sobota, 22 marca 2014

Norton i Lwy uratowały tydzień

Ależ miałam ciężki tydzień. Niby nie cały, bo poniedziałek to u nas przecież dzień św. Patryka, więc wolne, ale wtorek zaczęłam z przytupem - dwunastogodzinnym dyżurem w domu opieki, gdzie mieszkają moi podopieczni z dziennego centrum. W ten dzień nie działał transport, musieli zostać w domu, a tam mieli znowu problemy kadrowe i spytali, czy bym nie chciała pomóc. Co miałam nie chcieć. Szkoda tylko, że nie związane to było z pieniędzmi, tylko godziny mam do odebrania, jak będę potrzebowała, to nie przyjdę do pracy i tak mi oddadzą. A niech tam, przecież gdybym nie polazła, moje ludziaszki by ucierpiały.
Nauczyłam się nowych rzeczy. Nigdy nie sądziłam, ze może to być ekscytujące, a jednak - wysadzania na toaletę ludzi na wózkach inwalidzkich, takich zupełnie nieruchawych (no może troszkę). To jest cała machina, zapinanie pasa specjalnego, potem podczepianie pod taki przenośnik i cała operacja w te i z powrotem. Jeszcze kilka miesięcy temu krzywiłabym się na samą myśl, a teraz rwałam się do pomocy. Życie jest dziwne.
Ugotowałam im też obiad, na kilkanaście osób to nie przelewki, ale dałam radę. Potem jeszcze zrobiłam pizzę domową dla załogi pracującej tego dnia. Ani się obejrzałam, dzień zleciał. A ja leciałam z nóg. Ledwo do domu doszłam, padłam. Nie przyzwyczajona jednak jestem.
Na drugi dzień nagłe tłumaczenie też dla osoby z niedostatkami umysłowymi, znam i lubię, więc przyjemność, ale dojechać trzeba było godzinę w jedną stronę, usypiałam.
Potem znowu niezwykła zajętość w centrum, aż do wieczora byłam na nogach.
W piątek sprzątanie u siebie w domu po pracy i wieczorem wyjście na pożegnanie bibliotekarki, która przechodzi na emeryturę wcześniejszą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że zmienili godzinę tego spotkania i mnie nie powiadomili, a to dziewczyny z mojego klubu książki. Szlag mnie trafił, bo mordą cały dzień po podłodze jeździłam, żeby szybciej, zorganizowałam kwiaty, ubrałam się i pocałowałam klamkę. Foch.
Dzisiaj cały dzień prasowanie. Trzeba czasem nadrobić. Ale nie narzekam, bo miałam okazję obejrzeć nagrane odcinki talk show Grahama Nortona. Cóż za uczta. On ma zawsze wspaniałych gości, jest śmiesznie, bez zadęcia i zupełnie inaczej niż w polskich programach. Dlaczego my tak nie potrafimy? Wojewódzki, zakochany w sobie amator szkolnych tenisówek, to jest raczej show o nim, czasem przerywają mu bezczelni goście, po co oni w ogóle przyszli? A, no tak, ktoś musi lustro trzymać.
Brak mi takiego programu u nas.
Jestem zapędzona, zmęczona, chyba lekko przeziębiona, ale nie jest źle. Podczas jazdy i sprzątania dosłuchałam do końca Lwów STS-u, tak mnie ta lektura nastawiła pozytywnie, uciszyła, ugłaskała treścią, bardzo polecam. O niej TU
A a nagrodę obłędnie pachnie mi taki pięknisty hiacynt na biurku.


środa, 12 marca 2014

O egzaminie, co mnie o mało nie zabił i o serialu, co jest zabójczy

Zaplanowałam to z zimną krwią. Wiem, że dzisiaj ostatni dzień w miarę luźny, potem sprzątanie i przyjeżdża córka, inne obowiązki, praca, więc dzisiaj założyłam, że kiedy skończę swoją zmianę, wracam do domu i żeby się waliło i paliło, nic nie robię, siedzę w fotelu i czytam, albo serfuję po sieci. Zaczęłam od przeczytania poczty i zaległych wpisów na zaprzyjaźnionych blogach. Przepraszam, że nie wszędzie komentowałam, ale czasem nie mam nic mądrego do powiedzenia, a jestem tak do tyłu z tym, co się u Was dzieje, że wolałam po prostu poczytać niż pisać. Poza tym jeszcze mam w planach książkę i wieczorem trzeci sezon The Killing, duńskiego serialu, który jest po prostu zajebisty.
Chrzanić poprawność językową.

W piątek miałam egzamin na zakończenie kursu o demencji i chorobie Alzheimera. Nie tam żadne udawanie, że sprawdzają wiedzę, tylko dwie prezentacje do przygotowania, jedna po drugiej. Pracowaliśmy w grupach, mieliśmy wybraną postać pod fikcyjnym imieniem, ale prawdziwa osoba z naszego doświadczenia, a nawet może i taka, którą się zajmujemy. Wybraliśmy na samym początku babeczkę z chorobą Alzhaimera stadium 6-7. Bląd. Huuuuge mistake. Bo w tym stadium to osobnik prawnie już nic nie może sam, a i możliwości aktywizacji marne. No i się męczyłyśmy cały kurs, bo miałyśmy wymyślić na przykład, co będziemy robić w tygodniu z nią, nic nie pasowało, bo przecież na drutach nie, tańczyć nie itd.
Dyskutujemy nad pierwszą prezentacją, a ja widzę i wszyscy inni też, że jedna z dziewczyn w mojej grupie jest jakaś taka nieswoja. Okazało się, że tak się spieszyła na kurs, że wjechała w samochód szwagierki, zmasakrowała jego bok i teraz nie ma do niczego głowy, bo pieniędzy brak, a tam duże koszty. Do tego mężowi nie powiedziała, bo on ciężarówką gdzieś pojechał i bała się, że jeszcze i on wypadek spowoduje. Takie buty. Przepraszała, ale powiedziała, że głowy do niczego nie ma. Druga z kolei powiedziała, że po pierwsze nie rozumie połowy słów z tekstu (ona nie rozumie? to co ja mam powiedzieć, przecież to nie mój język), poza tym tak jej serce ze stresu krew pompuje, że czuje ją  w ustach i nie sądzi, żeby dala radę coś wymyślić.
I zostałam sama z całym egzaminem, co miał być grupowy. Patrzę na pozostałe trzy drużyny, tam praca aż wre, każda coś pisze, a moje panie miłe i w ogóle świetne, ale mało pomocne. Jakby ich nie było wcale. Zaczęłam ścigać się z czasem i swoją niemocą, ze strachu, że nie dam rady, rozum mi odjęło, sama już nie wiedziałam, co czytam. I co piszę. A wykładowca odlicza czas
- macie jeszcze 15 minut.
A ja mam jeden moduł napisany.
- Kochane, jeszcze 5 minut, wystarczy?
- Tak, wszystkie chórem krzyczą, a jak mam ochotę wstać się wydrzeć jak opętaniec - jakie kurwa 5 minut? Ja tu sama wszystko piszę, nie dam rady!
Nawet w połowie nie byłam. A to trzeba wszystko na wielkie płachty papieru markerem grubym wypisać. Noż chyba się z - nie powiem czym - na łby pozamieniali, jeśli myślą, że dam radę - tak sobie w głowie perorowałam, jednocześnie pisząc na tych kilometrowych kartkach papieru. To, co już miałam, sru na ziemię i dalej, kolejna. Jak maszyna. A te kobiety siedzą i oczy wytrzeszczają, a jedna mówi - ja tego nie powiem, nie mam mowy. Mówię do niej, tylko przeczytasz, inaczej egzaminu nie zaliczysz, cały wysiłek na marne, a w duchu - a spieprzaj mi tu z tymi histeriami, tego mi jeszcze brakowało.
Podchodzi wykładowca, fantastyczny facet w przedemerytalny wieku i mówi - ale to jest wspaniałe, tak w grupie pracować, czy nie? Oczywiście, fantastyczne, tak się dzielimy pracą, idzie jak z płatka.
A w duchu - czy Ty do h... pana nie widzisz, że ja tu wszystko sama i nie zdążę? Fuck, fuck, fuck.

