wtorek, 26 czerwca 2012

Leków jak na lekarstwo, a erzace-farmaceuci to już smutna norma

Jednym z problemów mieszkania zagranicą jest fakt, że się człowiek nie może przyzwyczaić do leków i różnych suplementów sprzedawanych na miejscu, wciąż zachwala działanie i cudotwórcze możliwości różnych syropów na kaszel, tabletek na cerę, a polskie leki z bożej apteki i herbatki ziołowe to już w ogóle niezastąpione są. I pewnie tak jest w wielu przypadkach.
I ja jestem niewolnicą przyzwyczajeń. Nie stronię od nowości, na przykład takie leki homeopatyczne całkiem do mnie przemawiają, ale jak przyjdzie co do czego, czyli leczenia samego siebie hehe, to sięgam po najbardziej sprawdzone sposoby, od lat te same. Słusznie czy nie, to już inasza inszość, ale tak jest i nic na to nie poradzę. Pełno jest nowoczesnych leków na rozwolnienie na przykład, a ja węgiel i tak lubię mieć na podorędziu, kiedy zaczyna się sezon na grypę żołądkową w Irlandii.
W pierwszych latach ciągałam całą bożą i diabelską (bo koncerny farmaceutyczne coraz bardziej mi się jawią jako diabelskie nasienie) aptekę do Irlandii. Teraz już mniej tego, ale i tak przywlokłam jakieś suplementy diety przy odchudzaniu i na włosy i cerę. Czy to działa, nie mam pojęcia, ale w głowie mi jakoś lepiej, ze COŚ robię.
Niedawno zaczęły działać apteki internetowe, tutaj z polskimi lekami, i w kraju jak widzę też. Jak się zapatrujecie na takie zakupy, czy kupujecie w sieci leki (oczywiście mowa o aptekach, a nie o dziwnych substancjach z rąk prywatnych), czy nadal tylko tradycyjnie u pani magister?
A swoją drogą te panie magister to chyba coraz gorzej uczone. Kiedyś można było naprawdę poradę dostać, ale ostatnimi czasy młodzież za ladą króluje, a oni nie tylko nie wiedzą, co poradzić, ale nawet nie mają pojęcia, co sprzedają.
Ja mam taki zawsze kłopot w Polsce, to jest psychosomatyczne ze stresu, że mi najdalej po trzech dniach zaczynają puchnąć nogi (do rozmiarów niewyobrażalnych) i muszę brać leki na pozbycie się wody z organizmu, bo ją ewidentnie zatrzymuję.  Trzy apteki zaliczyłam zanim dowiedziałam się o specyfiku, żeby nie herbata ziołowa, bo nie miałam warunków jej przygotowywać, który mi pomoże, ziołowym do tego. Wszędzie on jest dostępny, nic to ani drogiego, ani wyjątkowego, ale narybek farmaceutyczny pozostawiony na włościach w aptece, wielkie oczy robił (połączone z gapowatym wyrazem twarzy i zupełnym brakiem jakiegoś odruchu, żeby gdzieś zajrzeć, podpytać), kiedy pytałam o poradę i pomoc. A przecież byłam w mieście odwiedzanym przez rzesze turystów i można się spodziewać takich pacjentów, czy klientów jak ja. Ech, degrengolada tego zawodu czy niedouczenie? Pamiętam jeszcze pana Kazia, zaprzyjaźnionego aptekarza, który na wszelkie bolączki miał odpowiedź, czy to zamiast lekarza, czy zanim się do niego człowiek dostał. A teraz? Szkoda gadać.Jak trafiłam na bardziej doświadczoną 'aptekarkę', to mnie próbowała na drogi specyfik naciągnąć, a wcześniej lekarka mamy powiedziała - tylko nie daj sobie wcisnąć x, poproś o y. Zdziwiona była, gdy spytałam, czy y za 3.80 nie będzie miał takiego samego działania, jak to drugie (za 22 zł).
Pomyślałam, że w takiej sytuacji korzystanie z apteki internetowej to wcale nie taki głupi pomysł, bo faktor ludzki nie jest już taki jak dawniej, to i wcale potrzebny nie jest.
Oczywiście mowa o lekach nie na receptę, bo to już całkiem inna historia.

piątek, 22 czerwca 2012

Limonczellowe znieczulenie działa, a widok od pasa w dół jest znacznie ważniejszy

Franek rozwleka po całym domu pudełka, które mu daję do wylizania. A to po śmietanie, a to jogurcie, czasem puszka po rybie. 'Myje je dokładnie, a potem wiadomo, do śmieci nie zanosi. Mąż nadepnął na pudełko plastikowe i połamał je na kawałeczki. Nie wszystko wyzbierał, co się w świetle dziennym okazało, postanowiłam pozbierać i jeden z ostrych odłamków plastiku zadziobał mnie pod paznokciem, miałam tam rankę, która pod koniec dnia, mimo, że nie była jakoś szczególnie zajątrzona, bolała okropnie. W sumie ból rozniósł się spod paznokcia na cały palec. W takich razach mąż mówi - do wrzątku z tym. Wiem, ze to pomaga i nie opierałam się, ale stałam nad tym wrzątkiem i jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić momentu zanurzenia palca w nim, takiego bolącego palca!
Małżon obok dodaje mi otuchy, a w ręku trzyma kieliszek (piękny, zgrabny i niewielki, z ręcznie rżniętego kryształu, który kupiłam w sklepie ze starociami za 2 euro i używam do takich napitków) cały wypełniony słodkim i mocnym Limoncello (włoskim likierem cytrynowym), który udało mi się kupić na dniu włoskim w Lidlu (oni mają czasem takie smaczki, ze szok). Ja palec do wrzątku, potem wrzask, a mąż mi limoncello w pysk. I znowu, palec-wrzątek-limoncello w pysk. Tak się zaczęliśmy z tego śmiać, że mnie od razu przestało boleć.
Upił mnie, bo mi wiele nie trzeba.
Palec przestał rwać, na drugi dzień nie było śladu po rance.
Metodę polecam.

Wczoraj wysłuchałam pani sędziny piłkarskiej, która spytana, czy zwraca uwagę na przystojnych piłkarzy portugalskich, z dziwną miną (nie kontrolowała wyrazu twarzy najwyraźniej), odpowiedziała, że dla niej nieważne jakie mają fryzury i jak wyglądają, jako sędzina zwraca uwagę raczej na to, co prezentują od pasa w dół. No pewnie, co tam będzie o fryzurach rozprawiać, wiadomo, nie włosy określają mężczyznę, tylko to co na dole.
A ja myślałam, ze też to, co ma we łbie.
Piłkarz też.

wtorek, 19 czerwca 2012

Śpiewać każdy może

Trochę lepiej, lub trochę gorzej, a ja niestety...nie mam talentu do tego. Ale kto by się tym przejmował w domu? Kto mi zabroni? Kiedy jestem sama, śpiewam tańczę, wyginam śmiało ciało.
Od wczoraj, to już wiecie, z Miką Urbaniak mi czas muzyczny leci. Przyczepiło się do mnie to Follow you i śpiewam w kuchni, pod prysznicem, w ogrodzie przechadzając się między kwiatami, ręką małżona ku uciesze żony sadzonymi - wszędzie. Fajnie mi z tą piosenką.
Rano odebrałam niepokojącego maila, od razu mi mina zrzedła. Musiałam jechać do urzędu pracy, jeszcze bardziej mi zrzedła. A potem zakupy. Nie lubię, więc zrzedła do cna.
Chodzę między ogórkami i słoikami i myślę - Kaśka ratuj się, nie dawaj się smutkowi.
Tak się w sobie zapadłam w tych myślach, że straciłam poczucie miejsca i czasu. Łatwo było, bo mało ludzi w sklepie się kręciło w tym czasie.
Wpadłam na pomysł, żeby dzisiaj zrobić naleśniki z mąki pełnoziarnistej z nadzieniem z chudego twarogu, grillowanej cukinii, cebuli i czegoś tam jeszcze, nie określiłam do końca. Do tego zupa krem pomidorowo-selerowo-paprykowa. Tak się zapaliłam do pomysłu kulinarnego, że wybierając warzywa, (przypominam nie pamiętam, gdzie jestem), zaczęłam śpiewać w głos, kręcąc do rytmu kuprem.

How in the sky, with no wings for me to fly, I will follow youuuuuuuu
or in the see with no air for me to breath I will follow youuuuuuuu...

A ponieważ nigdzie nie ma słów tej piosenki w sieci, albo nie miałam wystarczająco dużo cierpliwości, żeby je znaleźć, bo wiadomo, milion stron by trzeba było przelecieć, część znam, część nucę i dodaję jakieś 'łubadu, tralala, mmmm'
I zaraz mi się przypomina kawałek z książki Urszuli Dudziak, gdzie wspomina o zapisywaniu fonetycznym tekstów piosenek i do tego śpiewu i tańca dodatkowo zaczynam szczerzyć zęby w uśmiechu.

A jeszcze jest na tej płycie inna fajna piosenka na poprawę humoru - Don't speak too loud. Tyż pikna i skoczna. Tyż nie znam tekstu, co nie przeszkadza mi śpiewać

 no no no, nanana, I just want to feel your tender kiss, don't make a sound, lalala.

O dziwo pamiętam melodię do jednej i drugiej.
I tak chodze po sklepie, jaja do kosza -

szupada, szupadu I will follow youuuuuu, how can I (tu już nie pamiętam, czyli lalala, nanana).

I w pewnym momencie zauważyłam zdziwiony wzrok kobiety rozkładającej towar na półki i drugiej, stojącej obok półki z chlebem, która zamarła w pół ruchu, z ciastkiem nadzianym jabłkami, zawieszonym nad brązowa torebką. Tylko dziecko nie dziwiło się niczemu i podrygiwało w rytm (może za dużo powiedziane :-) melodii.

