteczko. Nawet największe sklepy zostały zamknięte. Nie wszystkie, bo Lidl i Aldi chyba nie, ale inne markety z irlandzkich sieci, tak. Wszyscy przybyli do kościoła na mszę. Najpierw została odczytana z podziałem na role scena, kiedy przychodzą po Jezusa, sądzą go i umiera na krzyżu. Potem każdy, jeden po drugim, podchodził do krzyża go ucałować. Wtedy chór śpiewa piękną pieśń Where You There When They Crucified My Lord (Czy byłeś tam, kiedy ukrzyżowali mojego Pana?) - zawsze mi wtedy łzy w oczach stają. I mam gęsią skórkę. Nie ma wiele takich pieśni, które tak na mnie działają, ale ta zawsze mnie wzrusza i wprowadza w klimat tej niezwykłej mszy. Nigdy nie śpiewam w tutejszym kościele, nie mam też takiego głosu, żeby było się czym popisać, zresztą tutaj wierni nie śpiewają, robi to chór. Ale tę jedną, raz w roku, śpiewam razem z nimi, nie żebym trele na cały kościól uprawiała, tak pod nosem. Posłuchajcie, jeśli macie ochotę, wkleiłam ją powyżej.

W Polsce w ten dzień nie przyjmuje się komunii, ale tu tak, zaraz po tym, jak wszyscy ucałują krzyż, ksiądz idzie po kielichy z komunikantami i podaje każdemu, kto chce przystąpić. Dzieci są błogosławione.
Potem kielich wraca do zakrystii, ołtarz pozostaje goły, bez żadnych ozdób, świec i nakrycia, u nas jest kamienny, więc to robi wrażenie, symbolizuje grób pański.  Wszyscy w absolutnej ciszy wychodzą z kościoła.
Jutro o 21 msza rezurekcyjna. Przy wejściu, jak zawsze, dostaniemy świece do ręki, kościół będzie ciemny, tylko te świece będą dawały światło. A kiedy ksiądz ogłosi zmartwychwstanie, zabłysną światła.
Brakuje mi porannej mszy, kiedy wszystkie dzwony dzwonią, ale i ta jest piękna i ma swoje plusy. Przede wszystkim takie, że nie trzeba się rano zrywać.

Po mszy wróciłam do domu gotować. Nie szaleję w tym roku ze względu na dietę, ale kilka potraw odchudzonych lekko będzie, ciasto z książki dietetycznej pani Makarowskiej, no i oczywiście faszerowane jajka, które wszyscy lubimy, a jeszcze-nie-zięć zamawia co roku.
Michalina dzisiaj u jeszcze-nie-teściów gra w karty, a jutro u nas Marek zostaje, bo od rana w niedzielę wiadomo, śniadamy.

KOCHANI - WESOŁYCH ŚWIĄT !

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Ćwiczenia, głównie silnej woli, która jest słaba, ale i mięśni, które wcale silniejsze nie są

Dzięcię mi to zdjęcie pokazało i się zakochałam. Bo to ja, wypisz wymaluj, i to nie na górze niestety, ale na dole.
Tak mi dobrze szło, jak nie rower to chodzenie, pies mój wysportowany się zrobił i giętki jak baletnica, bo go na smycz biorę i maszerujemy, ale dzisiaj deszcz padał i nie dałam się wyciągnąć. Samej sobie, bo nikt mnie nie namawiał, wręcz przeciwnie, zakutali się w koce, film sobie zapodaliśmy i tak cały dzień się przewalaliśmy po kanapach i fotelach, z książką lub gapiąc się w ekran TV. Jak na złość puścili dzisiaj francuską komedię z Depardieu i Reno, śmieszna strasznie, w takim starym, 'define' stylu, uśmialiśmy się jak norki. Potem dalej padało, i skończyło się na pozycji relaksacyjnej, czyli dolnej. Chociaż oczekiwania mam jak wyżej.
Fajnie, kiedy córka jest, bo wtedy syn też więcej z nami. Dzisiaj zaliczylam przedostatnią część sagi o wampirach, tej co się Zaćmieniem zaczyna. Moim zdaniem najgorsza z nich wszystkich, zmęczenie materiału widać, ale cóż, nie dla dorosłych ją stworzyli, mogę się nie znać.
Jutro mąż idzie do pracy po urlopie, który miał udany i spędził w ogrodzie. Będzie nerwowo. Wszyscy święci, Jezusie i Józefie, ratujcie.

