środa, 5 września 2012

Co woli matka?


Mijają wakacje. Nie żebym jakoś desperowała, akurat syn ma luźny rok przed sobą, bo zdecydował się robić Transition Year, ale będzie mi brakowało miłych poranków spędzanych z synem, naszych wspólnych śniadań, rozmów i wakacyjnego luzu, chociaż ja wakacji jako takich nie mam, bo przecież już dawno nie w szkole, a nauczycielką też nie jestem. Podczas jednej z naszych porannych rozmów syn mnie spytał – mamo, czy ty wolałaś, kiedy my byliśmy mali, czy bardziej lubisz być mamą teraz? Zaskoczył mnie tym pytaniem. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to odpowiedź, że zdecydowanie teraz, bo nie muszę biegać za dwulatkiem i uważać, żeby sobie czegoś do nosa, oka czy ucha nie włożył, żeby czegoś nie zniszczył, sobie krzywdy nie zrobił, żeby nie wpadł pod samochód, a Bóg mi świadkiem, że taki syn mój, to był nie tylko pełen energii nie do przerobienia przez dorosłego, ale do tego wielce wypadkowy, wciąż sobie coś rozbijał, a to głowę, a to stopę, a to szwy na czole.
Ale czy można dziecku powiedzieć, że kiedyś to była masakra, a teraz fajnie? Co ja mam mu powiedzieć, gdzie leży prawda?
Wspominam czasy, kiedy dzieci były małe i mi żal, że mi codzienne obowiązki czasem przesłaniały radość z obcowania z maluchami. Opieka nad nimi przy jednoczesnym braku pomocy, bo mąż w pracy, a ‘dziadki’ nie były moim przywilejem, zamartwianie się, że czegoś tam nie zdążyłam, a co innego trzeba koniecznie i na już, zabrały mi najwspanialszą przyjemność z bycia mamą we wczesnych latach. A i absurdalne żale, że siedzę z nimi w domu, że się nie realizuję, że powinnam gdzieś w kostiumie i na szpilkach brylować po biurach, też nie pomagały. Jaka ja głupia byłam. Ciągle zwrócona tam, gdzie mnie nie ma, zamiast intensywnie przeżywać chwile te, które były moim udziałem.
Widać nie dałam tak całkiem ciała, skoro moje dzieci teraz są dla mnie najwspanialszymi towarzyszami i przyjaciółmi, że nadal, a może właśnie teraz bardziej niż kiedykolwiek, mamy sobie coś ciekawego do powiedzenia, swoje żarty łapiemy w lot, wciąż jesteśmy ciekawi, co u którego się dzieje. Ale wisi nade mną ten żal i wstyd, że nie umiałam się wtedy bardziej cieszyć i przez to więcej im dać.
Wciąż przemyśliwam odpowiedź na pytanie syna. Wprawdzie powiedziałam, że każdy okres ma swój czar, że nie ma drogi na skróty - trzeba dać się osikać podczas kąpieli, potem nabiegać za ruchliwym i wszystkiego ciekawym dzieckiem, wytrzeć i uprać niezliczoną ilość plam, milion razy nie wyspać podczas choroby milusińskich albo z powodu koszmarów po obejrzanej bajce o łabędziu (kto by pomyślał, niby taki piękny i puchaty, a straszy, a tak wnikliwie dobierałam kreskówki), potem biegać do szkoły na wywiadówki, do dentysty z mleczakami, sprawdzać wady postawy u lekarza, urządzać urodziny, dmuchać balony, wozić do przyjaciół, przywozić potem, prowadzić do komunii, martwić się egzaminami, pierwszymi wyjściami na dyskotekę, niechcianymi ciążami czyhającymi za każdym rogiem, miłosnymi zawodami, mamo idziemy popływać, Jezu, jeszcze mi utoniesz, ile punktów potrzeba jej na wymarzony kierunek, czy on wie, co robi, ten zawód nie jest łatwy… - ale nie wspomniałam, że pewnego dnia masz dorosłe dziecko i to wszystko wydaje się jak sen jaki złoty. Dziecko wyfruwa z gniazda i już jego życie nie jest naszym życiem. Pooooszło!
Kiedyś, czasem zniecierpliwiona, myślałam, że nigdy nie przyjdzie dzień, kiedy będę mogła iść do toalety bez cienia dziecka za mną, że nigdy już nie będę mogła spokojnie poczytać książki na fotelu i zawsze w tym celu będę się musiała chować w wannie (pod pozorem natychmiastowej potrzeby kąpieli, jaka ja byłam wtedy wymoczona!), że nie nadejdzie dzień, kiedy będę mogła sobie swobodnie włączyć jakiś film, zamiast tego wciąż będzie rozbrzmiewać w domu piosenka z wciąż puszczanego od nowa Bałwanka Bulli – „Witaj nam księżycu, witaj jak się masz”. Wyjście do kina we dwójkę z mężem to była przebrzmiała pieśń wczesnych lat małżeńskich.
A teraz? Zastanawiam się, czy nadejdzie dzień, kiedy moje dzieci będą się w stanie zgrać ze mną i spędzić wspólnie czas? Czy moja córka będzie miała tyle wolnego w pracy, że zdoła przyjechać i z nami kilka dni pobyć; czy syn znajdzie dla mnie chwilę między swoim ważnymi sprawami i do tego nie będzie się nudził ze ‘starą’ matką? Bo na razie to lekko przegrywam. Zawołałam go kiedyś i pytam, czy by ze mną nie obejrzał katastroficznego filmu o inwazji kosmitów, a on na to – matka, czasu nie trać, widziałem z kumplami, to straszny gniot. Ja wybrałam specjalnie coś takiego, bo myślałam, że on jest nadal zafascynowany podbojem ziemi przez kosmitów, a ten mi migusiem wyrósł z takich produkcji, nawet nie zdążyłam zauważyć, kiedy?
W każdej wolnej chwili mogę się rozłożyć na kanapie z książką, jak się zapomnę i nie ugotuję obiadu, nic się nie stanie, nikt z głodu płakać nie będzie, marzyłam o tym dniu, a teraz jakoś mi z tego powodu smutno. Kurczę, to jaka jest właściwa odpowiedź na pytanie syna?

środa, 29 sierpnia 2012

Doniesienia z boleściwej kanapy rekonwalescencyjnej (trudne słowo)

Jak za dziecięcych czasów, podczas choroby, przeniosłam sztab do pokoju dziennego. Leżę na kanapie pod kocem, w nogach Franek ubrany w lampę, nie mogę mu jej jeszcze ściągnąć, bo jednak podgryza swój ogon. W lampie też podgryza, ale mniej, a ja mu tego ułatwiać nie będę, tak przynajmniej musi sobie jogę z poprzedniego życia przypomnieć, powyginać, pokombinować, czasem mu się po drodze znudzi, czasem zapomina po co się tak wyginał i zastyga w dziwnej pozycji zdziwiony.
Obok kanapy mam stoliczek przenośny, na nim długopis, program TV, komórkę, okulary, dwie książki, gazetę chusteczki pod stolikiem, bo mam zamiar sobie popłakać, hehe.
Niestety nie mogę liczyć na to, że będę w centrum uwagi. Miałam taką nadzieję, ale moje rwanie zęba zbiegło się w czasie z dostawą ogórków do kiszenia i ja tu cierpię na kanapie, a chłopaki w kuchni kiszą. A jak już ukiszą, będą kroić sałatkę szwedzką i ją gotować. Zapachy dochodzą, ale jeść mi się nie chce, bo mam pół twarzy zmasakrowane. Przynajmniej mam takie wrażenie. Jakbym się z TIRem na rowerze twarzą zderzyła.
Hard core był. Moja prześwietna dentystka bardzo się starała, ale nie dało się uniknąć i bólu, i połowicznego sukcesu, żeby nie napisać połowicznej przegranej. To był ząb z tyłu, z dwoma korzeniami, które do tego mam zakończone nie ostro, a jakby to powiedzieć, bulwiasto. A to utrudnia wyrwanie. Do tego okazało się, że jeden z nich się zrósł z kością, więc mi wyjęła koronę i jeden korzeń, a drugi mimo wielu zabiegów i ilości narzędzi potrzebnych do usunięcia wszystkich narządów ciała, pomimo pomocy drugiej dentystki, która przybyła, bo to już czas lunchu był i wyległa ze swojego gabinetu, pozostał skubany ze mną i czeka mnie interwencja chirurga.
Dwie godziny to trwało. Odejmując znieczulenie i czas dany, żeby zadziałało, półtorej godziny siedziałam z gębą otwartą i obłędem w oczach (dobrze, że dają gogle i nie widać), a biedne dentystki się pociły. Ich chociaż nie bolało tak bardzo. Mnie na początku tylko trochę, ale potem już przestało działać, dodano mi znieczulenia (razem trzy razy), ale i tak wszystko było juz tak umęczone tam, że chyba średnio działało.
Teraz siedzę na łożu boleści. Próbowałam spać, ale kiedy się relaksuję, zaczyna bardziej boleć. Wiec postanowiłam coś napisać, bo inaczej chyba bym tu wyła. Był moment, że mi trochę ból odpuścił, ale teraz, mimo szatańsko mocnych leków przeciwbólowych, rwie okropnie. Doprawdy nie wiem, kiedy przestanie, ale czarno widzę noc przede mną.
Idę sobie, chyba popłaczę to mi ulży może?