Nie ma to jak zrobić z siebie widowisko. Od razu mi się humor poprawił, śmiejąc się w głos, udając, że nic się nie stało i ja tak przecież codziennie o tej porze (a wy nie? mówił mój udający zdziwnienie wzrok), pognałam do kasy.

Teraz siedzę przy komputerze, ze słuchawkami na uszach, małżon drzemie przed telewizorem, znużyły go potyczki dziennikarzy z Grzegorzem Lato. A ja oczywiście mam Mikę w odtwarzaczu i słuchawki wi-fi.
Przestraszyłam się, bo nagle wpadł do pokoju z gałami na wierzchu, pomyślałam, że coś się stało. Zrywam słuchawki z głowy, a on - Jezu, tak strasznie jęczałaś, że się aż obudziłem.

Nikt nie docenia mojego talentu wokalnego. No nikt.
Jutro polski big beat - Ania Rusowicz. Na zakupy nie idę.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

I will follow you... lala, mmmm

Dziwny ten dzień. Zimno, to lato jest do niczego. Jak się robi ciepło, to zaraz wyłażą takie małe muszki (midges), które gryzą i wchodzą w każdą dziurę, nawet w oczodoły, nie wiadomo już, co lepsze. W każdym razie lata nie ma.

Ale zapach jest, taki jak w chłodniejszy polski dzień, mimo wszystko letni. Ziemia pachnie i gdzieś tam ścięta trawa też, bardzo intensywnie i jakoś tak 'wiejsko', chociaż ja na wsi nie jestem chowana, więc to tylko przypuszczenie. Albo tak, jak kiedyś na łące, gdzie jechaliśmy z dzieciakami rowerami, a potem się odpoczywało leżąc na plecach, obserwując ptaki i gadając o głupotach, wymyślaliśmy jakieś śmieszne historyjki i było jak w raju. Do domu wpadaliśmy tylko po to, żeby wziąć pajdę chleba ze śmietaną i cukrem. Albo z mielonką i ogórkiem, takim z krzaka sprzedawanym na wtorkowym lub piątkowym rynku. A śmietana też taka, że nóż w niej stał. I ścierką jechała, hehe.

Naszły mnie wspomnienia z dzieciństwa, bo czytam Mr. Pebble i Gruda, gdzie z każdej kartki wyziera przeszłość przaśna nasza PRL-owska. Ta, której nie pamiętam i ta doskonale mi znana.
I tak mnie na rozmyślania nad nadmiarem i przepychem tych czasów napadły. Naprawdę uważam, że 'less is more' czyli mniej znaczy więcej i zaczynam się zastanawiać, co by tu ograniczyć, odgruzować, zubożyć, żeby zrobić trochę miejsca, również w głowie.
My mówimy - bieda straszna teraz. Grzeszymy.
Gdy byliśmy młodzi, człowiek pożądał niby telefonu z okna do okna, z bloku do bloku, który był pokazany w jakiejś gazetce dla młodzieży, takiej o majsterkowaniu, dwie puszki i drut i będziemy mogły się z koleżanką komunikować wieczorami. Siedziałyśmy, ja w swoim oknie, ona w swoim i marzyłyśmy o rozmowie, a tylko mogłyśmy na siebie patrzeć. A matka by już z domu nie puściła. Telefon? Zapomnij. Nie o rachunki chodziło, nie miało się go w domu, albo był, ale w korytarzu na dole. Całymi dniami człowiek bawił się na podwórku, na rowerze lub u koleżanki w ogrodzie. Na książki się polowało, magnetofon szpulowy był rarytasem, kolorowy telewizor Rubin też (my kupiliśmy nasz na dożynki koszalińskie w 1975 r.). Żadne z nas nie było nigdy znudzone, sfrustrowane czy nabzdyczone. Czekaliśmy po prostu na kolejny dzień i na możlwość wspólnej zabawy, a to w szkołę,  a to w zbijaka, w gumę, milion ich było.

Rano, kiedy ścielę łóżko, niebezpiecznie blisko jednej jego strony mam regał z książkami. Akurat z wieży leciała piosenka z nowej płyty Miki Urbaniak Follow you. Fantastyczna jest ta dziewczyna. Sięgnęłam po książkę jej mamy, Urszuli Dudziak, o  jej życiu, początkach, śpiewaniu, ludziach, których poznała i się tak zachwyciłam, ze cały ranek Miki Urbaniak słuchałam, a 'Urszulę' czytałam.

                                       mama z córką - (fot. Krzysztof Opaliński) z portalu Polki.pl

Dzisiaj tak mogę, akurat mam czas, raz Dudziak, raz Mr.Pebble, rozerwana na strzępy, bo obie wyjątkowo. A o nadmiarze mówię, bo mam tyle książek do przeczytania, które mnie wołają, już natychmiast, do tego sieć, do tego filmy, muzyka, znajomi, informacje (nadmiar, dzisiaj postanowiłam nie słuchać, nie oglądać), dzieci, wrażenia, uśmiech, łzy - za dużo, bombardowana jestem tym wszystkim, nie mam czasu się zatrzymać. Less is more - powtarzam sobie (czytając dwie książki na raz, hehe).

A słucham Miki na zmianę z Imeldą May. Obie fenomenalne. I te książki wyjątkowe. W takich momentach jestem szczęśliwa.

niedziela, 17 czerwca 2012

Syndrom odstawienia idę 'rozjechać' na rowerze, a syn poległ na technice

Franciszku Smudo, co zrobiłeś z moją lubą, Franciszku Smuuuuuudo, co zrobiłeś z moją lubą - tak chodzi po domu i śpiewa mój mąż, na melodię Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało....
A stało się i ja teraz właśnie przechodzę syndrom odstawienia. Wczoraj nic nie powiedziałam, kiedy przegrali, bo się musiałam pozbierać. Wieczorem, jakby nigdy nic, napisałam notkę o nowej powieści Fryczkowskiej, poczytałam i udałam się na spoczynek. A rano zobaczyłam piłkarzy, którzy wyszli do kibiców, takich na maksa przygnębionych i się popłakałam. Na to małżon zareagował powyższą piosenką, co mnie najpierw rozsierdziło, ale potem jednak rozbawiło i mi łzy szybko obeschły.
Co jakiś czas TV pokazuje fragmenty ukazujące reakcje kibiców po zdobytych golach w poprzednich meczach i tego mi tylko brak, tego haju, na który sami, wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice, wszyscy się wznieśliśmy. Teraz mi żal tego uczucia, wrzasku milionów gardeł, który zagłuszałam własnym. Ja nie jestem jakoś szczególnie wylewna, a oglądając te gole darłam się najgłośniej z całej rodziny, aż się moje chłopaki ze mnie śmiali.
Nie, nie mam w sobie złości, bo to tylko sport, a ja kibicem jestem 'niedzielnym' a raczej Eurowo Mundialowym. Nie, nie będę teraz psów wieszać na reprezentacji i trenerze, bo tak to już jest, że byli słabsi i cudów nie ma.
Nie będę się teraz mądrzyć, ani mądrzących słuchać, nie przyznam racji Tomaszewskiemu, bo mnie jego postawa mierzi.
Ale to powiem - strasznie zawiodłam się na kibicach wychodzących z meczu, którzy reagowali złością. Smutek tak, bezsilność i zawód jak najbardziej, ale agresja? Po co? Zazdrościłam wtedy postawy kibiców irlandzkich. Oni w przegranej nie widzą końca świata, bo swoją wartość jako narodu upatrują w każdym sobie, a klęskę potrafią przekuć w siłę. I nie biorą tak wszystkiego na serio. 
Co mówili, kiedy dziennikarz ich informował, ze wszyscy stawiają na Hiszpanię? Tylko trzeźwi mogliby tak sądzić! Cóż za piękna odpowiedź.
Polacy potrzebują sukcesu, bo my swoją wartość tylko w tym widzimy - w sukcesach. Nie widzimy małych kroków i małych błogosławieństw, które do tego sukcesu, czasem przez lata całe, wiodą. W wielu Polakach drzemie mały pisowiec - roszczeniowy, wiecznie nabzdyczony i agresywny. I wskazujący winnych palcem daleko odsuniętym od siebie. 
Cieszę się, że ostatnie kilka dni miałam naprawdę pełne radości i nadziei, wiedziałam, że naszej drużynie daleko do mistrzów, ale świadomie tę wiedzę od siebie odsuwałam, bo tak mi było dobrze. To tak jak z jedzeniem słodyczy, wiesz, że niezdrowe, ale dają tyle radości w momencie jedzenia, ze sobie czasem, od święta, na nie pozwalasz. 
Nasi piłkarze wyglądali na zestresowanych, przetrenowanych i pod niemożliwą do udźwignięcia psychicznie presją. Nie mieli na twarzach wypisanego gladiatora. Nie ma co napadać na Smudę, bo nie on jeden zawinił i wskazywanie na niego jest zamiataniem problemu pod dywan. 


Dzisiaj u nas Dzień Ojca. Rano syn postanowił puścić nam muzykę jego zdaniem najbardziej odpowiednią, wybrał z półki jedną z kaset magnetofonowych i poległ, bo nie potrafił jej włączyć. Miotał się przy wieży (specjalnie kupiliśmy taką, żeby można było słuchać też kaset), mąż go instruował i trochę cierpliwość stracił, a syn, ostoja spokoju, rzekł - ta technika jest już poza mną. Dotarło boleśnie do męża, w jakim roku się urodził on, a w jakim syn. I jaki to skok cywilizacyjny. Do tej pory mamy na półce, w charakterze eksponatu vintage, ale działa, oryginalnego walkmana Sony, z dwoma wejściami na słuchawki, którego słuchaliśmy na pierwszych randkach idąc za rękę po parku. Sade słuchaliśmy. I Captain of my heart zespołu Double. To były czasy.





