czwartek, 21 lipca 2011

Ślimak, ślimak pokaż nogi


Tak się pławiłam w zachwytach, ochach i achach jak to fajnie jest, kiedy dzieci już duże, aż do przeczytania wywiadu w lutowym Twoim Stylu (bo ja zapóźniona jestem w prasówce) ze słynną trendsetterką Li Edelkoort. Od trzydziestu lat przepowiada nie tylko, co zmieni się w modzie, designerze, ale przy okazji też, jakie zmiany zajdą w społeczeństwach, w zachowaniach ludzkich. Ma jakiś siódmy zmysł, bo już wiadomo, że nawet najbardziej nieprawdopodobne jej wizje, jednak się urzeczywistniały. Jak ta o światowym kryzysie, o nad-konsumpcjoniźmie, który między innymi doprowadził do tego. Tym razem ‘wieszczy’ o roku 2050 – „…średni wiek ludzi żyjących w krajach wysoko rozwiniętych przesunie się z 26 lat do ponad czterdziestu. Ludzkość starzeje się w nieznanym dotąd tempie. Wpłynie to oczywiście na kształt kultury. Zaniknie wszechobecny dziś kult młodości. Znów ceniona będzie dojrzałość, zmieni się nasze wyobrażenie o pięknie. Kwestię „jak się nie zestarzeć” zastąpi pytanie „jak zestarzeć się dobrze”, czyli twórczo i aktywnie. Dojrzałość stanie się cechą pożądaną w kulturze. Rynek dzisiaj zorientowany przede wszystkim na potrzeby młodych ludzi, dostrzeże gigantyczną grupę docelową, jaką będą ludzie w wieku 50+, 60+, 70+”.
Najpierw się ucieszyłam – ale fajnie, to ja będę w tej grupie docelowej. Ale zaraz przyszła świadomość, że jednak nie bardzo, że wielce prawdopodobne jest, że ja w ogóle tego roku nie dożyję, że tu jest mowa raczej o moich dzieciach, które najbardziej skorzystają, a ich mama najzwyczajniej będzie już w piachu. To się stropiłam. Po raz pierwszy w życiu okazało się coś poza zasięgiem mojej długości życia. Przedtem wszystko było możliwe. Kiedy w latach siedemdziesiątych mówiło się o roku 2000, dla jednych science –fiction,  dla mnie to była moja po prostu przyszłość, której co najwyżej mogłam być ciekawa i dążyć do jak najlepszego spełnienia marzeń. Do dziś cały czas mi to wrażenie towarzyszyło – tyle jeszcze przede mną, sky is the limit. Otworzyłam Twój Styl przy śniadaniu i między jedną kanapką, a drugą dowiedziałam się, że limit owszem ma związek z niebem, ale w tym kontekście, że pewnie już tam będę (mam nadzieję), kiedy przepowiednie Li Edelkoort będą się się ziszczać. O żesz kurna, normalnie śmierć zajrzała mi w oczy.  Okropne to jest wrażenie, takie nagłe przejście z ‘wiecznie młody’ na ‘wkrótce martwy’, bo dla mnie 40 lat, to wkrótce, żeby nie powiedzieć ‘nigdy’. Jakoś dziwnie czas przyspieszył, rok wydaje się miesiącem, miesiąc dniem, pstryk i już jest lato, za drugim pstryknięciem już będzie Boże Narodzenie. Ledwo rozbiorę choinkę, już będę malować jajka, a zaraz potem płot w lecie, ledwo się obrócę już będę chować skrzynki z okien na jesień. Kiedyś koleżanka, która była za mną tutaj w Donegalu, przyznała mi rację -  mimo, że powinien czas tu płynąć wolniej, płynie błyskawicznie, myk myk, gnają dni jak rącze konie. I pomyśleć, że kiedyś kolejne daty przychodziły wolno jak ślimaki. A może to było tylko wrażenie? Bo przecież ślimaki też nie są takie powolne, jak nam się wydaje.

sobota, 16 lipca 2011

Ciężkie jest życie homara, syn nie miał okazji się wykazać, a ja muszę się bronić rękami i nogami