Z miłych rzeczy dostałam Kolejkę, grę planszową. Jeszcze nie zasiedliśmy do niej, ale po przejrzeniu kart, planszy i instrukcji, wydaje mi się, ze będzie super.


poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Weekend na ogonie postawiony, ale za to gęsto było od drzew, a iskry leciały i łzy się lały, jak nie przymierzając przy PMS

A właściwie dlaczego nie przymierzając, właśnie, ze to jest PMS. Chyba, bo jak wiecie mając Mirenę, nie bardzo wiem. Ale musiał on ci to być, bo jestem na zmianę albo wkurzona, albo płaczliwa. Co ja się napłakałam w ostatnie trzy dni. Pokazali wyniesienie trumien z Powązek, tych ekshumowanych z grobów zbiorowych, ja w bek, jak rozmawiali z kobietą więzioną lata całe w powojennej Polsce, znowu łzy polałam, pokazali dzisiaj w 'Domu' jak matka opuszczała gospodarstwo w Sierpuchowie, bo mąż zmarł, tak szlochałam, ze myślałam, ze mi serce stanie. To nienormalne, przecież ja widziałam ten film milion razy. Mąż to widzi i tylko do Wojtka hasło rzuca - babcia Sabinka. Jego mama, Sabina właśnie, też tak popłakuje, jak przyjedziemy, jak wyjeżdżamy, jak coś się w rodzinie dzieje, babcia płacze. I ja chyba też to mam.
Iskry lecą, bo jak nie płaczę, to się wściekam, az mnie to samą męczy. Do tego czuję się niezrozumiana, niekochana, nic nie warta i ogólnie odpad. No, czy nie typowy PMS?

Weekend na ogonie stał, bo okazało się, że Franciszek ma tam ranę, poznałam tylko po tym, że jest wyjątkowo zainteresowanym jednym miejscem, pod włosami nie było widać, a do tego nie daje sobie tego obejrzeć, ani mnie, ani mężowi, od razu zęby na wierzch, zapakowałam go do samochodu i do weterynarza. Trzymał go syn, trzymałam ja, pysk miał zawiązany a i tak ledwo dawaliśmy sobie z nim radę. Pierwszy raz taka akcja. Po ogoleniu ogona okazało się, że rana jest, rozjątrzona, do tego ropa, więc zastrzyki, antybiotyki w tabletkach, maści - psu na budę, ale nie na fankowy ogon, bo nie daje sobie posmarować, a jak już, to zlizuje, chociaż ma tę obrożę niby, lampę taką, ale jakoś się tak wygina jak jogin i zawsze sobie ten ogon, długi do tego, pod nos wetknie. Co my z nim tu mamy. Wściekamy się na niego, bo taki agresywny z tym ogonem, a zaraz potem płaczemy, czy gorzej nie będzie. Trzy godziny go dzisiaj drapałam i głaskałam, żeby uwagę od ogona odwrócić.

Na spacer go zabraliśmy, tym razem pojechaliśmy w miejsce nam nieznane do Ards Forest Park. Blisko nas, ale nigdy tam nie byliśmy, nikt nam nie powiedział, dopiero Ewa z Tomkiem, kiedy nas wizytowali wspomnieli o tym, a mężowi zaraz się przypomniało, że faktycznie jakiś las niedaleko jest. A trzeba Wam wiedzieć, że  w naszej części Donegalu lasów jak na lekarstwo, drzewo swego czasu było potrzebne, to powycinali w pień i teraz kamień na kamieniu. No, ale tam las aż miło, mąż jak w domu się poczuł, bo przecież u nich lasy piękne, gęste i zasobne.
Dla nas taki widok to rzadkość 


A to Franiu, wyjątkowo bez 'lampy', widać ogolony ogon, a taki miał pióropusz śliczny na końcu


W życiu nie sądziłam, ze mi kiedykolwiek lasu będzie brakować


Dostałam wyróżnienie blogowe, mam napisać siedem rzeczy, których o mnie nie wiecie. Hm, po tylu latach blogowania nie wiem, czy siedem znajdę. Ale coś tam napiszę, no i obrazek wkleję, bo to jakby medal. Nie zapomniałam, jedynie myślę i za ogonem latam, stąd to opóźnienie

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Egzekucja odłożona, ale nie odwołana, za to ryb ci u nas dostatek

Wstałam raniutko, umyłam łeb, najadłam się gotowa na głodowanie kilku dniowe, no dobra, jednodniowe, ale jednak. Pojechałam z duszą na ramieniu i lekko rozluźnionymi ze strachu kiszkami na wizytę do dentysty i co? Nico. Mało nie zeszłam byłam na fotelu oczekując ekstrakcji, znieczulenie dostałam, ale nie zadziałało. Mam zapalenie i ono jeszcze nie zeszło na tyle, żeby się znieczulić wystarczająco do wyrywania zęba. Moja pani dentystka powiedziała, że nie będzie rwać, ustaliła wizytę w przyszlym tygodniu i tyle mnie widzieli.
Pół dnia z drętwą gębą chodziłam, wszystko straciło czucie, tylko nie dziąsło naokoło zęba. No ja zwariuję, znowu czekanie, nerwy, aż mnie to już śmieszy, bo w końcu stara baba jestem i nie powinnam już tak panikować.

Wczoraj syn i mąż byli na rybach i przywieźli prawie trzydzieści, a podobno drugie tyle oddali komuś tam. Ale mieli połów.  Moje ukochane makrele prosto z morza. Mniam




Na koniec dnia wiadomość świetlista, córka ma szanse, na razie takie malutkie, ale jednak, na zatrudnienie. Nie będę Was szczegółami zanudzać, ale już tak całkiem za nic pracować nie będzie, a może z czasem i dostanie etat. Jakbym wiedziala, ze to pomoze, to bym sobie dała tego zęba na żywca wyrwać.