I zdążyłam. Kolejność zapisków ustalałam już na czuja, sama do końca nie wiedziałam, czy dobrze. Pomyślałam, że jakby co, to przytomność stracę, nie będą mnie mogli podnieść, wezwanie karetki z dźwigiem trochę potrwa, egzamin odłożą.
Panie puściłam do czytania pierwsze, jak coś nie tak, to wyjdzie na nie, że bredzą.
No, ale poszło dobrze, za pierwszy dostaliśmy 87,5%, za drugi 90%

Przyjechałam do domu, coś zjadłam, z tępym wyrazem twarzy obejrzałam jakieś tańce w TV i padłam o 21szej do łóżka. Taka sytuacja.






wtorek, 4 marca 2014

Wpadłam jak po ogień

Cóż tu gadać. Wstaję rano i myślę - co się schrzani? Jaką wiadomość dostanę i dlaczego znowu złą?
Nic mi się nie chce. Boję się każdego dnia. Codziennie biorę oręż do ręki i cieszę się, kiedy mogę ją wieczorem złożyć.
Jednocześnie w każdej takiej chwili doceniam to, co się nie skiepściło, zdrowe dzieci, zdrowego i dobrego męża, to, że i ja jakoś się powoli wykaraskałam, jako tako,  z tego złamania. Już mniej kuleję, biegać i szybko chodzić jeszcze nie mogę, ale to kwestia czasu na pewno.
Książki mi pomagają się odstresować, ale coraz częściej cieszę się na sen. Kładę głowę na poduszce i już jestem gdzie indziej.
Będzie dobrze, niech no tylko zakwitną jabłonie.

W zeszłym tygodniu byłam na imprezie urodzinowej z podopiecznymi. Zaprosiła ich koleżanka z centrum, gdzie się w ciągu dnia uczą czynności, które ich usamodzielniają. Zebraliśmy ich do samochodu i heja. Trzech ludziaszków i trzy opiekunki.
Jak tylko zaczęła grać muzyka, już ruszyli w tany. Jaka to była radość. Wszyscy trzeźwi, a tańcowali jak u nas ludzie na weselu po kilku bardzo głębszych. Panowie prosili panie do tańca, odbijali sobie partnerki. A niektórzy tańczyli naprawdę dobrze. W życiu nie widziałam tylu tak widocznie szczęśliwych ludzi w jednym miejscu. Ja też miałam ubaw, lepszy niż na niejednej 'normalnej' uroczystości tego typu. Pojedlimy, popili wody, a wszystko to zaczęło się o 20tej, a skończyło pewnie około drugiej, my wyjechaliśmy wpół do dwunastej. Ktoś by pomyślał, że to niemożliwe, że to przecież podopieczni mieszkający w domu opieki, ale ten dom opieki to normalny dom z kilkoma sypialniami, kuchnią i pokojem dziennym, a oni mają takie życie, jak inni, bo sam fakt pobytu poza domem, bo tak im się życie ułożyło, nie oznacza, że muszą mieć mniej możliwości i być traktowani jak ludzie, którzy nie mają prawa do niczego. To mi się bardzo podoba.



niedziela, 16 lutego 2014

Weekendowa osiemnastka, spa-mowanie - małe radości

Weekend mnie tak wymęczył, że najchętniej bym teraz dopiero zaczęła ten koniec tygodnia.
A było tak.
Na Walentynki dostałyśmy z córką prezent od naszych chłopaków, czyli od męża/taty i od syna/brata -wizytę w Spa w miasteczku nieopodal. Misia miała kąpiel w algach morskich, a ja masaż głowy i karku, w sumie pleców do poziomu linii stanika, nazywają go tutaj indian, czyli jakby po naszemu hinsuki (zostawię to tak, źle napisane, żeby Wam powiedzieć, że kiedy chciałam poprawić automatycznie i szukałam opcji 'hinduski' to mi pokazało opcję 'sukinsyn', dziwne), indyjski?
To w sobotę na drugą. Oczywiście od razu się spięłam, bo to środek przygotowań do urodzin Wojtka, czyli tort trzeba było rano do określonej godziny wykończyć, a potem obiad zmontować tak, żeby się wyrobić przed przyjściem kolegów.
Wieczorem w planach było wyjście syna na imprezkę, a moje siedzenie i zamartwianie się, czy mu ta dorosłość, czyli osiemnastka, bokiem nie wyjdzie, albo jeszcze czym innym.

Tak się zrelaksowałam na masażu, że potem chciało mi się już tylko spać. Michalina też była taka na maksa rozluźniona i o drzemce marzyła. Bardzo mnie bolały plecy, szczególnie pod prawą łopatką i kark, ale po masażu to ustąpiło. Och, gdyby to było trochę tańsze, chodziłabym częściej. Fajowo było.


Taki miałam widok z okna, kiedy mnie masowali. Z oddali widać było więcej morza niż lądu, a ten widok zawsze mnie uspokaja nieziemsko. Ocean, jego bezmiar, pozwala trochę zmniejszyć w głowie troski.

Wieczór Wojtka był udany. Poszli do pubu, a tam koledzy i kuleżanki, nie wiadomo, co ważniejsze, haha. Wrócił ok 2giej z kebabem w rękach, ale go zjeść nie bardzo miał siłę. Potem dobili koledzy i go wyciągnęli w piżamie na spacer, takie młodzieńcze sprawy, co się potem pamięta całe życie.
A ja się budziłam i zasypiałam na zmianę tak do rana.


Dzisiaj jestem nieprzytomna, ale oczywiście do biblioteki pojechaliśmy, nawet całą rodziną, bo potem córzydło do autobusu wsiadło już z 'gminnego' miasta i do siebie pojechała.
Jutro powrót do rzeczywistości, do pracy, do spraw trudnych, kołowrót od nowa.
Dlaczego takie weekendy nie rozciągają się jak guma?

czwartek, 13 lutego 2014

Takie czasy panie, że trzeba się jakoś pocieszać

Początek tego roku to jeden z najtrudniejszych okresów w moim dotychczasowym życiu. Nie dość, że nic się nie układa, to jeszcze problemy piętrzą się jak szalone, codziennie coś i nic dobrego, albo zwiastującego problemy kolejne, a to mi zabrali dodatek na dziecko, bo syn kończy 18 lat, albo ciągle noga boli, albo coś muszę załatwić, co będzie trudne, co telefon, co poczta, ja mam odruchy wymiotne z nerwów, ze znowu coś.