sobota, 31 marca 2012

Słońca przypekanie, syna pępowiny odcinanie, święta tuż tuż

Pisałam już na Notatkach Coolturalnych, ale jeszcze jednym zdaniem powtórzę dla tych, którzy tam nie zaglądają, że taka jestem odrętwiała, że nawet nie czytam. A ci, co mnie znają, wiedzą, że u mnie nieczytanie jest objawem najwyższej nieprawidłowości w funkcjonowaniu, jaka może u mnie wystąpić. Ja nawet podczas porodu czytałam. Nie powiem, żeby sto stron zaliczyła, ale jeden rozdział z przerwami tak (Chmielewska to była, ale nie pamiętam dokładnie która, bo miałam ze sobą kilka). Jakiś niepokój w nogach mam, może te zmiany pogody tak działają. Lato w marcu, wieczorami wręcz mroźno, usiedzieć nie mogę, a jak przykrywam się kocem, zasypiam.
Oglądam dużo telewizji teraz. Z synem nowy serial Alcatraz na Sky. Wynajduję, żeby coś razem z nim robić, bo już pępowinę odcina i coraz go mniej wokół.

A poza tym mam szósty dzień diety oczyszczającej, która ma podobno coś ruszyć. Słaba jestem i zła non stop. Piszę o tym, bo może ktoś jeszcze też próbuje się odchudzać i mu potrzebne takie wsparcie, że nie tylko on/ona się męczy. Mnie pomogło obejrzenie w Dzień Dobry TVN jednej z dziennikarek, która też się odchudza, ćwiczy więcej niz ja i też jej waga stoi. Prowadzi program Wiem, co jem, więc w pracy dużo pokus. Jak człowiek posłucha czyjejś historii, to potem cieszy się, że to normalne. A gdybym nie oglądała, to bym myślała, że to ze mną coś nie tak i zarzuciła dietę.
Brakuje mi chleba. Przyznaję się, że lubię, nie wiedziałam, że aż tak, bo jak sobie nie odmawiałam, to znowu tak dużo nie jadłam. Ale jednak codziennie ze dwie kromki tak. To już nie muszą być chrupiące bułeczki, ale soda bread lub ciemny ze słonecznikiem, mniam

Przyjechała do domu córka, tak się cieszę. Kilka tygodni się nie widziałyśmy. Ja dobrze mieć wszystkich w domu, oboje dzieci, planować święta i spędzać razem czas.
Tylko wtedy jeść się chce, bo my lubimy pichcić.
Trzeba jakieś dietetyczne potrawy zamiast naszych ulubionych ciast, sconesów i mufinek.
Wczoraj kupiła humus z cebulą prażoną w Tesco i on jest taki pyszny, że się muszę po łapach bić, żeby lodówki nie otwierać. No i zaczęli czekoladową Philadelpię produkować, wszystko przeciwko mnie, haha.

Pogoda była piękna, najpierw lato w marcu, potem trochę zimno, a dzisiaj zimno, ale za to słonecznie.
Sprzątania specjalnego na święta nie robię, mam to gdzieś. Zasłonki popiorę w maju, dywanów też zrywać nie będę, córka jest, wolę z nią pobyć.

No, ale coś tam trzeba pozamiatać, więc sobie idę.

poniedziałek, 26 marca 2012

Jedzenie na niby, zachwyty nad piekarnikami, a pogoda zupełnie jak w lecie

Dzisiaj zaostrzona dieta, bo się coś zwolniło to moje tracenie wagi, więc mam 6 dni takiej, co ma ruszyć. Biedna ja. Jedzenie nawet pyszne, ale mnie się coś łakomstwo włączyło. Może być, że te moje dni się zbliżają, co ich nie mam, bo Mirena. W każdym razie lodówką bym trzaskała non stop.

