Nie mogę uwierzyć, że nic nie napisałam od tygodnia. Wydawało mi się, że to kilka dni tylko. Wojtek wyjechał, miałam błędne wrażenie, że skoro chata wolna, to się będę byczyć i tak dalej. No co ja, głupia jakaś, przecież dzieczko moje młodsze już od dawna nie jest 'inwazyjne', żyje swoim nastoletnim życiem obok rodziców, co najwyżej sobie fajnie pogadamy, coś razem skonsumujemy, ale biegać za nim nie muszę, to niby co mi to miało w życiu odmienić, że on na tydzień do córki do Dublina wybył?
Fakt, że zajętość była dosyć duża, bo normalne i ponadnormatywne zajęcia były, do tego gość w środę i goście w sobotę/niedzielę, na ich przyjazd trzeba się było przygotować, czas z nimi spędzić, bo od tego są goście, żeby z nimi spędzać, haha.
Poza tym pogoda niesamowita, nie korzystaliśmy za wiele w dni pracowite, ale jednak coś tam wieczorami załapaliśmy, w niedzielę ostatnie podrygi też.
Nie jestem ogrodowa, ale zbiory czosnku są nam bardzo drogie, nie mogliśmy przegapić suszącej pogody, z braku laku, czyli męża gdyż w pracy, ja musiałam stanąć na wysokości zadania i ułożyć czosnki do wyschnięcia -pierwsza partia tutaj, a druga niżej. Duuuużo czosnku
A wieczorkiem psiaka do samochodu i heja na spacer
W niedzielę wybraliśmy się wreszcie na piękną plażę, nie wiem, czy nie najdłuższą w Donegalu, do tego przystań promowa na wyspę Tory. Pięknie tam jest (za zakrętem, na samy końcu tego zielonego pasa, dalej jest plaża)
A w drodze powrotnej Bloody Forland
Jutro, a w zasadzie między dzisiaj a jutro, bo o 4.05 jest dwudziesta druga rocznica urodzin mojego starszego dzieczka, czyli Misi - naszej księżniczkowej córki. Kiedy była mała, lubiła się przebierać za księżniczkę, wszystko musiało być księżniczkowe - książki, magnetofon (najlepiej niebieski), dentystka była księżniczkowa, fryzjerka oczywiście też, a jakże, a do tego zastrzyki wszelkie były specjalne dla księżniczki - papierkiem. Wzięło się to stąd, że kiedy obserwowała pielęgniarkę przed zrobieniem jej zastrzyku w chorobie - mama mojej przyjaciółki to była i nie chciała jej denerwować i nie pokazała jej igły, trzymała na niej cały czas papier i my ją zwiedliśmy, że ten zastrzyk będzie robiony papierkiem, żeby było mniej bolesne.
Dzisiaj wypisałam kartkę dla niej, bo nie dala rady przyjechać na obchody urodzin do domu, musiałam poczekać na męża, żeby samochodem dostać się na pocztę, kiedy tam dotarłam, okazało się, że juz odebrano przesyłki i człowiek w białym vanie jest w drodze do odbioru poczty ze skrzynek w mieście. I goniłam go na stację benzynową, bo tam mamy najbliższą. Udało się. Ufff.
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
wtorek, 7 sierpnia 2012
Ach co to był za śluuuub... oraz cały weekend cuzamen do kupy
Przeważnie tak jest, że jak nie mam ochotę na jakieś wyjście, to się wyjątkowo udaje, a jak szykuję się i czekam z niecierpliwością wiele dni, to potem okazuje się ono rozczarowujące. Tym razem wybitnie nie chciało mi się na to wesele iść, ociągałam się tak, że mało się nie spóźniłam na wyjazd, koleżanka mnie samochodem odbierała i gdyby nie jej obsuwa kilkunastominutowa, czekałaby na mnie. Wprawdzie do kościoła przyjechałyśmy za późno, ale panna młoda jeszcze później, więc walec wyrównał, hehe.
Oczywiście podczas ślubu wbijałam sobie paznokcie w dłonie, tak mi się płakać chciało, szczególnie, kiedy ojciec prowadził córkę do ołtarza, a tam już czekał na nią mąż 'to be'.
Na szczęście nie zrobiłam z siebie idiotki urządzając histerię a'la płaczka grecka, bo siedząca obok Anne Marie cały czas mnie trącała łokciem i robiła miny, co mnie bawiło, więc balans był zachowany, łzy nie trysnęły.
Potem przypomniało mi się, że przecież to wesele odbywa się w hotelu, który był wybudowany przez Lorda Georga Hilla, męża siostrzenicy Jane Austen, w połowie dziewiętnastego wieku, mam misję do wykonania, czyli kilka zdjęć do wpisu na ten temat (będzie za jakiś czas na Notatkach Coolturlanych), więc od razu mnie entuzjazm ogarnął i już mi się bardziej chciało niż nie chciało.
Pogoda była piękna, to pomaga.
Tak wygląda główny budynek hotelu, ten najpierwszy, dzisiaj.
A tu tylne wejście i moje kuleżanki weselne :-)
Nie lubię wesel irlandzkich z tego względu, że ślub przeważnie odbywa się o 13tej, a potem ludzie mogą robić co chcą do obiadu,który nie wiadomo nigdy, o której będzie podany, zwyczajowo o 17tej, ale to różnie bywa, więc wszyscy i tak jadą do hotelu, bo tam się przeważnie odbywają takie imprezy i siedzą tam ludzie o suchym pysku prawie do nocy. Dostają wprawdzie herbatę/kawę/szampana i jakiegoś scona, czyli bułeczkę słodką, ale to wszystko. Śniadanie jadłam o ósmej, potem biegałam jak kot z pęcherzem, żeby po 12tej wyjechać, a o siódmej dostaliśmy dopiero przystawki. O 22giej skończył się obiad, a o 24tej podano finger food czyli przekąski. Dlaczego nie podali tego w ciągu dnia? Upiłam się błyskawicznie, bo najpierw zaliczyłam kieliszek szampana, potem drugi, bo Dolly z pustym żołądkiem nie chciała, a potem Maria stwierdziła, że przecież prowadzi i też pić nie będzie. Oczywiście mi przeszło po jakimś czasie, ale tak z pół godziny siedziałam z zezem zbieżnym, bo mnie poziom alkoholu w głodnej krwi zaatakował.
Obiad był pyszny, to nas uratowało i dodało animuszu. Nie piłyśmy wiele, po dwa wina jeszcze, do obiadu, ale za to tańczyć nam się zachciało. I to nie przy najnowszych przebojach, ale przy tradycyjnych irlandzkich piosenkach, a taniec nazywa się ceili dancing. Nie umiem znaleźć tego na YT, ale polega to na tym, że weselnicy ustawiają się w dwóch kolumnach po cztery rzędy po cztery osoby w rzędach i robi się różne dziwne rzeczy, jak łączenia w pary lub w czwórki, karuzele, tańce w parach, przejścia trochę jak w naszym polonezie, a zabawy przy tym co nie miara, bo zawsze sie znajdzie ktoś, czytaj ja, kto nie ma zielonego pojęcia, co robić i mu się mylą figury. Myślicie, że się przejmowałam błędami? A gdzież tam, brykałam jak kłapouchy z Kubusia Puchatka.
Najlepsze są takie fokowe irlandzkie piosenki na weselach, a ponieważ następnego dnia drużyna Gaelic football z Donegalu grała ćwierć finał w Dublinie, to ta piosenka była właśnie najpopularniejsza
I tak dokicałyśmy do północy, o tej porze orkiestra skończyła i zaczęli dyskotekę, a my po angielsku, to znaczy irlandzku, do domu.
Wiedziałam, że w niedzielę mamy gości córki i nie chciałam przegiąć.
Rano wszyscy zaspaliśmy, więc kiedy Michalina dostała telefon, ze zaraz u nas będą, dantejskie sceny się działy, głowami się zderzaliśmy w drodze do łazienki. Udało się doprowadzić do ładu zanim zjechali. Zasiedliśmy do stołu, bo my bez śniadania, a oni tylko na kawę, a potem wyruszyliśmy na plażę, z Franiem oczywiście. Okazało się w międzyczasie, że jeszcze jedna para przyjaciół dojedzie, ale zrobiło się wesoło, do tego dopisała pogoda, a rano wcale nie było to takie oczywiste.
Jakże miło było gościć przyjaciół córki, tyle o nich opowiadała, wreszcie mogłam imiona do twarzy dołączyć, jak mówią Irlandczycy. Ferajna świetna, i pogadać, i pośmiać się można, tyle entuzjazmu, fajnych ma córka znajomych. Na drugi dzień popłynęli łódką, ale ja już nie dałam rady, a późno się dowiedziałyśmy, tylko syn i mąż dali radę dołączyć do nich
Mimo, że dużo było biegania w ten weekend, odpoczęłam bardzo psychicznie, nabrałam sił. A może trochę 'wampirzyłam' i energii z młodych zabrałam? Dobrze, że poniedziałek był u nas też świętem, oni pojechali na klify, a my trochę odsapnęliśmy, chociaż ja jak zwykle buczałam, kiedy dzieci pojechały, bo i Wojtek z Misią odjechał, spędzi tydzień w Dublinie.
Oczywiście podczas ślubu wbijałam sobie paznokcie w dłonie, tak mi się płakać chciało, szczególnie, kiedy ojciec prowadził córkę do ołtarza, a tam już czekał na nią mąż 'to be'.
Na szczęście nie zrobiłam z siebie idiotki urządzając histerię a'la płaczka grecka, bo siedząca obok Anne Marie cały czas mnie trącała łokciem i robiła miny, co mnie bawiło, więc balans był zachowany, łzy nie trysnęły.
Potem przypomniało mi się, że przecież to wesele odbywa się w hotelu, który był wybudowany przez Lorda Georga Hilla, męża siostrzenicy Jane Austen, w połowie dziewiętnastego wieku, mam misję do wykonania, czyli kilka zdjęć do wpisu na ten temat (będzie za jakiś czas na Notatkach Coolturlanych), więc od razu mnie entuzjazm ogarnął i już mi się bardziej chciało niż nie chciało.
Pogoda była piękna, to pomaga.
Tak wygląda główny budynek hotelu, ten najpierwszy, dzisiaj.
A tu tylne wejście i moje kuleżanki weselne :-)
Nie lubię wesel irlandzkich z tego względu, że ślub przeważnie odbywa się o 13tej, a potem ludzie mogą robić co chcą do obiadu,który nie wiadomo nigdy, o której będzie podany, zwyczajowo o 17tej, ale to różnie bywa, więc wszyscy i tak jadą do hotelu, bo tam się przeważnie odbywają takie imprezy i siedzą tam ludzie o suchym pysku prawie do nocy. Dostają wprawdzie herbatę/kawę/szampana i jakiegoś scona, czyli bułeczkę słodką, ale to wszystko. Śniadanie jadłam o ósmej, potem biegałam jak kot z pęcherzem, żeby po 12tej wyjechać, a o siódmej dostaliśmy dopiero przystawki. O 22giej skończył się obiad, a o 24tej podano finger food czyli przekąski. Dlaczego nie podali tego w ciągu dnia? Upiłam się błyskawicznie, bo najpierw zaliczyłam kieliszek szampana, potem drugi, bo Dolly z pustym żołądkiem nie chciała, a potem Maria stwierdziła, że przecież prowadzi i też pić nie będzie. Oczywiście mi przeszło po jakimś czasie, ale tak z pół godziny siedziałam z zezem zbieżnym, bo mnie poziom alkoholu w głodnej krwi zaatakował.
Obiad był pyszny, to nas uratowało i dodało animuszu. Nie piłyśmy wiele, po dwa wina jeszcze, do obiadu, ale za to tańczyć nam się zachciało. I to nie przy najnowszych przebojach, ale przy tradycyjnych irlandzkich piosenkach, a taniec nazywa się ceili dancing. Nie umiem znaleźć tego na YT, ale polega to na tym, że weselnicy ustawiają się w dwóch kolumnach po cztery rzędy po cztery osoby w rzędach i robi się różne dziwne rzeczy, jak łączenia w pary lub w czwórki, karuzele, tańce w parach, przejścia trochę jak w naszym polonezie, a zabawy przy tym co nie miara, bo zawsze sie znajdzie ktoś, czytaj ja, kto nie ma zielonego pojęcia, co robić i mu się mylą figury. Myślicie, że się przejmowałam błędami? A gdzież tam, brykałam jak kłapouchy z Kubusia Puchatka.
Najlepsze są takie fokowe irlandzkie piosenki na weselach, a ponieważ następnego dnia drużyna Gaelic football z Donegalu grała ćwierć finał w Dublinie, to ta piosenka była właśnie najpopularniejsza
I tak dokicałyśmy do północy, o tej porze orkiestra skończyła i zaczęli dyskotekę, a my po angielsku, to znaczy irlandzku, do domu.
Wiedziałam, że w niedzielę mamy gości córki i nie chciałam przegiąć.
Rano wszyscy zaspaliśmy, więc kiedy Michalina dostała telefon, ze zaraz u nas będą, dantejskie sceny się działy, głowami się zderzaliśmy w drodze do łazienki. Udało się doprowadzić do ładu zanim zjechali. Zasiedliśmy do stołu, bo my bez śniadania, a oni tylko na kawę, a potem wyruszyliśmy na plażę, z Franiem oczywiście. Okazało się w międzyczasie, że jeszcze jedna para przyjaciół dojedzie, ale zrobiło się wesoło, do tego dopisała pogoda, a rano wcale nie było to takie oczywiste.