Nie piszę, bo co tu pisać? Koleżanka fejsowa skutecznie mi uzmysłowiła, że moje jęczenie jest nie do zniesienia, że wszyscy mają problemy, tylko o tym nie mówią jak ja. Czyli dupę zawracam i tylko humor ludziom psuję. No to się zamkłam. 
Coś w tym jest. Taki amerykański styl, że wszystko fajnie, uśmiech szeroki, a w sercu mrok, może i jest atrakcyjny dla otoczenia? Bo oczywiście jak nam się życie na głowę wali, to co to może kogoś obchodzić? 
Tylko, że do mnie to nie trafia, bo ja się martwię też o to, jak innym się wiedzie, więc skoro nie mam prawa o tym mówić, bo nie daj Boże komuś to może nie pasować, to rozumiem, że sama też mam się znieczulić na innych i konkursowo wbijać w to, czy ktoś komuś umarł, choruje czy kłębią się inne czarne chmury. 
Codziennie walczę z chęcią pozostania w łóżku i odwrócenia się do świata i życia plecami. To nie jest depresja. To jest zmęczenie, bo w życiu potrzebny jest balans, trochę smutku, trochę chwil miłych i żeby się dało jakoś odpocząć od trosk. A jak one przychodzą czwórkami, całe bataliony, to po prostu nie ma jak tego oddechu złapać. 
Doceniam każdą chwilę, kiedy napięcie i stres ustępuje. Każdusienieńką. Mąż pojechał i mam dwie godziny dla siebie, kawa, chwila w sieci, może jakaś gazeta - czuję się jak w niebie. Żeby mnie tak jeszcze głowa nie bolała z tyłu, od strony karku. Napięcie tam nie ustępuję ani na chwilę, od tygodni.
Ale dzisiaj postanowiłam koniecznie, chociaż na chwilę, przestać się zamartwiać.
Może dlatego, że córka przyjeżdża i będziemy razem przez kilka dni. Tak się cieszę. 
Ugotujemy coś niezdrowego, kalorycznego i upieczemy coś wielkiego i słodkiego. Na pewno tort dla Wojtka, bo przecież kończy 18go lutego 18 lat i będziemy świętować w ten weekend. Chrzanić diety. 

Bardzo się wzruszyłam złotym medalem Kowalczyk dzisiaj. Chodzę z tym bolącym palcem i wiem, jak trudno z tym funkcjonować, ale powolutku można. Tylko, że Justyna nie mogła powolutku i musiała zawalczyć i to nie na dystansie samochód - sklep, a 10 km na śniegu. O ludzie, to był wyczyn. Pewnie, że ją znieczulili, ale jak jej to puści, to cieszę się, że nie jestem w jej skórze teraz. Adrenalina i endorfiny też nie będą utrzymywać jej na haju wiecznie. Biedulka.

A wieczorem Hala Odlotów. Nie mogę się doczekać. Nie oglądałam telewizji od tygodni, ale dzisiaj specjalnie na ten program zasiądę. Pazurami trzymam się takich miłych chwil, jakieś rutyny znanej mi sprzed tego okropnego czasu, żeby się odmieniło, żeby to jakoś zakląć. A kysz!


sobota, 25 stycznia 2014

O psie, co lubi wodę, palcu, co nie lubi kołków i synu, co mu nowe starym się wydaje

Mój pies jest zdecydowanie porąbany. Mamy teraz słońce, leży pod kocem i śpi, a jak chrapie do tego. Jak lał deszcz, wylazł w ulewę i ganiał króliki, po czym usiadł pod drzewem, wąchał powietrze i mókł. Nie chciał wrócić, a do tego wiało strasznie. On tak często.

Ja, jak to w sobotę, miałam sprzątnąć dom, ugotować coś, poczytać. Ale palec lewej stopy tak mi się daje we znaki, że chyba nic nie zrobię. Kurczę, okazało się, że połamany w dwóch miejscach, na ukos trzaśnięty i do tego w poprzek wyżej. Taki mały, a tak się rozpadł w drobiazgi. Pojechałam do szpitala, bo mi specjalista radiolog kazał, konsultował się ze szpitalnym i tego samego dnia jeszcze polecili się stawić do specjalisty. A kiedy dojechałam, okazało się, że nie kwalifikuję się, żeby specjaliście tyłek zawracać, zataśmowali po raz drugi, tylko teraz mi takiego kołka dołożyli i tyle.
Po tej wizycie boli jeszcze bardziej i chodzić już nie bardzo mogę, bo kuleję (ile można, biodro mnie boli i kręgosłup już też). Czy to możliwe, żeby było gorzej, co oni mi tam zrobili? Nic, czekam, może się uspokoi.
No i zgłosiłam do GP czyli rodzinnego, ze najpierw była histeria, ze mi będą zespalać czymś tam, bo się krzywo goi, a teraz już nie ma problemu i kołek z ligniny wystarczył.
Napieprza za to zdrowo, a nie bolał już tak bardzo, jedynie po zdjęciu butów i po założeniu.
Czekam na odzew, bo się lekarz zdenerwował i bedzie pisał do szpitala o wyjaśnienie sprawy.

Wojtek pojechał na finały mistrzostw krajowych do Dublina w koszykówce, w swojej grupie wiekowej. Jego drużyna grała, ale pucharu niestety nie zdobyli. Syn 'zdewastowany' jak to mówią po angielsku. Przykro mu. Chociaż nie grał, bo ma kręgosłup obolały, też miał prześwietlenie, czekam co powiedzą.
Jakieś takie połamańce z nas w nowym roku.

Mnie to nawet wstyd, że taka niepełnosprawna jestem. To jednak okropne, jak człowiek nie może czegoś zrobić, trzeba się tłumaczyć, nie daję rady, bo głupi palec. Wojtek też widzę, że ma problem z tym, że gorzej mu, że ból w nodze, w plecach, ukrywa to przed nauczycielami, cierpi na niewygodnym krześle, robi jakiś projekt na zajęciach z pracy w drewnie, schyla się, boli go, a nie powie.

Wczoraj oglądał jakiś film z Marcinem. Pytam go jaki? przez telefon rozmawialiśmy i on mi na to, że nie pamięta tytułu, że mam się Marcina zapytać, że to jakiś strasznie stary z lat 90tych był. No żesz cholera, jaki stary?
Dla niego pewnie tak.
Okropne

A ja wczoraj z kolei oglądałam film Niemożliwe, o tsunami i rodzinie, która została rozdzielona. Myślałam, że tak sobie popatrzę, jakiś tam kolejny katastroficzny, ale co innego, jak wymyślają koniec planety i takie tam, a co innego, jak to taki realistyczny. Myślałam, że mi serce siądzie, tym bardziej, że tam trzech chłopców małych było. Woda to straszny żywioł.

piątek, 17 stycznia 2014

Apdejt czyli jak tam sprawy, jak tam zlewy

Gdzieś mi wcięło pasek. Nie taki od spodni, ale nawigacyjny blogspotowy i to tylko w przeglądarce Chrome, bo widzę, że Mozilla Firefox wyświetla, ale z kolei tam jakieś reklamy mi się zaczęły na szczycie ładować, więc zrezygnowałam z używania. Macie na to jakąś radę?

A poza tym wiele się działo, takie doły zaliczałam, że szok.
Najpierw zmarł mój znajomy, który był jedną z pierwszych osób, z jakimi się tu zetknęłam. Ok, stary lekuchno było, ale bez przesady, jak na nasze warunki, w końcu to nie średniowiecze, młodzieniaszek.
Dużo palił, ale poza tym w normie, no dobra - nie jadł i kawę lubił w dużych ilościach, to go pewnie, cuzamen do kupy, zabiło. No i rak, ale nie tylko on. Nie rzucaliśmy się sobie na szyję co tydzień, ale smutno wiedzieć, że go już nie ma.

Miałam krótki wyjazd do Polski, ale zanim jeden wieczór w Dublinie. Tam wymieniłam książkę w Easonie, ale mój palec połamaniec u nogi, nie dał mi nic więcej podziałać, więc kawa i Yamamori najpierw, a potem spotkanie z blogerami irlandzkimi. Sławek to zorganizował, przyklasnęło wielu, ale koniec końców było nas kilka osób. No i dobrze, bo i tak nie da się pogadać ze wszystkimi, szczególnie, że to było na kręglach. Miałam zamiar skopać im tyłki, ale nieczynna stopa to uniemożliwiła, tak więc udałam się tam w celach gadatliwych, to umiem najlepiej.
Po grze udaliśmy się do domu jednego z blogerów, takie spotkania lubię najbardziej, bo można pogadać i posłuchać muzyki, jaką się lubi, a nie jakieś łomoty. Tym razem Peter grał na gitarze do wtóru naszym rozmowom, więc w ogóle czad. Jak za studenckich czasów.