Żeby sobie poprawić nastrój zaczęłam przemyśliwać, co zrobić na Wielkanoc, ale żeby było nie obciążające żołądka, nie tuczące, a pyszne i tak. Czytałam drugi tom książki, gdzie są takie przepisy, czytałam różne swoje i zastanawiałam się, co mogę zmienić w nich, żeby je odchudzić.
A jak o gotowaniu, to się oczywiście wywiązała dyskusja (bo mąż ma urlop i w domu) na temat nowego piekarnika. Już dawno zdecydowaliśmy, że ten, który mamy jest do kitu i trzeba go zmienić. Niczego nie kupuję ad hoc, muszę pomyśleć, poczytać, zastanowić się.
Piekarniki teraz są zupełnie inne od tych, które były dostępne kiedyś. Przekonałam się o tym czytając opisy kolejnych typów. Jedno było pewne, ze to musiał być piekarnik do zabudowy bo takie właśnie u nas wchodzi w grę. Czego ja się dowiedziałam, nie wiedziałam, że takie funkcje mogą być - wyrastanie ciasta, do chleba i do pizzy, turbo grill, dół góra, lub tylko góry, tylko dół, turboobieg to wiedziałam, ale o innych nie.
Szukałam takiego, co będzie miał jeszcze parowe pieczenie, ale te to chyba trudno znaleźć, a jak tak, to drogie.
A, no i koniecznie elektryczny piekarnik musi to być, ale czy ktoś w ogóle używa jeszcze gazowego?
Z godzinę spędziłam czytając o tym i myślę, że już wiem, czego szukać.

Pogoda u nas jak w lecie. Mąż w ogrodzie, planowanie, szukanie nowych rozwiązań, przygotowania do sezonu. Z okazji urodzin, które dzisiaj ma, a sadzonki zamówione w prezencie jeszcze nie dotarły, zaprosiłam specjalistę do ogrodu, żeby poradziła, co można zmienić albo zrobić lepiej i odpowiedziała na wszystkie pytania. Musiałam przy tym być, żeby tłumaczyć, jakby utknęli językowo. Zmęczyło mnie to, bo ogród to zdecydowanie 'not my cup of tea'.
Mam nadzieję, że pogoda się utrzyma jeszcze kilka dni.

sobota, 24 marca 2012

Nie wierzę w bałagan

Nie ma to jak dobrze, uczciwie przepracowany dzień w domu. Sprzątaliśmy z synem górę domu, czyli jego i córki królestwo. On sobie tam co tydzień sprząta sam, ale wiadomi, młody jest, uczy sie dopiero, więc co jakiś czas wchodzę na wyżyny i razem porządkujemy wszystko. Oczywiście wynieśliśmy cały wór za małych na niego ciuchów, przy okazji konstatując, że nic mu nie zostało. Drugi wór papierów i innych śmieci plastikowo, kartonowych. Powymiatane, poukładane, pościel przetrzepana, przewietrzone. Podoba mi się taka robota. A przy okazji spędziłam czas z synem, bezcenne. Ten, kto ma w domu dziecko powyżej 15 roku życia ten wie. W tym wieku to się już ze starymi za dużo czasu nie spędza, odcina się pępowinę i wystarczy, ze gdzieś tam są, ale żeby na nich wisieć to nie. A ja bym jeszcze chciała. No cóż, jakoś się muszą wprawiać w samodzielności. Dlatego takie dni, jak ten, bardzo sobie cenię, bo można pożartować, pogadać. O ile mnie kurwica nie strzeli, bo czasem jak wywlekam skarpety spod łóżka, to się zdarza. Ale staram się hamować i tłumaczyć, że odłożenie rzeczy byle gdzie zajmuje dokładnie tyle samo czasu, co odłożenie go we właściwe miejsce. A utrzymywanie porządku ułatwia życie. Takie jest moje zdanie i niech mi ktoś tu nie zaczyna o bałaganie artystycznym i innych bzdurach. Nie ma czegoś takiego, jest albo bałagan, albo porządek.
I nie wierzę, że bałagan może przynosić coś dobrego, twórczego. Luz można osiągnąć również w czystym otoczeniu. 