Córka specjalnie pruła wczoraj w nocy z Dublina, zeby zobaczyć debiut sceniczny mojego dziecka drugiego, czyli jego pierwszy koncert festiwalowy. Zabrzmiało poważnie, ale festiwalem nazywamy tu letnie tygodniowe imprezy plenerowe w niemal każdym miasteczku w Irlandii, bo co jak co, ale oni tutaj to sa mistrze w urządzaniu takowych. U nas na przykład jest dosyć znany Międzynarodowy Festiwal Mary of Dungloe. Polega on na tym, że przyjeżdzają dziewczyny zewsząd, konkurują urodą, a inni mają luz i piją do upadłego oraz słuchają muzyki na ulicy, w pubach, gdzie się da. No, ale nie o tym miało być.
Syn nie zagrał, bo leje od dwóch dni i się nie zanosi na przestanie. Coraz gorzej właściwie. Ale pech.
A my od rana, żeby go wesprzeć duchowo, piekłyśmy, gotowałyśmy i oczywiście przy tym sobie gawędziłyśmy. Lubimy tak.
Dzisiaj przypadkowo wyszedł nam dzień irlandzki. Najpierw napiekłyśmy mistrzowskich sconesów Misi, z malinami tym razem. Potem pełnoziarniste męża, a jak już byli i tak uwaleni w mące i piekarnik chodził, dorobili jeszcze soda bread (chleb na sodzie, specjalność tutejszych gospodyń)



Tutaj całość wypieków z coraz piękniejszym storczykiem, któremu przy każdej okazji robię zdjęcia bo cieszy oko jak nie wiem.
Wieczorem przyjechał jeszcze-nie-zięć i przywiózł homary, czyli po tutejszemu lobstery. No i się zaczęło.
Lekcja jedzenia, walenie młotkiem w skorupę, wywlekanie mięsa i nie chcę wiedzieć czego jeszcze, odpadłam. Musiałam wyjść, bo bym zwymiotowała. Siedząc w pokoju słyszałam jak mlaskają i wysysają.
Oni uważają, że mieli ucztę nad ucztami. No cóż, o gustach się nie dyskutuje.



czwartek, 14 lipca 2011

Kto ty jesteś?