Panika odłożona, ale jeszcze o tym usłyszycie, nie upiecze Wam się, hehe.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Przyszła kryska na Matyska, piłka była wielce pożądana, a łodzie też odchodzą na emeryturę

W tym wypadku Matyskiem jest mój ząb o imieniu szóstka dolna lewa
Ale mam jazdę. Najpierw lekko bolał mnie ząb. W ogóle nie jestem do tego przyzwyczajona, bo w miarę na bieżąco mam sprawdzaną paszczękę i nigdy nie doprowadzam do tego, żeby ból. Najpierw myślałam, że go czymś uraziłam, może mi coś wlazło, więc się pastwiłam niciami  i innymi sprzęciorkami, żeby ewentualnie usunąć problem. Po dwóch dniach jednak musiałam pogodzić się z faktem, że dentysta mile widziany i jakoś się dostałam, chociaż u nas bez umawiania się jest ciężko.
No i co, ząb Matysek idzie precz jutro. Z rana mam się stawić na egzekucję. On był kiedyś tam dawno leczony kanałowo, na zasadzie kupienia mu kilku lat, wytrzymał coś ze 12 albo trochę więcej.
O mamusiu, jak ja się boję.
Z bólem zawalczyłam przeciwbólowymi jak dla konia, z zapaleniem antybiotykiem, chodzę skołowana, bo te leki są mocne i czuję się trochę jak na haju, ale najbardziej boję się jutro tego rwania, bo to ząb z tyłu, korzenie poza tym na zdjęciu objawiły się pozawijane czy coś tam, będzie m-a-s-a-k-r-a, do tego ja się nie najlepiej znieczulam.
O Bożeńciu litościwy, ratunku.
Panika
A tak w ogóle to nic wielkiego się nie dzieje, bo jak boli to wszystko wisi. Rozumiecie co mam na myśli.
Ale poczułam się w obowiązku i upiekłam ciasto na piknik sobotni, gdzie sprzedawaliśmy wypieki i dochody poszły na naszą polska szkołę. Najpierw myślałam, że nie dam rady, ale antybiotyk i 'haj-tabletki' zdziałały cuda i wprawdzie przepis widziałam podwójnie, ale jakos do pieca blachą trafiłam.
Dzisiaj spacer, bo wiadomo, ta ostaaaatnia niedziela z zębem szóstką, trzeba się pocieszyć.
Mąż znalazł boję gumowa i bawili się z Franciszkiem traktując ją jak piłkę. Franek się zakochał, nie odstępuje jej na krok
Najpierw chwilę grali, ale mąż zdecydował iść do domu i piłkę-boję położył na stole, Franek postanowił jej popilnować, jednocześnie spoglądając w stronę domu w oczekiwaniu na powrót pana



No i się doczekał, rzucanie, szczekanie, radość wielka, gra w piłkę nigdy się Frankowi nie nudzi


Tyle, ze u niego powinno to się nazywać gra w piłkę zębową, a nie nożną, bo stara się chwycić zębami i ją raczej nosić niż popychać nosem

 Pan do domu, piłka-boja na stół, tym razem Franciszek postanowił nie siedzieć pod stołem, podskoczył i znalazł się na, a co

 No to pan powiesił na karmiku, bo się bał, że Franek wreszcie zdoła przebić ją zębami, oj nie spodobało mu się to i szczekał głośno - piłko natychmiast schodz tu na dół

 A może uda mi się doskoczyć, jak na stół? O kurczę, chyba jednak nie


Spacerowałam po plaży, a raczej piasku, który podczas przypływu jest dnem oceanu przy brzegu i wdychałam intensywnie powietrze. Nie wiem dlaczego zapach wody przywodził na myśl deszczowe dni w Koszalinie za moich młodzieńczych lat. Skąd to porównanie, powiedzieć nie umiem. Właściwie to ja lubię deszcz, byle by nie zacinał złośliwie za kołnierz, nie budził dreszczy, czyli taki letni, albo jak człowiek przygotowany i ma parasol i odpowiednie odzienie. W tym miejscu stoją wraki łodzi rybackich, akurat dobry klimat przed wieczornym seansem filmu Miasto z morza, na podstawie powieści Fleszarowej-Muskat 'Tak trzymać'. Oglądałam sobie te łodzie z bliska, myślałam o tym, jak to ludzie kiedyś na nich zarabiali na życie, jak trudzili się przy połowach, opierali złej pogodzie i zdradliwemu wichrowi, tęsknili za dziewczyną, która czekała w porcie. A teraz stoją takie bezużyteczne i bez duszy, smutne, ale dumne.


poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Trzymam wampiry na dystans, a poczt-men był na szczęście wolniejszy ode mnie

Nie mogę uwierzyć, że nic nie napisałam od tygodnia. Wydawało mi się, że to kilka dni tylko. Wojtek wyjechał, miałam błędne wrażenie, że skoro chata wolna, to się będę byczyć i tak dalej. No co ja, głupia jakaś, przecież dzieczko moje młodsze już od dawna nie jest 'inwazyjne', żyje swoim nastoletnim życiem obok rodziców, co najwyżej sobie fajnie pogadamy, coś razem skonsumujemy, ale biegać za nim nie muszę, to niby co mi to miało w życiu odmienić, że on na tydzień do córki do Dublina wybył?

Fakt, że zajętość była dosyć duża, bo normalne i ponadnormatywne zajęcia były, do tego gość w środę i goście w sobotę/niedzielę, na ich przyjazd trzeba się było przygotować, czas z nimi spędzić, bo od tego są goście, żeby z nimi spędzać, haha.

Poza tym pogoda niesamowita, nie korzystaliśmy za wiele w dni pracowite, ale jednak coś tam wieczorami załapaliśmy, w niedzielę ostatnie podrygi też.
Nie jestem ogrodowa, ale zbiory czosnku są nam bardzo drogie, nie mogliśmy przegapić suszącej pogody, z braku laku, czyli męża gdyż w pracy, ja musiałam stanąć na wysokości zadania i ułożyć czosnki do wyschnięcia -pierwsza partia tutaj, a druga niżej. Duuuużo czosnku



A wieczorkiem psiaka do samochodu i heja na spacer




W niedzielę wybraliśmy się wreszcie na piękną plażę, nie wiem, czy nie najdłuższą w Donegalu, do tego przystań promowa na wyspę Tory. Pięknie tam jest (za zakrętem, na samy końcu tego zielonego pasa, dalej jest plaża)


A w drodze powrotnej Bloody Forland



Jutro, a w zasadzie między dzisiaj a jutro, bo o 4.05 jest dwudziesta druga rocznica urodzin mojego starszego dzieczka, czyli Misi - naszej księżniczkowej córki. Kiedy była mała, lubiła się przebierać za księżniczkę, wszystko musiało być księżniczkowe - książki, magnetofon (najlepiej niebieski), dentystka była księżniczkowa, fryzjerka oczywiście też, a jakże, a do tego zastrzyki wszelkie były specjalne dla księżniczki - papierkiem. Wzięło się to stąd, że kiedy obserwowała pielęgniarkę przed zrobieniem jej zastrzyku w chorobie - mama mojej przyjaciółki to była i nie chciała jej denerwować i nie pokazała jej igły, trzymała na niej cały czas papier i my ją zwiedliśmy, że ten zastrzyk będzie robiony papierkiem, żeby było mniej bolesne.
Dzisiaj wypisałam kartkę dla niej, bo nie dala rady przyjechać na obchody urodzin do domu, musiałam poczekać na męża, żeby samochodem dostać się na pocztę, kiedy tam dotarłam, okazało się, że juz odebrano przesyłki i człowiek w białym vanie jest w drodze do odbioru poczty ze skrzynek w mieście. I goniłam go na stację benzynową, bo tam mamy najbliższą. Udało się. Ufff.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Ach co to był za śluuuub... oraz cały weekend cuzamen do kupy

Przeważnie tak jest, że jak nie mam ochotę na jakieś wyjście, to się wyjątkowo udaje, a jak szykuję się i czekam z niecierpliwością wiele dni, to potem okazuje się ono rozczarowujące. Tym razem wybitnie nie chciało mi się na to wesele  iść, ociągałam się tak, że mało się nie spóźniłam na wyjazd, koleżanka mnie samochodem odbierała i gdyby nie jej obsuwa kilkunastominutowa, czekałaby na mnie. Wprawdzie do kościoła przyjechałyśmy za późno, ale panna młoda jeszcze później, więc walec wyrównał, hehe.

Oczywiście podczas ślubu wbijałam sobie paznokcie w dłonie, tak mi się płakać chciało, szczególnie, kiedy ojciec prowadził córkę do ołtarza, a tam już czekał na nią mąż 'to be'.
Na szczęście nie zrobiłam z siebie idiotki urządzając histerię a'la płaczka grecka, bo siedząca obok Anne Marie cały czas mnie trącała łokciem i robiła miny, co mnie bawiło, więc balans był zachowany, łzy nie trysnęły.