Kaśka, wyjdziesz na rower! tak krzyczała koleżanka pod oknem, kiedy miałam jeszcze zielonego składaka i byłam w podstawówce.
No to idę, rozjedziemy to poczucie odstawienia, nie damy się marazmowi. Trzeba patrzeć w przyszłość, nie oglądać się za siebie. To pozostawię działaczom, hehe

sobota, 16 czerwca 2012

Litry melisy nie pomogą. Pussling i Tosia już w domu.

Kilka godzin do meczu,miejsca sobie nie mogę znaleźć. Czuję, jakby moje serce nie znajdowało się w klatce piersiowej, a na wierzchu, gdyż z byle powodu szklą mi się oczy -  kiedy widzę kibiców, kiedy widzę gigantyczną flagę uszytą do rozwinięcia na stadionie podczas śpiewania hymnu dzisiaj, jak mówią o piłkarzach, kiedy pokazują małe dzieci szykujące się na wieczorne emocje... W tle mam włączony telewizor i cały czas słucham o piłce. Nie przeszkadza mi jej nadmiar w TV, a wręcz odwrotnie, cieszę się, ze nie ma tam grama polityki, ani Palikota z Biedroniem u boku, ani Kaczyńskiego, ani Tuska, nieważne moje preferencje polityczne, w ogóle nie chcę ich oglądać i cieszę się, że nikomu nie brakuje tych tematów, że nikt się nie upomina. Prowokacja Kory, czy jakkolwiek to nazwać, bo nie wiem, jaka tam prawda w końcu zatriumfuje, też zniknęła w mediach, czyli nawet 60 gramów jej psa nie przebiło się na pierwsze miejsca. Za to dużo jest radości, poczucia sukcesu, i takiego, że się Euro jakoś odbywa bez szwanku, że obcokrajowcy się dobrze u nas czują, że dzieje się wiele dobrego, około-piłkarskiego, co odczują nawet ci, którzy nie bardzo się tym emocjonują, ale i występ naszej drużyny daje wiele wzruszeń i satysfakcji. Oby tak dalej.

Nie wiem, czy zauważyliście, ale dziadowska piosenka Koko Euro Spoko, która wybitnie mi się nie podoba, ku mojemu zaskoczeniu i wielkie radości (znowu), w ogóle jest nieobecna w telewizji, nie śpiewają jej kibice, nie epatują nas clipami w TV, a już sie martwiłam, że mnie będą nią męczyć. Panie z Jarzębiny czy innej Kaliny, podobno są oburzone, ze tak się dzieje. Spodziewały się sławy. Nie winię ich za to, zaśpiewały jak umiały, ale bez przesady, hymn kibiców to to nie jest i być nie może.

A poza tym nie daję się, wysyłam kolejne CV. Jest dużo miejsc pracy, ale dla kelnerów i barmanów, a ja nie mam doświadczenia w tym kierunku i nie chcę już kolejnego zdobywać, bez przesady, szukam nadal w swoich dziedzinach.

Córka wczoraj wieczorem przywiozła do domu kotki, które wzięła od mojej przyjaciółki Izy mieszkającej w okolicach Dublina. Już je widziałam, niedługo po urodzeniu, ale teraz po kilku tygodniach są tak urodziwe, że aż mi żal, że nie mam okazji tam pojechać i je trochę potulić, pomiędolić i ukochać.
Chłopiec i dziewczynka, jemu nadali imię Pussling, a samiczce Tosia. Pussling w skrócie Ling, jest imieniem kota Marka, którego miał, kiedy był małym chłopcem. Pussling jakby wiedział, że jest bardziej Marka, bo się z nim nie rozstaje. Tosia będzie bardziej Michaliny, chociaż wiadomo, że oba są ich i kochane są oba, ale wiadomo, jakiś podział się naturalnie utworzy, bo każde z nich będzie chciało mieć przynajmniej jednego kota na kolanach, haha.


Cieszę się ich radością, że mają swoje zwierzaki, tak marzyli o kotach.
Gdyby ktoś był zainteresowany, Iza ma ich jeszcze kilka, mogę dać namiary. 

Poza tym skończyłam słuchać Gry o Tron na audiobooku (piszę o tym tutaj)
Jestem pogrążona w rozpaczy, bo drugiej już nie ma tak zrealizowanej i będzie trzeba papierowo czytać, co normalnie nie byłoby nieszczęściem, gdyby nie to, że ten akurat audiobook jest zrobiony wyjątkowo. No cóż, takie życie, że jak coś jest bardzo dobre, to nie można mieć tego w nadmiarze, bo przestaje być wyjątkowe. Teraz słucham Lato nagich dziewcząt Fleszarowej-Muskat w wykonaniu Ewy Kasprzyk. Tyż piknie. I książka dobra, stara dobra proza polska.

A wczoraj seans kinowy, najpierw Róża, potem Gliniarz film irlandzki. Oba świetne każdy na swój sposób, będzie o nich na Notatkach Coolturalnych. Na Róży byłam nieustannie wstrząśnięta. Ważny film. Gliniarz na odreagowanie, śmieszny, ale też bardzo prawdziwy. Wiem, co mówię.

Idę sobie, bo mi mózg z emocji paruje i myśli zebrać nie mogę.


środa, 13 czerwca 2012

Jak pachnie zwycięstwo?

Zarzekałam się, że całe mistrzostwa będę czytać książki, filmy oglądać, w sieci buszować i odgrodzę się od piłkowego szaleństwa wszelkimi siłami. Syn się wprawdzie dopytywał, czy będziemy oglądać, bo on by razem, wespół zespół, chciał doświadczać, nie oponowałam, ale w myślach postanowiłam wydelegować małżona do tego zadania, a ja wiadomo, nos w książkę.
I co? Nico. Siedzę codziennie przed odbiornikiem i łamię palce wykręcając je z nerwów, a to za Polską, a to za Włochami (bo mi ich szkoda było, że wszyscy za Hiszpanią, a poza tym syn jednym, to ja drugim), a innego dnia za Holendrami (strasznie nie chciałam, żebyśmy się ewentualnie spotkali z Niemcami w ćwierćfinale).
Podoba mi się strasznie ta radość, łączenie się w euforii, poziomy endorfin osiągające zenit, połączenie kibiców wszelkiego pochodzenia w międzynarodowym porozumieniu i miłości dla sportu, który mnie w gruncie rzeczy będąc obojętnym, nie pozwala być poza tym zbiorem wielu elementów, z prostej przyczyny - chcę czerpać z tej międzynarodowej radości, dyskutować w banku o wynikach, przyjmować gratulacje smsowe, że nie daliśmy się Ruskim (chociaż nie wygraliśmy), a czekanie na kolejne mecze reprezentacji budzi dreszcz, a to taka niespodzianka.
Pamiętam mojego tatę, kiedy płakał podczas słynnego meczu z Anglikami. Pamiętam, choć przez mgłę, bo mała byłam, Tomaszewskiego wtedy, tym bardziej jestem w szoku słuchając teraz tych bzdetów, które wygaduje. Do tego w żałośnie atakującym tonie. Żałośnie, bo nie widać, żeby on coś wyjątkowego dla piłki, poza graniem w reprezentacji, zrobił, a krytykuje za trzech i to jak w podły sposób. Ale zostawmy Tomaszewskiego, o chłopakach miało być i o mistrzostwach.
Pamiętam moje kibicowanie w czasach, kiedy grał Boniek, Smolarek, Gadocha, Deyna, Lubański, Gorgoń, Szarmach czy Lato  (nie chronologicznie, wiem), w pamiętniku z czasów szkolnych wpisywałam wrażenia z meczy Mundialowych 1982 roku, wklejałam wycinki z gazet, ucząc się do egzaminów wstępnych do liceum, śledziłam rozgrywki i przeżywałam bardzo, a było to tym trudniejsze, ze nie miałam z kim o tym porozmawiać, bo tata już nie żył, mama nie była zainteresowana i ja tak sama przed telewizorem jak palec. Dlatego teraz z synem kibicujemy, on się śmieje, bo pół meczu z Rosją przesiedziałam z poduszką na twarzy, mało się nie udusiłam. I tylko powtarzałam w kółko - ja tego nie przeżyję, ja na to nie mogę patrzeć. Ale się chłopaki ze mnie śmiali.

Kiedy Irlandia grała, a potem tak strasznie przeputali mecz, jak zaczęli śpiewać Fields of Athenry, a łzy płynęły im po policzkach strumieniami, myślałam, że mi serce pęknie. Nie wiem, dlaczego, jaka by to nie była drużyna, kiedy wygrywa, ja patrzę głównie na tych przegranych i to oni zajmują moją uwagę najbardziej.

Inną sprawą są komentatorzy i rzeczy, jakie oni wygadują na antenie w tych emocjach. Oczywiście prym wiedzie Zimoch i jego relacje, jakże inne od telewizyjnych, bo radiowe (dla PR 1). Wiadomo, nie widać co się dzieje na boisku, więc on wszystko opisuje, ale jak! O kwiatach wyrastających na piasku (to o stadionach), najlepsze jest o zapachu zwycięstwa, który jest całkiem jak zapach rzepaku na wiosnę i czuć go na stadionie. Na YouTube są te wszystkie jego niedorzeczne porównania. Faktycznie czasem jest śmieszny, ale jak zaczyna krzyczeć, kiedy Polacy strzelają gola, jest niesamowity, jakby płuca chciał wykrzyczeć i wystrzelić w kosmos. Warto posłuchać, nie ma osoby, która by się nie uśmiechała. Stara szkoła, Ciszewski taki był, Tomasz Hopfer też. Uwielbiam to. Nawet te pierdoły, które wygaduje w międzyczasie, dodaje to kolorytu.