Jakże miło było gościć przyjaciół córki, tyle o nich opowiadała, wreszcie mogłam imiona do twarzy dołączyć, jak mówią Irlandczycy. Ferajna świetna, i pogadać, i pośmiać się można, tyle entuzjazmu, fajnych ma córka znajomych. Na drugi dzień popłynęli łódką, ale ja już nie dałam rady, a późno się dowiedziałyśmy, tylko syn i mąż dali radę dołączyć do nich
Mimo, że dużo było biegania w ten weekend, odpoczęłam bardzo psychicznie, nabrałam sił. A może trochę 'wampirzyłam' i energii z młodych zabrałam? Dobrze, że poniedziałek był u nas też świętem, oni pojechali na klify, a my trochę odsapnęliśmy, chociaż ja jak zwykle buczałam, kiedy dzieci pojechały, bo i Wojtek z Misią odjechał, spędzi tydzień w Dublinie.
sobota, 4 sierpnia 2012
Odpoczynek wojownika, weselić się czas
Ja to mam albo nic, albo za dużo, nigdy w sam raz. Cały tydzień syna nie widziałam, bo na festiwalu się udzielał, a to grał koncerty, a to próby, gość w dom.
Córki nie widziałam miesiąc, zawsze planujemy telefonicznie, co to my, kiedy ona wreszcie przyjedzie.
Jak zjechała do domu na trzy dni zaledwie, to ja na wesele idę. Pierwszy raz od lat taka impreza mi się przytrafiła. A do tego dzisiaj festiwal piosenki rosyjskiej w TV, a przecież wiecie, że ja to lubię takie klimaty.
Od czego technika, serial się nagra, Daleko od szosy też teraz na dysk twardy się zapisuje, bo ja przed lustrem, z przerwą maleńką na komputer. No, ale córki żadną techniką nie nagram, szkoda, że te pół dnia i wieczór nam odpada.
Z nią już lepiej, okazało się, że to blizna się podrażniła i podpuchło, bo to gorąc, ona chodzi na zumbę, pewnie podczas ćwiczeń dresy obtarły, nie wiadomo. Lekarz dziwił się, że lekarz rodzinny nie widział (a) różnicy między podrażnieniem blizny a wznową torbieli. Wiem, zaraz podniosą się głosy, ze nie chirurg miał prawo, otóż nie, chirurg stwierdził,że to podstawowa wiedza w diagnostyce, że różnica jest gołym okiem i ręką w rękawiczce wyczuwalna i nie potrzebnie córka się wyczekała 9 godzin w poczekalni izby przyjęć w szpitalu. Za to jej badania krwi zrobili :-)
A lekarka może i rodzinna, ale nie naszej rodziny będzie.
Mama ze szpitala wyszła, bo poszła, ale zrobili badania i okazało się, że nie nerki, czego się obawialiśmy, a rwa kulszowa jej się odezwała. Mamę zabrali do szpitala tego dnia, co córkę, więc ja wylądowałam na Xanaxie, bo już nie dawałam rady nerwowo.
No nic, było minęło, do następnego razu
Poza tym umarła moja ulubiona pisarka, bardzo to przeżyłam, a mnie samą to zdziwiło. Piszę więcej o niej na Notatkach Coolturalnych.
A ja na to wesele jak na ścięcie, wcale mi się nie chce.
Idę pazury malować, tudzież twarz tapetować i fryz postawić.
Córki nie widziałam miesiąc, zawsze planujemy telefonicznie, co to my, kiedy ona wreszcie przyjedzie.
Jak zjechała do domu na trzy dni zaledwie, to ja na wesele idę. Pierwszy raz od lat taka impreza mi się przytrafiła. A do tego dzisiaj festiwal piosenki rosyjskiej w TV, a przecież wiecie, że ja to lubię takie klimaty.
Od czego technika, serial się nagra, Daleko od szosy też teraz na dysk twardy się zapisuje, bo ja przed lustrem, z przerwą maleńką na komputer. No, ale córki żadną techniką nie nagram, szkoda, że te pół dnia i wieczór nam odpada.
Z nią już lepiej, okazało się, że to blizna się podrażniła i podpuchło, bo to gorąc, ona chodzi na zumbę, pewnie podczas ćwiczeń dresy obtarły, nie wiadomo. Lekarz dziwił się, że lekarz rodzinny nie widział (a) różnicy między podrażnieniem blizny a wznową torbieli. Wiem, zaraz podniosą się głosy, ze nie chirurg miał prawo, otóż nie, chirurg stwierdził,że to podstawowa wiedza w diagnostyce, że różnica jest gołym okiem i ręką w rękawiczce wyczuwalna i nie potrzebnie córka się wyczekała 9 godzin w poczekalni izby przyjęć w szpitalu. Za to jej badania krwi zrobili :-)
A lekarka może i rodzinna, ale nie naszej rodziny będzie.
Mama ze szpitala wyszła, bo poszła, ale zrobili badania i okazało się, że nie nerki, czego się obawialiśmy, a rwa kulszowa jej się odezwała. Mamę zabrali do szpitala tego dnia, co córkę, więc ja wylądowałam na Xanaxie, bo już nie dawałam rady nerwowo.
No nic, było minęło, do następnego razu
Poza tym umarła moja ulubiona pisarka, bardzo to przeżyłam, a mnie samą to zdziwiło. Piszę więcej o niej na Notatkach Coolturalnych.
A ja na to wesele jak na ścięcie, wcale mi się nie chce.
Idę pazury malować, tudzież twarz tapetować i fryz postawić.
poniedziałek, 30 lipca 2012
Słów mi brak
Nie wiem, czy pamiętacie, że moja córka rok temu była w szpitalu na operacji usunięcia torbieli. Prawie dokładnie rok, za dwa tygodnie minie, pamiętamy, bo to były jej urodziny. I teraz znowu ją w tym miejscu pobolewa i coś czuje pod palcami. Wpadła w panikę, a wiadomo, jak trwoga to do lekarza.
Nie wiem jak Wy, ale my mamy zaufanie do ludzi tej profesji, w takim sensie, że się uczyli, traktujemy ich poważnie, liczymy na pomoc, nie mamy postawy roszczeniowej, cieszymy się, że możemy się zwrócić do lekarza, kiedy mamy problem.
W większości przypadków pomoc uzyskaliśmy, skarżyć się nie możemy. Dzisiaj córka poszła do lekarza. Znalazła przychodnię, gdzie przyjmują na kartę medyczną. Nie ma jeszcze pracy i dla niej każdy gorsz się liczy, ucieszyła się, że niedaleko niej takowa jest.
Okazało się, że nie przyjmują karty, info na stronie jest niepełne, a dokładniejsze wyjaśnienie gdzieś tam schowane, w każdym razie do GP nie, czyli płacić trzeba.
Potem okazało się, że lekarzem jest Polka, córka w stresie, bo wszystkie nazwy i info ma po angielsku i nie wiedziała, czy będzie umiała po polsku wytłumaczyc, co jej było i czy to to samo? Uspokoiłam ją, że przecież lekarz przyjmuje w Irlandii i mówi po angielsku.
Dziecko w stresie, nie myśli logicznie, już się boi kolejnej operacji, aż jej żołądek wysiadł ze stresu. A mnie tam nie ma :-(
Poszła i okazało się, że lekarka pomóc jej nie potrafi, wypisała tylko skierowanie do chirurga. W ogóle nie znała tej przypadłości, chociaż jest ona dosyć pospolita i wiele osób ma ten problem, a pani jest GP (lekarzem rodzinnym), więc obić jej się o uszy powinno.
Może wyda Wam się to dziwne, ale uważam, że dużo lepiej w tym kraju chodzić do GP irlandzkiego. Jakoś lepiej oni się poruszają na tym terenie, wiedzą jak załatwić wizytę, kiedy na cito, jakie leki są dostępne, nasi lekarze nie są gorsi, ale dziwią się wielu rzeczom dla tutejszych oczywistym, tracą przez to czas. Poza tym Irlandczyk nigdy nie zostawi roztrzęsionego pacjenta samego sobie, znajdzie czas na rozmowę, na wyjasnienie co i jak, upewni się, że pacjent się uspokoił, ja mam takie doświadczenia. Mam wrażenie, że naszych lekarzy uczą jak leczyć, ale nie uczą widzieć człowieka w pacjencie.
Po wizycie córka nie wie nic, lekarz nie wiedział nic, ona wydała pieniądze i to niemało, za usługę, która nie powinna być opłacona, bo jej właściwie nie było. Lekarz jak każdy inny usługodawca, fryzjer, kucharz czy kosmetyczka, jeśli spieprzy sprawę, nie powinien być opłacony, jeśli nie umie wykonać usługi, nie powinien być opłacony. Jestem oburzona i brak mi słów.
A najgorsze jest to, że jestem bezsilna, bo daleko.
Nie wiem jak Wy, ale my mamy zaufanie do ludzi tej profesji, w takim sensie, że się uczyli, traktujemy ich poważnie, liczymy na pomoc, nie mamy postawy roszczeniowej, cieszymy się, że możemy się zwrócić do lekarza, kiedy mamy problem.
W większości przypadków pomoc uzyskaliśmy, skarżyć się nie możemy. Dzisiaj córka poszła do lekarza. Znalazła przychodnię, gdzie przyjmują na kartę medyczną. Nie ma jeszcze pracy i dla niej każdy gorsz się liczy, ucieszyła się, że niedaleko niej takowa jest.
Okazało się, że nie przyjmują karty, info na stronie jest niepełne, a dokładniejsze wyjaśnienie gdzieś tam schowane, w każdym razie do GP nie, czyli płacić trzeba.
Potem okazało się, że lekarzem jest Polka, córka w stresie, bo wszystkie nazwy i info ma po angielsku i nie wiedziała, czy będzie umiała po polsku wytłumaczyc, co jej było i czy to to samo? Uspokoiłam ją, że przecież lekarz przyjmuje w Irlandii i mówi po angielsku.
Dziecko w stresie, nie myśli logicznie, już się boi kolejnej operacji, aż jej żołądek wysiadł ze stresu. A mnie tam nie ma :-(
Poszła i okazało się, że lekarka pomóc jej nie potrafi, wypisała tylko skierowanie do chirurga. W ogóle nie znała tej przypadłości, chociaż jest ona dosyć pospolita i wiele osób ma ten problem, a pani jest GP (lekarzem rodzinnym), więc obić jej się o uszy powinno.
Może wyda Wam się to dziwne, ale uważam, że dużo lepiej w tym kraju chodzić do GP irlandzkiego. Jakoś lepiej oni się poruszają na tym terenie, wiedzą jak załatwić wizytę, kiedy na cito, jakie leki są dostępne, nasi lekarze nie są gorsi, ale dziwią się wielu rzeczom dla tutejszych oczywistym, tracą przez to czas. Poza tym Irlandczyk nigdy nie zostawi roztrzęsionego pacjenta samego sobie, znajdzie czas na rozmowę, na wyjasnienie co i jak, upewni się, że pacjent się uspokoił, ja mam takie doświadczenia. Mam wrażenie, że naszych lekarzy uczą jak leczyć, ale nie uczą widzieć człowieka w pacjencie.
Po wizycie córka nie wie nic, lekarz nie wiedział nic, ona wydała pieniądze i to niemało, za usługę, która nie powinna być opłacona, bo jej właściwie nie było. Lekarz jak każdy inny usługodawca, fryzjer, kucharz czy kosmetyczka, jeśli spieprzy sprawę, nie powinien być opłacony, jeśli nie umie wykonać usługi, nie powinien być opłacony. Jestem oburzona i brak mi słów.
A najgorsze jest to, że jestem bezsilna, bo daleko.
niedziela, 29 lipca 2012
Kilka słów, w olimpijskim skrócie
Takie wpisy jak o Olimpiadzie, o Euro budzą wiele emocji, oprócz głosów zachwytów, taki jak mój, zaraz o tym, że ucisk imperialistyczny, że za głośno i za ciasno, że lud chce chleba i igrzysk to je ma, durny lud, że to wszystko to na żer głupków, a ci, co bardziej świadomie świat pojmują, wiedzą, że to zasłona dymna, z czym to się je. Poza tym konotacje historyczne podczas otwarcia niepełne, bo powinni byli opowiedzieć o wyzysku i jakim kosztem to wszystko, ta ich duma, osiągnięta.
Powiem tak, raz i więcej ani się bronić nie będę, ani przekonywać nikogo.
Ja widzę takie sportowe zmagania oczami tysięcy wolontariuszy, którzy w mozole, codziennie to wszystko obsługują i czerpią z tego radość i dumę. O nich myślę.
Kiedy Olimpiada i zmagania sportowe - mam przed oczami sportowców, którzy krew i pot wylewali, żeby się tam dostać i powalczyć o medal. O ich trudzie, o pasji, o dniach i miesiącach na treningach spędzonych myślę. Wiem, co mówię, bo kiedyś chodziłam na siłownię do ośrodka treningów olimpijskich dla ciężarowców i widziałam, co dla nich każdy taki trening oznaczał, jaki mieli cel - przed oczami, za każdym razem, kiedy już nie było sił - pięć kółek olimpijskich i obraz siebie, najpierw w pochodzie na otwarcie, a potem może i na podium.
Widzę łzy i rozpacz, kiedy jednak się okazuje, że podołać się nie dało. Widzę Chinki, które martwieją na samą myśl o tym, co będzie, jak przegrają. Oczywiście można powiedzieć - ha, a nie mówiłam, polityka wkracza do sportu. Może i tak, ale podczas samej konkurencji jest tylko sportowiec, jego możliwości i chęć wygrania. Oczywiście, głupia nie jestem, wiem, że NRD-owcy zmuszali biegaczki do zajścia w ciążę dla zwiększenia wydolności organizmu (jak to się dzieje w pierwszych tygodniach), wiem, że Rumuni też tresowali Nadię Comaneci na swój sposób, ale pamiętać będę całe życie jej występy na Olimpiadzie i to jak wygrywała. Kilka lat wtedy miałam.
Nie mieszam sportu z polityką, bo wiem, że nic nie poradzę na wiele zjawisk, a walka o zmiany zajmuje wiele lat. One następują, ale nic nie da, że będę bojkotować Olimpiadę dziś. Moskwa się odbyła, a ZSRR upadł w swoim czasie, nic nie dało nieoglądanie zmagań w roku 1980. W Chinach w zeszłym roku były protesty, tak wiem, słuszne, ale wierzę w to, że Chiny w swoim czasie się też odmienią, a ja jutro spokojnie obejrzę kolejną dyscyplinę z udziałem sportowców z tego kraju, bo to ich święto, a nie czas na protesty.