Po 16tej syn poszedł do szkoły koncertować (jakieś występy kapel tam były, między innymi jego), mąż w pracy dziś do późna, a ja pozmywałam po obiedzie, na końcu wszystkie podłogi, potem prysznic, a teraz siedzę w pachnącym domu i cały wieczór przede mną.
Uwielbiam to.
Miłego weekendu

wtorek, 20 marca 2012

Chyba jednak nie lubię przesadnie wychudzonych mężczyzn

Od jakiegoś czasu obserwuję 'plagę' świeżo odchudzonych facetów w telewizji. Celebrytów, jak niektórzy ich nazywają. Ostatnio podczas premiery nowego Klosa, skrzywiona jakbym starą szynkę wąchała, przysłuchiwałam się wypowiedzi Kota. Właściwie nic z niej nie słyszałam, bo się wgapiałam w jakiegoś patyczaka, który kiedyś Kotem był. Takim mniamuśnym, zadowolonym Kotem, a teraz co? Łeb na chudej szyjce, sterczące ramionka, za długie nogi, za długie ręce, ciuchy za duże, chociaż marynarka widać nowa, opięta. Te ciuchy to raczej u Kuby jakieś takie większe niż zawartość.
Na tej samej premierze przemknął gdzieś Mecwaldowski, którego uwielbiam, a kiedyś wydawał mi się idealny gabarytowo. I co widzę? Znowu chuda szyjka, główka się kiwa, ramionka wąziutkie, klata skromniutka, rozmiar XS.
W kilku serialach przewija się też Robert Gonera. Kiedyś przystojny, postawny facet, teraz, dzięki dbałości o formę zapewne, chuda szyjka, zapadnięta klata, zanik brody.
Ja pierdzielę, czy oni wszyscy mają tego samego trenera i dietetyka?

Zakładam, że żaden z panów nie jest chory, jeśli tak, to przepraszam. Panowie jednak za dobrze na chorych wyglądają, stąd moje przypuszczenia, że to nowomoda, żeby się wychudzić i 'ozdrowić'.

Sami wiecie, jeśli czytacie, jak ja tu walczę o każdy kilogram w dół. Wiele bym dała, żeby być chudą laską, ale jak sie okazuje, panów to ja wolę jednak nie tak całkiem bez grama ciała.

Kurczę, nad Kotem to ja dzisiaj ręce załamałam.

Ja poproszę o umiar, bo niedługo te wszystkie telewizory szerokoekranowe z panoramicznym obrazem na psu budę będą, jakieś przecinki się będę przemykać w filmach i trzeba będzie obraz zmieniać, żeby w ogóle coś zobaczyć.

Edytuję - bo widzę, że mogłam być opacznie zrozumiana - nie przeszkadzają mi szczupli mężczyźni, urodzeni jako chudzielce. Nic na to nie poradzą, a i styl mają wtedy taki, że umieją 'to nosić'. Szokuje mnie jedynie schodzenie z, moim zdaniem, idealnego rozmiaru o kilka w dół, epatowanie przesadną chudością tak, jakby to była jedyna słuszna obecnie opcja. Dotyczy to też kobiet, które były seksowne i smakowicie zaokrąglone (ale nadal szczupłe), a teraz prezentują dumnie ciało deski do prasowania. Dumnie, bo to naprawdę wygląda na modę i uznają to za osiągnięcie.
Komentuję samo zjawisko, odbiegając od kwestii postrzegania ludzi przez pryzmat ich osobowości. Ja lubię ludzi i nie chodzi tu o to, że ich znielubiłam, komentuję po prostu pewne zjawisko, które mnie niepokoi.

Myślałam, że ci, którzy mnie tu czytają, znają mnie na tyle, żeby nie zarzucać mi małostkowości, ale boję się jednak, że tak może się stać, stąd to tłumaczenie.

niedziela, 18 marca 2012

Poloneza część druga, piwonia powraca, a w Irlandii moje dziś święto

Od rana same przyjemności. Bo w Irlandii dzisiaj Dzień Matki. On tu jest ruchomy, zawsze pierwsza niedziela po Św. Patryku.
Syn raniutko ułożył na stole kwiaty, kartki i prezenty, marcepanowe batoniki w czarnej czekoladzie, ciasteczka moje ulubione (mały grzeszek z okazji święta), książkę z dietetycznymi przepisami, był jeszcze pokrowiec do mojego telefonu, ale już go założyłam i stąd go brak. Kartki mają piękne życzenia, tradycyjnie już popłakałam się, kiedy je czytałam. Był też telefon od córci i uściski od syna, omlet od męża.