Pytał mnie ktoś o moje odchudzanie. Trwa, ale juz tak nie śledzę wagi, koncentruję się na zmianie przyzwyczajeń. Wczoraj jedliśmy rybkę z grilla ze szparagami, a dzisiaj na lunch trzy kawałki sera brie light ze śliwką, małą brzoskwinią i morelą. Mniam



Nie muszę chyba dodawać, że zdjęcie w dużym zbliżeniu i na talerzach jest mniej niż się wydaje.

niedziela, 10 czerwca 2012

Egzamin matczyny, przynajmniej w jednej drugiej, bo Wojtek dalej przy mnie, zdany

Zamilkłam, ale miałam nie lada powód. Wyjechana byłam. Tym razem do Dublina na zakończenie studiów córki. Tutaj mają dwa, wielka gala z obiadem dla absolwentów i ich rodzin i te słynne zdjęcia w czarnej pelerynie a'la batman i birecie, czyli czapce z kartonowym kwadracie na wierzchu i frędzlem zwisającym z boku - to będzie miało miejsce dopiero w listopadzie. Dlaczego tak późno, nie pytajcie mnie, nie wiem. Nikt nie potrafi mi tego wyjaśnić. Tak jest i już.
W piątek natomiast miała miejsce ceremonia wręczania nagród, a to dla najlepszego studenta, a to dla najlepszego projektu i za inne zasługi. Ponieważ kierunek córki jest artystyczny, ma miejsce też wystawa.

Z domu wyjechałam po siódmej rano, żeby dopiero przed pierwszą znaleźć się w Dublinie. Wyjątkowo zapłakane miasto tego dnia, ale ludzie nie dawali się aurze i dziarsko przemierzali ulice. Mimo, że po kilkugodzinnej podróży, zaraz mi się ta dzierskość udzieliła, a i pewnie też adrenalina i endorfiny mi się wydzieliły, z radości, że widzę córkę, jeszcze-nie-zięcia (kocham ich straszniście), ale też i czekający wieczór mnie niezwykle nakręcał. Przebrałyśmy się w to, co każda tam miała, już myślałam, że wychodzimy, kiedy córka mnie zaskoczyła prośbą, żeby jej zrobić fryzurę. Już wcześniej miała ją na weselu znajomej i faktycznie dobrze wyglądała w niej, więc włączyłyśmy video z instruktażem  uplotłam jej włosy i upięłam tak, jak tam było pokazane. Trochę inaczej tym razem mi wyszło, ale też fajnie. Najważniejsze, że córka czuła się wyjątkowo tego wieczoru, bo to tak naprawdę ukoronowanie czterech lat jej ciężkiej pracy.
A piękne to ukoronowanie, bo dostała dwie nagrody. Pierwszą za najlepszy research do pracy dyplomowej, który skutkował jedną z dwóch najlepszych prac na roku, wśród prawie 200 studentów na 7 kursach Art&Design (sztuki piękne, sztuki wizualne, wzornictwo produktu, wzornictwo mebli, wizualna komunikacja, architektura wnętrz, projektowanie wizualne powierzchni handlowych), tamta była wyróżniona za coś innego, ale koniec końców dwie osoby dostały nagrodę za najlepsze prace pisemne. Do tego wykładowcy potem w rozmowie podkreślali (i to kilku niezależnie od siebie), że egzaminator zewnętrzny, który przyjechał z Londynu, nie mógł przestać o pracy Michaliny mówić, ze to chyba pierwszy raz, kiedy on, specjalista, czytał pracę z wielkim zainteresowaniem i nie mógł jej odłożyć, że jest to wielka sprawa mieć nie tylko wizje jako projektant, ale i umiejętności, zeby o designie pisać i że Michalina powinna publikować artykuły w prasie fachowej i nie zarzucić pisania. Zresztą fragmenty jej pracy będą opublikowane w magazynie, który wszyscy projektanci czytają. Dziecko było w siódmym niebie, ja też, bo tyle się nasłuchałam komplementów, a jeszcze jak mówili, że to się wcześniej nie zdarzyło, żeby było takie zainteresowanie pracą pisemną, że badania przeprowadzone i wnioski są bardzo ciekawe i dojrzałe, że normalnie to oni to wszystko czytają, bo muszą, a tu nagle 'kryminał' dla designerów, przewracasz kartki i zastanawiasz się co dalej? Temat też miała wdzięczny, bo seksizm w reklamie retro, czyli jak to było za czasów Mad Men i jak jest teraz (oczywiście bardzo mądrze sformułowany był ten tytuł, ja tu tak tylko w skrócie i prosto podaję).

Rozdanie nagród odbywało się w Station House (czyli byłej hali dworca kolejowego) w Dublinie, gdzie otworzono też wystawę prac absolwentów, która będzie jeszcze czynna jakiś czas i każdy zainteresowany, w domyśle przyszły pracodawca, może przyjść, wziąć katalog, gdzie są wszelkie dane projektanta czy artysty, zobaczyć, co oni teraz robią i czy by ich do siebie nie skaptować? Każdy ma nadzieje być zauważonym.


Michaliny stoisko prezentowało projekt butelki whiscy ze wskazaniem, że chcą zacząć sprzedawać dla kobiet. Jest taki myk tam, że jak patrzysz na pudełko to widzisz melonik i wąsy, a jak wyjmiesz butelkę to pod melonikiem nie ma faktycznie wąsów, a ukazują się czerwone usta.
Projekt jest wynikiem kompromisu córki i dwóch wykładowczyń, które prowadziły projekt (występowaly w roli klienta jakby), bo Miśka miała całkiem inny pomysł, ale nie przeszedł (z wykładowcami nie zawalczysz, bo ci po prostu pracy nie przepuszczą), ale egzaminator zewnętrzny miał pokazane też inne projekty i powiedział, ze pierwszy pomysł podobał mu się bardziej, co nie znaczy, ze ten drugi jest zły. Miała też projekt herbaciany z Chin i projekt książki (i gotowa już wydrukowana) o naszym Franku. Wszystkie wysoko ocenione, a przy jej stoisku było dużo ludzi i brali wizytówki. Smiałyśmy się, że wzięła ich na psa, bo kto by się przy psie/kocie/dziecku nie zatrzymał.


Największym zaskoczeniem była druga nagroda, którą dostała. Na zakończenie wręczania wszystkich wyróżnień dla studentów z 7 kursów, wyszedł główny boss tego wydziału (czy jak to się nazywa po polsku, taki od tych wszystkich siedmiu) i powiedział, że jest tak nagroda imienia Johna Creaga ( Annual Memorial Trophy for Outstanding Studentship Award). John był założycielem Art&Design, miał wizję, pasję, zawsze mu się chciało i był niezwykle pozytywnym człowiekiem. Student, który otrzymuje tę nagrodę musi być w takim właśnie stylu, nie tylko talent, ale i osobowość, żyłka społecznikowska, nie tylko do siebie, ale też dla innych, otwartość umysłu i serca, po prostu ogólnie student i człowiek wyjątkowy. W tym roku były dwie nominacje i ostatecznie kapituła zdecydowała przyznać nagrodę Michalinie. Niesamowite, wszyscy zaczęli klaskać, a wykładowcy najgłośniej (siedziałam za nimi). Michalina w szoku, ja też, strasznie się wzruszyłam, aż sobie paznokcie w dłonie wbijałam, zeby nie beczeć, bo wiecie, oczy mam na mokrym miejscu.
Dostała taki puchar, na którym pod innymi nazwiskami jest wyryte jej, musiała go oddać, bo on stoi w gablocie na uczelni i po wsze czasy będzie tam widniało jej imię i nazwisko. Coś tam dostanie w zamian, ale nawet nie wiem, co.


Gdzieś mam, czy ktoś pomyśli, że mi odbija sodówa czy nie, siedziałam tam i myślałam - Kaśka, to też twój sukces, dziecko wchodzi w życie z wiarą we własne siły, ale zanim to się stanie, wszyscy mówią, że twoja córka jest po prostu wyjątkowa i fantastyczna. Dla mnie zawsze, ale cieszę się, że poznali się na niej też inni. Widzę, że jako matka też zdałam egzamin. Oczywiście to jej sukces i się wcale nie podłączam, ale swój maleńki udział też mam. Strasznie jestem dumna i szczęśliwa.

wtorek, 5 czerwca 2012

Osadnicy miast i wsi łączcie się

U nas długi weekend, nie tak jak w Polsce, ale jednak. Co jakiś czas w Irlandii mamy tak zwane 'bank holidays' czyli wolne poniedziałki. Nie wiem, skąd się wzięła nazwa, tubylcy mówią, że  stąd, że banki w ten dzień zamknięte, a jak banki to i reszta, ale nie jestem przekonana. Z drugiej strony nie jest to dla mnie aż tak istotne, żeby grzebać w źródłach i się tego dowiadywać. Jeśli ktoś z tutaj mieszkających wie i ma ochotę się tym podzielić, napiszcie.
Czyli sobota (zależy u kogo), niedziela i poniedziałek wolny. Znaczy, można gdzieś pojechać, można przyjąć gości. A jak jeszcze pogoda dopisuje, to już w ogóle pełnia szczęścia.
I tak się właśnie stało, było w miarę ładnie, chociaż u nas nad oceanem trochę wietrznie, za to bez deszczu, na co utyskuje mój mąż, który płacze nad swoimi roślinkami w ogrodzie, bo tutaj jak trzy dni nie pada, to fatalnie dla gleby, a jak tydzień to klęska urodzaju.
Przyjechali do nas znajomi sztuk dwa dorosłe i sztuk dwa dzieci. Nawieźli jedzenia, my przygotowaliśmy drugie tyle, teraz za to płacę jadłowstrętem, bo nie od dziś wiadomo, ze jak się je w towarzystwie, je się za dużo i tak było w moim przypadku. A po wprowadzeniu diety, ja już nie jestem w stanie (chociaż głowa o tym czasem nie pamięta, ale żołądek i w ogóle system trawienny szybko przypomina) i teraz za to płacę. Nie mogę patrzeć na jedzenie, haha. Koniec dygresji, bo miało być o znajomych.
Oni mają tak cudne dzieci, że one są zupełnie 'nieinwazyjne', co się w ogóle nie zdarza w przyrodzie, ale im tak. Kiedy się z nimi spędza czas, to sama przyjemność jest, a jak człowiek chce się zająć trochę innymi sprawami, to one sie świetnie potrafią bawić ze sobą. Trudno w to uwierzyć, ale przez te dwa dni, co u nas byli, ani razu nie było płaczu, marudzenia, histerii, nawet takiej mini. 
A czym dorośli chcieli się zająć? Pewnie myślicie, że balanga, pół czystej na stół i heja. Ano wcale nie. Owszem piwko było i różowe winko też, ale po upchaniu jedzenia do lodówy, na stół wjeżdżały gry planszowe, a najbardziej jedna, druga tylko na trochę.
Graliśmy w Osadników z Catanu (Settlers of Catan)