Nie odbieram innym prawa do swojego zdania, wyjaśniam tylko swoje. Osiągnęłam taki stan umysłu, że staram się nie niańczyć w sobie zgorzknienia i skwaszenia, cieszę się każdym dniem, srebrnym medalem naszej zawodniczki, dobrą książką, miłym blogowaniem i spacerem w przerwie między kolejnymi ulewami. Olimpiada to wielkie święto sportowców, to wielka myśl za tym idąca - żeby narody w pokoju potrafiły ze sobą rywalizować w różnych konkurencjach. Na czas Olimpiad przerywano konflikty zbrojne, czasem do nich już nie wracano. Ta idea mi się podoba i już.
A jeśli komuś podoba się uważać, że jestem durnym ludzikiem w maszynie propagandy olimpijskiej, trudno, jego prawo.
Powiem tak, raz i więcej ani się bronić nie będę, ani przekonywać nikogo.
Ja widzę takie sportowe zmagania oczami tysięcy wolontariuszy, którzy w mozole, codziennie to wszystko obsługują i czerpią z tego radość i dumę. O nich myślę.
Kiedy Olimpiada i zmagania sportowe - mam przed oczami sportowców, którzy krew i pot wylewali, żeby się tam dostać i powalczyć o medal. O ich trudzie, o pasji, o dniach i miesiącach na treningach spędzonych myślę. Wiem, co mówię, bo kiedyś chodziłam na siłownię do ośrodka treningów olimpijskich dla ciężarowców i widziałam, co dla nich każdy taki trening oznaczał, jaki mieli cel - przed oczami, za każdym razem, kiedy już nie było sił - pięć kółek olimpijskich i obraz siebie, najpierw w pochodzie na otwarcie, a potem może i na podium.
Widzę łzy i rozpacz, kiedy jednak się okazuje, że podołać się nie dało. Widzę Chinki, które martwieją na samą myśl o tym, co będzie, jak przegrają. Oczywiście można powiedzieć - ha, a nie mówiłam, polityka wkracza do sportu. Może i tak, ale podczas samej konkurencji jest tylko sportowiec, jego możliwości i chęć wygrania. Oczywiście, głupia nie jestem, wiem, że NRD-owcy zmuszali biegaczki do zajścia w ciążę dla zwiększenia wydolności organizmu (jak to się dzieje w pierwszych tygodniach), wiem, że Rumuni też tresowali Nadię Comaneci na swój sposób, ale pamiętać będę całe życie jej występy na Olimpiadzie i to jak wygrywała. Kilka lat wtedy miałam.
Nie mieszam sportu z polityką, bo wiem, że nic nie poradzę na wiele zjawisk, a walka o zmiany zajmuje wiele lat. One następują, ale nic nie da, że będę bojkotować Olimpiadę dziś. Moskwa się odbyła, a ZSRR upadł w swoim czasie, nic nie dało nieoglądanie zmagań w roku 1980. W Chinach w zeszłym roku były protesty, tak wiem, słuszne, ale wierzę w to, że Chiny w swoim czasie się też odmienią, a ja jutro spokojnie obejrzę kolejną dyscyplinę z udziałem sportowców z tego kraju, bo to ich święto, a nie czas na protesty.
Nie odbieram innym prawa do swojego zdania, wyjaśniam tylko swoje. Osiągnęłam taki stan umysłu, że staram się nie niańczyć w sobie zgorzknienia i skwaszenia, cieszę się każdym dniem, srebrnym medalem naszej zawodniczki, dobrą książką, miłym blogowaniem i spacerem w przerwie między kolejnymi ulewami. Olimpiada to wielkie święto sportowców, to wielka myśl za tym idąca - żeby narody w pokoju potrafiły ze sobą rywalizować w różnych konkurencjach. Na czas Olimpiad przerywano konflikty zbrojne, czasem do nich już nie wracano. Ta idea mi się podoba i już.
A jeśli komuś podoba się uważać, że jestem durnym ludzikiem w maszynie propagandy olimpijskiej, trudno, jego prawo.
sobota, 28 lipca 2012
Londyn - Donegal, imprezy czas zacząć.
Oglądałam wczoraj inaugurację Olimpiady w Londynie, nastawiona raczej na podsłuchiwanie, czytanie, blogowanie, jak to w piątek wieczór po dosyć ciężkim dniu, wszystko na raz. Piątki mam zawsze bardzo pracowite, bo to i u siebie w domu staram się ogarnąć, ale też i inne cotygodniowe obowiązki akurat w ten dzień przypadają. Na rybkę zawsze mam przed oczami obraz siebie, siedzącej w fotelu z nogami wyżej, z psem obok, z komputerem lub książką na kolanach, czekającą na dobry film (taki obrazek przed oczami cały dzień, byle do wieczora). Wczoraj to miał być koncert piosenek Anny Jantar i Kukulskiego w nowej aranżacji Adama Sztaby i otwarcie Igrzysk właśnie. Koncert był, ale inny, już go widziałam, więc mi mina trochę zrzedła, nie wiem, skąd ta zmiana w programie. Nie żebym jakoś specjalnie za Jantar przepadała, ale to moje dziecięce lata i chętnie bym sobie w nowych wykonaniach to zobaczyła. Nic to, przecież nie na tym koncercie mój wieczór się opierał, po prostu lekki zawód i tyle.
Postanowiłam w takim razie wziąć się wreszcie za opisanie Mr. Pebble i Gruda powieści Mariusza Ziomeckiego, która mi się wybitnie podobała i o której trąbię wszem i wobec, bo widzę, że nie ma takiego PR, na jaki zasługuje, a co za tym idzie, zamiast się ludzie o nią zbijać, nic o niej nie słyszeli. Nigdy nie zrozumiem naszego rynku wydawniczego, gdzie robi się dużo szumu nad wydaniem jakiegoś gniota, a dobra książka sobie cichutko stoi na półce i czeka na uważnego czytelnika, co ją sam z siebie wypatrzy. A nie jest to łatwe, pamiętam z moich niedawnych wizyt w księgarni w Polsce, masa książek, ekspozycja - różnie, w zależności od możliwości księgarni, kolory okładek wala po oczach i człowiek się zniechęca po kilkunastu minutach, bo musiałby grzebać godzinami, żeby coś dla siebie znaleźć. Ja zawsze wiem, co chcę, ale jest też faktor zaskoczenia, na które człowiek ma nadzieję, szczególnie kiedy nie mieszka w kraju i ma wrażenie, ze go coś omija z niewiedzy.
Popisałam sobie, wzruszyłam się na wspomnienie niedawnej lektury, a tu już się zaczęła impreza na stadionie i to z takim hukiem i przytupem, tak ciekawa i widowiskowa, ze się już oderwać nie mogłam. Ach, jak oni to zrobili, a ten znicz na końcu, złączony z ponad 200 pojedynczych, symbolizujących każdy kraj, to już w ogóle majtersztyk.
Padma na FB napisała, że nie ma drugiego takiego kraju, który wplótłby w taką ceremonię tyle odniesień do literatury i ja się z nią zgadzam. Podoba mi się ta ich duma z historii, z ich wkładu w kulturę i historię całego świata. No i poczucie humoru, królowa skacząca z samolotu i Jaś Fasola - setnie się ubawiłam, a i wzruszyłam kilka razy.
A dzisiaj u nas leje (co ja nie powiem?), mąż trochę nie w formie, postanowiłam go dopieścić i piekę sernik, taki wiedeński bez spodu, według przepisu pani Zosi, która mi go dała 30 lat temu i od tego czasu przynajmniej ran na 3-4 miesiące piekę go u siebie, zawsze ją wspominając, niestety już nie żyje.
Dzisiaj w moim miasteczku zaczyna się festiwal, potrwa cały tydzień. Festiwale to specjalność tego kraju, w każdej nawet najmniejsze mieścinie coś tam organizują, jak nie festiwal krewetek, to tańca z przytupem lewą nogą, oczywiście literackie, kulturalne, wędkarskie, sportowe i inne, każda okazja dobra, zęby wypić pint of Guiness. I dobrze, lepiej się bawić i śmiać, niż płakać i smucić. U nas niestety nie ma literackiego (chociaż mamy dni Peadara O'Donnella), wybory Miss za to, chłopy mają na co popatrzeć, chociaż po 10 latach obserwowania festiwalu widzę, ze nie o te laski chodzi, bo wielu nawet nie wie, kto startuje, a o ubaw, dobrą muzykę i bezkarne przebywanie w pubach od świtu do nocy.
Mamy nawet hymn tego festiwalu, zawsze śpiewany na zakończenie, ciemną nocą przy światełkach zapalniczek, piękny, zawsze mi w oczach łzy stają, kiedy go słucham, chyba nikt tak jak Irlandczycy nie potrafi napisać i zaśpiewać pięknie o zwykłych rzeczach, takich jak siedzenie na plaży z dziewczyną na kolanie i butelką wina, i uwielbieniu dla swojego miasteczka. Posłuchajcie, to naprawdę fajna pieśń.
Syn w tym roku pomaga przy organizacji festiwalu, będzie jako wolontariusz go obsługiwał. Fajny tydzień przed nim.
Postanowiłam w takim razie wziąć się wreszcie za opisanie Mr. Pebble i Gruda powieści Mariusza Ziomeckiego, która mi się wybitnie podobała i o której trąbię wszem i wobec, bo widzę, że nie ma takiego PR, na jaki zasługuje, a co za tym idzie, zamiast się ludzie o nią zbijać, nic o niej nie słyszeli. Nigdy nie zrozumiem naszego rynku wydawniczego, gdzie robi się dużo szumu nad wydaniem jakiegoś gniota, a dobra książka sobie cichutko stoi na półce i czeka na uważnego czytelnika, co ją sam z siebie wypatrzy. A nie jest to łatwe, pamiętam z moich niedawnych wizyt w księgarni w Polsce, masa książek, ekspozycja - różnie, w zależności od możliwości księgarni, kolory okładek wala po oczach i człowiek się zniechęca po kilkunastu minutach, bo musiałby grzebać godzinami, żeby coś dla siebie znaleźć. Ja zawsze wiem, co chcę, ale jest też faktor zaskoczenia, na które człowiek ma nadzieję, szczególnie kiedy nie mieszka w kraju i ma wrażenie, ze go coś omija z niewiedzy.
Popisałam sobie, wzruszyłam się na wspomnienie niedawnej lektury, a tu już się zaczęła impreza na stadionie i to z takim hukiem i przytupem, tak ciekawa i widowiskowa, ze się już oderwać nie mogłam. Ach, jak oni to zrobili, a ten znicz na końcu, złączony z ponad 200 pojedynczych, symbolizujących każdy kraj, to już w ogóle majtersztyk.
Padma na FB napisała, że nie ma drugiego takiego kraju, który wplótłby w taką ceremonię tyle odniesień do literatury i ja się z nią zgadzam. Podoba mi się ta ich duma z historii, z ich wkładu w kulturę i historię całego świata. No i poczucie humoru, królowa skacząca z samolotu i Jaś Fasola - setnie się ubawiłam, a i wzruszyłam kilka razy.
A dzisiaj u nas leje (co ja nie powiem?), mąż trochę nie w formie, postanowiłam go dopieścić i piekę sernik, taki wiedeński bez spodu, według przepisu pani Zosi, która mi go dała 30 lat temu i od tego czasu przynajmniej ran na 3-4 miesiące piekę go u siebie, zawsze ją wspominając, niestety już nie żyje.
Dzisiaj w moim miasteczku zaczyna się festiwal, potrwa cały tydzień. Festiwale to specjalność tego kraju, w każdej nawet najmniejsze mieścinie coś tam organizują, jak nie festiwal krewetek, to tańca z przytupem lewą nogą, oczywiście literackie, kulturalne, wędkarskie, sportowe i inne, każda okazja dobra, zęby wypić pint of Guiness. I dobrze, lepiej się bawić i śmiać, niż płakać i smucić. U nas niestety nie ma literackiego (chociaż mamy dni Peadara O'Donnella), wybory Miss za to, chłopy mają na co popatrzeć, chociaż po 10 latach obserwowania festiwalu widzę, ze nie o te laski chodzi, bo wielu nawet nie wie, kto startuje, a o ubaw, dobrą muzykę i bezkarne przebywanie w pubach od świtu do nocy.
Mamy nawet hymn tego festiwalu, zawsze śpiewany na zakończenie, ciemną nocą przy światełkach zapalniczek, piękny, zawsze mi w oczach łzy stają, kiedy go słucham, chyba nikt tak jak Irlandczycy nie potrafi napisać i zaśpiewać pięknie o zwykłych rzeczach, takich jak siedzenie na plaży z dziewczyną na kolanie i butelką wina, i uwielbieniu dla swojego miasteczka. Posłuchajcie, to naprawdę fajna pieśń.
Syn w tym roku pomaga przy organizacji festiwalu, będzie jako wolontariusz go obsługiwał. Fajny tydzień przed nim.
sobota, 21 lipca 2012
Bluzka, czoło Neandertalczyka, a pędzel krzywy cholera
Oto obiecana bluzka, co sobie ją kupiłam i mnie wszyscy, na wszystkich kontynentach na dodatek, pytają, jak wygląda. Proszę państwa oto miś
Wiem, że to nie są maki, ale tak mi się skojarzyła, kiedy ją zobaczyłam i nazywam ją od tej pory bluzką w maki. I już. I niech mi tu różni spece i floryści nie wypisują, że się mylę, bo to nie o to chodzi co tam jest, a o to, co ja chcę, żeby tam było. Afirmacja taka, hehe.