„Byłam rozpieszczoną gówniarą urodzoną na francuskiej ziemi, miałam prosty i obiecujący start.  Matkę Francja onieśmielała i pozbawiała własnej tożsamości.  Dorośli, którzy się tutaj przenieśli tak jak ona, tęsknili za ojczyzną i kojarzyli mi się z liśćmi, którymi wiatr miota po ulicach tam, gdzie zawieje.  Inaczej było ze mną, z Gają i Karlą.  My byłyśmy stąd.  Nie umiałyśmy śmiać się z „Misia” czy „Alternatywy 4”, które wałkowano na TV Polonia, ponieważ nie znałyśmy polskich problemów. Nie obchodziły nas zjazdy polonii ani żadne ‘wieczory polskie’, które organizowano co wtorek i na których jedzono chleb ze smalcem, kiszone ogórki, tańczono polkę i omawiano kolejny numer „Kultury” Giedroycia.  Giedroyc nas nie obchodził, wolałyśmy czytać pisma francuskie, najlepiej jak najbardziej kolorowe.  I nie chodziłyśmy do kina podczas „dni kultury polskiej”, ponieważ polskie filmy były ciężkie i nudne – wołałyśmy pójść na amerykański hit z Johnnym Deppem lub Bradem Pittem.”
Tak pisze Małgorzata Warda w swojej nowej powieści „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…”. Przeczytałam to, zamknęłam z hukiem książkę, co zawsze robię, kiedy coś trafnego przeczytam, zerwałam się na równe nogi i zakrzyknęłam – tu jest pies pogrzebany. Uderzyła mnie trafność tych słów.  Dziewczynka będąca narratorką powiedziała to, co pewnie myśli sobie większość naszych dzieci – dosyć już tej martyrologii emigracyjnej, nas to nic, a nic nie obchodzi, my mamy życie tu i teraz i nie mamy pojęcia, dlaczego ryczycie ze śmiechu na ‘Rejsie’, dlaczego płaczecie słuchając ‘Autobiografii’ i Kazika, Małysz nas nie wzrusza i nie mamy pojęcia, ba – mało nas to obchodzi, jak wygląda Kaczyński?
A rodzice na takie dictum uderzają w lament – dziecko, jak to, siadaj tutaj, oglądaj ‘Zemstę’, ‘Pana Tadeusza’, ale już, bez dyskusji. A kiedy groźby nie działają, czas na błagania – co powie babcia i ciocia Lusia?  Miej litość.  I gnają ich do polskiej szkoły, zbierają Encyklopedię Polską z Newsweeka, ciągną Mickiewicza w walizach przez pół Europy, niech dziecko zna swoje korzenie. A wieczorami – znieczuleni białą wodą rozmowną, płaczą nad frazami Stepów Akermańskich (Wypłynąłem na suchego przestwór oceanu…) – to ci z humanistycznym rodowodem. Ci o umyśle powiedzmy ścisłym, nie mylić z za ciasnym, śpiewają ‘wyrwij murom zęby krat’ albo Majteczki w kropeczki (no co, też nasz folklor, o międzynarodowym zasięgu można powiedzieć) i pouczają dzieci po stokroć – nie zapominaj skąd twój ród, nie rzucim ziemi, przejdziem Wisłę…
I krytykujemy – e tam, angielskie programy to są do niczego, co oni pokazują w tej irlandzkiej telewizji? Te ich seriale jakieś takie, nie to, co nasze ‘Na Wspólnej’. Szpitale, pożal się Boże, dentyści nic nie umieją, jedzenie do bani, kto wymyślił taką kuchnię, tylko bekon, kapusta i ziemniaki.
Wieczny żal za pozostawionymi rodziną i przyjaciółmi, wieczna tęsknota za ‘piękna Polska nasza cała’, wieczne rozdarcie i rozedrganie. A dzieciaki patrzą na nas i nie mogą ukryć wyrazu politowania na twarzach – starzy znowu desperują, kiedy im to przejdzie? Po co oni wyjeżdżali, po co tyle zamieszania, żeby teraz popadać w doły z powodu wyjazdu?
To nie wina naszych dzieci, że tu zamieszkały. Również nie ich, że starym nie wychodzi, albo wychodzi, ale tęskno, że gdzieś tam by było lepiej, ale nie ma co, trzeba tu trwać, bo tu jest kasa, tu jest praca. Najlepsze, co możemy dzieciakom podarować, to nasze pogodzenie się z rzeczywistością, nasze zdolności, a co najważniejsze, chęci asymilacji. Nawet, jeśli w planach mamy powrót do kraju za jakiś czas, nie możemy tu i teraz robić wszystkiego na odwal się, bo w ten sposób dajemy dzieciakom poczucie tymczasowości i życia na niby. A to szacunku nie budzi i może się odbić czkawką w przyszłości.
Ja nikogo nie oceniam, co najwyżej przeprowadzam wiwisekcję swojego tutaj życia, swojej postawy.  Przez tyle lat, od pierwszych dni na Wyspie, miałam stres i obawy – czy ja słusznie urządziłam dzieciakom taką rewolucję? Czy zrobiłam im większą krzywdę, czy przysługę? Czy fakt, że tylko w części czują się Polakami (bądźmy szczerzy), trochę Irlandczykami, a najwięcej Europejczykami, czyni z nich pozbawionych uczuć patriotycznych kosmopolitów, czy po prostu nowoczesnych członków europejskiej wspólnoty? Czy one mi kiedyś podziękują, czy naplują w twarz? Pytania galopują w oszałamiającym tempie, poczucie winy goni poczucie dumy, bo one sobie świetnie dają radę w międzynarodowym towarzystwie, nie odstają od dzieci polskich, nie odstają od żadnych dzieci, te przemiany dały im siłę do zdobywania coraz to nowych obszarów, bez strachu, bez chęci cofania się do bezpiecznego kąta. A dlaczego? Bo myśmy nie chwiali się na emigranckich nogach, nie uprawiali szpagatów w rozkroku między dwoma krajami, po prostu postanowiliśmy wieść życie gdzie indziej, klamka zapadła i od tej pory nie było już przy dzieciach pytań czy, tylko jak? Co nie znaczy, że kiedyś zdania nie zmienimy, ale to pytanie będzie stawiane i rozpatrywane wtedy, kiedy się pojawi taka potrzeba, a nie każdego dnia do imentu.

wtorek, 12 lipca 2011

Tajemnicze, a zaraz potem telefoniczne, rewolucje.

Zniknęłam, bo w weekend była córka i przecież nie będę wtedy w sieci siedzieć, a w niedzielę była Tajemnica (relacja TU) i tym bardziej nie było czasu na internet.
Kiedy moje starsze dzieczko przybywa, mogę zapomnieć o odchudzaniu. Najpierw upiekła sconesy, najlepszy jakie w życiu jadłam, potem obie upiekłyśmy sernik z rabarbarem i wiadomo, nasz ulubiony. Nawarzyłam wielki gar zupy gulasz Bogracz, bo miałam nadzieję poczęstować Tajemnicę i jej rodzinkę, ale oni skubaniutcy wcale nie chceli nic jeść, dobrze, że dziecię zabrało dwa słoiki do Dublina. Zupa wprawdzie węgierska (a do niej zrobiłam własne kluseczki osipetke rolowane w rękach i wyglądające jak miniaturowe gnocci w tej gulaszowej zupie), ale my nie lubimy ostrego, więc starałam się, żeby było takie w sam raz. Nie było. Myślałam, że mi język wypaliło na ament.
Tak wypoczęłam psychicznie, że dzisiaj bez stresu (o dziwo) poszłam do pracy. Wysłali mnie w ciągu dnia do banku, wracając weszłam do sklepu i znalazłam telefon, który mi pasuje. Wreszcie. Trochę to dzięki Dublinii, bo ona pokazała na swoim blogu taki sam, różowy jedynie, a ja się na niego czaiłam, czaiłam, to kiedy zobaczyłam u niej, uruchomiłam się jakoś w kierunku podjęcia decyzji o nowym zakupie. Swój mam już od 6 lat, czas go wymienić. Nie lubię takich akcji, mogłabym ze starym chodzić, gdyby nie to, że już słabowity, bo już wiekowy jednak.
Jutro idę sobie sprawić ten