W wiele gier grałam, wiadomo, człowiek zawsze zachwyca się nowym odkryciem, ale ta jest naprawdę świetna. Zdobywa się wioski, buduje drogi, wymienia wioski na miasta, zbiera kamienie, zboże, owce, drewno i cegły, to wszystko jest potem środkiem płatniczym, kostka rządzi wszystkim, no i kombinować trzeba, zeby zyskać, a nie stracić. Przy czym śmiechu jest co niemiara, pogadać też można, pożartować, szczególnie, kiedy odbywa się handel wymienny. Cudna jest. Bardzo polecam.
Graliśmy jednego wieczora, graliśmy drugiego, rozsądek kolegi i decyzja o ich wyjeździe do domu, odwiodła nas od chęci grania dzień trzeci. Jednak powrót do życia musi być, hehe.

Takie wizyty uświadamiają mi, że pal sześć nietrafione znajomości, nie trzeba martwić się tym, że w koszu pięknych owocnych związków międzyludzkich, znajdzie się jedna śliwka robaczywka,  gdyby się człowiek opancerzał, zamykał na piękne przyjaźnie, na nowe znajomości, byłby o niebo uboższy. Nie narażając się na zawód, odcinałby się też od fantastycznych prezentów od losu w formie świetnych znajomych wokół. I tak w ostatecznym rozrachunku 'prawdziwki' wygrywają, a muchomory, chociaż wydają się sobie tak atrakcyjne, koniec końców zjada własny jad.

Gośku, Marcinie, Igo i Tosiu - dzięki za piękny weekend i świetną zabawę.

sobota, 2 czerwca 2012

Nocna sowa nadaje

Przyszedł dzisiaj list informujący, ze nie dostałam pracy. Smutno mi było z tego powodu, ale nic to, trzeba się podnieść z klęczek i zacząć od nowa.
Ganiam jak kot z pęcherzem, codziennie coś nowego wyskakuje, pilnego i bez dyskusji musiałam być, moje misterne planowanie mogę sobie w buty wsadzić.
Codziennie, jadąc samochodem, gdzieś tam zmierzając na piechotę, kiedy tylko miałam okazję być sama ze sobą, przemyśliwałam, co Wam napisać - o tym muszę koniecznie, i o tamtym też, a potem przychodził wieczór, późny zanim miałam czas otworzyć laptopa i już nic mi się nie chciało, pustka w głowie, zmęczona mieleniem ozorem i różnego rodzaju prezentacjami, ledwo miałam siłę i cierpliwość sprawdzić pocztę i odpowiedzieć na najpilniejsze maile.
Właśnie wyjęłam ciasto z piekarnika, jutro mamy gości, jeszcze muszę ogarnąć dom, dobrze, że pamiętałam wczoraj w nocy uprać pościel.
Miałam pisać podczas oglądania Opola, fajne piosenki, wiadomo lubimy te, które znamy. Ale uznałam, ze lepiej słuchać i działać w kuchni, bo nie wiadomo, co jutro wypadnie, a nie chciałam dać ciała i nie mieć nic na deser dla gości. Córka zadzwoniła i powiedziała, żebym przełączyła na RTE1, irlandzką telewizję publiczną, bo tam leci jubileuszowy program Late Late Show. Odkąd tu jesteśmy, często go oglądamy, bo porusza ciekawe tematy i zawsze ma fantastycznych gości. To jest talk show, ale nie w stylu Majewskiego czy Wojewódzkiego, poważniejszy, bardziej w starym stylu, gdzie rozmowy są po to, zeby się czegoś dowiedzieć, coś wyjaśnić, coś przerobić, a nie tylko rozśmieszyć czy dać możliwość popisu dla prowadzącego. Zawsze są trzy części, jedna poważniejsza, jedna mniej, a jedna po środku, między między. Chociaż czasem bywa, ze cały program jest wstrząsający, jak ten o samobójstwach dzieci, albo cały rozrywkowy, jak jubileuszowy Abbey Theatre. I naprawdę leci na żywo, czasem są niesamowite niespodzianki.
A na koniec powiem Wam tylko, że naiwna się urodziłam i naiwna umrę. Wierzę ludziom, uważam, że zawsze mają dobre intencje, a jak coś pójdzie nie tak, to też jest raczej wypadek przy pracy, a nie planowane podjudzanie czy jątrzenie. Okazało się, że przez dłuższy czas miałam do czynienia ze straszną mendą, która wielu ludziom napsuła krwi, mnie najmniej w sumie, w oczy mi tiu-tiu'lała, a za plecami siekierę (już nawet nie nóż) w plecy. Trochę zabolało, ale to raczej z powodu utraty 'dziewictwa' po raz setny, niż z tego, czego się dowiedziałam. A potem się ludzie dziwią, że w sieci coraz więcej osób czuje się lepiej niż w realu. Czasami, jak się ma do czynienia z takimi osobnikami, to faktycznie lepiej zostać w domu i poczytać albo po necie poserfować. Z drugiej strony wiem, że jak przyjdzie co do czego, znowu dam się nabrać. I bądź tu człowieku mądry (czytaj ostrożny) społecznie. Coraz częściej wydaje mi się, że nie mam za grosz inteligencji społecznej.

niedziela, 27 maja 2012

Pogoda jak drut, a tu lenić się nie ma jak. Wspomnień polskich ciąg dalszy

Dzisiaj było ponad 30 stopni w cieniu, ale temperatura odczuwalna, jak to mówią pogodynki, mniejsza, bo wiatr znad oceanu dosyć mocny mamy. Nawet ostrzegają żeglarzy, żeby sobie odpuścili, jakichś tu ratowali z jeziora, bo nie wyrobili i pewnie jacht położyli. Taką pogodę bardzo lubię, bo nie ma nic gorszego jak upał i jak powietrze aż pływa, a asfalt się topi.
Lenić się niestety nie mam jak, bo najpierw przygotowywałam się do rozmów kwalifikacyjnych do pracy, w dwa miejsca, nie wiem, jak mi poszło i wyników też nie ma, więc nic więcej nie powiem. Tyle tylko, że do jednej, zanim dojechałam, nic nie szło tak jak powinno. Makijaż sobie schrzaniłam, jakieś plamy na gębie mi wykwitły i musialam wszystko zmazywac, potem do banku pobiegłam, a tam policja i wojsko, pieniądze zabierali do wozu opancerzonego, oczywiście zamknięte i trzeba było czekać, potem traktory i ciężarówki na drodze, jacyś turyści podziwiający krajobraz, fakt, ładny, ale mnie się śpieeeeeszy, chciałoby się krzyczeć. Potem myslałam, ze drogę zgubiłam, a na końcu tak mi się siku chciało, że zameldowałam się i elegancką nonszalancję szlak trafił jaśnisty, bo musiałam się o toaletę pytać i widać było, ze nogami przebieram.
Tak mnie już męczy to rozmowo-kwalifikowanie, bo to i emocje, adrenalina, budowanie nadziei, tracenie nadziei, puszenie się jak gołąb, pawich piór stroszenie, a potem i tak człowiek ląduje zbity jak pies. Tym razem spokojnie do tego podeszłam, nie robiłam z siebie kolorowego ptaka gotowego na wszystko, powiedziałam, co umiem i co mogę robić, a oni niech już decydują. Pewnie i tak nic z tego. Tyle razy byłam pewna, że to już może tak, że teraz jestem bardziej niż ostrożna w przewidywaniach.

Wracam do wspominek, bo to mi humor poprawia.
Po prawie dwóch tygodniach w rodzinnym mieście, trochę przypadkiem, a trochę naumyślnie, ostatnie dni spędziłam w Warszawie i Siedlcach. Wylot miałam z Warszawy, musiałam się zmieścić w dwóch tygodniach ze względu na zasiłek, a ze Szczecina lata tylko w określone dni, wyszło więc, że skoro i tak muszę jechać do innego miasta, a w stolicy są targi, to niech będzie Warszawa. Poza tym, ze względu na współautorstwo książki, czekały mnie spotkania z Autorką i dziewczynami, a potem z czytelnikami na targach. Jakże mogłabym sobie tego odmówić. A jak już Warszawa, to grzech było do Siedlec nie pojechać, chociaż na pół dnia, bo to i miasto w sercu mojem, w zakamarku jego ukryte, a i ludzie mili i oczom utęsknieni (że pojadę romantykami).