Tutaj nie bardzo widać, ale ona na dole ma gumeczkę i się tak ładnie układa po założeniu. Dobry pomysł. A materiał przezroczysty, stąd ten czarny tył i przód pod spodem.
Poza tym po-udałam się do kosmetyczki wyskubać brwi a'la Olszewski i nie wiem, czy faza księżycowa nie ta (chociaż jest malejący to powinno być akurat), czy moja faza nie ta, czy kosmetyczka nie miała fazy, ale od czwartku chodzę z bólem wokół brwi i dotknąć się nie mogę. Mam wrażenie, chociaż tak nie jest, że pas nad brwiami mam powiększony jak u człowieka pierwotnego. Strasznie mnie to śmieszy nie wiem, dlaczego. W sumie bardziej niż wkurza. Pierwszy raz mnie coś takiego spotkało, a kosmetyczka ta sama, co kiedyś.
Kupiłam sobie lakier do paznokci w pastelowym kolorze, Bourjois niby anty odpryskowy (jak do samochodu haha), gwarantowane 3 dni bez ubytku, no nie wiem, czy to taka łaska, mam lakier Eveline, polski, co pachnie wanilią po wyschnięciu, za grosze, piękny kolor i połysk, aż żałuję, że nie kupiłam innych kolorów, ale kto to wiedział, siedzie na paznokciach tak długo, że się szybciej znudzi niż poodpada. Te francuski bułkę przez bibułkę, gwarantują 3 dni. No ja cię, 10 to by było warte reklamy, ale trzy to już chyba norma. Gdyby napisali trzy nawet przy pracy praczki, górnika przodowego płci męskiej, nie lubiącej rękawiczek, testowane na ludziach, to rozumiem. Nic to, kolor piękny, landrynkowo różowy, ale jakoś tak w pomarańcz wpadający, za mną nie trafisz, jak zaczynam o kolorach mówić :-) Zobaczymy jaki mocarz. A o tym lakierze piszę, bo ma innowacyjny pędzelek, plaski to już widziałam wcześniej, ale ten jest płaski i krzywo ścięty.
Malowałam sobie paznokcie i cały czas pomstowałam - jaki to pijany zając wymyślił ścinać pędzelek??? Ciągle myślałam, że mi jedno oko się 'rozleniwiło' jak u dziecka jakiegoś, i mi ucieka na bok. Co spojrzałam, to oczami mrugałam. A jak już dotarło do mnie, że nie oko, a ten pędzel krzywy, to zaczęłam takie figury łapać przy malowaniu, że mnie syn zapytał, czy kręczu dostałam. Jak się już przyzwyczaiłam do jednej strony, to trzeba było rękę zmienić i znowu w ten sam deseń zabawa. Zwariować można. Teraz mam wrażenie, że są krzywo pomalowane.
A na koniec chciałam się zapytać - czy Wy, niektórzy przynajmniej, musicie mieć te hasła u siebie poustawiane do komentarzy? Mam na myśli te obrazkowe utrudniacze, nie dość, że pisane krzywo i raz dużymi, raz małymi, to jeszcze jakieś numery obrazkowe dodatkowo. No ja zwariuję, przecież to niczemu nie służy, niczego nie załatwia, a do obłędu normalnych ludzi doprowadza. Jak się ktoś na Was uprze, to z lubością te obrazki będzie kopiować, a jeśli macie imperatyw kontroli nad komentarzami, włączcie moderację. Czy ktoś jeszcze myśli tak jak ja?
Idę w czoło bolące wklepać może jakiś Altacet czy co i spać. Powiem tylko jeszcze, że na Notatkach Coolturalnych odezwał się do mnie pan Aleksander Minkowski, pisarz, o czym ze szczegółami donoszę tam, tu tylko anonsuję. Przez to zaczęłam wspominać i oglądać na YT stare seriale polskie. Wspomnienia, wspomnienia
Wiem, że to nie są maki, ale tak mi się skojarzyła, kiedy ją zobaczyłam i nazywam ją od tej pory bluzką w maki. I już. I niech mi tu różni spece i floryści nie wypisują, że się mylę, bo to nie o to chodzi co tam jest, a o to, co ja chcę, żeby tam było. Afirmacja taka, hehe.
Tutaj nie bardzo widać, ale ona na dole ma gumeczkę i się tak ładnie układa po założeniu. Dobry pomysł. A materiał przezroczysty, stąd ten czarny tył i przód pod spodem.
Poza tym po-udałam się do kosmetyczki wyskubać brwi a'la Olszewski i nie wiem, czy faza księżycowa nie ta (chociaż jest malejący to powinno być akurat), czy moja faza nie ta, czy kosmetyczka nie miała fazy, ale od czwartku chodzę z bólem wokół brwi i dotknąć się nie mogę. Mam wrażenie, chociaż tak nie jest, że pas nad brwiami mam powiększony jak u człowieka pierwotnego. Strasznie mnie to śmieszy nie wiem, dlaczego. W sumie bardziej niż wkurza. Pierwszy raz mnie coś takiego spotkało, a kosmetyczka ta sama, co kiedyś.
Kupiłam sobie lakier do paznokci w pastelowym kolorze, Bourjois niby anty odpryskowy (jak do samochodu haha), gwarantowane 3 dni bez ubytku, no nie wiem, czy to taka łaska, mam lakier Eveline, polski, co pachnie wanilią po wyschnięciu, za grosze, piękny kolor i połysk, aż żałuję, że nie kupiłam innych kolorów, ale kto to wiedział, siedzie na paznokciach tak długo, że się szybciej znudzi niż poodpada. Te francuski bułkę przez bibułkę, gwarantują 3 dni. No ja cię, 10 to by było warte reklamy, ale trzy to już chyba norma. Gdyby napisali trzy nawet przy pracy praczki, górnika przodowego płci męskiej, nie lubiącej rękawiczek, testowane na ludziach, to rozumiem. Nic to, kolor piękny, landrynkowo różowy, ale jakoś tak w pomarańcz wpadający, za mną nie trafisz, jak zaczynam o kolorach mówić :-) Zobaczymy jaki mocarz. A o tym lakierze piszę, bo ma innowacyjny pędzelek, plaski to już widziałam wcześniej, ale ten jest płaski i krzywo ścięty.
Malowałam sobie paznokcie i cały czas pomstowałam - jaki to pijany zając wymyślił ścinać pędzelek??? Ciągle myślałam, że mi jedno oko się 'rozleniwiło' jak u dziecka jakiegoś, i mi ucieka na bok. Co spojrzałam, to oczami mrugałam. A jak już dotarło do mnie, że nie oko, a ten pędzel krzywy, to zaczęłam takie figury łapać przy malowaniu, że mnie syn zapytał, czy kręczu dostałam. Jak się już przyzwyczaiłam do jednej strony, to trzeba było rękę zmienić i znowu w ten sam deseń zabawa. Zwariować można. Teraz mam wrażenie, że są krzywo pomalowane.
A na koniec chciałam się zapytać - czy Wy, niektórzy przynajmniej, musicie mieć te hasła u siebie poustawiane do komentarzy? Mam na myśli te obrazkowe utrudniacze, nie dość, że pisane krzywo i raz dużymi, raz małymi, to jeszcze jakieś numery obrazkowe dodatkowo. No ja zwariuję, przecież to niczemu nie służy, niczego nie załatwia, a do obłędu normalnych ludzi doprowadza. Jak się ktoś na Was uprze, to z lubością te obrazki będzie kopiować, a jeśli macie imperatyw kontroli nad komentarzami, włączcie moderację. Czy ktoś jeszcze myśli tak jak ja?
Idę w czoło bolące wklepać może jakiś Altacet czy co i spać. Powiem tylko jeszcze, że na Notatkach Coolturalnych odezwał się do mnie pan Aleksander Minkowski, pisarz, o czym ze szczegółami donoszę tam, tu tylko anonsuję. Przez to zaczęłam wspominać i oglądać na YT stare seriale polskie. Wspomnienia, wspomnienia
czwartek, 19 lipca 2012
Słońce na nosie
Od dłuższego czasu, gdzieś tak z początkiem recesji,
odmawiam sobie skutecznie, towarów luksusowych.
Nie jest to takie uciążliwe, jakby się wydawało. Jak wiecie ostatnio powtarzam z uporem maniaka - ‘less is
more’, im mniej kupuję, wydaję na przyjemności, tym bardziej każda drobnostka
mnie raduje. A prezenty to już w ogóle, z ołówka automatycznego wyjątkowej
urody cieszę się, jak z firmowej pomadki powiększającej usta. Drobiazgi poprawiają
humor, a rzeczy wielkie to już w ogóle potrafią wprawić mnie w stupor, tak jak
na przykład wyjazd, spotkania i zakupy na targach książki, o których do tej
pory rozmyślam z błogim i nieobecnym wyrazem twarzy.
Wkrótce idę na wesele do młodej Irlandki, z którą pracowałam, z jej matką zresztą też. Na moich oczach dojrzewała, wchodziła w dorosły świat pierwszej posady i stałego związku, a teraz – 10 lat później – będę świadkiem jej zamążpójścia. Jestem wzruszona, nawet bardzo, jakby to był ktoś bliski, ale uczucia nie mają nic do rzeczy, jeśli idzie o kupienie kreacji, zamurowało mnie, kiedy zobaczyłam ceny. Pomyślałam, że to jednak przesada, żeby kupować kieckę za setki euro, przecież to nawet nie moja rodzina. Pod tym względem to ja strasznie chytra jestem, nie ma mowy, żebym kupiła coś na raz, jeśli kiecka, to obskoczyłabym w niej wiele imprez, ale problem w tym, że ja nie chodzę ostatnio nigdzie, a jeśli, to na pewno nie na takie wydarzenia, żeby długa suknia, etola i takie tam bezsensowności. Oczywiście chciałabym być heroiną z papierosem w długiej lufce, z giętką kibicią w sukni bez pleców, ale ani warunki fizyczne nie te, ani finansowe, ani chyba czasy też niesprzyjające takiej postawie. Wyszłoby na to, że zgrywam się na kogoś, kim nie jestem, a to po prostu żałosne. Takie oto myślowe meandry pokonywałam, kiedy przechadzałam się między wieszakami w TK Maxx. A tam chłam pomiędzy cudeńkami lub odwrotnie, kto bywa w sklepach tej sieci, to wie. Znalazłam za grosze spodnie, tak piękne, powłóczyste, udające długą spódnicę, z jedwabiu w kwiaty, że aż się zacukałam, od razu stanęła mi przed oczami Rita Hayworth. Rozmiar S. Nigdy w życiu nie osiągnęłabym takiego rozmiaru, chyba, że w ciężkiej chorobie, a tego sobie, ani nikomu nie życzę. Mam nadzieję, że znajdą godną ‘nosicielkę’, bo były wyjątkowej urody i do tego za bezcen. Zaraz za nimi wisiała bluzka cudo, a że spodnie S, to myślałam, że ona też nie dla mnie. Tylko, że w TK Max jak w lumpeksie, wszystko jest wymieszane i teraz duże rozmiary wiszą z małymi, a do tego wiadomo, ludzie też porzucają ciuchy byle gdzie. I cud się stał owego dnia, bo rzeczona bluzka, w fantastyczne czerwone kwiaty przypominające mi maki, lejąca się, ściągnięta w biodrach i za małe pieniądze, była mojego rozmiaru i do tego tak elegancka, że może być nie tylko na wesele, ale i na jakieś mniej wyjątkowe wyjście, do teatru na przykład (chociaż szczerze mówiąc, dla mnie wyjście do teatru jest bardziej wyjątkowe niż na wesele). Tak byłam szczęśliwa, że się ubrałam na czekającą mnie imprezę za małe pieniądze, że pognałam ‘w nagrodę’ na stoisko z torebkami, bo to moja choroba, nic tylko bym je kupowała. Oczywiście sobie obiecałam, że tylko popatrzę. Nie doszłam tam jednak, bo zatrzymałam się przy ścianie z okularami. Przymierzyłam chyba z 10 par, w każdej wyglądałam durniej od poprzedniej. Już tak mam, że albo mnie okulary upiększają, albo robią ze mnie spuchniętą pszczołę, pijanego traktorzystę, gapowatego księgowego lub oczadziałą małpkę kapucynkę. No dobra, przyznam się, specjalnie wybierałam takie niedorzeczne, żeby się trochę pośmiać. Aż tu zauważyłam piękne złotawo-rude okulary Sonii Rykiel, droższe od pozostałych, ale bez przesady, nie tak jakbym je kupowała w jej salonie za setki euro. Ale i tak wydawało mi się to lekką przesadą, okulary to okulary, po co od razu SR? Założyłam na nos i wszelkie logiczne argumenty - dlaczego NIE powinnam ich kupować - pozostały gdzieś w sferze niebytu. Nie dość, że oprawka konweniuje z moim kolorem włosów, nie dość, że wystarczyło założyć, żebym się poczuła wyjątkowo kobieco, to jeszcze wrażenia wzrokowe były takie, jakbym się naćpała. Nagle wydało mi się, że w sklepie jest słonecznie, jasno i do tego bardziej kolorowo.
Mąż na mnie krzywo patrzył, kiedy się uparłam je kupić i wymieniłam wszystkie możliwe źródła dorobienia pieniędzy, żeby zrekompensować taki wydatek. Wyszliśmy na zewnątrz, pousuwałam te wszystkie wisiadła i nalepki, założyłam i mnie zatkało po raz drugi, zaraz dałam mężowi na nos i jego też zamurowało. Słońce w nich przestaje razić, ale paradoksalnie wrażenia wzrokowe są takie, jakby było bardzo słonecznie, kolorowo, bajkowo wręcz i nawet w cienistych plamach, gdzie kolory tracą na wyrazistości, w tych okularach wszystko wydaje się barwniejsze i piękniejsze niż jest; chociaż się nie umawialiśmy, co do tego, mąż też stwierdził, że tak muszą się czuć ludzie upaleni trawą. Nie oddał mi ich, tylko całą drogę prowadził z nimi na nosie. Co zwróciłam głowę w jego kierunku, widziałam faceta w damskich okularach i to mnie bardzo bawiło; kto by pomyślał, nie trzeba było ich nosić, żeby mieć dobry humor. Już mi nie straszne lekko pochmurne dni, z tymi okularami na nosie, mam swoje prywatne słońce non stop.