czwartek, 7 lipca 2011

Lider erekcji w kasie kredytowej - (felieton ukazał się w Gazecie Polskiej w Irlandii)

"Be a leader in erection – właśnie usłyszałam w radio. Siedzę przed komputerem, szykuję palce jak pianista przed koncertem i taki mnie tekst atakuje. Do tego nazwa specyfiku i dodatek już po polsku, bo to polskie radio w Cyfrze – „zawsze wypala”. Obrazowość tego stwierdzenia zwaliła mnie z nóg – to chyba za dosłowne dla mnie, żebym uznała, że genialne. Może i jestem wyzwolona, ale chyba nie aż tak, żeby mnie ktoś w samo południe epatował możliwościami wystrzałowymi po zażyciu leku przez mężczyznę z problemami erekcji. Czy to przypadkiem nie powinno być jakoś później, po 22-giej czy jakoś tak?
Sprawdzam pocztę, od tego zawsze zaczynam. Po kilku minutach lekko stresowych, bo podświadomie czekam złych wieści, a przynajmniej takich, które zwiastują komplikacje życiowe, oddycham z ulgą – nic strasznego, same przyjemności właściwie. Napisała do mnie pani z polskiej księgarni w Dublinie SEN, że znaleźli dla mnie książkę o zdrowym, ale nadal niepozbawionym smaku odżywianiu. Nie mogłam jej zdobyć w Polsce, jedyne miejsce to Allegro, ale tam dużo zachodu z wysyłaniem do Irlandii i jakieś akrobacje z płatnościami, to pomyślałam, że może tu jakoś zdobędę. Zapytałam w mailu i już niedługo dostanę. Mam nadzieję na jakieś fajne przepisy, bo nadal jestem zorientowana na zmianę stylu życia i zrzucenie kilogramów, a że Dukana nie mogę stosować, mówię to na wszelki wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy do mnie pisać z takimi radami (wiem, wiem, że działa, ale niestety nie dla mnie), to szukam cały czas inspiracji po prostu na normalne pyszne dania, jednocześnie lekkie i nietuczące. Tę książkę mi bardzo polecają koleżanki w sieci, ciekawe, czy faktycznie dobra?
Dostałam też maila z wiadomością od czytelniczki moich Notatek Coolturalnych, że ma dla mnie książkę, tym razem nie o jedzeniu, chociaż wszystko mi się teraz z tym kojarzy, nie tylko o tym myślę, zapewniam. Wyczytała gdzieś, że szukam starej powieści Stulgińskiej i wyobraźcie sobie, że książka już do mnie leci. Ech, czy świat nie jest piękny? Muszę pomyśleć, czym imienniczce sprawić przyjemność? Relacja z otrzymania TU - przypis redakcji, haha
Z zamyślenia wyrywa mnie głos księdza Mateusza w cywilu – ‘kasy kredytowe, tu jesteś w domu, tu zawsze jesteś u siebie’. Zerwałam się na równe nogi, w te pędy do telewizora, zobaczyć, o czym on bredzi, w kasie kredytowej jak w domu? Przecież, jeśli ktokolwiek potrzebuje kredytu, oznacza to, że mu nie wystarcza pieniędzy, to jak może czuć się dobrze, jak u siebie? A ile to tragedii kryje się za słowem kredyt, szybka pożyczka – chore dzieci, utrata pracy albo głupie zakupy, które do niczego dobrego nie prowadzą. I czy to przypadkiem nie jest nadużycie, bo przecież Żmijewski kojarzy nam się z księdzem, lekarzem, człowiekiem wykonującym zawód wysokiego zaufania i tak bezkarnie reklamuje kasy pożyczkowe? Może jestem przewrażliwiona, może się czepiam, ale jakoś mi się to nie podoba, budzi niesmak.
Ostatni mail mnie wprowadził w zadumę, albowiem znajomy zadał mi pytanie – „jak właściwie jest w Irlandii? Czytając nieliczne doniesienia można mieć wrażenie, że bandy bezpańskich pudli i Chihuahua rozszarpują ludzi, a głodne dzieci wyrywają kotom puszki”. Zapytałam back czy tak właśnie mówią o Irlandii, ale nie odpisał jeszcze. Natomiast ja poczułam się w obowiązku odpowiedzieć na jego i sobie zęby połamałam na tym temacie. Po pierwsze dlatego, że mieszkam na prowincji, więc nie mam żadnego prawa pisać o Irlandii jako całości, wiadomo, tutaj pod jednym względem łatwiej, pod innym trudniej, ale na pewno inaczej niż w Dublinie czy Cork. Próbowałam, więc najpierw tę różnicę mu wytłumaczyć, chociaż właściwie nie wiem po co, bo głupi nie jest i sam wie, że duże nie może się równać do małego. Potem starałam się opisać, jak to jest właściwie z tą naszą biedą, bezdomnymi psami (podobno Irlandczycy wyrzucają), bezdomnymi końmi (patrz poprzedni nawias), głodnymi dziećmi (to już zupełnie nie wiem, skąd mu się wzięło) i bankructwem wszystkich naokoło. O koniach wprawdzie czytałam, ale nie widzę ich tu, więc nie potwierdzam, nie zaprzeczam. O psach to już w ogóle, ani nie słyszałam, ani nie czytałam – czyli według stanu wiedzy na dzień dzisiejszy, jak mówią w Sejmie, zaprzeczam, chociaż jak tak pomyślę, to faktycznie podejrzana jest wzmożona działalność ‘Pet Resque’. W głód nie uwierzę, bo chyba każdy przyzna, że co jak co, ale w tym kraju nie dadzą człowiekowi głodować, ja przynajmniej takiego wypadku nie znam. Powód tarapatów finansowych tego kraju wytłumaczyć okazało się trudno. Niby łatwo, ale jak się nie chce pisać pracy magisterskiej z ekonomii, to jednak nie. Jednym zdaniem - nie zrozumie, elaboratem – nie chciało mi się, zresztą, co go będę nudzić, chłop się tak z głupia frant zapytał, a ja mu kilkanaście stron drobnym maczkiem?
Swoją drogą ciekawe – jak sobie dajecie radę w tym kryzysie? Myślicie o wyjeździe? A praca – nadal w tej samej, czy zmieniacie, a może w ogóle nie macie? Tak się czasem zastanawiam, jak się nam, Polakom, w tym niewesołym tutaj czasie, wiedzie?"