No, a rano wylot do Polski. Stres do kwadratu stresem poganiał, aż doszło do takiego momentu, że myślałam, że wylewu dostanę. Poważnie. Siedziałam na krześle, rozmawiałam z panią pewną urzędniczką i myślałam sobie, żywcem tego na klatę nie wezmę, nie zdzierżę, to już za dużo.
Okazało się, że człowiek to jednak silna bestia nie do zabicia, żyję. Sprawy mamy pokomplikowane są jeszcze bardziej niż były, jakbym nie prostowała, wychodzi odwrotnie albo z czasem znowu się skręca, co najmniej jak włosy prostowane, co w wilgoci w pierścienie się zwijają. Ten efekt jojo jest taki, ze za każdym razem coraz trudniej. Albo sił już nie staje.

Za to nadal kuśtykam i to mnie martwi. Wrociłam wczoraj w nocy, próbowałam prześwietlić nogę dzisiaj, ale mi się nie udało.

Jak zwykle, kiedy mi jest ciężko na duszy, wynajduję sobie piosenki afirmacyjne. Dzisiaj podczas sprzątania słuchałam radia zamiast audiobooka, bo mi się zapodziała gdzieś mp3jka
Ten utwór poniższy usłyszałam w Starbucks podczas kupowania kawy i głupio mi było spytać, co to i kto to, a strasznie mi się podoba - Pharrell Williams Happy - tytuł adekwatny do potrzeb


Kiedy to leci nie mogę przestać kręcić i potrząsać oraz obracać każdą częścią ciała oddzielnie, budzi się we mnie czarna krew.
A jak człowiek się tak wygina i podryguje, to chyba się coś wytwarza, endorfiny chyba nie, bo to za mały wysiłek, a moze? W każdym razie jakoś lżej się robi. Muszę poszukać tego wykonawcy na Spotify.

A tę drugą usłyszałam dziś po raz pierwszy i się do mnie przykleiła na cały dzień.


Zapomniałabym opowiedzieć, o mojej drodze do bramki na lotnisku, z tym połamanym palcem zdecydowałam się poprosić o podwózkę. I oni mnie sru na wózek inwalidzki. Najgorsze doświadczenie lokomocyjne w moim życiu. Pcha facet ten wózek, wszyscy się na mnie gapią, a jak czuję się jak w samochodzie jadącym bez mojej kontroli, bo nie mam kierownicy. Okropne, myślałam, że ludzi rozjedziemy. A potem mnie wysadził i podjechał taki mały samochodzik jak na polu golfowym i pognaliśmy rączo do bramki, wszystkiego kilka minut radochy. Oczywiście wzbudza człowiek zainteresowanie, kiedy tak 'z fasonem wozem' podjeżdża, podczas, kiedy reszta się wlokła kilometrami na nogach, ale cóż, ból zwyciężył wstyd.
Ale do samolotu wózkiem i czym tam, sama nie wiem, jak oni to robią - dźwigiem? - nie dałam się już wsadzić. Kuśtykałam dzielnie, a potem przespałam cały lot, jak nigdy.

piątek, 3 stycznia 2014

Gdyby kozak nie skakał, to by sobie nie złamał

Przyszłam wczoraj z pracy, po zakupach na dodatek, i jakoś mnie zmogło (to pewnie przez nadchodzący sztorm, o którym nie wiedziałam, a jestem wrażliwa na te zmiany w pogodzie). Położyłam się na chwilę lekko się zdrzemnąć. Prawie nigdy tego nie robię, nie mam w zwyczaju podsypiać w ciągu dnia, to i mnie pokarało. Córka w międzyczasie zrobiła swój popisowy obiad (jeden z wielu, tym razem risotto truflowe ze szparagami i parmezanem z dodatkiem upieczonej polędwiczki wieprzowej). Zawołali mnie, już byłam wybudzona, ale jakoś tak niefortunnie się zerwałam, zatoczyłam, wyrównałam pozycję, coś tam chciałam zrobić, nie pamiętam, w każdym razie ruszyłam przed siebie i jak nie przywalę stopą, odzianą tylko w pończochową skarpetkę, w nogę łóżka, gwiazdy mi w oczach stanęły. Patrzę na stopę, a tam palec pod dziwnym kątem przechylony, zanim coś wymyśliłam, zanim bezmiar bólu do mnie dotarł, piętą zdrowej nogi przesunęłam palec na właściwą pozycję. Coś strzeliło i tyle. Za moment dotarło do mnie, jak mnie boli. Gdyby to nie był obciach to bym wyła chyba. Mało jestem odporna na ból chyba. To jeszcze zależy na jaki i kiedy, ale teraz wydaje mi się, ze niedobrze to znoszę.
Wydawało mi się, że jak to była dyslokacja, to zaraz przjedzie, ale spać w nocy nie mogłam, chociaż mi Wojtek z Michaliną zawinęli taśmą medyczną dwa palce razem dla usztywnienia tego poszkodowanego. Nawet ciążenie kołdry mi przeszkadzalo, już nie mówiąc o psie, który się kręcił jak gówno w przerębli. Ten nadchodzący sztorm go pewnie też niepokoił.
Rano obudziłam się już w oku żywiołu, gwizdało i lało ciężkim deszczem w szyby. Mąż już w pracy, ja też powinnam iść, ale postanowiłam jednak pojechać wcześniej do lekarza.
Mój GP powiedział, że oczywiście nie jest w stanie stwierdzić czy palec był wybity, pęknięty czy co, bo nie mamy jak prześwietlić, drogi zalane, nie ma co jechać do gminy do szpitala, zawinął tak jak był, bo się okazało, ze to jedyne, co się w takich sprawach stosuje i tak, dał list do szpitala na jutro jakby co i puścił wolno.
I tak sobie na lekach kuśtykam.
Niby miałam siedzieć i nic nie robić, ale musiałam jednak jechać do pracy, bo ta wichura i podtopienia wyłączyły z ruchu część personelu, day centre nieczynne, ale wysłali mnie do takiego domu, gdzie mieszka tylko kilka osób. Tam trzeba było trochę pomóc i ugotować im obiad, co zrobiłam i mnie już o pierwszej do domu puścili.
Od razu musiałam się tu pożalić, ale zaraz pakuję się pod koc, poczytam prasę i książkę. Jedyny plus tego przypadku-wypadku, bo rwie jak cholera.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

IKEA - wyczerpałam limit zakupo-godzin i sklepo-kilometrów na rok (księgarni to nie dotyczy)

Na blogu Notatki Coolturalne opisałam moje marzenie o fotelu i jak to się stało, że wreszcie mogłam go sobie kupić, więc nie będę się tu powtarzać.
Chciałabym natomiast więcej napisać o moim doświadczeniu zakupowym w IKEI, ciekawa jestem Waszej opinii, czy Wy też tak macie?
To, że nie ma tam okien, poza najwyższym piętrem w kafejce, to wszyscy wiemy, a jak nie ma okien, trudno się zorientować, jak upływa czas. Nawet jeśli człowiek wie plus minus po co przyszedł, chce to załatwić szybko i bezboleśnie, i tak nigdy nie ma tak, żeby to trwało chwilę.
Nie bywam w IKEI często, bo w Irlandii mamy jeden sklep w Dublinie, drugi jest w Belfaście, po stronie północnej. Do obu mam mniej więcej tyle samo, czyli coś ze 4 godziny. Drogi w Irlandii są słabe, a już z Donegalu do centralnej części szczególnie, nie ma mowy o wyskoczeniu od tak sobie, żeby połazić i zobaczyć, czy czegoś nie przecenili.