 Potem odrobina lenistwa porannego, w wykonaniu psa największe. Jak nikt nie patrzy, to on się tam w plamie słońca kładzie, na stole właśnie. Skubaniec.


z innego kąta robione, widać jak on wycyrklował, żeby w największą plamę słońca cielsko ułożyć. 

Muszę czymś ten stół zacząć przykrywać, kiedy mnie w domu nie ma. 
Jak jestem też, jak widać na załączonym obrazku.
Ale niech mu tam, nie mam sumienia mu odmawiać. 

A po południu na rower. Tyłek nadal boli jak po zbiorowym gwałcie, ale trzeba się przemóc, bo inaczej nigdy go nie zahartuję, haha. Znowu 40 minut na rowerze, trochę lepiej dzisiaj, chociaż o pełnej sprawności mówić jeszcze nie mogę, nadal mam śmierć w oczach, kiedy skręcam i widzę koniec drogi, czy pobocze, nigdy nie wiem, czy dam radę się zmieścić. Poza tym zjazd z górki też zawał gotowy. Ale się nie daję. 
Byłam w Lidlu kupić żelowe siodełko, to znaczy pokrowiec na nie, ale wykupione i odeszłam z kwitkiem. To znaczy z nóżką do roweru, więc niezupełnie z kwitkiem. 

A po jeździe znowu 'polonez', trzy kroki przykuc, trzy kroki przykuc. No i gęba czerwona jakbym wylewu dostała na twarz, haha. 

Chyba na plażę jeszcze pojedziemy, bo piękna pogoda. Pies był z nami na rowerach i padł w samochodzie śpi, lubi tam. 
Piękny ten dzień mamy, żeby jeszcze tylko córka była, ale w tym roku nie dało rady. 

 

sobota, 17 marca 2012

Mówcie mi - PIWONIA

Bo jestem czerwona jak piwonia po pierwszej przejażdżce na rowerze. Piękny dzień dzisiaj, ale oczywiście kiedy wyjechałam do miasta na moim niebieskim rumaku, a wcześniej wywiesiłam pranie, musiało zacząć padać. Ledwo weszła do domu, słońce. Zwariować można.

Małżon przygotował rowery, do swojego przytroczył koszyk, w którym zaplanował sobie umieścić Frania.
Nie dość, że pierwszy raz po dziestu latach siedziałam na rowerze, to jeszcze obok miałam krążącego syna, który chciał mi asystować i jakby co ratować (czyli krzyczeć wniebogłosy - call 991), a mnie się wydawało, ze się ze mnie nabija, i jeszcze Małżon krążył gdzieś w oddali z psem, który biegł na smyczy obok roweru, co mnie dodatkowo dekoncentrowało. No, ale wiadomo, lichej baletnicy, rąbek u spódnicy i te sprawy.

Pierwsze siedzenie na rowerze to była masakra. Nie umiałam utrzymać równowagi, siodełko wpiło mi się - żeby tylko w tyłek. Siodełko miałam za wysoko, a potem, po poprawce małżona, który zawsze zwarty i gotowy wyjął klucze z kieszeni i obniżył - za nisko. Rąbek :-)

Jak opanowałam jechanie na wprost, to wpadłam w panikę jadąc z górki, bo ja jestem dziecko komuny i tylko składakiem umiem, a tam hamowanie pedałami do tyłu. Na moim zaczęłam do tyłu i sobie pokręciłam tylko, bo hamulce w rękach. Masakra, bo ja nie pamiętam o rękach, kiedy hamuję, tylko robię najpierw młynki pedałami. I obłęd w oczach, bo pędzę i nie wiem, jak się zatrzymać. Ale i to opanowałam. Pod górę musiałam iść, bo nie umiem jeszcze się obchodzić z przerzutkami, w ogóle nie wiem, do czego to ustrojstwo służy. Ja sobie muszę wszystko wyobrażać, a nie bardzo umiem sobie wydumać, jak ten mechanizm działa. Rąbek :-)

Pojechaliśmy do szkoły na parking, tam robiłam kółka. Wielkie kółka, jak na razie nie wyobrażam sobie wjechania w uliczkę, zakrętu 90 stopni czyli, mam wrażenie, że się 'nie złożę'. Trochę już wyczułam grę ciała na rowerze, jak się 'pokładać' na lewo i prawo, ale do wprawy pozwalającej na wyjazd na drogę jeszcze daleko.