A w innych krajach w recesji jak Wam jest?
Jak Ci się wiedzie Szwedzie? - że polecę Pilchem

niedziela, 3 lipca 2011

Szczupak na łowach


 W zeszłym tygodniu zarządziliśmy z mężem niedzielę komediową (i prasowanie całej kupy upranej w ciągu tygodnia)  relacja z tego, co obejrzeliśmy na Notatkach Coolturalnych TU. W tę niedzielę chyba zapodam coś poważniejszego, chociaż ...?

Dobra komedia bardzo mi teraz potrzebna, bo jestem na diecie, o czym wiecie (a ja nie czuję, jak rymuję). Każdy, kto był kiedykolwiek na diecie wie, że życie wtedy jest do pupy, nic nie cieszy, wszystko wkurza. Wchodzę dzisiaj do Aldiego i co widzę? Prawie wszystko na półkach jest niejadalne dla osoby odchudzającej się. W przeciętnym supermarkecie nad większością półek zapala mi się napis NIE i to mnie bardzo dołuje. Od samego wejścia - NIE dla dżemów, NIE dla białego pieczywa, NIE dla lukrowanych na różowo babeczek (nie żebym je kiedykolwiek jadła, ale kiedy nie mogę to NIE boli mnie tak samo, jakbym była ich zagorzałą fanką), NIE dla czekolad, NIE dla świeżych wypieków. Na warzywach trochę oddechu, TAK dla bakłażana, TAK dla ogórka, chociaż właściwie to NIE, bo wirus, TAK dla pomidora i grapefruita, pieczarek, tudzież papryki i sałaty nawet kilograma (czy ja wyglądam jak królik?), ale już przy ziemniakach NIE, NIE i NIE, wrrrr. Strzelam focha i idę dalej – bekony NIE, no dobra szyneczka, chuda to się nada, sery (w tym momencie japa mi się śmieje, bo uwielbiam) i zaraz nadciągają czarne chmury, sery? – NIE!!! Napoje poza wodą NIE, orzeszki, naczosy, paluszki, krakersy NIE, nie i jeszcze raz nie, puszki NIE, bo przetworzone i nie wiadomo, co tam jest, alkohol NIE, bo puste kalorie (ale za to jakie wesołe kalorie). Doszłam do kasy z chlebem żytnim gruboziarnistym (masło oczywiście NIE), chusteczkami higienicznymi, bo nic tylko do płaczu mi było i folią aluminiową, żeby sobie dietetycznego-kurna-jego-dorsza miała w czym upiec. I jak co dzień zadaję sobie pytanie – czy lepiej być smutnym szczuplakiem (komputer mi wciąż zmienia na szczupakiem, może to i słusznie, bo pewnie mam teraz smutny, wyciągnięty pysk), czy wesołym grubasem? Odpowiedź, jedyna słuszna, to oczywiście – zdrowym i uśmiechniętym (z troską o zbiory się uśmiechamy) szczupłym człowiekiem żyjącym świadomie na zbilansowanej diecie. Chcę w to wierzyć, chcieć to móc – jessssu, chyba muszę iść na jakąś terapię, bo zaczynam bredzić. 