W sypialnym najpierw nie mogłam zasnąć, przewracałam się z boku na bok (a to sztuka, bo leżanki wąskie), nastawiłam budzik w komórce, komórkę do torebki, torebkę w nogi pod kołdrę, czy ktoś z Was jest zdziwiony, że nie słysząłam? Wstawałam dwa razy, w Gdańsku gapiłam się na miasto, na bloki, światła w oknach, rozmyślałam, kto tam mieszka, czy szczęśliwy, czy samotny, a może chory, a może właśnie po ślubie? - uwielbiam takie zabawy. Zmęczyło mnie to wreszcie i usnęłam. A jak oczy otworzyłam i okno odsłoniłam, to już był Łowicz. Wyszło mi, że mniej niż godzinę jazdy pociągiem, a ja przecież z odciskami na twarzy po poduszce, umyć się trzeba, coś zjeść, bo potem do autobusu i do Siedlec. Zdążyłam, ale było gorąco, bo walizę otworzyłam i jej zamknąć nie mogłam, jak to ja, pełno tam było różności.
Miałam szczęście, bo busa na Podlasie złapałam jakiegoś wcześniejszego, zapakowała się do niego i zapadłam w drzemkę. Niestety przeszkadzał mi smród niemytych facetów i głupie gadki. Ja nie wiem, co ci panowie mają, że się nie myją, a to rano przecież i każdy powinien być świeży. Chyba do pracy jechali. Dwóch capiło po wczorajszemu, wódką przetrawioną, inni po prostu potem, papierochami i nie powiem, czym jeszcze. I te rozmowy na widok fajnej kobiety na ulicy - tę  to bym chętnie puknął. Pomyślałam - musiałaby być koleś nieprzytomna, żeby ci się udało.
Po przyjeździe to już raj na ziemi. Najpierw spotkałam przyjaciółkę Ewę, wzięła mnie do siebie i mogłam wziąć prysznic i łeb umyć, od nowa makijaż zrobić, pyszne śniadanko zjadłam, a potem to już Mariola przybyła i pojechałyśmy fruuu 'na miasto', a z Ewą umówiłyśmy się na wieczór u Bożenki. Koniecznie musiałam zobaczyć, jak się zmieniło wokół, tyle słyszałam o tym..
Poprosiłam Mariolę, żeby mnie zabrała nad Zalew i na Poznańską, gdzie mieszkaliśmy przez te 5 lat. Całe letnie dnie przesiadywaliśmy na tej miejskiej plaży, która mi zastępowała nadmorskie tereny. Dzieciaki pluskały się godzinami w wodzie, Wojtek kopał w piachu, Michalina czytała, a ja na posterunku, na krzesełku składanym. Kiedyś posłyszałam rozmowę w sklepie, jedna pani drugiej tlumaczyła, że bezpiecznie jest puścić dziecko nad Zalew, bo są tam ratownicy i punkt medyczny. Ten punkt to byłam ja, zawsze zwarta i gotowa, z apteczką, bo Wojtek był 'wypadkowy', a jak już miałam plastry i wodę utlenioną, to za każdym razem jak była potrzeba, użyczałam innym. 


W tym bloku mieszkaliśmy, prawy rząd balkonów, drugi od góry - nasz, nade mną Bożenka, o której jeszcze będzie mowa, a obok po lewej, na samej górze mieszkała Iza. Teraz Kasia, też kuleżanka sąsiadka. Niżej lekarka pediatra, która mi pożyczyła powieści Kłosowskiej, o której pisałam na Notatkach Coolturalnych.
Wspaniałe to było sąsiedztwo, lubiliśmy się i odwiedzaliśmy, wspominam tamten czas z łezką w oku. Zachęcam wszystkich do poznawania swoich sąsiadów i zaprzyjaźniania się z nimi, to mogą być super znajomości w przyszłości.


Potem pojechałyśmy do miasta na Jarmark Sw. Stanisława, nie mogłam odmówić sobie pajdy chleba ze smalcem, potem jeszcze wtranżoliłam oscypka z grilla i stwierdziłam, że to takie niebo w gębie, że całe szczęście, że nie mieszkam w górach i nie mam takich małmazji na co dzień. Spojrzałam na górala i rzekłam, że może jednak bym nie przytyła, bo jakby mnie juhas po halach przegonił, to bym może nawet mniej miała kilogramów na koncie niż mam. A góral przystojny byl nie powiem (ale powiedziałam).

Spotkałam kilka osób, które mi Mariola przedstawiła, prezydenta miasta Wojciecha Kudelskiego, który mi trochę o inwestycjach opowiedział i skwapliwie polecił Marioli mi kilka miejsc jeszcze pokazać, potem pognałyśmy, a jakże, do biblioteki, tam chwila odpoczynku, bo upały i już zygzakami chodziłyśmy, a potem to już do Marioli na ranczo, czyli Smocze Pole. Zdjęć umieszczać nie będę, bo może sobie nie życzy, ale jedno muszę.
Gospodyni gości u siebie 16 psów i 10 kotów, z tego większość to adopcyjne, które miały ciężkie przejścia i u niej znalazły przystań. Byłam świadkiem karmienia i mówię Wam, to jest sztuka nie lada, żeby je wszystkie w ryzach trzymać. Mam całą masę zdjęć zwierzaków, ale jedno Wam tylko pokażę, suczkę Józię, obiektywnie najbrzydszego psa świata, subiektywnie - najwspanialszą modelkę psią, która ma jedno oko na Maroko, drugie na Madagaskar, fryzurę na 'mokrą Włoszkę', do tego brak zębów i język jej wylata co chwila. Po kilku chwilach w obecności Józi, każdy uważa, że jest cudowna, chociaż Mariola uważa, że ona jest nieadopcyjna i dlatego u niej, ja tam wiem swoje - Mariola ją zawłaszczyła i nikomu nie odda, chociaż pewnie byłaby kolejka.


Ona mnie zawsze uśmiecha.
Były też inne psiaki i koty, nagłaskałam się i natulałam, ale to Józia skradła moje serce.

Ze Smoczego Pola udałyśmy się do siedliska niedaleko, jak się okazało, prawie po sąsiedzku, do mojej przyjaciółki Bożenki. I znowu nie będę umieszczać zdjęć, chociaż mam, może tylko werandy i pięknego stołu, na którym po chwili wylądowała piękna biała waza z żurem na własnym zakwasie i z przepyszną chudą kiełbaską. Dojechała do nas Ewa i jak to wszystkie Ewy - kusiła


takim ciastkami. Kusiła, kusiła i skusiła. Zjadłam. Zgrzeszyłam.


Ale jak można było nie, skoro gospodyni zapaliła świeczki w kieliszkach, było ciepło, bezwietrznie i bez komarów, z werandy widać było staw i słychać było kumkanie żab (uwielbiam), ze mną byli ludzie, których nie widziałam wieki, a za którymi tęskniłam bardzo.


Długo w noc rozmawiałyśmy, aż przyszła pora spoczynku, a rano już był czas wracać. Szkoda, że tak krótko.

niedziela, 20 maja 2012

Jak to wszystko poukładać? Spróbuję

Nie potrafię sobie tego wszystkiego poukładać tak, zeby Wam sensownie opisać, jakie mną emocje targały i dlaczego.
Po pierwsze sprawa mamy. Nie będę wchodziła w szczegóły, bo kogo to obchodzi, powiem tylko, że ledwo sobie dawałam psychicznie radę. Kondycja mamy, psychiczna, podyktowana jest jej stanem po udarze. Nie bardzo dawałam sobie radę z jej wybuchami złości i agresji, nie mogąc z nią logicznie rozmawiać, a jedynie mogąc unikać tych ataków jak się da. Kiedy już następowały, a przeważnie było to wtedy, kiedy jednym słowem próbowała mi wytłumaczyć coś, czego za Chiny nie mogłam pojąć, bo za tym jednym kryła się historia cała zrozumiała tylko dla niej jednej, nie miałam innego wyjścia jak przeczekiwać, chować się gdzieś w kącie. Trudne bardzo.
Ratowało mnie to, że przeważnie wieczorem (ale nie codziennie) miałam spotkania z przyjaciółmi czy znajomymi, zawsze przemiłe i ciekawe, często zakrapiane. Nie piję zwykle, ale wtedy pozwalałam sobie na kieliszek czy dwa wina, żeby jakoś odreagować. Poza tym w miłym towarzystwie, przy wspaniałym jedzonku, nie ma to jak napitek właściwy.

Jesli idzie o moje odchudzanie, nie zarzuciłam - odmówiłam sobie polskich ciast i wspaniałych cukierasków, ciasteczek i innych obiektów pożądania. Znajomi gotują wspaniale i nie było ziemniaków czy chleba w nadmiarze, natomiast pieczone mięsa, różne indyjskie dania, grillowane mięso z sałatkami, a i owszem. Najpierw u Doroty, a potem u Mileny, po raz pierwszy i drugi w życiu zjadłam oliwki i strasznie w nich zagustowałam. Nie wiem, jak to się stało, ale mi zasmakowały. Rukola z ziarnami słonecznika, suszonymi pomidorami, odrobiną oliwek (Dorota ratuj, co tam jeszcze było?), jest przepyszna. U Hani za to jadłam takie dziwy z kuchni orientalnej, że szok. Natychmiast przestaję wymieniać, bo jeszcze kogoś ominę, a to by było niesprawiedliwe, a pamięć jednak jest zawodna.
No więc w ciągu dnia napięcie do granic wytrzymałości. W tym czasie w Polsce odbywały się nabożeństwa majowe i chodziłam do kościoła, prosić o cierpliwość, mądrość, poza tym modlitwa dawała mi ukojenie, powtarzana jak mantra działała jak medytacja. Pomogło. Spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i znajomymi, a także z rodziną męża (mojej już nie mam, oprócz mamy),  dawały siłę do przebrnięcia przez kolejny dzień. Niesamowite jak człowiek człowiekowi może pomóc, nawet o tym nie wiedząc.