Bywam w tym sklepie może raz w roku. Asortyment nie zmienia się tam znowu tak szybko, żeby bywać częściej, domu nie urządzam namiętnie, więc nie ma potrzeby.
Tym razem celem był fotel. Sprawdziłam, czy mają na stanie, okazało się, że są 4 i pojechaliśmy.
Po kilku godzinach jazdy przyjemnie było zasiąść do kawy i irlandzkiego śniadania. To jest dla nas wielka uczta, bo nie jadamy go zbyt często ze względu na kalorie. To w IKEI jest akurat dobrego rozmiaru, nie za duże, nie za małe, dobrze przyrządzone. Jedynym minusem była kawa i herbata - obie wyjątkowo wstrętne, z tym, że kawa biła na łeb wszystkie inne podłe w smaku, które zdarzyło mi się kiedyś wypić. Jak na tę jakość, droga. No, ale nie na kawę tam pojechałam.

Zaczęliśmy od show room, bo mąż ma koncepcję na wymianę kilku rzeczy w kuchni i gdzieś tam jeszcze i mnie przeciągnął przez całość. Znalazłam tam fajne poduszki do fotela, zapisałam lokalizację w sklepie i nazwę. Potem spodobał nam się wieszak do łazienki, znowu to samo - notatki, gdzie go znaleźć. I jeszcze raz ta sama operacja z półką, która wisiała w zaaranżowanym pokoju.
Okazało się, że żadna z tych rzeczy nie jest tam, gdzie obiecywał napis na etykiecie.
Pracuje tam dużo osób, ale zaskakująco mało mogą pomóc. Pytasz, odsyłają cię do innej osoby do innego komputera, a jak już myślisz, że jesteś w ogródku i witasz się z gąską, to się okazuje, że Zosia gąski może i pasła, ale ta bajka jest o Kasi, co gąski zgubiła. Tam, gdzie przedmiot powinien być, okazywało się, że go nie ma wcale w sensie skończył się (to w komputerze tego nie widzieli?), albo leży gdzie indziej, ale gdzie, to może tamta pani, o w tym żółtym (oni wszyscy na żółto, daaa) mi powie.
Jak dotarłam do alejki 5 stanowisko 46, to się okazało, ze mogę podziwiać wielką pustą przestrzeń. Nie muszę chyba dodawać, że mówimy o sobocie, tłumach i sklepo-kilometrach oraz zakupo-godzinach nie do zmierzenia, a nie o małym przytulnym grajdołku z disajnerskimi przedmiotami..
Ale spoko, po fotel przyjechałam, nie będę się przecież denerwować, kiedy realizuję osobiste marzenie ostatnich lat.
Na liście w internecie napisano, że foteli ma być w tym kolorze na półce 4. Dochodzimy do regału, alejka 9 stanowisko 45 oczywizda na samym końcu, a tam stoi jeden. Pytam przechodzącego pana z obsługi, czy jeszcze gdzieś mają więcej (z myślą o tej półce, co jej w alejce 5 nie było), ale dostaję odpowiedź, że cokolwiek leży na regałach, to leży, a jak nie leży, to nie ma.
To ja się pytam, gdzie znajdują się te pozostałe 3 fotele, co są nadal na stanie dzisiaj, bo jeden kupiłam? Gdzie jest półka, co być powinna i jej nie ma?
Nie wiedzieć dlaczego, zaczęłam sobie nucić pod nosem piosenkę kabaretu Mumio

Jak to... jak to się stało
Że mi wypiłaś moje kakao
Przecież to mój kubeczek
To mój kubeczek z wiewiórką jest

Mąż jak zobaczył karton z fotelem, to go na-ten-tychmiast szlag trafił, bo ja go zapewniałam, ze to wszystko jest flat pack (widziałam miesiąc temu na własne oczy, nawet się zastanawiałyśmy z córką, jak ten fotel złożymy). Ale to chyba był ten casus, że my oglądałyśmy kilka kartonów na raz i one się zazębiały, a prawda taka, że fotel jest tam w całości, czyli karton jest w literę L, pod kątem prostym zgięty i wieeeeelki.

Zrobił się problem, bo to oznaczało, że bagażnik będzie otwarty, a to znowu oznaczało konieczność zakupy taśmy trzymającej to wszystko w kupie, a wiedzieliśmy, że takowa taśma jest, bo widzieliśmy taką żółtą, ale się okazało, że ta żółta należy do pracowników Ikei, a do kupienia jest czarna, ale przy kasie 22 na półce. Tam nie było, nie wiedziałam nawet gdzie szukać, ale chociaż kręciło się tam kilku panów, nikt nie polazł popatrzeć ze mną, a to rzut beretem był, tylko mi machali palcem przed nosem, w którym kierunku mam iść. Oni im chyba w instrukcji obsługi klienta zastrzegli, ze nie mają za bardzo pomagać, bo jak nie to na bruk. No bo jak wyjaśnić, że na każdym piętrze pracownicy tylko machają rękami w kierunku nieokreślonym, dupy nie ruszą i odsyłają jeden do drugiego?

Mąż już był na skraju wyczerpania nerwowego. Młody chłopak nawet szukał tej taśmy, ale koniec końców odesłał nas do obsługi klienta, która była po drugiej stronie lustra tej magicznej krainy, czyli po zapłaceniu, mieliśmy się tam udać.
Przy kasie okazało się, że wzięliśmy dwie rzeczy z półki, które były tzw display, czyli wystawką, a powinniśmy wziąć zapakowane. Pytam, czy mi ktoś to może jakoś skrótami przynieść, a on, że nie, że muszę wrócić (przypominam, że mowa o sklepo-kilometrach). Ręce mi opadły. Po ten garnek bym nie szła, ale taśma, okazało się w obsłudze klienta, też jest gdzieś w bebechach tego sklepu-potwora
- jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzieeeee - nucę dla uspokojenia nerwów.
Wywiozłam męża wraz z kartonem "potworem ostro zgiętym" i drugim koszem z poduszkami i różnymi dziwnymi rzeczami średnio potrzebnymi, ale taka łopatka to mi się przyda, bo tania, do samochodu na parking, a sama w te pędy z powrotem do sklepu na poszukiwanie taśmy o imieniu Maja-gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie.
Młodzian pokazał mi skrót, żebym nie gnała tak całkiem przez wszystkie działy, takie tajemne szare drzwi, ale się pogubiłam i kiedy spytałam kobiety po drodze, ta zaprzeczyła, że takowe w ogóle istnieją. Głupia krowa, a młodziana od razu pokochałam, kiedy jednak znalazłam te drzwi i okazało się, że zaoszczędziłam przynajmniej z 15 minut, jak nie więcej. Tam miałam więcej szczęścia, bo pierwszy raz znalazłam młodą dziewczynę, która zostawiła jakieś kartony i mnie zaprowadziła do miejsca, gdzie taśmy leżą (sama bym ich w życiu nie znalazła!!!), byłam gotowa ją pod kolana z wdzięczności chwycić.
Po drodze w locie chwyciłam te dwa przedmioty czyli garnek i doniczkę, co były zapakowane tym razem, a nie z wystawy (chociaż taki burdel tam na półkach, że trudno się zorientować, co i jak) i już normalną drogą wróciłam do kas. Gnałam jak rączy koń, przedtem skrótem weszłam, a i tak mi to pól godziny zajęło. Mąż mnie zabije - śpiewałam przy kasie, dla spokojności oczywiście :-)

Wracaliśmy zapakowani jak na tym filmie reklamowym sprzed lat, gdzie w trakcie wyprzedaży ludzie wyjeżdżają z Ikei zapakowani tak wysoko, że pod mostem nie mogą przejechać. Tyle, że my wystawaliśmy z tyłu :-)
Na stronie internetowej jest wielki napis SALE i o ludziach, co mają Ikea Family kartę, że taniej. Nie wiem, co to za wyprzedaż, bo tam mało co było taniej, jakaś pościel, co i tak jej nikt nie chce i serwetki. Nie wiem też, po co ta karta, bo nic nie skorzystałam na tym, że jestem w 'rodzinie Ikei', a jak spytałam przy kasie, po co ja właściwie to mam (jak to po co, twoje dane podstępem od Ciebie wyciągnęli, głupia babo - mówiły oczy męża), odpowiedź była taka, że niby wiem, ale nie wiem. Produkty są oznaczone i mam je taniej i te z wyprzedaży też, ale ani tych produktów, ani tych taniej, jakoś nie widziałam, albo słabo oznaczone, albo się w ten 'nawias' nie łapię.