Wczoraj za to miałam używanie jak goły w pokrzywach, bo Lidl obchodził coś tam, nawet nie miałam czasu się dowiedzieć, bo kurcgalopkiem pognałam  w regały skorzystać z oferty POŁOWA CENY NA WSZYSTKIE WARZYWA I OWOCE. U nas truskawki, borówki amerykańskie, maliny i czereśnie są w cenie diamentów afrykańskich. Garstka, dosłownie mieści się w jednej ręce ta ilość, tych owoców kosztuje od 2.50 do 2 euro. Wydatek na rodzinę duży, a nawet się człowiek nie naje, żeby zapamiętał na całe życie. Ech, gdzie te lata, kiedy jadła truskawki trzy razy dziennie za małe pieniądze, prosto z łubianki?
Obkupiłam się wczoraj, aż ludzie szeptali, że chyba jakieś B&B prowadzę, albo przyjęcie robię, bo i młode ziemniaki kupiłam (nasze jeszcze nie gotowe), wszelkie owoce, na które normalnie w takiej ilości sobie nie moge pozwolić, warzyw też fura, będziemy jeść sałatki na obiady, bo się ciepło robi i takie jedzonko najlepsze. Walka z kilogramami trwa :-)

piątek, 1 lipca 2011

Siuks w Krainie Wiecznych Łowów

Zmarła moja babcia. Wiem o tym od wtorku, ale nie miałam siły o tym napisać 'głośno'. Ostatnie lata spędziła na zmianę w fotelu i w łóżku, ciągle trafiała do szpitala, którego nienawidziła (a kto lubi?). Mieszkała ze wspaniałą dziewczyną, która się nią opiekowała.
Nie byłyśmy ze sobą bardzo blisko, a to ze względu na chorobe babci (miala przewlekłą depresję), a to z powodu wojen jakie prowadziły z moją mamą, ale też i z powodu babci zainteresowań, znacznie bliżej była Boga niż rodziny. Może to zabrzmi gorzko czy jakbym się skarżyła, ale nie - przyzwyczajona byłam do tego, ze zostawała ze mną raczej prababcia, kiedy jeszcze żyła, a ja byłam dzieckiem. Opieka, gotowanie z tym mi się kojarzyła matka mojej babci. Sama babcia raczej z sytuacjami nadzwyczajnymi, świetnie opiekowała się umierającymi - najpierw moją prababcią, a potem też moim tatą.
Myślę, że babcia była najlepszym przykładem na to, że czlowiek, który nie podąża za swoją legendą, za tym, co naprawdę kocha i co by mogło być treścią jego życia, to człowiek nieszczęśliwy. Myślę, że stąd też jej depresja, jakkolwiek by nie mówić o tej chorobie, że spowodowana nie tylko złym nastrojem, żeby z niej wyjść trzeba widzieć cel, a ona go chyba nie widziała.
Bo widzicie, moja babcia, kiedy została wdową po raz pierwszy, czyli kiedy Niemcy rozstrzelali mojego dziadka w 1943 roku, urodziła córkę (moją mamę) i to zdeterminowało jej życie. A powinna była iść do klasztoru, bo służąc Bogu, modląc się i pomagając ludziom w habicie zakonnicy spełniałaby się najlepiej. Nawet potem, myślę, ze na lepsze by wyszło, gdyby moja mama została z prababcią, a ona 'zaciągnęła' się gdzieś w służbę Najwyższemu. A tak unieszczęśliwiały się wszystkie nawzajem. Myślę, że choroba uniemożliwiła babci podjęcie takiego kroku, chyba by jej nie przyjęli z depresją.
Tak czy tak, mama miała jej za złe te święte zachowania, a dla mojej babci było to naturalne środowisko, kościół, księża, modlitwa, rozmowa z cierpiącymi. Nie bała sie śmierci innych, potrafiła oswoić ją dla tych, którzy pozostali, wszystkim jakoś zarządzić, kiedy inni rozpaczali. Oj dobra w tym była.
Ostatnie lata lubiła nosić dwa siwe warkocze (zanim obcięła włosy), śmiałyśmy się wtedy, że wygląda jak siuks.
Ostatnie nasze spotkanie było inne niż poprzednie. Babci pamięć dawnych lat (podobno tak się dzieje pod koniec życia) była niesamowita, ze szczegółami opowiadała mi różne zdarzenia, pamiętała jaką sukienkę miałam na sobie, kiedy po raz pierwszy przyprowadziłam do niej mojego przyszłego wtedy męża. Lubiła go bardzo, jak również jego mamę, z którą były równolatkami, bo teściowa urodziła męża bardzo późno, ostatnim rzutem na taśmę niejako i siostrę.
To, ze nie byłyśmy ze sobą baaardzo blisko nie znaczy, że łatwiej znieść stratę. Babcia to babcia, a jej odejście to tak, jakby i część mnie odchodziła. Smutno. Tylko jedno mnie pociesza, ze ona już wie, czy te wszystkie modlitwy były do Boga, czy do nikogo, bo nic tam nie ma. A jeśli jest, ja wierzę, ale kto wie?, no więc jeśli jest - to babcia jest już u siebie, wreszcie na właściwym miejscu.