Wkrótce idę na wesele do młodej Irlandki, z którą pracowałam, z jej matką zresztą też. Na moich oczach dojrzewała, wchodziła w dorosły świat pierwszej posady i stałego związku, a teraz – 10 lat później – będę świadkiem jej zamążpójścia. Jestem wzruszona, nawet bardzo, jakby to był ktoś bliski, ale uczucia nie mają nic do rzeczy, jeśli idzie o kupienie kreacji, zamurowało mnie, kiedy zobaczyłam ceny. Pomyślałam, że to jednak przesada, żeby kupować kieckę za setki euro, przecież to nawet nie moja rodzina. Pod tym względem to ja strasznie chytra jestem, nie ma mowy, żebym kupiła coś na raz, jeśli kiecka, to obskoczyłabym w niej wiele imprez, ale problem w tym, że ja nie chodzę ostatnio nigdzie, a jeśli, to na pewno nie na takie wydarzenia, żeby długa suknia, etola i takie tam bezsensowności. Oczywiście chciałabym być heroiną z papierosem w długiej lufce, z giętką kibicią w sukni bez pleców, ale ani warunki fizyczne nie te, ani finansowe, ani chyba czasy też niesprzyjające takiej postawie. Wyszłoby na to, że zgrywam się na kogoś, kim nie jestem, a to po prostu żałosne. Takie oto myślowe meandry pokonywałam, kiedy przechadzałam się między wieszakami w TK Maxx. A tam chłam pomiędzy cudeńkami lub odwrotnie, kto bywa w sklepach tej sieci, to wie. Znalazłam za grosze spodnie, tak piękne, powłóczyste, udające długą spódnicę, z jedwabiu w kwiaty, że aż się zacukałam, od razu stanęła mi przed oczami Rita Hayworth. Rozmiar S. Nigdy w życiu nie osiągnęłabym takiego rozmiaru, chyba, że w ciężkiej chorobie, a tego sobie, ani nikomu nie życzę. Mam nadzieję, że znajdą godną ‘nosicielkę’, bo były wyjątkowej urody i do tego za bezcen. Zaraz za nimi wisiała bluzka cudo, a że spodnie S, to myślałam, że ona też nie dla mnie. Tylko, że w TK Max jak w lumpeksie, wszystko jest wymieszane i teraz duże rozmiary wiszą z małymi, a do tego wiadomo, ludzie też porzucają ciuchy byle gdzie. I cud się stał owego dnia, bo rzeczona bluzka, w fantastyczne czerwone kwiaty przypominające mi maki, lejąca się, ściągnięta w biodrach i za małe pieniądze, była mojego rozmiaru i do tego tak elegancka, że może być nie tylko na wesele, ale i na jakieś mniej wyjątkowe wyjście, do teatru na przykład (chociaż szczerze mówiąc, dla mnie wyjście do teatru jest bardziej wyjątkowe niż na wesele). Tak byłam szczęśliwa, że się ubrałam na czekającą mnie imprezę za małe pieniądze, że pognałam ‘w nagrodę’ na stoisko z torebkami, bo to moja choroba, nic tylko bym je kupowała. Oczywiście sobie obiecałam, że tylko popatrzę. Nie doszłam tam jednak, bo zatrzymałam się przy ścianie z okularami. Przymierzyłam chyba z 10 par, w każdej wyglądałam durniej od poprzedniej. Już tak mam, że albo mnie okulary upiększają, albo robią ze mnie spuchniętą pszczołę, pijanego traktorzystę, gapowatego księgowego lub oczadziałą małpkę kapucynkę. No dobra, przyznam się, specjalnie wybierałam takie niedorzeczne, żeby się trochę pośmiać. Aż tu zauważyłam piękne złotawo-rude okulary Sonii Rykiel, droższe od pozostałych, ale bez przesady, nie tak jakbym je kupowała w jej salonie za setki euro. Ale i tak wydawało mi się to lekką przesadą, okulary to okulary, po co od razu SR? Założyłam na nos i wszelkie logiczne argumenty - dlaczego NIE powinnam ich kupować - pozostały gdzieś w sferze niebytu. Nie dość, że oprawka konweniuje z moim kolorem włosów, nie dość, że wystarczyło założyć, żebym się poczuła wyjątkowo kobieco, to jeszcze wrażenia wzrokowe były takie, jakbym się naćpała. Nagle wydało mi się, że w sklepie jest słonecznie, jasno i do tego bardziej kolorowo.
Mąż na mnie krzywo patrzył, kiedy się uparłam je kupić i wymieniłam wszystkie możliwe źródła dorobienia pieniędzy, żeby zrekompensować taki wydatek. Wyszliśmy na zewnątrz, pousuwałam te wszystkie wisiadła i nalepki, założyłam i mnie zatkało po raz drugi, zaraz dałam mężowi na nos i jego też zamurowało. Słońce w nich przestaje razić, ale paradoksalnie wrażenia wzrokowe są takie, jakby było bardzo słonecznie, kolorowo, bajkowo wręcz i nawet w cienistych plamach, gdzie kolory tracą na wyrazistości, w tych okularach wszystko wydaje się barwniejsze i piękniejsze niż jest; chociaż się nie umawialiśmy, co do tego, mąż też stwierdził, że tak muszą się czuć ludzie upaleni trawą. Nie oddał mi ich, tylko całą drogę prowadził z nimi na nosie. Co zwróciłam głowę w jego kierunku, widziałam faceta w damskich okularach i to mnie bardzo bawiło; kto by pomyślał, nie trzeba było ich nosić, żeby mieć dobry humor. Już mi nie straszne lekko pochmurne dni, z tymi okularami na nosie, mam swoje prywatne słońce non stop.
niedziela, 15 lipca 2012
Daj mi nogę, daj mi nogę, daj mi nogę...
Ja ci nogi dać nie mogę, dać nie mogę... tarara tarara.
Cały dzień chodzę i to spiewam pod nosem. Rano włączyłam telewizję, bo się okazało, że mi w mp3 bateria siadła i podczas sprzątania nie mogłam książki słuchać, a nie lubię jak jest cicho w domu. No, nie lubię i już. Muzyki słucham ostatnio dosyć dużo, ale nie mogłam tym razem włączyć, bo syn na górze swoje piosenki puszczał. Na moje nieszczęście akurat zaczynał się na Jedynce serial Dom. To jest chyba najlepsza nasza produkcja. Za każdym razem, kiedy go nadają, a to przecież co roku, jak nie częściej, wydaje mi się, że już mnie nie zainteresuje, a kończy się zwykle tym, że przysiadam na półdupku i oglądam cały odcinek, ba, mało tego, śledzę kolejne. I tym razem nie było inaczej, zamiast odkurzać, siedziałam z zestawem ścierkowo-pędzelkowo-miotełkowym i przeżywałam, jakby to było moje pierwsze tego serialu doświadczanie. Doprawdy nie potrafię tego wytłumaczyć.
Ale to nie koniec, kiedy zdenerwowana opóźnieniem w porządkach, zerwałam się do roboty (to już Domu napisy były), podczas czynności okołopilotowych, czyli krótko mówiąc czyszczenia wokół guzików patyczkiem do uszu (kurczę, skąd się tyle brudu tam bierze), przełączyło mi się na Dwójkę, a tam 'Daleko od szosy'. I w tym przypadku siedziałam jak przyklejona do ekranu, a do tego dołączył do mnie mój syn i też się oderwać nie mógł. Imaginujecie to sobie? To, że kobita 40+ ogląda to jeszcze normalne, ale że 16-latek śledzi za zainteresowaniem losy Leszka, to już chyba nieczęste.
Trochę mu musiałam tłumaczyć różne rzeczy z tamtej rzeczywistości, ale jak widać historia chłopaka z małej wsi, który miał marzenia, trafia do ludzi nie tylko pamiętających tamte czasy i serial. Miłe rodzinne przedpołudnie spędzone na wspomnieniach (ja) i odkrywaniu czegoś o kraju swojego pochodzenia (syn).
Coś dzisiaj chora jestem, chyba grypa żołądkowa. Mdli mnie, skurcze żołądka, a przede wszystkim strasznie słaba jestem. Ale chorować to ja nie umiem. Bo nie tylko posprzątałam, ale i prasowanie odwaliłam, niewielkie, ale jednak. Już mnie denerwował kosz i deska w pokoju, a stały tam od kilku dni, od czasu, kiedy mi nagle, bez uprzedzenia, w połowie prasowania wielkiej góry ciuchów (jak zwykle wtedy oglądam sobie seriale lub filmy i wcale mi się nie nudzi, nawet to lubię) przestało działać żelazko. Bezczelność. Małżon rozebrał, ale je zaraz ubrał i powiedział, że skończyło się i już nic z niego nie będzie. Kilkanaście lat bezawaryjnej służby, miało prawo. Jak ja nie lubię kupować nowych sprzętów do domu wtedy, kiedy mam takie, z których jestem nad wyraz zadowolona! Na dodatek nie bardzo mam teraz pieniądze na nieprzewidziane wydatki, na przewidziane też nie J
Tego dnia i tak miałam jechać do gminy, to od razu wpadłam do kilku sklepów pooglądać nowe żelazka i ewentualnie kupić. Miałam skitrane trochę grosza, widać tam na górze już było od jakiegoś czasu wiadomo, że mi sprzęt walnie. Moja prababcia Michalina zwykła mówić, ze jesteśmy za biedne, żeby kupować byle co. Mam zakodowane, że jak coś do domu, to ma być dobrej jakości, bo wtedy mi dobrze służy. Poprzednie żelazko to był Azur Philipsa. Tym razem postanowiłam, że pozostanę przy tej marce, po obejrzeniu katalogu Argosa ze zdziwieniem skonstatowałam, że Azury są nadal produkowane, nawet w kilku wersjach, a dodatkowo okazało się, że w Argosie jest wyprzedaż i to, które mogłoby być, kosztuje połowę ceny. Ale było też inne, niestety nieprzecenione, ale za to najnowsze z automatycznym stand-by, parą typu Ionic , cokolwiek to znaczy i innymi wodotryskami. Moje serce było za tym nowoczesnym, ale to w ofercie było niewiele inne, a całe pięć dych tańsze (euro nie złotówek). Pomyślałam, że jednak bez przesady, żelazko to żelazko, w końcu nie podtrzymuje czynności życiowych, a pięćdziesiątak drogą nie chodzi i wzięłam jednak to tańsze. Dumna byłam z tej bohaterskiej decyzji.
Oto moje stare białe, odchodzi na emeryturę, a niebieskie wchodzi na zastępstwo. Powinnam się cieszyć, ale jakoś mi smutno, lubiłam tego mojego staruszka, poręczne było i wyjątkowo dobre
Dzisiaj postanowiłam wypróbować. Odłączył mi się przedłużacz z gniazdka i zanim się zorientowałam, że to było przyczyną awarii, myślałam, że mi ono przestało w połowie prasowania działać, zdążyłam się wkurzyć, posłać kilkanaście ch… (to jest h czy ch bo nigdy nie wiem?), k… i innych bardziej wysublimowanych hm hm, o ile można o nich tak powiedzieć. W każdym razie przypomniał mi się serial IT Crowd, gdzie panowie od komputerów zawsze zadają pytanie czy wtyczka jest dobrze osadzona w gniazdku i czy pani próbowała wyłączyć i włączyć sprzęt, schyliłam się i okazało się, że ‘ojej, jaki pan mądry’ wtyczka. Bo to zawsze jest coś w tym rodzaju, haha.
Powiem tylko, ze uwielbiam żelazka Philipsa. A przy okazji ze zdziwieniem zauważyłam, że większość moich różnych sprzęciorków jest Philipsa, niezamierzenie zupełnie. I telewizor, i mp3, i oba dvd (jedno z nagrywarką i dyskiem twardym), dziwne, bo nie firma, a za każdym razem parametry, decydowały o wyborze każdego z nich. Widać, że nam z Philipsem po drodze.
I żeby nie było wątpliwości oświadczam, że nie jest to wpis w żaden sposób sponsorowany i linkowany. Po prostu dzielę się z Wami swoimi obserwacjami, dlaczego nie mielibyśmy tego robić bezinteresownie?
P.S. Wpis ukazuje się dzisiaj, chociaż napisany wczoraj, internet mi padł i dopiero teraz udało nam się naprawić
niedziela, 8 lipca 2012
W kuchni z osobistym feministą
Małżon mnie dzisiaj zaskoczył. Nie pierwszy raz zresztą, ale to było chyba największe z dotychczasowych. Szykowaliśmy obiad. Wszystko było już prawie zrobione, zupa i ciasto w piecu, tylko młodych ziemniaczków naskrobać. Małżon zawsze uważa, że to nie dla kobiet praca, bo potem mają ręce jak wyrobnice polne. On skrobie, ja rozpakowuję zmywarkę i sobie gadamy. Pytam, czy oglądał Babilon na TVN24, bo ja lubię ten program, zawsze słucham, kiedy coś tam sprzątam czy przygotowuję obiad (taka to pora zawsze), ale dzisiaj musiałam wyjechać na zakupy weekendowe, bo akurat ten czas przypadł na lunch małżona i samochód miałam do dyspozycji. Proszę więc o streszczenie, ale on niestety nie widział, bo czytał. Ale to rozpoczęło inną dyskusję, a właściwie monolog małżona :
Faceci nie mają prawa decydować o aborcji, ani o in vitro, nie mają, bo tylko potrafią rozporki rozpinać, a potem kobiety zostają same, a oni znikają, niby robią wielką politykę, kariery w biznesie, albo udają zajętych, żeby nic nie robić. Na kobiety zrzucają całą odpowiedzialność za dzieci, za wychowanie, za zabezpieczenie też, a jeśli zajdą w ciążę, alimenty - albo ich nie ma, albo za małe.