Wiem, IKEA to sklep z dosyć dobrymi towarami za niewielką cenę i za to trzeba jakoś 'zapłacić', ale żeby tak całkiem żadnej pomocy i slogany prawie bez pokrycia, albo pokrywające się z potrzebami setnej klientów, to chyba lekka przesada. A może ja tam za rzadko bywam, żeby to dobrodziejstwo ocenić, zauważyć?
Zadowolona jestem z fotela, z łopatek do smażenia, doniczki, garnka i poduszki też, ale zakupy tam to jak pobyt w armii cudzoziemskiej - maszeruj albo giń.


czwartek, 26 grudnia 2013

Czy ja jestem wystarczająco 'smart' na ten phone? A tak w ogóle to już prawie po

Piękny dzień, nie za oknem, bo tam wichura, ale u nas w domu tak. Przyszły święta, w Wigilię luzik, bo wszystko porobione, tylko upiec chleb, ustroić stół i oczywiście jajka faszerowane dla jeszcze-nie-zięcia, bo to ulubione jego danie (co tam, że u nas jadało się je tylko na Wielkanoc).
Z chlebem zrobiliśmy oczywiście jakieś dziwne czary mary. Oczywiście, bo ja w tym roku wyczyniam jakieś dziwne sztuki nie do końca zrozumiałe dla mnie, nie w moim stylu, że coś psuję, ważę lub przypalam. Wymieszałam mąki różne i ziarna i co tam w przepisie było, ale jakoś niecodziennie, w kazdym razie nie powtórzyłabym tego. Nagrzałam piec na 230, ale na grillu najpierw, bo tak się szybciej kuchenka nagrzewa, przez co mniej prądu się na to zużywa, włożyłam chleb i zmieniłam na konwekcyjne grzanie. No właśnie, miałam taki zamiar, a przekręciło mi się za daleko i włączyłam chłodny nadmuch (nigdy nie wiem, do czego to jest). I chleb stał kolejne 40 minut w tym, przez pierwsze piętnaście pewnie urósł, bo było jeszcze gorąco, a potem sobie tak stał blady. Córka sprawdziła, czy już gotowy i skonstatowała ze zdziwieniem, że cholerka coś blady, wsadziła rękę i chłodnawo. No to w panice piec na właściwe ustawienie i następna godzina już w stopniowo rosnącej temperaturze. Upiekł się i o dziwo był świetny, chyba najlepszy od lat.
Gdybym miała odwalić ten numer po raz drugi, nie potrafiłabym tego zrobić.
W każdym razie dzień uratowany, córka miała swój ulubiony chleb na kolację wigilijną.
Objedliśmy się jak zwykle. Nie, że jakieś ilości, ale po całym dniu gotowania, następnym szykowania, jakoś szybko się człowiek napełnia i nie za wiele daje się wchłonąć. W takiej perspektywie człowiek się zawsze dziwi, że tyle nagotował, naszarpał się i panikował w sprawie ilości potraw. Nihil novi.
Prezenty u nas zawsze między przystawkami zimnymi, a barszczem z uszkami. Dla odpoczynku i spokojności, bo wszyscy, niezależnie, czy lat 6, czy 60, są niecierpliwi dowiedzieć się, co tam w tych paczkach jest? Odkąd nie ma u nas maluchów, kładziemy je już poprzedniego dnia, zapakowane i opisane i czekają, a w nas wzrasta chęć zajrzenia do środka. Niby udajemy, że nie widzimy, ale żurawia zapuszczamy.
No i zaczęło się szaleństwo, książki, drobiazgi, to, co każdy wymarzył, co nie oszukujmy się, i tak by sobie kupił, bo torebka, bo portfel, bo czapka. Było też kilka większych, w moim przypadku smartphone. Postanowiłam wejść na abonament, bo muszę mieć rozmowy międzynarodowe tańsze lub całkiem za darmo limit, ze względu na mamę. A jak bill pay to można było pomyśleć o telefonie, bo z planem tańsze niż takie na kartę 'pay as you go'. No i wybrałam Samsung Galaxy Note 3. Tylko tak było mnie na niego stać, a raczej nie mnie, a Mikołaja. Kilku Mikołajów, bo dzieci się złożyły i przyjaciel rodziny dołożył voucher.
Dostałam telefon i oszalałam.
Z rozpaczy, że taka durna jestem i zacofana, że czuję się jakbym w ciemnym lesie chodziła i tylko momentami wychodzę na polanę, jasność widzę, czyli jakimś cudem udaje mi się znaleźć sms czy coś tam innego, po czym znowu w gąszczu niepewności i dziwnych ikonek się poruszam i tak w koło Macieju. Kiedy przychodzi mi pisać na ekranie dotykowym, to latam po nim palcami jak łyżwiarka na oblodzonych kocich łbach, nigdy nie wiem, gdzie wyląduję, w którą stronę mi palec poleci i co z tego na ekranie jest tekstem, który chciałam napisać, a co jakąś hebrajską mowa.
Ubaw najlepszy mamy, kiedy robimy wybieranie głosowe lub głosowe wyszukiwanie google. Raz podchwyci, raz nie.
Galaxy Note 3 ma tyle funkcji, przydatnych i ciekawych, że aż żal taki mieć i nie korzystać, dlatego muszę jutro usiąść z jakimś filmikiem instruktażowym i podziałać. Wyjść z tego lasu :-)

Pierwszy dzień świąt i drugi to wizyta przyjaciół z dziećmi, a teraz lenistwo i filmy w planie.
A jak Wam minęły święta?