niedziela, 26 czerwca 2011

Optymista to nie znaczy idiota

Lubię w sobie optymizm. Uważam, że najważniejsze to umieć znaleźć dobre strony w trudnych sytuacjach. Optymiści, którym się wszystko udaje, wszystko układa jak z płatka, to tak naprawdę szczęściarze. Ci, którzy się uśmiechają mimo wszystko, mimo wielu niepowodzeń podnoszą się po raz kolejny z kolan, ci mają prawo do miana optymistów, bo doświadczani przez kolejne porażki, nadal widzą światło w tunelu, dążą do niego.

Imponują mi tacy ludzie i też taka chcę być. Z drugiej strony optymista to nie idiota i widzi czasem, że sprawy zdążają nie w tym kierunku, co chcemy, że 'shit hit the fan' czyli gówno uderzyło w wiatrak, i  chwilowa po prostu nic się nie da zrobić. I wtedy troszku ciężej żyć.

Strasznie jestem od wczoraj podminowana,  gryzłabym jak zbity pies. Następuje gwałtowne przepracowywanie spraw w mojej głowie, niezadowolona jestem z tego, co widzę.
Ludzie są sobie wilkiem, łatwiej im być nieuprzejmymi dla siebie niż miłymi i tolerancyjnymi.
Praca do d...., i nic na to nie poradzę, przynajmniej na dziś nie mam żadnego rozwiązania, a rady typu - idź za marzeniami, za ambicjami, nie bierz byle czego, ceń się itp, mogę sobie wiecie gdzie wsadzić, życie takie nie jest (przynajmniej nie moje), żeby zawsze mieć wolność wyboru, rachunków nikt za mnie nie zapłaci.
I nawet nie mam takiej osoby wokół, jakiegoś przyjaciela mądrego, z którym bym mogła o tym konstruktywnie przy winie pogadać. Są ludzie przychylni, ale oni albo nie chcą o takich rzeczach słuchać, albo radzą na odwal się, żeby się pozbyć tego tematu- typu daj spokój, nie desperuj, patrz jaką masz fajną rodzinę... Prawda, mam, gdybym jej nie miała, to nie miałabym siły, żeby walczyć, żeby wciąż coś udowadniać. W Polsce miałam takich przyjaciół, rozmowy z nimi czasem rozjaśniały w głowie, wyznaczały kierunku działania, mówienie do nich i ich odzew - bezcenne. Ja byłam dla nich, oni dla mnie, wspieraliśmy się. A tu, miłe rozmowy, fajne spotkania, ale to wszystko powierzchniowo. Na ważne tematy, na radę DLA MNIE, nikogo. Natomiast wiele osób radzi się mnie. Męczące, kiedy to nie działa w obie strony.
Jestem bardzo wyczulona na mowę ciała, widzę i 'słyszę' więcej niż osoba mówi. To przekleństwo tak naprawdę, bo mowa ciała mówi więcej niż słowa z tego względu, że trudniej nad nią zapanować, jest wynikiem tego, co naprawdę interlokutor myśli, nawet jeśli słowami próbuje to zamaskować, nie udaje mu się zapanować na gestami, postawą ciała, twarzą czasami (chociaż z tym najłatwiej). I od razu widzę, kiedy ktoś kłamie.  A przekleństwo, bo moja percepcja jest o tę wiedzę poszerzona, a ja czasem wolałabym wielu rzeczy nie widzieć, nie odbierać. Bo to boli.