Potem przypomniało mi się, że przecież to wesele odbywa się w hotelu, który był wybudowany przez Lorda Georga Hilla, męża siostrzenicy Jane Austen, w połowie dziewiętnastego wieku, mam misję do wykonania, czyli kilka zdjęć do wpisu na ten temat (będzie za jakiś czas na Notatkach Coolturlanych), więc od razu mnie entuzjazm ogarnął i już mi się bardziej chciało niż nie chciało.
Pogoda była piękna, to pomaga.
Tak wygląda główny budynek hotelu, ten najpierwszy, dzisiaj. 


A tu tylne wejście i moje kuleżanki weselne :-)


Nie lubię wesel irlandzkich z tego względu, że ślub przeważnie odbywa się o 13tej, a potem ludzie mogą robić co chcą do obiadu,który nie wiadomo nigdy, o której będzie podany, zwyczajowo o 17tej, ale to różnie bywa, więc wszyscy i tak jadą do hotelu, bo tam się przeważnie odbywają takie imprezy i siedzą tam ludzie o suchym pysku prawie do nocy. Dostają wprawdzie herbatę/kawę/szampana i jakiegoś scona, czyli bułeczkę słodką, ale to wszystko. Śniadanie jadłam o ósmej, potem biegałam jak kot z pęcherzem, żeby po 12tej wyjechać, a o siódmej dostaliśmy dopiero przystawki. O 22giej skończył się obiad, a o 24tej podano finger food czyli przekąski. Dlaczego nie podali tego w ciągu dnia? Upiłam się błyskawicznie, bo najpierw zaliczyłam kieliszek szampana, potem drugi, bo Dolly z pustym żołądkiem nie chciała, a potem Maria stwierdziła, że przecież prowadzi i też pić nie będzie. Oczywiście mi przeszło po jakimś czasie, ale tak z pół godziny siedziałam z zezem zbieżnym, bo mnie poziom alkoholu w głodnej krwi zaatakował.

Obiad był pyszny, to nas uratowało i dodało animuszu. Nie piłyśmy wiele, po dwa wina jeszcze, do obiadu, ale za to tańczyć nam się zachciało. I to nie przy najnowszych przebojach, ale przy tradycyjnych irlandzkich piosenkach, a taniec nazywa się ceili dancing. Nie umiem znaleźć tego na YT, ale polega to na tym, że weselnicy ustawiają się w dwóch kolumnach po cztery rzędy po cztery osoby w rzędach i robi się różne dziwne rzeczy, jak łączenia w pary lub w czwórki, karuzele, tańce w parach, przejścia trochę jak w naszym polonezie, a zabawy przy tym co nie miara, bo zawsze sie znajdzie ktoś, czytaj ja, kto nie ma zielonego pojęcia, co robić i mu się mylą figury. Myślicie, że się przejmowałam błędami? A gdzież tam, brykałam jak kłapouchy z Kubusia Puchatka.
Najlepsze są takie fokowe irlandzkie piosenki na weselach, a ponieważ następnego dnia drużyna Gaelic football z Donegalu grała ćwierć finał w Dublinie, to ta piosenka była właśnie najpopularniejsza



 I tak dokicałyśmy do północy, o tej porze orkiestra skończyła i zaczęli dyskotekę, a my po angielsku, to znaczy irlandzku, do domu.
Wiedziałam, że w niedzielę mamy gości córki i nie chciałam przegiąć.
Rano wszyscy zaspaliśmy, więc kiedy Michalina dostała telefon, ze zaraz u nas będą, dantejskie sceny się działy, głowami się zderzaliśmy w drodze do łazienki. Udało się doprowadzić do ładu zanim zjechali. Zasiedliśmy do stołu, bo my bez śniadania, a oni tylko na kawę, a potem wyruszyliśmy na plażę, z Franiem oczywiście. Okazało się w międzyczasie, że jeszcze jedna para przyjaciół dojedzie, ale zrobiło się wesoło, do tego dopisała pogoda, a rano wcale nie było to takie oczywiste.





 Jakże miło było gościć przyjaciół córki, tyle o nich opowiadała, wreszcie mogłam imiona do twarzy dołączyć, jak mówią Irlandczycy. Ferajna świetna, i pogadać, i pośmiać się można, tyle entuzjazmu, fajnych ma córka znajomych. Na drugi dzień popłynęli łódką, ale ja już nie dałam rady, a późno się dowiedziałyśmy, tylko syn i mąż dali radę dołączyć do nich




Mimo, że dużo było biegania w ten weekend, odpoczęłam bardzo psychicznie, nabrałam sił. A może trochę 'wampirzyłam' i energii z młodych zabrałam? Dobrze, że poniedziałek był u nas też świętem, oni pojechali na klify, a my trochę odsapnęliśmy, chociaż ja jak zwykle buczałam, kiedy dzieci pojechały, bo i Wojtek z Misią odjechał, spędzi tydzień w Dublinie.

sobota, 4 sierpnia 2012

Odpoczynek wojownika, weselić się czas

Ja to mam albo nic, albo za dużo, nigdy w sam raz. Cały tydzień syna nie widziałam, bo na festiwalu się udzielał, a to grał koncerty, a to próby, gość w dom.
Córki nie widziałam miesiąc, zawsze planujemy telefonicznie, co to my, kiedy ona wreszcie przyjedzie.
Jak zjechała do domu na trzy dni zaledwie, to ja na wesele idę. Pierwszy raz od lat taka impreza mi się przytrafiła. A do tego dzisiaj festiwal piosenki rosyjskiej w TV, a przecież wiecie, że ja to lubię takie klimaty.
Od czego technika, serial się nagra, Daleko od szosy też teraz na dysk twardy się zapisuje, bo ja przed lustrem, z przerwą maleńką na komputer. No, ale córki żadną techniką nie nagram, szkoda, że te pół dnia i wieczór nam odpada.
Z nią już lepiej, okazało się, że to blizna się podrażniła i podpuchło, bo to gorąc, ona chodzi na zumbę, pewnie podczas ćwiczeń dresy obtarły, nie wiadomo. Lekarz dziwił się, że lekarz rodzinny nie widział (a) różnicy między podrażnieniem blizny a wznową torbieli. Wiem, zaraz podniosą się głosy, ze nie chirurg miał prawo, otóż nie, chirurg stwierdził,że to podstawowa wiedza w diagnostyce, że różnica jest gołym okiem i ręką w rękawiczce wyczuwalna i nie potrzebnie córka się wyczekała 9 godzin w poczekalni izby przyjęć w szpitalu. Za to jej badania krwi zrobili :-)
A lekarka może i rodzinna, ale nie naszej rodziny będzie.
Mama ze szpitala wyszła, bo poszła, ale zrobili badania i okazało się, że nie nerki, czego się obawialiśmy, a rwa kulszowa jej się odezwała.  Mamę zabrali do szpitala tego dnia, co córkę, więc ja wylądowałam na Xanaxie, bo już nie dawałam rady nerwowo.
No nic, było minęło, do następnego razu
Poza tym umarła moja ulubiona pisarka, bardzo to przeżyłam, a mnie samą to zdziwiło. Piszę więcej o niej na Notatkach Coolturalnych.