wtorek, 24 grudnia 2013

Taka jestem, proszę pana, rozchwiana jak ta pogoda, czyli opowieść podręcznej

Całkiem jestem jak nasza aura - zawiana w nogach, czyli nie całkiem równo stoję.
To nie mój czas zdecydowanie. Nie wiem, czy to coś nowego, czy mi się ten balans wyłączył z powodu stresu, a raczej napięcia spowodowanego zbyt dużym chceniem zrobienia wszystkiego na czas i jak najlepiej, ale w głowie mi się kręci, od ósmej już mi się oczy zamykały, a jeszcze tyle było do zrobienia. Miałam taki kryzys o dziewiątej, że musiałam w ulewę wyjść z domu na chwilę, bo myślałam, że przytomność stracę. Aż się przestraszyłam.
Cały dzień miałam jakiś do kitu. To znaczy atmosfera fajna, z dzieciskami w kuchni, Michalina robiła jedno ciast, a ja zawalczyłam z tortem chałwowo-kawowo-wiśniowym. Nie wiem, czy ten przepis ze strony wprawdzie zaufanej, ale nigdy nic nie wiadomo, jakiś trefny, niesprawdzony, pisany na kolanie, czy ja do kitu całkiem dzisiaj, ale nic mi się nie kleiło z tym ciastem. Na szczęście biszkopt czekoladowy do tortu wyszedł, ale wykorzystałam doświadczenie z innych przepisów, więc nie mogę pochwalić, że to zasługa tego.
Potem mi podpadło, że autorka kazała rozpuścić mąkę ziemniaczaną we wrzącym kompocie, toż to każdy wie, chyba, że całkiem początkujący, że tak się nie da. Czujna się zrobiłam jak Wasilewska, ale nie na tyle, żeby jednak zamienić mąkę ziemniaczaną na kukurydzianą (która daje piękniejszy pobłysk masy wiśniowej i jest ona mnie kisielowata, a bardziej galaretkowata). Potem mi się zważyła śmietana chałowo-kawowa. W mig. Ani się nie spotrzegłam, miałam breję w grudach. Ręce mi opadły.
Stwierdziłam, że straciłam 'modżo' do gotowania i teraz wszystko mi nie wyjdzie. Jak przekrajałam biszkopta na blaty do tortu, to mi ręce latały. Całkowicie straciłam pewność siebie w kuchni, do tego stopnia, że zrobiłam drugą śmietanę potem, ale mało brakowało, a bym ją przebiła (nie zdarza mi się to, a teraz proszę), potem poprosiłam córkę, żeby zrobiła polewę na tort typu 'ganache' czyli śmietanka z czekoladą w niej rozpuszczoną, bo ja już nie wierzyłam, ze dam radę.
Mąż dokończył rybę po grecku, zrobił w galarecie, nasmarował mięsa, ja już tylko za podręczą robiłam.
I się kiwałam jak kiwaczek jakiś, tak mi się we łbie kręciło.
Do kitu.
Do tego dostałam kartki, a sama ich nie wysłałam prawie wcale, tylko kilka, bo po prostu nie miałam siły biegać, kupować i wysyłać, z tym przeziębieniem i balansem, co był do bani. Aż szkoda, że nie na bani :-)

Zobaczymy jak będzie jutro, czeka mnie wykończenie domu, ubranie stołu, upieczenie chleba i jakieś tam pomniejsze sprawy. Obym nic nie schrzaniła.

Mimo to fajnie jest, tylko żeby mnie przestało w głowie kręcić i mdlić.

Oczywiście Wesołych Świąt Wam życzę!

wtorek, 17 grudnia 2013

Wiem, ale nie wiem

W tym roku dla odmiany wiem, co dostanę pod choinkę. Ale co z tego? Nawet w sklepie byłam i widziałam pudełko, ale nie wiem, w ręku nie mam, jeszcze nie czuję, cierpliwości upraszam, bo ze skóry wychodzę.
Rzecz w tym, że umyśliłam sobie iść w smartfony. A jak tak, to najpierw myślałam, kombinowałam, jaki, bo ja ślepa, żeby lekki, bo cegieł mam już dość w życiu (guzikowce są grube i toporne przecież), macałam w sklepie i zdecydowawszy, że Samsung Galaxy Note, a że mnie na 3 nie stać, to dwójka. No, ale się okazało, ze jak przejdę na bill pay to stać mnie na trójkę, a do tego rozmowy darmowe będę miała ileś tam minut, co mi się koniec końców opłacało (również dzięki przyjacielowi Michaliny, ale to długa historia). Stanęło więc na tym modelu.
A jak abonament, to wprawdzie rodzina kupuje, ale ja muszę podpisać, stąd moja obecność w sklepie.
Syna w roli cerbera córka wysłała ze mną, zaraz od pani przejął telefon, nawet nie powąchałam.
I tak sobie czekam, całkiem jak ten franio-podobny Jack Russell z filmiku poniżej


Przekupstwo nie pomogło, podstęp, że trzeba sprawdzic, czy nie porysowany i czy nie pęknięty też nie. Cóż zostało, tydzień spania przy talerzu z ciasteczkami, haha.

Ale zeby nie było jakoś specjalnie fajnie, to przy okazji wymiany sim card coś się pani pokiełbasiło i w rezultacie nie przerzuciła mi połowy numerów telefonów i oczywiscie jakich nie ma? Tych najważniejszych i najczęściej używanych. Także, kto mnie zna i wie, że powinnam mieć Wasz telefon, proszę mi słać swoje numery, bo jak znam życie, w moim spisie brakuje właśnie Waszego :-)
A ja czekam :-)

sobota, 14 grudnia 2013

Smarkata kołowacizna, a lista się sama nie zrobi, zakupy tym bardziej.

Siedzę na przepisami, robię listę zakupów i tak kicham, że mam ciało-odrzut na metr. Jakby można było dalej, to i pewnie bym dwa poleciała, ale kanapa jest buforem.

Tak mi dobrze szło, opanowałam jakoś zawroty głowy, dostałam nowe leki, które były bardziej skuteczne. Nie zlikwidowało to całkiem kołowacizny, ale znacznie ograniczyło. Trochę głupio zrobiłam, że pojechałam do Michaliny do Dublina, ale tak się cieszyłam na to nasze chodzenie po świątecznym mieście, że nie umiałam sobie tego odmówić. Do tego w planach miałam dzień spędzony w gronie przyjaciół pod Dublinem, z którego nic nie wyszło, bo się pani domu rozchorowała, ale nie ma tego złego, bo chociaż po Ikei pochodziłam. Poszłam odwiedzić tam fotel, który sobie wymarzyłam do pokoju, do czytania. Usiadłam na nim, zachwyciłam się po raz nie wiem, który, po czym zakupiłam jakieś drobiazgi i rzecz najważniejszą - zejefajną kołdrę dla męża na zimę i dwie superowe poduszki.
Foteli u nas dostatek, ale te najwspanialsze są drogie, kosztują ponad 400, a czasem i prawie 600 euro, na to mnie nie stać. A ten jest za 200 i równie dobry. Za jakiś czas sobie na niego uzbieram i kupię.
Na pocieszenie udało mi się za to wyhaczyć w jednym takim sklepiku dekoracji wnętrz taki oto wieszak na papier toaletowy. Pokazywałam go na Notatkach Coolturalnych, bo on taki właśnie kulturalny jest, ma litościwie dla mola książkowego półeczkę na czytane właśnie książczydło lub Kindla, ale i tu wkleję, bo cieszy mnie niepomiernie, a pewnie nie wszyscy zaglądacie i tam


W Dublinie było cudne, ale tłoczno niezwykle, bo się okazało, że to weekend, kiedy się wieśniaki zjeżdżają na zakupy. Czyli ja też, bom przecież z małego miasteczka na północy. Jeszcze dalej niż północ, rzec można.
Miałyśmy ambitne plany, ale one były jednak na wyrost, cieszę się, że udało mi się kupić dla Misi prezent i że mogłam z nią iść do Yamamori i do kina na Saving Mr. Banks.
Świetny film, bardzo polecam, jak tylko się ukaże w Polsce czy gdziekolwiek jesteście, ukazuje kulisy powstania filmu Mary Poppins, życie autorki tej powieści, ówczesne i powrót do jej dzieciństwa, jak powstała książka, skąd się wzięłam cudowna niania i kogo tak naprawdę przyleciała na parasolu uratować? Oczywiście spłakałyśmy się na końcu haniebnie.
W nocy w niedzielę przyjechałam, a w poniedziałek do pracy, ale nie kręciłam nosem, bo się za wszystkimi tam stęskniłam. W piątek zaliczyłam pierwszą toaletę z podopiecznym, nie było źle, jestem zaskoczona, można się przyzwyczaić.
Przyszły tydzień będzie pracowity, bo mamy mszę we wtorek w day centre dla wszystkich podopiecznych i ich rodzin, potem czwartek obiad świąteczny dla nas wszystkich, a koniec tygodnia wiadomo, już zaczną się przygotowania do świąt.
Emocje, emocje, a ja narazie chora, kichająca, smarkająca i skołowaciała.
Pięknie, k....a pięknie