Jeszcze nie zamknęłam buzi ze zdziwienia, kiedy dodał - w każdej partii politycznej powinna być wewnętrzna opozycja złożona z samych kobiet, kiedy faceci zaczynają bzdury wygadywać, one powinny oponować. A kobiety, które dla kariery podlizują się kolegom politykom, działają przeciw innym kobietom lub nie robią nic, żeby przeciwdziałać durnym pomysłom kolesi, są jak prostytutki. Nawet gorsze, bo tamte to przynajmniej dla pieniędzy robią i wszystko jest oczywiste, a one dlaczego? Dla kariery? Udają, że mają portki i podlizują się facetom? To obciach.
Był bardzo wzburzony, widocznie czegoś wysłuchał w wiadomościach i w nim to rosło.
I tak sobie gadamy przy obieraniu ziemniaków.
A pogoda oczywiście okropna. Powinnam być chyba zadowolona, bo wszędzie albo powodzie, albo upały, u nas umiarkowanie, leje i tyle. Ale mnie już kości od tego bolą, reumatyzm będę tu miała jak nic.
Oglądamy filmy. O naszych ostatnich zachwytach na Notatkach Coolturalnych
Faceci nie mają prawa decydować o aborcji, ani o in vitro, nie mają, bo tylko potrafią rozporki rozpinać, a potem kobiety zostają same, a oni znikają, niby robią wielką politykę, kariery w biznesie, albo udają zajętych, żeby nic nie robić. Na kobiety zrzucają całą odpowiedzialność za dzieci, za wychowanie, za zabezpieczenie też, a jeśli zajdą w ciążę, alimenty - albo ich nie ma, albo za małe.
Jeszcze nie zamknęłam buzi ze zdziwienia, kiedy dodał - w każdej partii politycznej powinna być wewnętrzna opozycja złożona z samych kobiet, kiedy faceci zaczynają bzdury wygadywać, one powinny oponować. A kobiety, które dla kariery podlizują się kolegom politykom, działają przeciw innym kobietom lub nie robią nic, żeby przeciwdziałać durnym pomysłom kolesi, są jak prostytutki. Nawet gorsze, bo tamte to przynajmniej dla pieniędzy robią i wszystko jest oczywiste, a one dlaczego? Dla kariery? Udają, że mają portki i podlizują się facetom? To obciach.
Był bardzo wzburzony, widocznie czegoś wysłuchał w wiadomościach i w nim to rosło.
I tak sobie gadamy przy obieraniu ziemniaków.
A pogoda oczywiście okropna. Powinnam być chyba zadowolona, bo wszędzie albo powodzie, albo upały, u nas umiarkowanie, leje i tyle. Ale mnie już kości od tego bolą, reumatyzm będę tu miała jak nic.
Oglądamy filmy. O naszych ostatnich zachwytach na Notatkach Coolturalnych
czwartek, 5 lipca 2012
Jakby co, wskoczę na wilka i pognam w nieznane
Dzisiaj małżon wywlókł mnie z domu na ryby. To znaczy on na ryby, ja poczytać, pies pohasać.
Wszystko się zgadza, tylko, że wybraliśmy się jak matoły.
Zarządził ten wyjazd 'teraz natychmiast', bo godzina przed najwyższym przypływem i ryby biorą. A tam jedzie się dwadzieścia minut. Buty w zęby, książkę pod pachę i heja.
Zapomniałam, że lepiej się słucha książek niż czyta w takie słońce. Do tego trzeba było gębę wysmarować, bo jak taki deszcz non stop, to przecież ja w ogóle nie nawykła do blasku mocnego słonecznego prosto w pysk przez ponad godzinę.
Okularów nie wzięłam, na szczęście jakieś szarpaki w samochodzie miałam.
Jak już dowlekliśmy się do skał okazało się, że nie mam siedzonka, czyli takiej poduszki pierdzącej pod tyłek, żeby sobie swobodnie na kamieniach siedzieć.
Malżon z kijem na skały pognał jak, nie przymierzając, kozica jakaś, pies też hyc hyc, a ja zaczęłam szukać jakiejś miejscówki. Widok cudny, oczywiście aparat został w domu.
Rozsiadłam się na wyglądającej dobrze półce skalnej, ale miałam kolano jedno pod brodą. Przesunęłam się na kolejną, jakoś dziwnie skręcona byłam, na trzeciej dopiero zaznałam jakiej takiej wygody.
Poczytałam, nawet mi się tak rajsko, sielsko, anielsko zrobiło, bo co chwila Frank do mnie przybiegał z językiem na wierzchu i kazał się głaskać - podrzucał moją dłoń pyskiem wysoko, mając nadzieję, że jak spadnie ponownie, to na jego kark i będę go miziać. Pachniał słoną wodą. Słońce w oczach. Takie intymne momenty z psiakiem nad oceanem. Serce przy sercu. Fajnie.
Książka arcy ciekawa, to się nie zorientowałam, że mnie pysk piecze. Jak znam życie, jutro wstanę i będę miała czerwone policzki i białe koła po okularach wokół oczu. Czoło oczywiście też białe. I wilka, bo pod tyłkiem tylko cienki ręczniczek. Znacie ten kawał o ułanach? Poruczniku na koń! Ale ja mam wilka. To na wilka.
A tak na poważnie, pomyślałam trochę też na tych skałach i muszę przyznać, że taki wieczór nad samym oceanem z psem i książką to jest absolutny luksus. Jak na to tak spojrzeć, ile by mi pieniędzy nie brakowało, jestem bogata.
Wszystko się zgadza, tylko, że wybraliśmy się jak matoły.
Zarządził ten wyjazd 'teraz natychmiast', bo godzina przed najwyższym przypływem i ryby biorą. A tam jedzie się dwadzieścia minut. Buty w zęby, książkę pod pachę i heja.
Zapomniałam, że lepiej się słucha książek niż czyta w takie słońce. Do tego trzeba było gębę wysmarować, bo jak taki deszcz non stop, to przecież ja w ogóle nie nawykła do blasku mocnego słonecznego prosto w pysk przez ponad godzinę.
Okularów nie wzięłam, na szczęście jakieś szarpaki w samochodzie miałam.
Jak już dowlekliśmy się do skał okazało się, że nie mam siedzonka, czyli takiej poduszki pierdzącej pod tyłek, żeby sobie swobodnie na kamieniach siedzieć.
Malżon z kijem na skały pognał jak, nie przymierzając, kozica jakaś, pies też hyc hyc, a ja zaczęłam szukać jakiejś miejscówki. Widok cudny, oczywiście aparat został w domu.
Rozsiadłam się na wyglądającej dobrze półce skalnej, ale miałam kolano jedno pod brodą. Przesunęłam się na kolejną, jakoś dziwnie skręcona byłam, na trzeciej dopiero zaznałam jakiej takiej wygody.
Poczytałam, nawet mi się tak rajsko, sielsko, anielsko zrobiło, bo co chwila Frank do mnie przybiegał z językiem na wierzchu i kazał się głaskać - podrzucał moją dłoń pyskiem wysoko, mając nadzieję, że jak spadnie ponownie, to na jego kark i będę go miziać. Pachniał słoną wodą. Słońce w oczach. Takie intymne momenty z psiakiem nad oceanem. Serce przy sercu. Fajnie.
Książka arcy ciekawa, to się nie zorientowałam, że mnie pysk piecze. Jak znam życie, jutro wstanę i będę miała czerwone policzki i białe koła po okularach wokół oczu. Czoło oczywiście też białe. I wilka, bo pod tyłkiem tylko cienki ręczniczek. Znacie ten kawał o ułanach? Poruczniku na koń! Ale ja mam wilka. To na wilka.
A tak na poważnie, pomyślałam trochę też na tych skałach i muszę przyznać, że taki wieczór nad samym oceanem z psem i książką to jest absolutny luksus. Jak na to tak spojrzeć, ile by mi pieniędzy nie brakowało, jestem bogata.
wtorek, 3 lipca 2012
Piłkarskie finały, kocie podchody (dobrze, że nie odchody), a na talerzu raj
O ludzie, jak ja się spłakałam po meczu z Włochami. Bo ja jestem kibic na 100%, albo nic i czytam książkę, albo całym sercem i nogami. Wymyśliłam sobie, że Hiszpanom już wystarczy tych tytułów, już biorą je za normę, cieszą się, ale nie tak, jakby Włosi szaleli, gdyby dostali. A jeśli już nie nasi, to niebieskim kibicowałam i jak daleko zaszliśmy! Do samego finału.
Cały dzień sobie z synem delikatnie 'dogryzaliśmy' - masz tu synku chrupki na wieczór, jakoś ci muszę osłodzić przegraną Twojej drużyny; masz tu mamuś ciastko z jabłkami, jak będziesz w rozpaczy po przegranej, to sobie zjesz. I tak cały dzień.
Przyszła ta godzina, zasiedliśmy, małżon z książką zdrajca. Emocje wielkie, u nas, bo u męża różnie, ale jednak odłożył książkę po jakimś czasie, nie zdzierżył. Po dwóch golach już wiedziałam, że nic z tego. Stracili power, gołym okiem to było widać. Przerwa, siedzę nabzdyczona, syn pyta - mama, gniewasz się na mnie? Musiałam mieć straszną minę skoro się dziecko przestraszyło, że go matka wydziedziczy.
Potem to już była masakra, kiedy znieśli jednego zawodnika, a było już po trzech zmianach i nikogo nie mogli wprowadzić, Włosi grali w 10, a do tego podłamani. Hiszpanie to już bili leżącego, nie mogłam na to patrzeć. Po odgwizdaniu końca, wszyscy wiedzą 4:0, jak te stare chłopy zaczęli płakać to mnie też łzy stanęły u bram, ale jak odbierali medale i Hiszpanie przystąpili do złotych, nie łzy mnie tak 'odtamiły', ale wzrok Buffona i takie rozmarzenie w oczach - co by było, gdybyśmy my tam teraz stali. Kurczę, łzy mi leciały jakby mi ktoś kurek otworzył do podlewania ogrodu. Mąż się śmiał, że lepiej niech ja stanę pod krzakiem z różami, przynajmniej jakiś pożytek z tego będzie.
Jeszcze cały poniedziałek przeżywałam, te ich wyjazdy, przyjazdy i komentarze, ale już zakończyłam to definitywnie, bo bez przesady, mam swoje życie, sama jestem zaskoczona, ze tak przeżywam. To chyba bardziej żal za emocjami i tym Euro w ogóle, a nie za drużyną konkretną.
I ta cholerna polityka, która się 'wreszcie' przebiła i szaleje po kanałach - nienawidzę, wkurzają mnie i mam nadzieję, że wszyscy, którzy od tego odpoczywali długo, już nie mają w sobie zgody na to całe bagno i słuchanie o tym.
A w weekend była Misia z kotami. W sobotę nas oba budrysy odwiedziły, a w niedzielę tylko na chwilkę. Takie cudowne dzieciaki.
Tutaj jeszcze w Dublinie, chodziły po wannie, kiedy córka brała kąpiel. Całkiem jak mali ludzie, nie lubią być same i idą za córką, gdziekolwiek by ona nie była. Tosia, ta druga, się skąpała i biedna, zmęczona Michalina, musiała wyłazić z wanny, suszyć ją i dopiero mogła wrócić i dokończyć ablucje. A tak lubi polezeć z książką.
przerzucił się na rozkrok, bo mu się wydawało tak bezpieczniej
Tosia spokojnie, łapka za łapką
A tu pod 'drzewem' storczykowym sobie siedzi Tosieńka
Pussling się zmęczył i u męża postanowił sobie poleżeć. Małżon się zwierzętami nie zachwyca, lubi, ale tutiulał nie będzie, ale jak przychodzi co do czego, to wszystkie u niego zawsze zalegają na spanie
Ma dobre fluidy. Jak mnie coś boli, zawsze mnie jego dotyk leczy. Taki domowy Kaszpirowski. Odinadcać, dwienatcać...
A na koniec zdjęcie z cyklu przyjemne odchudzanie. Zrobiliśmy obiad weekendowy - piersi z kurczaka pieczone pod szynką prosciutto, z pomidorami pieczonymi i rukolą. Takie było pyszne, że w niedzielę też zrobiliśmy. Korzystaliśmy z tego przepisu z taką różnicą, ze zamiast cukru do pomidorów, daliśmy do miseczki dwie łyżki oliwy, dwie figowego octu balsamicznego, czosnku i ziół (mam świeże oregano z ogrodu). Michalina to wynalazła. To jest tak dobre, że trudno słowami opisać.
Rukola jest samiuteńka, bez dodatków w sensie innej sałaty czy warzyw, jedynie z dressingiem własnego wyrobu z odrobiny oleju, musztardy, octu jabłkowego i przypraw.
Cały dzień sobie z synem delikatnie 'dogryzaliśmy' - masz tu synku chrupki na wieczór, jakoś ci muszę osłodzić przegraną Twojej drużyny; masz tu mamuś ciastko z jabłkami, jak będziesz w rozpaczy po przegranej, to sobie zjesz. I tak cały dzień.
Przyszła ta godzina, zasiedliśmy, małżon z książką zdrajca. Emocje wielkie, u nas, bo u męża różnie, ale jednak odłożył książkę po jakimś czasie, nie zdzierżył. Po dwóch golach już wiedziałam, że nic z tego. Stracili power, gołym okiem to było widać. Przerwa, siedzę nabzdyczona, syn pyta - mama, gniewasz się na mnie? Musiałam mieć straszną minę skoro się dziecko przestraszyło, że go matka wydziedziczy.