A ja na to wesele jak na ścięcie, wcale mi się nie chce.
Idę pazury malować, tudzież twarz tapetować i fryz postawić.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Słów mi brak

Nie wiem, czy pamiętacie, że moja córka rok temu była w szpitalu na operacji usunięcia torbieli. Prawie dokładnie rok, za dwa tygodnie minie, pamiętamy, bo to były jej urodziny. I teraz znowu ją w tym miejscu pobolewa i coś czuje pod palcami. Wpadła w panikę, a wiadomo, jak trwoga to do lekarza.
Nie wiem jak Wy, ale my mamy zaufanie do ludzi tej profesji, w takim sensie, że się uczyli, traktujemy ich poważnie, liczymy na pomoc, nie mamy postawy roszczeniowej, cieszymy się, że możemy się zwrócić do lekarza, kiedy mamy problem.
W większości przypadków pomoc uzyskaliśmy, skarżyć się nie możemy. Dzisiaj córka poszła do lekarza. Znalazła przychodnię, gdzie przyjmują na kartę medyczną. Nie ma jeszcze pracy i dla niej każdy gorsz się liczy, ucieszyła się, że niedaleko niej takowa jest.
Okazało się, że nie przyjmują karty, info na stronie jest niepełne, a dokładniejsze wyjaśnienie gdzieś tam schowane, w każdym razie do GP nie, czyli płacić trzeba.
Potem okazało się, że lekarzem jest Polka, córka w stresie, bo wszystkie nazwy i info ma po angielsku i nie wiedziała, czy będzie umiała po polsku wytłumaczyc, co jej było i czy to to samo? Uspokoiłam ją, że przecież lekarz przyjmuje w Irlandii i mówi po angielsku.
Dziecko w stresie, nie myśli logicznie, już się boi kolejnej operacji, aż jej żołądek wysiadł ze stresu. A mnie tam nie ma :-(
Poszła i okazało się, że lekarka pomóc jej nie potrafi, wypisała tylko skierowanie do chirurga. W ogóle nie znała tej przypadłości, chociaż jest ona dosyć pospolita i wiele osób ma ten problem, a pani jest GP (lekarzem rodzinnym), więc obić jej się o uszy powinno.
Może wyda Wam się to dziwne, ale uważam, że dużo lepiej w tym kraju chodzić do GP irlandzkiego. Jakoś lepiej oni się poruszają na tym terenie, wiedzą jak załatwić wizytę, kiedy na cito, jakie leki są dostępne, nasi lekarze nie są gorsi, ale dziwią się wielu rzeczom dla tutejszych oczywistym, tracą przez to czas. Poza tym Irlandczyk nigdy nie zostawi roztrzęsionego pacjenta samego sobie, znajdzie czas na rozmowę, na wyjasnienie co i jak, upewni się, że pacjent się uspokoił, ja mam takie doświadczenia. Mam wrażenie, że naszych lekarzy uczą jak leczyć, ale nie uczą widzieć człowieka w pacjencie.
Po wizycie córka nie wie nic, lekarz nie wiedział nic, ona wydała pieniądze i to niemało, za usługę, która nie powinna być opłacona, bo jej właściwie nie było. Lekarz jak każdy inny usługodawca, fryzjer, kucharz czy kosmetyczka, jeśli spieprzy sprawę, nie powinien być opłacony, jeśli nie umie wykonać usługi, nie powinien być opłacony. Jestem oburzona i brak mi słów. 
A najgorsze jest to, że jestem bezsilna, bo daleko.


niedziela, 29 lipca 2012

Kilka słów, w olimpijskim skrócie

Takie wpisy jak o Olimpiadzie, o Euro budzą wiele emocji, oprócz głosów zachwytów, taki jak mój, zaraz o tym, że ucisk imperialistyczny, że za głośno i za ciasno, że lud chce chleba i igrzysk to je ma, durny lud, że to wszystko to na żer głupków, a ci, co bardziej świadomie świat pojmują, wiedzą, że to zasłona dymna, z czym to się je. Poza tym konotacje historyczne podczas otwarcia niepełne, bo powinni byli opowiedzieć o wyzysku i jakim kosztem to wszystko, ta ich duma, osiągnięta.

Powiem tak, raz i więcej ani się bronić nie będę, ani przekonywać nikogo.
Ja widzę takie sportowe zmagania oczami tysięcy wolontariuszy, którzy w mozole, codziennie to wszystko obsługują i czerpią z tego radość i dumę. O nich myślę.

Kiedy Olimpiada i zmagania sportowe - mam przed oczami sportowców, którzy krew i pot wylewali, żeby się tam dostać i powalczyć o medal. O ich trudzie, o pasji, o dniach i miesiącach na treningach spędzonych myślę. Wiem, co mówię, bo kiedyś chodziłam na siłownię do ośrodka treningów olimpijskich dla ciężarowców i widziałam, co dla nich każdy taki trening oznaczał, jaki mieli cel - przed oczami, za każdym razem, kiedy już nie było sił - pięć kółek olimpijskich i obraz siebie, najpierw w pochodzie na otwarcie, a potem może i na podium.

Widzę łzy i rozpacz, kiedy jednak się okazuje, że podołać się nie dało. Widzę Chinki, które martwieją na samą myśl o tym, co będzie, jak przegrają. Oczywiście można powiedzieć - ha, a nie mówiłam, polityka wkracza do sportu. Może i tak, ale podczas samej konkurencji jest tylko sportowiec, jego możliwości i chęć wygrania. Oczywiście, głupia nie jestem, wiem, że NRD-owcy zmuszali biegaczki do zajścia w ciążę dla zwiększenia wydolności organizmu (jak to się dzieje w pierwszych tygodniach), wiem, że Rumuni też tresowali Nadię Comaneci na swój sposób, ale pamiętać będę całe życie jej występy na Olimpiadzie i to jak wygrywała. Kilka lat wtedy miałam.


Nie mieszam sportu z polityką, bo wiem, że nic nie poradzę na wiele zjawisk, a walka o zmiany zajmuje wiele lat. One następują, ale nic nie da, że będę bojkotować Olimpiadę dziś. Moskwa się odbyła, a ZSRR upadł w swoim czasie, nic nie dało nieoglądanie zmagań w roku 1980. W Chinach w zeszłym roku były protesty, tak wiem, słuszne, ale wierzę w to, że Chiny w swoim czasie się też odmienią, a ja jutro spokojnie obejrzę kolejną dyscyplinę z udziałem sportowców z tego kraju, bo to ich święto, a nie czas na protesty.

Nie odbieram innym prawa do swojego zdania, wyjaśniam tylko swoje. Osiągnęłam taki stan umysłu, że staram się nie niańczyć w sobie zgorzknienia i skwaszenia, cieszę się każdym dniem, srebrnym medalem naszej zawodniczki, dobrą książką, miłym blogowaniem i spacerem w przerwie między kolejnymi ulewami. Olimpiada to wielkie święto sportowców, to wielka myśl za tym idąca - żeby narody w pokoju potrafiły ze sobą rywalizować w różnych konkurencjach. Na czas Olimpiad przerywano konflikty zbrojne, czasem do nich już nie wracano. Ta idea mi się podoba i już.
A jeśli komuś podoba się uważać, że jestem durnym ludzikiem w maszynie propagandy olimpijskiej, trudno, jego prawo.

sobota, 28 lipca 2012

Londyn - Donegal, imprezy czas zacząć.