Koszalin, moje rodzinne miasto. Wydawałoby się, że nie zmienił się wcale, a jednak tak. Oczywiście poznaję w nim to miasto, które mnie 'nosiło', kiedy byłam tu w szkole, ale rozbudowane jednak, jaśniejące, z nowymi sklepami (na miejsce starych, szkoda czasem), jak to pewnie wszędzie, stare miesza się z nowym, miasto żyje. Wzruszenie. Najpierw kiedy poszłam do Katedry, gdzie byłam u I Komunii. Potem, kiedy mijałam moje liceum, do którego uwielbiałam chodzić. Nie odważyłam się pójść zobaczyć mojego rodzinnego domu, od kilku lat w innych rękach. Bałam się, że mi serce pęknie. No i cmentarz. Tam sobie i popłakałam,  porozmawiałam z prababcią, babcią i tatą, poczułam się jak w rodzinie. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale jakoś tak nie sama byłam, chociaż przecież wiem, ze oni nie żyją. Może mi pomagają? Nie wiem, ale faktycznie dużo rzeczy udało mi się załatwić, wszystko szło jak z płatka, a nie powinno. W sensie takim, że tam, gdzie spodziewałam się przeszkód, coś się takiego zawsze zadziało, że udawało się zdążyć, dodzwonić, uzyskać podpis, dojechać itp. Trzy razy znalazłam na swojej drodze pióro. Moja prababcia zwykłą mawiać, że jak znajdziesz pióro, znaczy twój Anioł Stróż je zgubił, jest w pobliżu. Jedno znalazłam w Koszalinie, jedno w Siedlcach, jedno w Warszawie, zawsze wtedy coś mi się udawało, a było blisko, żeby nie. Mówcie, co chcecie, ale kurczę, ten Anioł musiał być obok.



Na koniec pobytu, kiedy już wszystko wydawało się zamknięte i dopięte, zadzwonili ze szpitala w Irlandii, że mąż ma się stawić tamtego wieczora na oddział, bo mogą go przyjąć na planowa operację, na którą czekał rok, ze względu na to, że ktoś inny musiał zrezygnować (gorączka czy coś). I sto telefonów, załatwianie mężowi wolnego, potem co z synem, co z psem, kto pojedzie, kto wróci. Dzięki znajomym udało się to jakoś dograć, dzieckiem mi się zajęli, psem nawet (a Franio jak wiecie trudny jest do okiełznania), nawet mi Gosia diagnozę postawiła, dlaczego ten mój Jack Russel taki niesforny i dała kilka rad, jak go spacyfikować. Czyli 2w1, pomoc i porada. No, czyż ja nie mam szczęścia do ludzi?

Już w pociągu do Warszawy, nocnym, sypialnym, miałam szczęście, że nikt nie dokupił biletu i byłam sama w przedziale. Rozmawiałam przez telefon kilka godzin, a to ktoś zadzwonił do mnie, a to ja do, polska komórka, irlandzka komórka, kiedy wreszcie przestałam odbierać i wydzwaniać, już mnie bolały uszy, ręka, gardło, język i w ogóle wszystko, usłyszałam za ścianą (one w pociągach w końcu bardzo cienkie) - o Boże, wreszcie przestała gadać - ktoś westchnął z ulgą, haha. I miał rację. Ale to nie ploty były, a ustalanie planu na kolejne dni, bo przede mną były trzy dni pobytu w Raju, jak mi się wtedy wydawało i słusznie. Najpierw spotkania w Siedlcach, a potem Targi Książki w Warszawie zakończone wizytą u przyjaciółki w stolicy. Ale o tym, to już następnym razem.

czwartek, 17 maja 2012

Powrót córy wytrawnej, czyli pierwsze z podróży reminiscencje

No i jestem. Ufff, podróż powrotna była pełna wrażeń, bo jak zwykle obładowałam się książkami i różnymi innymi ciężkościami. Przyjaciółka odprowadzająca mnie na lotnisko, kiedy zobaczyła moją kurtkę wypchaną w kieszeniach różnymi 'kamieniami', które nie weszły do bagażu, powiedziała, że wyglądam jak rumunka (specjalnie piszę z małej litery, bo w tym wypadku nie o narodowość przecież idzie). No i miała oczywiście rację, ale kiedy idzie o przewiezienie książek i różnych innych ważnych rzeczy typu kremy do gęby, które przecież w Polsce najlepsze (świetlika z herbatą pod oczy sobie właśnie nałożyłam i przeżywam szczyty przyjemności podocznej), pasta Lacalut Active, niedostępna u nas, a niezastąpiona, kubek do kawy, bo oczywiście wypatrzyłam, no i prezenty, czyli niezwykłej ciężkości albumy o Koszalinie w starych pocztówkach i nowych ujęciach, z na dokładkę cukier brzozowy w ilości jednego kilograma, czyli dokładnie jedna dwudziesta tego, co mogę zabrać. No, ale książki przede wszystkim. Gdyby nie pewna przemiła osóbka o imieniu Iza, miałabym wielki problem, bo niestety u mnie rozum śpi, kiedy widzę książki, a pobyt na targach wydawniczych to już w ogóle COMA dla mojego rozsądku, oczywizda nakupowałam, ona spojrzała na siaty, skojarzyła z koniecznością przelotu i limitu bagażu i mi je po prostu przykazała zostawić do wysyłki. Ciężko mi było wypuścić je z ręki, ale to była konieczność, taka prawda.
W głowie mam straszny mętlik. Tyle się działo. Przez 17 dni siedziałam w największym Roller Coasterze  świata, mówię Wam - większego nie wymyślili i nie zbudowali, a jeśli kiedykolwiek, ludzie będą musieli podpisywać papiery - zgodę na przejazd na własną odpowiedzialność. Przechodziłam od wielkiej rozpaczy i tęsknoty, do nadziei jeszcze większej, momentami do radości, aż dobrnęłam do ostatnich trzech dni i euforii niewyobrażalnej. Po drodze snu mało, zmęczenie i upał, który mi doskwierał, bo co tu dużo mówić, odzwyczaiłam się, a i wcześniej nie byłam fanką wysokich temperatur.
Postaram się to pomału opisywać i dzielić się z Wami wrażeniami. Na dziś już kończę, bo nadrabiam zaległości różniste, a poza tym mąż po operacji, o czym w kolejnych odsłonach.

środa, 2 maja 2012

Doniesienia z pola walki :-)