W połowi wycieczki mąż wsadził Frania do koszyka, syn robił zdjęcia komórką podczas jazdy, więc wybaczcie palec odziany w rękawiczkę na nich




To jest debiut Frania w koszyku, nie polubił za bardzo, dwa raz próbował wyskoczyć, wprawdzie małżon go przywiązał, ale pies jeśli chce, to jak piskosz potrafi się jakoś wywinąć, że wisi w powietrzu i trzeba gwałtownie było dwa razy hamować, stawać i go poprawiać. Co mnie jeszcze bardziej dekoncentrowało, a musiałam trzymać się blisko męża, bo Franiu tylko pod warunkiem, że miał nas w komplecie, w zasięgu oka, w tym koszyku łaskawie wytrzymywał.

Wynik wycieczki jest taki, że się przekonałam, że moja kondycja jest zerowa, umiejętności jazdy na rowerze marne, skończyłam z obolałym krokiem, czerwoną gębą, spocona, ręce mi się trzęsą, a jak chodzę to takie przykuce łapię jakbym tańczyła poloneza. Ta-tadam- przykuc- tatatam-przykuc, tataratara-tatam - przykuc. Normalnie nogi mi się chwilami wyłączają. A byliśmy wszystkiego 40 minut z tego jeździłam może z pół godziny z przerwami na przechodzenie z rowerem między nogami przez ulicę :-) Żałosne to, ale frajdę miałam jak cholera. Jutro znowu jadę.

A dzisiaj u nas dzień Sw. Patryka. Nigdzie nie idę, dzieci już duże, na piwo nie mam ochoty, będę resztę dnia czytać, może pojadę na plażę?