Oglądałam wczoraj inaugurację Olimpiady w Londynie, nastawiona raczej na podsłuchiwanie, czytanie, blogowanie, jak to w piątek wieczór po dosyć ciężkim dniu, wszystko na raz. Piątki mam zawsze bardzo pracowite, bo to i u siebie w domu staram się ogarnąć, ale też i inne cotygodniowe obowiązki akurat w ten dzień przypadają. Na rybkę zawsze mam przed oczami obraz siebie, siedzącej w fotelu z nogami wyżej, z psem obok, z komputerem lub książką na kolanach, czekającą na dobry film (taki obrazek przed oczami cały dzień, byle do wieczora). Wczoraj to miał być koncert piosenek Anny Jantar i Kukulskiego w nowej aranżacji Adama Sztaby i otwarcie Igrzysk właśnie. Koncert był, ale inny, już go widziałam, więc mi mina trochę zrzedła, nie wiem, skąd ta zmiana w programie. Nie żebym jakoś specjalnie za Jantar przepadała, ale to moje dziecięce lata i chętnie bym sobie w nowych wykonaniach to zobaczyła. Nic to, przecież nie na tym koncercie mój wieczór się opierał, po prostu lekki zawód i tyle.
Postanowiłam w takim razie wziąć się wreszcie za opisanie Mr. Pebble i Gruda powieści Mariusza Ziomeckiego, która mi się wybitnie podobała i o której trąbię wszem i wobec, bo widzę, że nie ma takiego PR, na jaki zasługuje, a co za tym idzie, zamiast się ludzie o nią zbijać, nic o niej nie słyszeli. Nigdy nie zrozumiem naszego rynku wydawniczego, gdzie robi się dużo szumu nad wydaniem jakiegoś gniota, a dobra książka sobie cichutko stoi na półce i czeka na uważnego czytelnika, co ją sam z siebie wypatrzy. A nie jest to łatwe, pamiętam z moich niedawnych wizyt w księgarni w Polsce, masa książek, ekspozycja - różnie, w zależności od możliwości księgarni, kolory okładek wala po oczach i człowiek się zniechęca po kilkunastu minutach, bo musiałby grzebać godzinami, żeby coś dla siebie znaleźć. Ja zawsze wiem, co chcę, ale jest też faktor zaskoczenia, na które człowiek ma nadzieję, szczególnie kiedy nie mieszka w kraju i ma wrażenie, ze go coś omija z niewiedzy.
Popisałam sobie, wzruszyłam się na wspomnienie niedawnej lektury, a tu już się zaczęła impreza na stadionie i to z takim hukiem i przytupem, tak ciekawa i widowiskowa, ze się już oderwać nie mogłam. Ach, jak oni to zrobili, a ten znicz na końcu, złączony z ponad 200 pojedynczych, symbolizujących każdy kraj, to już w ogóle majtersztyk.
Padma na FB napisała, że nie ma drugiego takiego kraju, który wplótłby w taką ceremonię tyle odniesień do literatury i ja się z nią zgadzam. Podoba mi się ta ich duma z historii, z ich wkładu w kulturę i historię całego świata. No i poczucie humoru, królowa skacząca z samolotu i Jaś Fasola - setnie się ubawiłam, a i wzruszyłam kilka razy.


A dzisiaj u nas leje (co ja nie powiem?), mąż trochę nie w formie, postanowiłam go dopieścić i piekę sernik, taki wiedeński bez spodu, według przepisu pani Zosi, która mi go dała 30 lat temu i od tego czasu przynajmniej ran na 3-4 miesiące piekę go u siebie, zawsze ją wspominając, niestety już nie żyje.
Dzisiaj w moim miasteczku zaczyna się festiwal, potrwa cały tydzień. Festiwale to specjalność tego kraju, w każdej nawet najmniejsze mieścinie coś tam organizują, jak nie festiwal krewetek, to tańca z przytupem lewą nogą, oczywiście literackie, kulturalne, wędkarskie, sportowe i inne, każda okazja dobra, zęby wypić pint of Guiness. I dobrze, lepiej się bawić i śmiać, niż płakać i smucić. U nas niestety nie ma literackiego (chociaż mamy dni Peadara O'Donnella), wybory Miss za to, chłopy mają na co popatrzeć, chociaż po 10 latach obserwowania festiwalu widzę, ze nie o te laski chodzi, bo wielu nawet nie wie, kto startuje, a o ubaw, dobrą muzykę i bezkarne przebywanie w pubach od świtu do nocy.
Mamy nawet hymn tego festiwalu, zawsze śpiewany na zakończenie, ciemną nocą przy światełkach zapalniczek, piękny, zawsze mi w oczach łzy stają, kiedy go słucham, chyba nikt tak jak Irlandczycy nie potrafi napisać i zaśpiewać pięknie o zwykłych rzeczach, takich jak siedzenie na plaży z dziewczyną na kolanie i butelką wina, i uwielbieniu dla swojego miasteczka. Posłuchajcie, to naprawdę fajna pieśń.


Syn w tym roku pomaga przy organizacji festiwalu, będzie jako wolontariusz go obsługiwał. Fajny tydzień przed nim.

sobota, 21 lipca 2012

Bluzka, czoło Neandertalczyka, a pędzel krzywy cholera

Oto obiecana bluzka, co sobie ją kupiłam i mnie wszyscy, na wszystkich kontynentach na dodatek, pytają, jak wygląda. Proszę państwa oto miś



Wiem, że to nie są maki, ale tak mi się skojarzyła, kiedy ją zobaczyłam i nazywam ją od tej pory bluzką w maki. I już. I niech mi tu różni spece i floryści nie wypisują, że się mylę, bo to nie o to chodzi co tam jest, a o to, co ja chcę, żeby tam było. Afirmacja taka, hehe.
Tutaj nie bardzo widać, ale ona na dole ma gumeczkę i się tak ładnie układa po założeniu. Dobry pomysł. A materiał przezroczysty, stąd ten czarny tył i przód pod spodem.

Poza tym po-udałam się do kosmetyczki wyskubać brwi a'la Olszewski i nie wiem, czy faza księżycowa nie ta (chociaż jest malejący to powinno być akurat), czy moja faza nie ta, czy kosmetyczka nie miała fazy, ale od czwartku chodzę z bólem wokół brwi i dotknąć się nie mogę. Mam wrażenie, chociaż tak nie jest, że pas nad brwiami mam powiększony jak u człowieka pierwotnego. Strasznie mnie to śmieszy nie wiem, dlaczego. W sumie bardziej niż wkurza. Pierwszy raz mnie coś takiego spotkało, a kosmetyczka ta sama, co kiedyś.

Kupiłam sobie lakier do paznokci w pastelowym kolorze, Bourjois niby anty odpryskowy (jak do samochodu haha), gwarantowane 3 dni bez ubytku, no nie wiem, czy to taka łaska, mam lakier Eveline, polski, co pachnie wanilią po wyschnięciu, za grosze, piękny kolor i połysk, aż żałuję, że nie kupiłam innych kolorów, ale kto to wiedział, siedzie na paznokciach tak długo, że się szybciej znudzi niż poodpada. Te francuski bułkę przez bibułkę, gwarantują 3 dni. No ja cię, 10 to by było warte reklamy, ale trzy to już chyba norma. Gdyby napisali trzy nawet przy pracy praczki, górnika przodowego płci męskiej, nie lubiącej rękawiczek, testowane na ludziach, to rozumiem. Nic to, kolor piękny, landrynkowo różowy, ale jakoś tak w pomarańcz wpadający, za mną nie trafisz, jak zaczynam o kolorach mówić :-) Zobaczymy jaki mocarz. A o tym lakierze piszę, bo ma innowacyjny pędzelek, plaski to już widziałam wcześniej, ale ten jest płaski i krzywo ścięty.
Malowałam sobie paznokcie i cały czas pomstowałam - jaki to pijany zając wymyślił ścinać pędzelek??? Ciągle myślałam, że mi jedno oko się 'rozleniwiło' jak u dziecka jakiegoś, i mi ucieka na bok. Co spojrzałam, to oczami mrugałam. A jak już dotarło do mnie, że nie oko, a ten pędzel krzywy, to zaczęłam takie figury łapać przy malowaniu, że mnie syn zapytał, czy kręczu dostałam. Jak się już przyzwyczaiłam do jednej strony, to trzeba było rękę zmienić i znowu w ten sam deseń zabawa. Zwariować można. Teraz mam wrażenie, że są krzywo pomalowane.

A na koniec chciałam się zapytać - czy Wy, niektórzy przynajmniej, musicie mieć te hasła u siebie poustawiane do komentarzy? Mam na myśli te obrazkowe utrudniacze, nie dość, że pisane krzywo i raz dużymi, raz małymi, to jeszcze jakieś numery obrazkowe dodatkowo. No ja zwariuję, przecież to niczemu nie służy, niczego nie załatwia, a do obłędu normalnych ludzi doprowadza. Jak się ktoś na Was uprze, to z lubością te obrazki będzie kopiować, a jeśli macie imperatyw kontroli nad komentarzami, włączcie moderację. Czy ktoś jeszcze myśli tak jak ja?