Potem to już była masakra, kiedy znieśli jednego zawodnika, a było już po trzech zmianach i nikogo nie mogli wprowadzić, Włosi grali w 10, a do tego podłamani. Hiszpanie to już bili leżącego, nie mogłam na to patrzeć. Po odgwizdaniu końca, wszyscy wiedzą 4:0, jak te stare chłopy zaczęli płakać to mnie też łzy stanęły u bram, ale jak odbierali medale i Hiszpanie przystąpili do złotych, nie łzy mnie tak 'odtamiły', ale wzrok Buffona i takie rozmarzenie w oczach - co by było, gdybyśmy my tam teraz stali. Kurczę, łzy mi leciały jakby mi ktoś kurek otworzył do podlewania ogrodu. Mąż się śmiał, że lepiej niech ja stanę pod krzakiem z różami, przynajmniej jakiś pożytek z tego będzie.
Jeszcze cały poniedziałek przeżywałam, te ich wyjazdy, przyjazdy i komentarze, ale już zakończyłam to definitywnie, bo bez przesady, mam swoje życie, sama jestem zaskoczona, ze tak przeżywam. To chyba bardziej żal za emocjami i tym Euro w ogóle, a nie za drużyną konkretną.
I ta cholerna polityka, która się 'wreszcie' przebiła i szaleje po kanałach - nienawidzę, wkurzają mnie i mam nadzieję, że wszyscy, którzy od tego odpoczywali długo, już nie mają w sobie zgody na to całe bagno i słuchanie o tym.
A w weekend była Misia z kotami. W sobotę nas oba budrysy odwiedziły, a w niedzielę tylko na chwilkę. Takie cudowne dzieciaki.
Tutaj jeszcze w Dublinie, chodziły po wannie, kiedy córka brała kąpiel. Całkiem jak mali ludzie, nie lubią być same i idą za córką, gdziekolwiek by ona nie była. Tosia, ta druga, się skąpała i biedna, zmęczona Michalina, musiała wyłazić z wanny, suszyć ją i dopiero mogła wrócić i dokończyć ablucje. A tak lubi polezeć z książką.
przerzucił się na rozkrok, bo mu się wydawało tak bezpieczniej
Tosia spokojnie, łapka za łapką
A tu pod 'drzewem' storczykowym sobie siedzi Tosieńka
Pussling się zmęczył i u męża postanowił sobie poleżeć. Małżon się zwierzętami nie zachwyca, lubi, ale tutiulał nie będzie, ale jak przychodzi co do czego, to wszystkie u niego zawsze zalegają na spanie
Ma dobre fluidy. Jak mnie coś boli, zawsze mnie jego dotyk leczy. Taki domowy Kaszpirowski. Odinadcać, dwienatcać...
A na koniec zdjęcie z cyklu przyjemne odchudzanie. Zrobiliśmy obiad weekendowy - piersi z kurczaka pieczone pod szynką prosciutto, z pomidorami pieczonymi i rukolą. Takie było pyszne, że w niedzielę też zrobiliśmy. Korzystaliśmy z tego przepisu z taką różnicą, ze zamiast cukru do pomidorów, daliśmy do miseczki dwie łyżki oliwy, dwie figowego octu balsamicznego, czosnku i ziół (mam świeże oregano z ogrodu). Michalina to wynalazła. To jest tak dobre, że trudno słowami opisać.
Rukola jest samiuteńka, bez dodatków w sensie innej sałaty czy warzyw, jedynie z dressingiem własnego wyrobu z odrobiny oleju, musztardy, octu jabłkowego i przypraw.
sobota, 30 czerwca 2012
Casoletti do bojuuuuu!!!
Ale się przedwczoraj naśmialiśmy podczas meczu. Wojtek i małżon kibicowali Niemcom, a ja Włochom. Nie tylko wczoraj, już wcześniej zdecydowałam, że oprócz polskiej reprezentacji, to jest 'moja' drużyna. Bo nikt w nich nie wierzył, bo wszyscy rozprawiali o Hiszpanii, o Niemcach, jaka to przyszłościowa i świetna drużyna, o Portugalii i że Ronaldo się przebudził.
A ja na Włochów stawiałam. Szkoda, ze w zakładach nie brałam udziału, ale jak znam swoje szczęście, to gdybym to zrobiła, oni by przepadli.
Kilka lat temu poczyniłam zakład z chłopakami z pracy (pracowałam z samymi mężczyznami) i postawiłam na Francję, nikt nie wierzył i wygrali, a potem poprawili drugim tytułem. Także powinniście mnie słuchać, bo ja stawiam niby na szare konie, ale oko mam ;-)
Zaczął się mecz, trochę jeszcze siedziałam przy komputerze, ale mecz był tak dobry, ze odstawiłam go do kuchni i oddałam się szaleństwu kibicowania. Dość powiedzieć, że mam do dzisiaj chrypę i ból gardła, zdarłam go sobie jak nic. Nauczycielka to by była ze mnie słaba :-), w sensie emisji głosu i następstw tejże, bo w innym to nie wiem, nie próbowałam.
Zaczęło się słabiutko, w sensie atmosfery kibica w naszej domowej 'fan-zone'.
Dygresja: swoją drogą jak strasznie to słowo brzmi po polsku, musiałabym napisać 'domowej fanzonie' brrrrr). Kiedy koleżanka użyła tego słowa na swoim blogu, myślałam, ze to jakiś regionalizm, jak na przykład 'fanzolisz' ale nie, to po prostu spolszczona wymowa.
Wracając do meczu - jak zobaczyliśmy jak dobrze grają Włosi, jak Niemcom tyłki cały czas podgryzają, zupełnie jak mały Pussling jeszcze mniejszej Tośce (kociaki mojej córki), to się zaczęło - ja do Niemców 'skuś baba na dziada' (co to niby ma znaczyć tak swoją drogą?), a chłopaki - Niemcy do booooju - co mnie tak rozśmieszyło, że mało brakowało, a byłoby nieszczęście, bo leciałam do toalety, a zapomniałam, że sobie nogi kremem nasmarowałam. Niemcy do boju? Polacy śpiewają? A my w rodzinie wcale nie jesteśmy obojętni na sprawę wojny, więc na tym obrazku widać, że jednak świat się zmienia i my się zmieniamy i nasze stosunki międzynarodowe się zmieniają, a jak tak, to pewnie w obie strony i oni już nas też pewnie nie widzą jako wojennych poddanych.
Ale od polityki trzymajmy się z daleka, cenię sobie ten czas rozgrywek również dlatego, że polityka niewidoczna i nie słyszalna, a jak się przedziera, to narazie słabiutko. Dzięki Bogu.
Jak strzelili gola tak się darłam z rękami w górze, jakby to Polacy strzelili. Wojtek mówi, ze mu zaprzyjaźnioną dziewczynkę Tosię przypominałam wyrazem twarzy. Na pewno nie tym lwim okrzykiem.
Syn z mężem nos na kwintę - Nic się nie stało, Niemcy nic się nie stało, mąż śpiewa. a ja - tylko pękło ciało i Włosi są w finaleeeeeee.
Po drugim golu to już była feria piosenek piłkarskich i okrzyków, ja znowu 'tosine' ręce do góry i mina rozanielona połączona z okrzykiem 'starego kibola na żylecie Legii'.
Mąż chodził kiedyś z Darkiem na żyletę, pewnie mi coś przez 'zasiedzenie obok' zostało.
Syn w rozpaczy, małżon ubawiony naszym przekomarzaniem się. Syn do mnie - jak taka jesteś fanka drużyny włoskiej, proszę wymień mi trzech zawodników. A ja oczywiście ni hu hu, żadnego nie znam. Patrzę na niego wzrokiem znawcy i mówię - proszę bardzo Buffon (kiedyś mi się zdarzyło wykrzyknąć Bubel łap), Barotelli i... tu się zawiesiłam, bo przecież nie znam, ale myślę, trzeba trzymać fason - Casoletti. Syn - Casoletti? Casoletti???? Nie ma takiego piłkarza w tej drużynieeeeee!!!!!!!!!!
Ja na to - jak to nie,może dzisiaj siedzi na ławce rezerwowych, ale na pewno jest, może miał słabszy sezon i dlatego nie gra.
Syn na moje dictum, że ma wymienić Niemców, poza Podolskim, Klose, Swajnsztajgerem, który jest tak aktywny, że go cały czas wymieniaja komentatorzy. I co? Wymienił, cholera.
Gabriel Bouys/AFP/Getty Images (http://sportsillustrated.cnn.com)
Potem poszedł sobie do kuchni po coś do picia, nie ma go i nie ma, wraca nic nie mówi, myślę, smutno mu. Aż mi się głupio zrobiło i przycichłam z tym swoim kibicowaniem, bo mi się go żal zrobiło.
A on co zrobił? Skorzystał z mojego laptopa, gdzie Fejs włączony i wpisał w moje statusy - 'Ich liebe Germany', albo ' Moim najbardziej ulubionym piłkarzem włoskim jest Casoletti, chociaż ich w sumie nie lubię' i takie tam różne. Ja wcześniej pisałam o Włochach, Forza Italia itp, więc znajomi trochę sie pogubili w moich zeznaniach. Przejął kompa diabeł wcielony i mi taki kawał zrobił. A wiedział, ze jak sobie te nogi nakremowałam, to się nie ruszę, szczególnie po akcji pt. taniec na lodzie w drodze do ubikacji.
Podczas tego meczu małżon po raz pierwszy nalał synowi do szklanki piwa i razem spożywali. Szklanka była wysoka i wąska, więc może z 200 ml tam tego płynu było, ale liczy się fakt, syn już zawsze będzie pamiętał, że pierwsze piwo z ojcem pił podczas Euro, kiedy grali Niemcy z Włochami.
Syn najbardziej kibicuje Hiszpanii, a ja już podczas ich pierwszego meczu, bo grali razem wcześniej na tym Euro, od razu Włochom. Będzie się w niedziele działo, oj będzie.
Z tego powodu postanowiłam złamać nieco dietę i zrobiłam ciasto drożdżowe z truskawkami i kruszonką. A co, święto :-) Problem w tym, że nieskromnie powiem, ze robię najlepszą drożdżówkę na kuli ziemskiej, ja po-pro-stu mam talent, i chyba nie doczeka jutrzejszego dnia. Nic to, czekanie też się liczy.
CASOLETTI DO BOJU :-)
A ja na Włochów stawiałam. Szkoda, ze w zakładach nie brałam udziału, ale jak znam swoje szczęście, to gdybym to zrobiła, oni by przepadli.
Kilka lat temu poczyniłam zakład z chłopakami z pracy (pracowałam z samymi mężczyznami) i postawiłam na Francję, nikt nie wierzył i wygrali, a potem poprawili drugim tytułem. Także powinniście mnie słuchać, bo ja stawiam niby na szare konie, ale oko mam ;-)
Zaczął się mecz, trochę jeszcze siedziałam przy komputerze, ale mecz był tak dobry, ze odstawiłam go do kuchni i oddałam się szaleństwu kibicowania. Dość powiedzieć, że mam do dzisiaj chrypę i ból gardła, zdarłam go sobie jak nic. Nauczycielka to by była ze mnie słaba :-), w sensie emisji głosu i następstw tejże, bo w innym to nie wiem, nie próbowałam.
Zaczęło się słabiutko, w sensie atmosfery kibica w naszej domowej 'fan-zone'.
Dygresja: swoją drogą jak strasznie to słowo brzmi po polsku, musiałabym napisać 'domowej fanzonie' brrrrr). Kiedy koleżanka użyła tego słowa na swoim blogu, myślałam, ze to jakiś regionalizm, jak na przykład 'fanzolisz' ale nie, to po prostu spolszczona wymowa.
Wracając do meczu - jak zobaczyliśmy jak dobrze grają Włosi, jak Niemcom tyłki cały czas podgryzają, zupełnie jak mały Pussling jeszcze mniejszej Tośce (kociaki mojej córki), to się zaczęło - ja do Niemców 'skuś baba na dziada' (co to niby ma znaczyć tak swoją drogą?), a chłopaki - Niemcy do booooju - co mnie tak rozśmieszyło, że mało brakowało, a byłoby nieszczęście, bo leciałam do toalety, a zapomniałam, że sobie nogi kremem nasmarowałam. Niemcy do boju? Polacy śpiewają? A my w rodzinie wcale nie jesteśmy obojętni na sprawę wojny, więc na tym obrazku widać, że jednak świat się zmienia i my się zmieniamy i nasze stosunki międzynarodowe się zmieniają, a jak tak, to pewnie w obie strony i oni już nas też pewnie nie widzą jako wojennych poddanych.
Ale od polityki trzymajmy się z daleka, cenię sobie ten czas rozgrywek również dlatego, że polityka niewidoczna i nie słyszalna, a jak się przedziera, to narazie słabiutko. Dzięki Bogu.
Jak strzelili gola tak się darłam z rękami w górze, jakby to Polacy strzelili. Wojtek mówi, ze mu zaprzyjaźnioną dziewczynkę Tosię przypominałam wyrazem twarzy. Na pewno nie tym lwim okrzykiem.
Syn z mężem nos na kwintę - Nic się nie stało, Niemcy nic się nie stało, mąż śpiewa. a ja - tylko pękło ciało i Włosi są w finaleeeeeee.
Po drugim golu to już była feria piosenek piłkarskich i okrzyków, ja znowu 'tosine' ręce do góry i mina rozanielona połączona z okrzykiem 'starego kibola na żylecie Legii'.
Mąż chodził kiedyś z Darkiem na żyletę, pewnie mi coś przez 'zasiedzenie obok' zostało.
Syn w rozpaczy, małżon ubawiony naszym przekomarzaniem się. Syn do mnie - jak taka jesteś fanka drużyny włoskiej, proszę wymień mi trzech zawodników. A ja oczywiście ni hu hu, żadnego nie znam. Patrzę na niego wzrokiem znawcy i mówię - proszę bardzo Buffon (kiedyś mi się zdarzyło wykrzyknąć Bubel łap), Barotelli i... tu się zawiesiłam, bo przecież nie znam, ale myślę, trzeba trzymać fason - Casoletti. Syn - Casoletti? Casoletti???? Nie ma takiego piłkarza w tej drużynieeeeee!!!!!!!!!!