czwartek, 15 marca 2012

Wyjazdy solą w sercu, a tablety zdobywają Sejm


Bilety do Polski kupione, polecę w maju, zanim się zacznie szaleństwo piłkarskie, zresztą nie byłoby mnie i tak stać w mistrzostw czas, a piłka interesuje mnie tyle, co uprawa amarantusa w Meksyku. Bardziej cieszy mnie możliwość odwiedzenia Targów Książki w Warszawie. No, ale tutaj nie ma co dyskutować, wszystko kwestia gustu i zainteresowań.
Za każdym razem, kiedy wybieram się do kraju, mam ambiwalentne uczucia.  Z jednej strony się cieszę, że zobaczę przyjaciół i znajomych, ale z drugiej przeżywam ogromny stres. Nigdy nie czuję się pozytywnie podekscytowana wyjazdem do Polski, na lotnisku zawsze mam gulę w gardle, a w samolocie z nerwów zasypiam. I to nie dlatego, że się boję latać, nic bardziej mylnego, uwielbiam. Poczytałabym sobie, ludzi po-podglądała, ale zamiast tego miętolę w nerwach kawałek bluzki i modlę się w duchu o rychły powrót. Bardzo zazdroszczę tym, którzy mają jasne i radosne układy rodzinne, na bieżąco latają w te i wewte do Polski i zawsze czynią to z radością.  Mój przypadek jest całkowitym przeciwieństwem niestety. Idę do samolotu, widzę ludzi zmierzających w przeciwną stronę do odbioru bagaży i wyjścia na dublińskie ulice i dodaję sobie otuchy – nie panikuj kobieto, za kilkanaście dni i ty będziesz szła tym korytarzem.  Po powrocie długo leczę nerwy. Przez długi czas myślałam, że jestem jedną z niewielu, jeśli nie jedyną, która tak ma, ale podczytuję blogi emigracyjne i ten problem nader często jest w nich poruszany, niezależnie od tego, czy to emigracja nowa, po przystąpieniu do Unii, czy dawna, w krajach Skandynawskich, Stanach Ameryki czy Wyspach. Tak to już jest, że niektórym nie jest łatwo. Dziwne te losy nasze.
I to nawet nie to, że odkąd tu jestem, odcinam się od kraju, bo to nie o Polskę chodzi, chociaż też, ale głównie o trudno rozwiązywalne problemy, które w kraju zawsze na mnie czekają, nie inaczej. A, że przy okazji okazuje się, że już się odzwyczaiłam od niektórych rozwiązań u nas, od piętrzenia problemów w urzędach, albo wręcz odwrotnie, boję się na zapas, a okazuje się, że coś poszło jak z płatka, od strasznego traktowania w szpitalach, jeśli tam muszę, a muszę prawie zawsze; zapomniałam jak chamskie i wrogie potrafią być ekspedientki, że bileter w kinie nawet bywa nieprzyjemny, a ja zupełnie się odzwyczaiłam od takich praktyk. A przecież żyję na co dzień sprawami mojego kraju, śledzę wiadomości, czytam komentarze, na bieżąco oglądam filmy i czytam interesujące mnie nowości wydawnicze oraz prasę. Polska jest we mnie cały czas i zupełnie nie rozumiem tych, którzy się całkiem odcinają od rodzimych produkcji, koncentrując się tylko i wyłącznie na zagranicznych. Z drugiej strony jeszcze bardziej nie rozumiem tych, którzy nic nie wiedzą o tym kraju, nie interesuje ich historia Irlandii, co się tu dzieje w kulturze czy sporcie, zależy co kto woli, co piszą w gazetach, programowo nie oglądają irlandzkich filmów, ani spektakli teatralnych. Wiem, że zwolennicy każdej z tych opcji mieliby dla mnie wiele argumentów, ale ja pozostaję przy swoim – złoty środek, czerpanie z obu kultur, jest najlepsze. Po co się ograniczać?
No właśnie, po co?  Posłowie i pracownicy polskiego Sejmu dostali iPady, ci to się na pewno nie ograniczają, 1.5 mln złotych wydano, żeby wyposażyć tych z lewa, prawa i w centrum, w tablety, które docelowo mają się zwrócić za dwa lata w mniejszych wydatkach na papier i drukowanie, a poza tym mają być dobrym przykładem ochrony środowiska.  Pierwsze, co sobie pewnie przeciętny czytelnik pomyśli to – ale farciarze, za darmola dostali, też bym tak chciał.  Ale nie wszyscy posłowie są zadowoleni. Wprawdzie tablety rozdają już od piątku 24go lutego, ale byli tacy, którzy wcale nie pobiegli kurcgalopkiem, żeby je odebrać. Poseł PSL Eugeniusz Kłopotek, wprawdzie nie narzekał, że nie będzie wiedział, jak to to używać, ale utyskiwał – „Nie odebrałem iPada. Bo po co mi to?. Jestem tradycjonalistą, nienawidzę tych wszystkich nowinek. Co to jest za czytanie gazety z internetu? Gazeta to musi być papier”. Poseł Biedroń za to, chociaż ma własny egzemplarz, był jednym z pierwszych do odbioru poselskiego, Kalisz podekscytowany używaniem nowinki, nie wiedział, gdzie dają?  Wierzy w to, że da radę, bo jak poradził sobie z innymi cyfrowymi urządzeniami, to dlaczego nie z iPadem? Poseł PO Jerzy Fedorowicz zauważa, jakbyśmy mieli wątpliwości, że należy do tzw. wyższej inteligencji – „Biorę takiego iPada i od razu wiem, o co chodzi, naciskam takie guziczki, a tam jest wszystko napisane”- chwali się. Wzrusza mnie to poruszenie. Jedni dają radę sami, inni poproszą dzieci i wnuki, jeszcze inni używają już od miesięcy i uznają wyższość urządzenia nad wydrukami papierowymi (z tym się nie da polemizować, można sobie wyobrazić, jakie tony papieru co roku zużywa się w Sejmie), ale mnie zastanawia – ile czasu minie zanim się dowiemy z gazet, programu Uwaga, albo od detektywa Rutkowskiego, że przetarg na tablety był przeprowadzony niezgodnie z zasadami i prawem? Mam nadzieję, że nigdy, ale jak tak śledzę aferę z zanieczyszczoną solą skierowaną do spożycia, to myślę, że wszystko jest możliwe.