Idę w czoło bolące wklepać może jakiś Altacet czy co i spać. Powiem tylko jeszcze, że na Notatkach Coolturalnych odezwał się do mnie pan Aleksander Minkowski, pisarz, o czym ze szczegółami donoszę tam, tu tylko anonsuję. Przez to zaczęłam wspominać i oglądać na YT stare seriale polskie. Wspomnienia, wspomnienia

czwartek, 19 lipca 2012

Słońce na nosie


Od dłuższego czasu, gdzieś tak z początkiem recesji, odmawiam sobie skutecznie, towarów luksusowych.  Nie jest to takie uciążliwe, jakby się wydawało. Jak wiecie ostatnio powtarzam z uporem maniaka - ‘less is more’, im mniej kupuję, wydaję na przyjemności, tym bardziej każda drobnostka mnie raduje. A prezenty to już w ogóle, z ołówka automatycznego wyjątkowej urody cieszę się, jak z firmowej pomadki powiększającej usta. Drobiazgi poprawiają humor, a rzeczy wielkie to już w ogóle potrafią wprawić mnie w stupor, tak jak na przykład wyjazd, spotkania i zakupy na targach książki, o których do tej pory rozmyślam z błogim i nieobecnym wyrazem twarzy.
Wkrótce idę na wesele do młodej Irlandki, z którą pracowałam, z jej matką zresztą też. Na moich oczach dojrzewała, wchodziła w dorosły świat pierwszej posady i stałego związku, a teraz – 10 lat później – będę świadkiem jej zamążpójścia. Jestem wzruszona, nawet bardzo, jakby to był ktoś bliski, ale uczucia nie mają nic do rzeczy, jeśli idzie o kupienie kreacji, zamurowało mnie, kiedy zobaczyłam ceny. Pomyślałam, że to jednak przesada, żeby kupować kieckę za setki euro, przecież to nawet nie moja rodzina. Pod tym względem to ja strasznie chytra jestem, nie ma mowy, żebym kupiła coś na raz, jeśli kiecka, to obskoczyłabym w niej wiele imprez, ale problem w tym, że ja nie chodzę ostatnio nigdzie, a jeśli, to na pewno nie na takie wydarzenia, żeby długa suknia, etola i takie tam bezsensowności. Oczywiście chciałabym być heroiną z papierosem w długiej lufce, z giętką kibicią w sukni bez pleców, ale ani warunki fizyczne nie te, ani finansowe, ani chyba czasy też niesprzyjające takiej postawie. Wyszłoby na to, że zgrywam się na kogoś, kim nie jestem, a to po prostu żałosne. Takie oto myślowe meandry pokonywałam, kiedy przechadzałam się między wieszakami w TK Maxx. A tam chłam pomiędzy cudeńkami lub odwrotnie, kto bywa w sklepach tej sieci, to wie. Znalazłam za grosze spodnie, tak piękne, powłóczyste, udające długą spódnicę, z jedwabiu w kwiaty, że aż się zacukałam, od razu stanęła mi przed oczami Rita Hayworth. Rozmiar S. Nigdy w życiu nie osiągnęłabym takiego rozmiaru, chyba, że w ciężkiej chorobie, a tego sobie, ani nikomu nie życzę. Mam nadzieję, że znajdą godną ‘nosicielkę’, bo były wyjątkowej urody i do tego za bezcen. Zaraz za nimi wisiała bluzka cudo, a że spodnie S, to myślałam, że ona też nie dla mnie. Tylko, że w TK Max jak w lumpeksie, wszystko jest wymieszane i teraz duże rozmiary wiszą z małymi, a do tego wiadomo, ludzie też porzucają ciuchy byle gdzie. I cud się stał owego dnia, bo rzeczona bluzka, w fantastyczne czerwone kwiaty przypominające mi maki, lejąca się, ściągnięta w biodrach i za małe pieniądze, była mojego rozmiaru i do tego tak elegancka, że może być nie tylko na wesele, ale i na jakieś mniej wyjątkowe wyjście, do teatru na przykład (chociaż szczerze mówiąc, dla mnie wyjście do teatru jest bardziej wyjątkowe niż na wesele).  Tak byłam szczęśliwa, że się ubrałam na czekającą mnie imprezę za małe pieniądze, że pognałam ‘w nagrodę’ na stoisko z torebkami, bo to moja choroba, nic tylko bym je kupowała. Oczywiście sobie obiecałam, że tylko popatrzę. Nie doszłam tam jednak, bo zatrzymałam się przy ścianie z okularami. Przymierzyłam chyba z 10 par, w każdej wyglądałam durniej od poprzedniej. Już tak mam, że albo mnie okulary upiększają, albo robią ze mnie spuchniętą pszczołę, pijanego traktorzystę, gapowatego księgowego lub oczadziałą małpkę kapucynkę. No dobra, przyznam się, specjalnie wybierałam takie niedorzeczne, żeby się trochę pośmiać. Aż tu zauważyłam piękne złotawo-rude okulary Sonii Rykiel, droższe od pozostałych, ale bez przesady, nie tak jakbym je kupowała w jej salonie za setki euro. Ale i tak wydawało mi się to lekką przesadą, okulary to okulary, po co od razu SR? Założyłam na nos i wszelkie logiczne argumenty - dlaczego NIE powinnam ich kupować - pozostały gdzieś w sferze niebytu. Nie dość, że oprawka konweniuje z moim kolorem włosów, nie dość, że wystarczyło założyć, żebym się poczuła wyjątkowo kobieco, to jeszcze wrażenia wzrokowe były takie, jakbym się naćpała. Nagle wydało mi się, że w sklepie jest słonecznie, jasno i do tego bardziej kolorowo.

Mąż na mnie krzywo patrzył, kiedy się uparłam je kupić i wymieniłam wszystkie możliwe źródła dorobienia pieniędzy, żeby zrekompensować taki wydatek. Wyszliśmy na zewnątrz, pousuwałam te wszystkie wisiadła i nalepki, założyłam i mnie zatkało po raz drugi, zaraz dałam mężowi na nos i jego też zamurowało. Słońce w nich przestaje razić, ale paradoksalnie wrażenia wzrokowe są takie, jakby było bardzo słonecznie, kolorowo, bajkowo wręcz i nawet w cienistych plamach, gdzie kolory tracą na wyrazistości, w tych okularach wszystko wydaje się barwniejsze i piękniejsze niż jest; chociaż się nie umawialiśmy, co do tego, mąż też stwierdził, że tak muszą się czuć ludzie upaleni trawą. Nie oddał mi ich, tylko całą drogę prowadził z nimi na nosie. Co zwróciłam głowę w jego kierunku, widziałam faceta w damskich okularach i to mnie bardzo bawiło; kto by pomyślał, nie trzeba było ich nosić, żeby mieć dobry humor. Już mi nie straszne lekko pochmurne dni, z tymi okularami na nosie, mam swoje prywatne słońce non stop.



niedziela, 15 lipca 2012

Daj mi nogę, daj mi nogę, daj mi nogę...