Hejka. Wpadłam na chwilkę, pewnie po raz ostatni przed powrotem do siebie, bo jak się okazało, nie ma w moim mieście kafejek internetowych, które zostały wyparte przez hot spoty. Pierwsze widzę, widocznie w Polsce założyli, że wszyscy podróżują ze swoimi laptopami, albo po prostu u nas nie spodziewają się, że ktoś może przyjechać do tego miasta, a już na pewno nie bez swojego sprzętu, jaki by on nie był. Smartphone jest dobry do odwiedzenia Facebooka, ale nie do napisania notki na blogu, czyli w ten pokrętny sposób próbuję powiedzieć, że jestem w czarnej dupie jeśli chodzi o dostęp do komputera. Odwyk przechodzę ciężko, jakby mnie ktoś od świat odseparował, co jest totalną głupotą, bo świat jest tu i teraz, ale nie mogę bagatelizować faktu, że mój świat jest też w sieci. Pewnie dlatego, że mieszkam na odludziu.
No właśnie, mieszkam na odludziu i to uczyniło ze mnie dzikusa. Męczy mnie miasto, hałas, chamstwo, popychanie się na ulicy, to całe ‘maszeruj albo giń’. Dziwne, bo kiedyś moje rodzinne miasto wydawało mi się małe i klaustrofobiczne, Siedlce, do których się przeniosłam, jeszcze bardziej, a teraz całkiem na odwrót. Niedługo Pawlikowska przyjedzie do mnie kręcić program Z kamerą wśród dzikich. Ale czy mi z tym tak źle? Sama nie wiem, boję się, że popadnę w jakieś kompletne ‘odludztwo’. Pomyślę o tym jutro, że pojadę Scarlett.
Dwa dni przed wyjazdem do Polski były niezwykle intensywne. Najpierw z synem pojechaliśmy na II Olimpiadę Szkół Polonijnych do Dublina.  Z tego powodu musiałam wyjechać z domu o półtora dnia wcześniej, nie podobał mi się ten pomysł, ale z drugiej strony cieszyłam się na spotkanie z przyjaciółką mieszkającą w okolicach Dublina, z którą widuję się ran na rok, albo i rzadziej.
Olimpiada była taka sobie, ale dzieciaki miały ubaw. Mało mi nogi w zad nie weszły, bo nie było gdzie przysiąść. Wstałam o trzeciej rano, wyjechaliśmy o czwartej, z Letterkenny o piątej, w Dublinie byliśmy na miejscu po 9tej. I do 17tej cały czas w biegu, wyjąwszy pisanie testu z angielskiego. Nie zajęłam miejsca na podium. Foch.
Po całej imprezie syn wsiadł do autobusu i pojechał z powrotem do Donegalu, a ja zostałam zaproszona przez córkę i jeszcze-nie-zięcia do Yamamori, mojej ulubionej restauracyjki japońskiej, na jedzonko. Czy ja Wam już mówiłam, że to siedem orgazmów na raz? Uwielbiam, a ich tuńczyk w marynacie teryaki na łożu z grillowanych warzyw z sałatką i brązowym ryżem  to nawet 10 o (taka nowa jednostka oceny jedzenia). Normalnie byłam w niebie. Była wyjątkowo udana pogoda, poszliśmy do Yamamori Noodles, tam jeszcze nie byłam, bo wcześniej jadaliśmy w innej restauracji tej samej sieci. Myślałam,że nie będzie mi się podobać, bo nie znoszę zmian, ale podobała mi się jeszcze bardziej. Mam nauczkę, powinnam być bardziej otwarta w tej kwestii. Miasto było pełne ludzi, wszystkie miejsca w restauracjach w tej części miasta, zajęte do ostatniego stolika. Wszędzie było gwarno, wesoło i czuć było wielkomiejskość. Po raz pierwszy spojrzałam tak na Dublin, wcześniej nie miałam takich odczuć. Co więcej, po raz pierwszy wydawało mi się, że gdzie nie spojrzę, tam przystojny mężczyzna, nie tylko uroda, ale i ciuch, klasa, szyk, kurczę, jakiś zjazd był czy co? Córka z jeszcze-nie-zięciem śmiali się, że wszystko to przez koktajl śliwkowy, który dla mnie zamówili. Nie sądzę, chociaż?
Przeszliśmy się po St. Stevens Green (za nazwę ulicy nie ręczę, mogłam coś pokiełbasić  i fruu do Laytown do mojej przyjaciółki. A tam pogaduchy przy wielkim stole w ciepłej kuchni, miętoszenie maluteńkich kotków, które się urodziły ich kotce, głaskanie Pyry, ich psa (od razu mi mój Franiu przed oczami stanął), i wiadomo, herbatka, ciasto drożdżowe ze śliwkami jeszcze ciepłe, miło, wesoło. Jak to u przyjaciół.  Po wyjeździe dzieciaków z powrotem do Dublina, my zostałyśmy jeszcze w kuchni przy winku. Do trzeciej, czyli jak słusznie zauważyła Iza, nie spałam 24 godziny. Ale maraton. O dziwo na drugi dzień wstaliśmy dosyć wcześnie, bo przed 9tą. I znowu pogaduchy w kuchni, o życiu,  książkach i różnych ciekawych rzeczach i wyjazd na zakupy, bo poprzedniego wieczoru okazało się, że zamiast koszuli nocnej i spodenek wzięłam dwie pary dołów, a góry żadnej. Kupiłam dwie koszule dla siebie, jedną dla mamy, zahaczyłyśmy jeszcze o Body Shop, gdzie odwaliłyśmy histerię na punkcie ich zapachów (strasznie fajowe) i pognałyśmy do domu, bo za niedługo miał się zacząć wieczorny koncert chórów kościelnych w najpiękniejszym chyba kościele w Europie. Mowa oczywiście o kategorii nowoczesnych, bo te stare katedry i kościółki to oczywiście zupełnie inna. Kościół w Laytown ma fasadę z 1800 któregoś roku, do której dobudowano nowoczesną resztę. Kościół jest okrągły, a ściana za ołtarzem jest cała przeszklona i wychodzi na otwarte morze i na plażę. Za oknem stoi prosty drewniany, gigantyczny krzyż. Wrażenie jest niesamowite, niezależnie od pogody, czy jest piękne słońce, czy sztorm, czuć wielkość Boga i jego stworzenia. I euforię, bo widok, który mają wierni podczas mszy, zapiera dech w piersiach. Niesamowite. Architektem jest Liam McCormack, nie żyjący już, pochodził z Derry. W Donegalu wiem o dwóch kościołach jego projektu, oba niepowtarzalne, też nawiązujące do otaczającej je przyrody.
Pobyt u Izy bardzo mnie wyciszył, czułam się u niej jak u mamy, nie dlatego, że taka stara, ale dlatego, że taka dobra, jak powinna być każda mama. Uspokoiłam się na tyle, że jadąc na drugi dzień do Polski, o dziwo zniknął ucisk w sercu i nerwicowe bóle, które mam normalnie wszędzie.
No, a teraz jestem już u mamy. Rano dopadły mnie wszelkie objawy psychosomatyczne, które zwykle mam tutaj, bóle nóg (dodatkowo mi puchną), krew z nosa, poszła mi żyłka w oku, bóle głowy i ogólne skołowacenie. I tak pewnie już do końca.
Za to spotkałam już, na chwilę, bo na chwilę, ale jednak, moich ukochanych przyjaciół, Hanię, Dorotę i Piotra i powiem Wam tak, że gdyby mi ktoś powiedział - wszelkie problemy finansowe i każde inne znikną, jeśli wyzbędziesz się przyjaciół, to bym na ten układ nie poszła, bo co życie jest warte, bez wspaniałych ludzi wokół. I nie jest to egzaltacja, ani żadna inna ‘przesadyzacja’.

I tym optymistycznym akcentem 'zakańczam' i upraszam o afirmowanie wszelkiego dobrego. Całusy     

piątek, 27 kwietnia 2012

Ryba podstępnie zaatakaowała twaróg, a horror walizowy trwa

Na wstępie chciałam przeprosić Kate i Cezara, bo to wspaniali ludzie i ich wizyta zasługuje na oddzielny, długaśny wpis, ale niestety podziało się tak jak podziało, zbiegło się to wszystko z moim wyjazdem i kicha.
Przyjechali do mnie w zeszłym tygodniu, ponad 3 godziny w samochodzie się tłukli. Nawet nie pamiętam jak się poznaliśmy, na pewno korespondencyjnie jakoś, Kate czyta moje felietony i się odezwała, chyba mailowo. W każdym razie od słowa do słowa, dwa lata temu pierwszy raz spotkaliśmy się w realu, a w tym roku była powtórka. Jak zwykle - Kaśka ja Cię zabiję - wjechała do domu z ciastem i siatami, a tam same produkty dla 'biednych' odchudzaczy, czyli przyprawy różniste Fit Up Kamisu, z błonnikiem, kiełkami itp, do tego dodatki do mleka, maca, ciemna czekolada, ryżowe i owsiane ciasteczka, dżem bez cukru dla łakomczucha, czego tam nie było. Ciasto natomiast buraczane, przepyszne. Kate przepis miałaś wysłać!
[dygresja - chudnę!!!! Cały czas trzymam się wytycznych z książki Makarowskiej, i po kilogramie, powolutku gubię kilogramy. Niesamowite. Nie pamiętam, kiedy jadłam ziemniaki i mi ich nie brakuje. Ryżu i makaronu też prawie nie jadam, a jeśli to ciemne. Chleb tylko rano na śniadanie, ciemny. Wszystko to, co mi przeszkadzało powoli przestaje byc dla mnie ważne, zmienia się styl żywienia na stałe, to cud - koniec dygresji]
Pojechaliśmy na plażę, trochę pozwiedzać z okien samochodu, ale najważniejszy punkt programu to jednak pogaduchy, wymiana myśli, energii.
Oczywiście nie obyło się bez utrudnień, bo u mnie zawsze musi być i śmieszno, i straszno. Akurat w ten dzień musiałam wyskoczyć do szkoły Wojtka na spotkanie z nauczycielami po ogloszeniu wyników próbnego egzaminu Junior Cert. Godzina, ponad nawet, z tego spotkania stracona. Mąż mnie godnie zastępował. Dzięki Kate i Cezarowi za wizytę.
No, ale to już przeszłość, niestety. Teraz w sypialni leży częściowo spakowana waliza i mnie straszy. Terror walizowy normalnie. Nienawidzę tego widoku, nie w takich okolicznościach. Sciągam uprane ciuchy, szykuję do prasowania i segreguję do zabrania, ale wszystko we mnie krzyczy, że nie chcę jechać.
Jednocześnie wiem, ze się nakręcam sama, że nie jest tak źle, ale wiecie jak to jest - w ciemnym pokoju wszystko straszy, nawet nasza ukochana lalka zamienia się potwora. No i ja tak mam, zgasiłam światło w głowie i się boję. Tego, co tam zastanę, decyzji, które będę musiała podjąć, mojego poczucia klęski jako córki, wyrzutów sumienia, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i faktycznym stanem rzeczy. Tak, mną też rządzą stereotypy, chciałabym żeby było tak, jak u Mostowiaków, ale nie jest to możliwe.
Teraz czuję wyrzuty, a jak mama zacznie na mnie krzyczeć, to się będę kulić w sobie i liczyć do dziesięciu. Kalms już spakowany, mam nadzieję, że pomoże
Teraz wyglądam tak

 (uwielbiam 'paczizmy')

Głowę mam już gdzieś hen na wysokościach w samolocie, lęk też bierze górę i nawet fakt, że na końcu mam wspaniałe spotkania, że w rodzinnym mieście też mam ukochanych przyjaciół i ciekawych znajomych, których spieszę się zobaczyć, nie pomaga. No cóż. Muszę poszukać włącznika światła, oswoić strachy. To, co nie znane, zawsze gorzej wygląda.
Ciekawe ile jeszcze 'małych katastrof' sobie tutaj zgotuję, czego zapomnę? Na dobry początek tej masakry sowicie doprawiłam poranny twarożek, który miał mi poprawić humor, przyprawą naturalną do ... ryb. Mężowi się nie przyznam. Zjadłam i teraz mi się rybą odbija, haha. A na obiad ... ryba. Potwory z morza atakują.
Jutro olimpiada szkół polonijnych w Dublinie, gdzie zgodziłam się pisać test z angielskiego. W swoim stanie ducha dostanę chyba ze 20%, oto przepis na popis.
Wieczorem córka zaprosiła mnie do japońskiej restauracji, mojej ukochanej Yamamori. Ja to mam szczęście.
Kochane dziewczyny i kochane chłopaki - nie będzie mnie dwa tygodnie. Nie sądzę, żebym miała dojście do komputera na tyle, żebym mogła tu pisać, komentować czy Was czytać. Zajrzę jeszcze wieczorem zobaczyć, czy są jakieś komentarze, a potem wio.
Mam nadzieję, że na mnie tu zaczekacie i nie 'wszystek umrę'.
Trzymajcie kciuki.