czwartek, 5 grudnia 2013

Orkan Xaver już tu był, a choinka stoi

Ale nas przewiało zeszłej nocy. Nic spać nie mogłam. Nie lubię wiatru, niektórzy uważają, że jest świetny i ich odpręża, ale mnie tam nic nie uspokaja, wręcz odwrotnie.
Siedzę w domu, bo jednak dostałam zwolnienie na to vertigo, czyli zawroty głowy związane z błędnikiem. Mam siedzieć nieruchomo, czytać, oglądać TV i dać się temu błędnikowi ustabilizować. No, ale jak to w domu, kobieta nie jest chora widocznie, czyli nie wyje z bólu, nogi jej nie urwało, ręki też nie, to przy okazji może niech upierze, uprasuje, co dzisiaj na obiad?
Nie skarżę się, mąż mi bardzo pomaga, ale sama sobie robię krzywdę, bo tylko w momencie, kiedy tracę równowagę, na ścianę lub drzwi lecę, czuję, że choruję, a tak śmigam po domu jak jaka głupia.

Wczoraj postawiliśmy w domu choinkę. Powinna być ubrana na 6go grudnia, irlandzkim zwyczajem wcześniej stroi się domy, w pierwszy weekend, ale ja będę u córki, więc mamy choinkę Barbórkową.
Wiem, że u nas tradycja ubierania drzewka przed samą Wigilią, ale ja tego nigdy nie lubiłam. Mama robiła zawsze histerie, że tyle roboty, że ona z babcią w kuchni, a my walczymy z drzewkiem, zamiast jej pomóc. Poza tym choinka nigdy nie była ubrana według jej standardów. co akurat rozumiem, bo każdy ma swoje, ale jednak awantury w taki dzień to trauma.
Postanowiłam, że u mnie w domu będzie inaczej, co udało mi się o tyle, że stawiamy drzewo wcześniej, ale takie emocje temu towarzyszą, że często się naszarpiemy zanim robota skończona. Czasem udaje się ominąć kłótnie. Wszystko dlatego, ze przeważnie nie działają światła, poza tym ja bym chciała inaczej, mąż inaczej. Kształt choinki i jej gęstość też budzi dyskusje, wybór choinki to jest gehenna, bo szukamy idealnej. W zeszłym roku mąż zarządził wycinkę z ogrodu, bo mu jedno drzewko psuło koncepcję. Trochę łyse było, więc niejedną łzę uroniłam, bo nie jest mi wszystko jedno. W tym roku uparł się też jedno wyciąć, bo za gęsto rosną i musiał rozluźnić szereg. Tym razem gęste, a do tego wielkie jak dupa słonia. Jak u Griswoldów w Witaj św. Mikołaju, dotargaliśmy je do domu, wstawiliśmy i nie wiedzieliśmy, jak się ruszyć. Trochę je mąż poprzycinał z jednej strony i jakoś się pomieściliśmy. A jak pachnie!


Wiewiórki nie mamy, sprawdzałam, bo mnie córka spytała, więc lepiej było się upewnić :-)



Oczywiście przy tym ubieraniu się naschylałam i nagibałam, więc błędnik mi się wcale nie ustabilizował. Teraz siedzę i próbuję odpocząć za wszystkie czasy, haha.
Muszę zrobić menu świąteczne i listę zakupów. Poza tym oglądam Ruskich w Londynie, mam serię nagraną na boksie Sky i zaliczam po kolei. Muszę trochę miejsca zrobić na dysku twardym, bo w święta  pewnie fajne filmy będą, a ja nie oglądam TV wtedy, więc nagrać będzie trzeba. Odcinek specjalny Downton Abbey głównie.

Oglądałam w zeszłym tygodniu Listy do M. Bardzo mi się ten film podoba, wiem, że podróbka Love Actually, ale dobra podróbka, filmów świątecznych nigdy za wiele. Czeka na mnie ten wspomniany pierwowzór listów, Holiday i może sobie jeszcze coś zapodam, na pewno Frasiera święteczne epizody, jak co roku.


sobota, 30 listopada 2013

What shall we do with the drunken sailor?

Ależ kołowrót. Mam nadzieję, ze przyszły tydzień będzie spokojniejszy, bo dwa ostatnie dały mi się we znaki.
Najpierw okazało się, że dziewczyna, która gotuje dla naszych podopiecznych ma chorego tatę i musiała nagle wziąć wolne. Nagle, to znaczy o godzinie 9tej rano dowiedziałam się, że gotuję dla 20 osób i obiad musi być gotowy na 12tą. Następnego dnia powtórka z rozrywki.
Miałam zakupy zrobione, bo ona jest bardzo zorganizowana i nie ma tam żadnych dróg na skróty ani na żywioł. Gotować umiem, ale dla tylu osób nigdy tego nie robiłam. Wprawdzie byłam raz pozostawiona na dwa dni, ale wszystko było przygotowane i omówione, a teraz to po prostu ratuj się kto może.
Indyk pierwszego dnia. Dwie duże piersi. Nie bardzo umiem gotować jak dla 'chorych na żołądek', w sensie nie dawać soli, trochę ziół może. Zdrowo, ale mnie zaraz zaczęły ręce świerzbić, żeby coś dodać. No i wymyśliłam, ze jak czosnek można, zioła też, soli nie bardzo, może trochę pieprzu, to wymieszam to wszystko w odrobinie oleju i natrę indyka. Ale pyszny wyszedł, a jakie gravy! No, ale przypomniało mi się, że Dżina bezglutenowa jest, i co teraz, czy olej rzepakowy, nawet w ilości dwóch łyżek czy trzech, jest ok? Telefon do dietetyczki, bo ryzykować nie mogę przecież, ale na szczęście się okazało, ze nie zostanie dziewczę bez obiadu, bo można jej to podać.
Drugi dzień już był łatwiejszy, bo ryba i ziemniaki.
Ale stres i tak, żeby na czas, żeby nie pomieszać, kto bez protein, kto bez glutenu, kto nie lubi marchewki, a kto je bez sosu. I że do tej ryby w ogóle ma być sos, kto by pomyślał. Bez sosu ani rusz.
To była końcówka zeszłego tygodnia, a ten od początku wrzucił mnie w szalony wir - jak nie wizyta syna w szpitalu (po dwóch latach czekania na konsultację), to tłumaczenia, potem wizyta męża na inwazyjne badanie, do którego musiał się przygotowywać prawie cały tydzień, więc przypomnieć o lekach, o saszetkach, o niejedzeniu, potem nawet o niepiciu, znowu tłumaczenia i praca cały czas normalnie. Tak się ciesze, że już piątek wieczór.
Ale żeby tego było mało, mam vertigo czyli zawroty głowy spowodowane zapaleniem błędnika czy jakoś tak, w każdym razie od poniedziałku jestem na lekach i mogę sobie śpiewać
What shall we do with the drunken sailor




Czuję się jak na statku, a najgorzej kiedy leżę w ciemności w łóżku, mam zamknięte oczy, ale i tak mi wiruje w głowie, mam wrażenie, jakby pokój tańczył. Można jakoś funkcjonować, ale trudno i mdli cały czas. Pod prysznicem stoję na rozstawionych nogach, jak nie przymierzając mój Franiu w wannie :-)
No, ale na chorowanie nie ma czasu, trzeba być twardym nie miętkim.
Dobrze, że z chłopakami wszystko w porządku, wizyty i badania nie wykazały niczego niepokojącego.