Ja ci nogi dać nie mogę, dać nie mogę... tarara tarara.
Cały dzień chodzę i to spiewam pod nosem. Rano włączyłam telewizję, bo się okazało, że mi w mp3 bateria siadła i podczas sprzątania nie mogłam książki słuchać, a nie lubię jak jest cicho w domu. No, nie lubię i już. Muzyki słucham ostatnio dosyć dużo, ale nie mogłam tym razem włączyć, bo syn na górze swoje piosenki puszczał. Na moje nieszczęście akurat zaczynał się na Jedynce serial Dom. To jest chyba najlepsza nasza produkcja. Za każdym razem, kiedy go nadają, a to przecież co roku, jak nie częściej, wydaje mi się, że już mnie nie zainteresuje, a kończy się zwykle tym, że przysiadam na półdupku i oglądam cały odcinek, ba, mało tego, śledzę kolejne. I tym razem nie było inaczej, zamiast odkurzać, siedziałam z zestawem ścierkowo-pędzelkowo-miotełkowym i przeżywałam, jakby to było moje pierwsze tego serialu doświadczanie. Doprawdy nie potrafię tego wytłumaczyć.
Ale to nie koniec, kiedy zdenerwowana opóźnieniem w porządkach, zerwałam się do roboty (to już Domu napisy były), podczas czynności okołopilotowych, czyli krótko mówiąc czyszczenia wokół guzików patyczkiem do uszu (kurczę, skąd się tyle brudu tam bierze), przełączyło mi się na Dwójkę, a tam 'Daleko od szosy'. I w tym przypadku siedziałam jak przyklejona do ekranu, a do tego dołączył do mnie mój syn i też się oderwać nie mógł. Imaginujecie to sobie? To, że kobita 40+ ogląda to jeszcze normalne, ale że 16-latek śledzi za zainteresowaniem losy Leszka, to już chyba nieczęste.
Trochę mu musiałam tłumaczyć różne rzeczy z tamtej rzeczywistości, ale jak widać historia chłopaka z małej wsi, który miał marzenia, trafia do ludzi nie tylko pamiętających tamte czasy i serial. Miłe rodzinne przedpołudnie spędzone na wspomnieniach (ja) i odkrywaniu czegoś o kraju swojego pochodzenia (syn).
Coś dzisiaj chora jestem, chyba grypa żołądkowa. Mdli mnie, skurcze żołądka, a przede wszystkim strasznie słaba jestem. Ale chorować to ja nie umiem. Bo nie tylko posprzątałam, ale i prasowanie odwaliłam, niewielkie, ale jednak. Już mnie denerwował kosz i deska w pokoju, a stały tam od kilku dni, od czasu, kiedy mi nagle, bez uprzedzenia, w połowie prasowania wielkiej góry ciuchów (jak zwykle wtedy oglądam sobie seriale lub filmy i wcale mi się nie nudzi, nawet to lubię) przestało działać żelazko. Bezczelność. Małżon rozebrał, ale je zaraz ubrał i powiedział, że skończyło się i już nic z niego nie będzie. Kilkanaście lat bezawaryjnej służby, miało prawo. Jak ja nie lubię kupować nowych sprzętów do domu wtedy, kiedy mam takie, z których jestem nad wyraz zadowolona! Na dodatek nie bardzo mam teraz pieniądze na nieprzewidziane wydatki, na przewidziane też nie J
Tego dnia i tak miałam jechać do gminy, to od razu wpadłam do kilku sklepów pooglądać nowe żelazka i ewentualnie kupić. Miałam skitrane trochę grosza, widać tam na górze już było od jakiegoś czasu wiadomo, że mi sprzęt walnie. Moja prababcia Michalina zwykła mówić, ze jesteśmy za biedne, żeby kupować byle co. Mam zakodowane, że jak coś do domu, to ma być dobrej jakości, bo wtedy mi dobrze służy. Poprzednie żelazko to był Azur Philipsa. Tym razem postanowiłam, że pozostanę przy tej marce, po obejrzeniu katalogu Argosa ze zdziwieniem skonstatowałam, że Azury są nadal produkowane, nawet w kilku wersjach, a dodatkowo okazało się, że w Argosie jest wyprzedaż i to, które mogłoby być, kosztuje połowę ceny. Ale było też inne, niestety nieprzecenione, ale za to najnowsze z automatycznym stand-by, parą typu Ionic , cokolwiek to znaczy i innymi wodotryskami. Moje serce było za tym nowoczesnym, ale to w ofercie było niewiele inne, a całe pięć dych tańsze (euro nie złotówek). Pomyślałam, że jednak bez przesady, żelazko to żelazko, w końcu nie podtrzymuje czynności życiowych, a pięćdziesiątak drogą nie chodzi i wzięłam jednak to tańsze. Dumna byłam z tej bohaterskiej decyzji.
Oto moje stare białe, odchodzi na emeryturę, a niebieskie wchodzi na zastępstwo. Powinnam się cieszyć, ale jakoś mi smutno, lubiłam tego mojego staruszka, poręczne było i wyjątkowo dobre




Dzisiaj postanowiłam wypróbować. Odłączył mi się przedłużacz z gniazdka i zanim się zorientowałam, że to było przyczyną awarii, myślałam, że mi ono przestało w połowie prasowania działać, zdążyłam się wkurzyć, posłać kilkanaście ch… (to jest h czy ch bo nigdy nie wiem?), k… i innych bardziej wysublimowanych hm hm, o ile można o nich tak powiedzieć. W każdym razie przypomniał mi się serial IT Crowd, gdzie panowie od komputerów zawsze zadają pytanie czy wtyczka jest dobrze osadzona w gniazdku i czy pani próbowała  wyłączyć i włączyć sprzęt, schyliłam się i okazało się, że ‘ojej, jaki pan mądry’ wtyczka. Bo to zawsze jest coś w tym rodzaju, haha.
Powiem tylko, ze uwielbiam żelazka Philipsa. A przy okazji ze zdziwieniem zauważyłam, że większość moich różnych sprzęciorków jest Philipsa, niezamierzenie zupełnie. I telewizor, i mp3, i oba dvd (jedno z nagrywarką i dyskiem twardym), dziwne, bo nie firma, a za każdym razem parametry, decydowały o wyborze każdego z nich. Widać, że nam z Philipsem po drodze.
I żeby nie było wątpliwości oświadczam, że nie jest to wpis w żaden sposób sponsorowany i linkowany.  Po prostu dzielę się z Wami swoimi obserwacjami, dlaczego nie mielibyśmy tego robić bezinteresownie?

P.S. Wpis ukazuje się dzisiaj, chociaż napisany wczoraj, internet mi padł i dopiero teraz udało nam się naprawić



niedziela, 8 lipca 2012

W kuchni z osobistym feministą

Małżon mnie dzisiaj zaskoczył. Nie pierwszy raz zresztą, ale to było chyba największe z dotychczasowych. Szykowaliśmy obiad. Wszystko było już prawie zrobione, zupa i ciasto w piecu, tylko młodych ziemniaczków naskrobać. Małżon zawsze uważa, że to nie dla kobiet praca, bo potem mają ręce jak wyrobnice polne. On skrobie, ja rozpakowuję zmywarkę i sobie gadamy. Pytam, czy oglądał Babilon na TVN24, bo ja lubię ten program, zawsze słucham, kiedy coś tam sprzątam czy przygotowuję obiad (taka to pora zawsze), ale dzisiaj musiałam wyjechać na zakupy weekendowe, bo akurat ten czas przypadł na lunch małżona i samochód miałam do dyspozycji. Proszę więc o streszczenie, ale on niestety nie widział, bo czytał. Ale to rozpoczęło inną dyskusję, a właściwie monolog małżona :

Faceci nie mają prawa decydować o aborcji, ani o in vitro, nie mają, bo tylko potrafią rozporki rozpinać, a potem kobiety zostają same, a oni znikają, niby robią wielką politykę, kariery w biznesie, albo udają zajętych, żeby nic nie robić. Na kobiety zrzucają całą odpowiedzialność za dzieci, za wychowanie,  za zabezpieczenie też, a jeśli zajdą w ciążę, alimenty - albo ich nie ma, albo za małe.
Jeszcze nie zamknęłam buzi ze zdziwienia, kiedy dodał - w każdej partii politycznej powinna być wewnętrzna opozycja złożona z samych kobiet, kiedy faceci zaczynają bzdury wygadywać, one powinny oponować. A kobiety, które dla kariery podlizują się kolegom politykom, działają przeciw innym kobietom lub nie robią nic, żeby przeciwdziałać durnym pomysłom kolesi, są jak prostytutki. Nawet gorsze, bo tamte to przynajmniej dla pieniędzy robią i wszystko jest oczywiste, a one dlaczego? Dla kariery? Udają, że mają portki i podlizują się facetom? To obciach.

Był bardzo wzburzony, widocznie czegoś wysłuchał w wiadomościach i w nim to rosło.
I tak sobie gadamy przy obieraniu ziemniaków.
A pogoda oczywiście okropna. Powinnam być chyba zadowolona, bo wszędzie albo powodzie, albo upały, u nas umiarkowanie, leje i tyle. Ale mnie już kości od tego bolą, reumatyzm będę tu miała jak nic.

Oglądamy filmy. O naszych ostatnich zachwytach na Notatkach Coolturalnych