Ja na to - jak to nie,może dzisiaj siedzi na ławce rezerwowych, ale na pewno jest, może miał słabszy sezon i dlatego nie gra.
Syn na moje dictum, że ma wymienić Niemców, poza Podolskim, Klose, Swajnsztajgerem, który jest tak aktywny, że go cały czas wymieniaja komentatorzy. I co? Wymienił, cholera.
Gabriel Bouys/AFP/Getty Images (http://sportsillustrated.cnn.com)
Potem poszedł sobie do kuchni po coś do picia, nie ma go i nie ma, wraca nic nie mówi, myślę, smutno mu. Aż mi się głupio zrobiło i przycichłam z tym swoim kibicowaniem, bo mi się go żal zrobiło.
A on co zrobił? Skorzystał z mojego laptopa, gdzie Fejs włączony i wpisał w moje statusy - 'Ich liebe Germany', albo ' Moim najbardziej ulubionym piłkarzem włoskim jest Casoletti, chociaż ich w sumie nie lubię' i takie tam różne. Ja wcześniej pisałam o Włochach, Forza Italia itp, więc znajomi trochę sie pogubili w moich zeznaniach. Przejął kompa diabeł wcielony i mi taki kawał zrobił. A wiedział, ze jak sobie te nogi nakremowałam, to się nie ruszę, szczególnie po akcji pt. taniec na lodzie w drodze do ubikacji.
Podczas tego meczu małżon po raz pierwszy nalał synowi do szklanki piwa i razem spożywali. Szklanka była wysoka i wąska, więc może z 200 ml tam tego płynu było, ale liczy się fakt, syn już zawsze będzie pamiętał, że pierwsze piwo z ojcem pił podczas Euro, kiedy grali Niemcy z Włochami.
Syn najbardziej kibicuje Hiszpanii, a ja już podczas ich pierwszego meczu, bo grali razem wcześniej na tym Euro, od razu Włochom. Będzie się w niedziele działo, oj będzie.
Z tego powodu postanowiłam złamać nieco dietę i zrobiłam ciasto drożdżowe z truskawkami i kruszonką. A co, święto :-) Problem w tym, że nieskromnie powiem, ze robię najlepszą drożdżówkę na kuli ziemskiej, ja po-pro-stu mam talent, i chyba nie doczeka jutrzejszego dnia. Nic to, czekanie też się liczy.
CASOLETTI DO BOJU :-)
wtorek, 26 czerwca 2012
Leków jak na lekarstwo, a erzace-farmaceuci to już smutna norma
Jednym z problemów mieszkania zagranicą jest fakt, że się człowiek nie może przyzwyczaić do leków i różnych suplementów sprzedawanych na miejscu, wciąż zachwala działanie i cudotwórcze możliwości różnych syropów na kaszel, tabletek na cerę, a polskie leki z bożej apteki i herbatki ziołowe to już w ogóle niezastąpione są. I pewnie tak jest w wielu przypadkach.
I ja jestem niewolnicą przyzwyczajeń. Nie stronię od nowości, na przykład takie leki homeopatyczne całkiem do mnie przemawiają, ale jak przyjdzie co do czego, czyli leczenia samego siebie hehe, to sięgam po najbardziej sprawdzone sposoby, od lat te same. Słusznie czy nie, to już inasza inszość, ale tak jest i nic na to nie poradzę. Pełno jest nowoczesnych leków na rozwolnienie na przykład, a ja węgiel i tak lubię mieć na podorędziu, kiedy zaczyna się sezon na grypę żołądkową w Irlandii.
W pierwszych latach ciągałam całą bożą i diabelską (bo koncerny farmaceutyczne coraz bardziej mi się jawią jako diabelskie nasienie) aptekę do Irlandii. Teraz już mniej tego, ale i tak przywlokłam jakieś suplementy diety przy odchudzaniu i na włosy i cerę. Czy to działa, nie mam pojęcia, ale w głowie mi jakoś lepiej, ze COŚ robię.
Niedawno zaczęły działać apteki internetowe, tutaj z polskimi lekami, i w kraju jak widzę też. Jak się zapatrujecie na takie zakupy, czy kupujecie w sieci leki (oczywiście mowa o aptekach, a nie o dziwnych substancjach z rąk prywatnych), czy nadal tylko tradycyjnie u pani magister?
A swoją drogą te panie magister to chyba coraz gorzej uczone. Kiedyś można było naprawdę poradę dostać, ale ostatnimi czasy młodzież za ladą króluje, a oni nie tylko nie wiedzą, co poradzić, ale nawet nie mają pojęcia, co sprzedają.
Ja mam taki zawsze kłopot w Polsce, to jest psychosomatyczne ze stresu, że mi najdalej po trzech dniach zaczynają puchnąć nogi (do rozmiarów niewyobrażalnych) i muszę brać leki na pozbycie się wody z organizmu, bo ją ewidentnie zatrzymuję. Trzy apteki zaliczyłam zanim dowiedziałam się o specyfiku, żeby nie herbata ziołowa, bo nie miałam warunków jej przygotowywać, który mi pomoże, ziołowym do tego. Wszędzie on jest dostępny, nic to ani drogiego, ani wyjątkowego, ale narybek farmaceutyczny pozostawiony na włościach w aptece, wielkie oczy robił (połączone z gapowatym wyrazem twarzy i zupełnym brakiem jakiegoś odruchu, żeby gdzieś zajrzeć, podpytać), kiedy pytałam o poradę i pomoc. A przecież byłam w mieście odwiedzanym przez rzesze turystów i można się spodziewać takich pacjentów, czy klientów jak ja. Ech, degrengolada tego zawodu czy niedouczenie? Pamiętam jeszcze pana Kazia, zaprzyjaźnionego aptekarza, który na wszelkie bolączki miał odpowiedź, czy to zamiast lekarza, czy zanim się do niego człowiek dostał. A teraz? Szkoda gadać.Jak trafiłam na bardziej doświadczoną 'aptekarkę', to mnie próbowała na drogi specyfik naciągnąć, a wcześniej lekarka mamy powiedziała - tylko nie daj sobie wcisnąć x, poproś o y. Zdziwiona była, gdy spytałam, czy y za 3.80 nie będzie miał takiego samego działania, jak to drugie (za 22 zł).
Pomyślałam, że w takiej sytuacji korzystanie z apteki internetowej to wcale nie taki głupi pomysł, bo faktor ludzki nie jest już taki jak dawniej, to i wcale potrzebny nie jest.
Oczywiście mowa o lekach nie na receptę, bo to już całkiem inna historia.
I ja jestem niewolnicą przyzwyczajeń. Nie stronię od nowości, na przykład takie leki homeopatyczne całkiem do mnie przemawiają, ale jak przyjdzie co do czego, czyli leczenia samego siebie hehe, to sięgam po najbardziej sprawdzone sposoby, od lat te same. Słusznie czy nie, to już inasza inszość, ale tak jest i nic na to nie poradzę. Pełno jest nowoczesnych leków na rozwolnienie na przykład, a ja węgiel i tak lubię mieć na podorędziu, kiedy zaczyna się sezon na grypę żołądkową w Irlandii.
W pierwszych latach ciągałam całą bożą i diabelską (bo koncerny farmaceutyczne coraz bardziej mi się jawią jako diabelskie nasienie) aptekę do Irlandii. Teraz już mniej tego, ale i tak przywlokłam jakieś suplementy diety przy odchudzaniu i na włosy i cerę. Czy to działa, nie mam pojęcia, ale w głowie mi jakoś lepiej, ze COŚ robię.
Niedawno zaczęły działać apteki internetowe, tutaj z polskimi lekami, i w kraju jak widzę też. Jak się zapatrujecie na takie zakupy, czy kupujecie w sieci leki (oczywiście mowa o aptekach, a nie o dziwnych substancjach z rąk prywatnych), czy nadal tylko tradycyjnie u pani magister?
A swoją drogą te panie magister to chyba coraz gorzej uczone. Kiedyś można było naprawdę poradę dostać, ale ostatnimi czasy młodzież za ladą króluje, a oni nie tylko nie wiedzą, co poradzić, ale nawet nie mają pojęcia, co sprzedają.
Ja mam taki zawsze kłopot w Polsce, to jest psychosomatyczne ze stresu, że mi najdalej po trzech dniach zaczynają puchnąć nogi (do rozmiarów niewyobrażalnych) i muszę brać leki na pozbycie się wody z organizmu, bo ją ewidentnie zatrzymuję. Trzy apteki zaliczyłam zanim dowiedziałam się o specyfiku, żeby nie herbata ziołowa, bo nie miałam warunków jej przygotowywać, który mi pomoże, ziołowym do tego. Wszędzie on jest dostępny, nic to ani drogiego, ani wyjątkowego, ale narybek farmaceutyczny pozostawiony na włościach w aptece, wielkie oczy robił (połączone z gapowatym wyrazem twarzy i zupełnym brakiem jakiegoś odruchu, żeby gdzieś zajrzeć, podpytać), kiedy pytałam o poradę i pomoc. A przecież byłam w mieście odwiedzanym przez rzesze turystów i można się spodziewać takich pacjentów, czy klientów jak ja. Ech, degrengolada tego zawodu czy niedouczenie? Pamiętam jeszcze pana Kazia, zaprzyjaźnionego aptekarza, który na wszelkie bolączki miał odpowiedź, czy to zamiast lekarza, czy zanim się do niego człowiek dostał. A teraz? Szkoda gadać.Jak trafiłam na bardziej doświadczoną 'aptekarkę', to mnie próbowała na drogi specyfik naciągnąć, a wcześniej lekarka mamy powiedziała - tylko nie daj sobie wcisnąć x, poproś o y. Zdziwiona była, gdy spytałam, czy y za 3.80 nie będzie miał takiego samego działania, jak to drugie (za 22 zł).
Pomyślałam, że w takiej sytuacji korzystanie z apteki internetowej to wcale nie taki głupi pomysł, bo faktor ludzki nie jest już taki jak dawniej, to i wcale potrzebny nie jest.
Oczywiście mowa o lekach nie na receptę, bo to już całkiem inna historia.
piątek, 22 czerwca 2012
Limonczellowe znieczulenie działa, a widok od pasa w dół jest znacznie ważniejszy
Franek rozwleka po całym domu pudełka, które mu daję do wylizania. A to po śmietanie, a to jogurcie, czasem puszka po rybie. 'Myje je dokładnie, a potem wiadomo, do śmieci nie zanosi. Mąż nadepnął na pudełko plastikowe i połamał je na kawałeczki. Nie wszystko wyzbierał, co się w świetle dziennym okazało, postanowiłam pozbierać i jeden z ostrych odłamków plastiku zadziobał mnie pod paznokciem, miałam tam rankę, która pod koniec dnia, mimo, że nie była jakoś szczególnie zajątrzona, bolała okropnie. W sumie ból rozniósł się spod paznokcia na cały palec. W takich razach mąż mówi - do wrzątku z tym. Wiem, ze to pomaga i nie opierałam się, ale stałam nad tym wrzątkiem i jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić momentu zanurzenia palca w nim, takiego bolącego palca!
Małżon obok dodaje mi otuchy, a w ręku trzyma kieliszek (piękny, zgrabny i niewielki, z ręcznie rżniętego kryształu, który kupiłam w sklepie ze starociami za 2 euro i używam do takich napitków) cały wypełniony słodkim i mocnym Limoncello (włoskim likierem cytrynowym), który udało mi się kupić na dniu włoskim w Lidlu (oni mają czasem takie smaczki, ze szok). Ja palec do wrzątku, potem wrzask, a mąż mi limoncello w pysk. I znowu, palec-wrzątek-limoncello w pysk. Tak się zaczęliśmy z tego śmiać, że mnie od razu przestało boleć.
Upił mnie, bo mi wiele nie trzeba.
Palec przestał rwać, na drugi dzień nie było śladu po rance.
Metodę polecam.
Wczoraj wysłuchałam pani sędziny piłkarskiej, która spytana, czy zwraca uwagę na przystojnych piłkarzy portugalskich, z dziwną miną (nie kontrolowała wyrazu twarzy najwyraźniej), odpowiedziała, że dla niej nieważne jakie mają fryzury i jak wyglądają, jako sędzina zwraca uwagę raczej na to, co prezentują od pasa w dół. No pewnie, co tam będzie o fryzurach rozprawiać, wiadomo, nie włosy określają mężczyznę, tylko to co na dole.
A ja myślałam, ze też to, co ma we łbie.
Piłkarz też.
Małżon obok dodaje mi otuchy, a w ręku trzyma kieliszek (piękny, zgrabny i niewielki, z ręcznie rżniętego kryształu, który kupiłam w sklepie ze starociami za 2 euro i używam do takich napitków) cały wypełniony słodkim i mocnym Limoncello (włoskim likierem cytrynowym), który udało mi się kupić na dniu włoskim w Lidlu (oni mają czasem takie smaczki, ze szok). Ja palec do wrzątku, potem wrzask, a mąż mi limoncello w pysk. I znowu, palec-wrzątek-limoncello w pysk. Tak się zaczęliśmy z tego śmiać, że mnie od razu przestało boleć.
Upił mnie, bo mi wiele nie trzeba.
Palec przestał rwać, na drugi dzień nie było śladu po rance.
Metodę polecam.
Wczoraj wysłuchałam pani sędziny piłkarskiej, która spytana, czy zwraca uwagę na przystojnych piłkarzy portugalskich, z dziwną miną (nie kontrolowała wyrazu twarzy najwyraźniej), odpowiedziała, że dla niej nieważne jakie mają fryzury i jak wyglądają, jako sędzina zwraca uwagę raczej na to, co prezentują od pasa w dół. No pewnie, co tam będzie o fryzurach rozprawiać, wiadomo, nie włosy określają mężczyznę, tylko to co na dole.
A ja myślałam, ze też to, co ma we łbie.
Piłkarz też.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