Taki mały kryzys. Przejdzie. Chociaż dzisiaj mi z tym bardzo ciężko.

piątek, 24 czerwca 2011

Przyjemności okupione ciężką pracą smakują jak najlepsze frykasy

Jestem tak zmęczona, tak dostałam dzisiaj w kość,że nie mogę ruszać ani ręką, ani nogą. Od rana w biegu, z jednego zajęcia, wpadła do domu, przebrałam się, na zakupy, do kafejki, o 5 koniec, na zakupy kolejne, w domu byłam o wpół do siódmej, a wyszłam rano.
Nienawidzę zakupów, ale jak trzeba to trzeba. Najpierw mnie mąż wysłał do Builders Providers. Ten sklep w naszym mieście jest strasznie dziwny, jedyny, który zamyka na lunch, a wieczorem o 5.30. A jak sie już tam człowiek cudem dostanie, to problem cokolwiek kupić, bo albo jest tylko w dużych puszkach (a ja potrzebuję małe), w ogóle nie wiadomo, co gdzie leży, panowie tam pracujący w ogóle nie chcą rozmawiać z kobietami (sklep z nazwy jest dostarczycielem materiału dla budowlańców, ale traktujemy go też jak DIY - do it yourself, czyli dla domorosłych majsterkowiczów, stolarzy, hydraulików itp), jak się już uparłam, to jakoś się zmusili, żeby mi pomóc, i tak na nic, bo z 3 rzeczy udało mi się kupić tylko jedną - dwie listwy drewniane (pół godziny to zajęło) - no nic tylko sobie w łeb strzelić.
W kafejce zapieprz, bo w piątek oprócz obsługi ludzi trzeba powyrzucać wszystko, co nie przetrwa przez weekend i pomyć pojemniki. W tym tygodniu byłyśmy dwie, w zeszłym jedna zachorowała i musiałam to wszystko sama zrobić. Czyli powinnam właściwie powiedzieć, że pryszcz. Faktycznie było łatwiej, ale pogoda taka deszczowa i mnie kości dodatkowo łamią strasznie.
Po pracy pędem do sklepu po weekendowe sprawunki, głównie żywność. Niby miałam kartkę, ale jednak trzeba było pogłówkować, bo nie wymyśliłam, co będę gotować w te wolne dni. Błąd.
W Lidlu pieką teraz nowy chleb, razowy w kształcie trójkąta (kromki po ukrojeniu są trójkątne), z chrupiącą skórką, również przez to, ze jest wysypany drobnymi ziarnami. Fenomenalny. Moje modły zostały wysłuchane, mamy chleb nie tylko świeżo pieczony, ale też i zdrowy.
Cieszę się na te wolne dni, chociaż mam kilka rzeczy do zrobienia, ale w zaciszu domowym, z kawą w ulubionym kubku i z muzyczką w tle, nie wydaje mi się to takie straszne. Lubię ten moment, kiedy wiem, że ciężki dzień już za mną.

środa, 22 czerwca 2011

Próba kostiumowa całkiem nieźle się udała

Syn od półtora tygodnia u córki w Dublinie, miał byc tam tylko siedem dni, ale sobie przedłużył przepustkę. Zastanawiałam się nie raz, jak to będzie, kiedy i syn, w ślad za córką, opuści gniazdo i pojedzie najpierw na studia, a potem już na stałe się wyprowadzi? Za każdym razem lałam łzy z rozpaczy i trochę pewnie też ze strachu, jak to ja sobie ułożę zycie bez 'osób trzecich' które mi tak bardzo zajmowały uwagę przez tyle lat? Tyle pytań. Syn pojechała, niedziela to była, niedobrze, za dużo czasu na myślenie, to i sobie pochlipywałam po kątach, w ukryciu przed mężem. Tego dnia chodziłam podenerwowana, od słowa do słowa, na dodatek się pokłóciliśmy. Oj niedobrze się zapowiadało.
Ale ochłonęliśmy po nagłej zmianie warunków życia i reszta tygodnia nawet nam się jakoś fajnie ułożyła. Dużo czasu spędziliśmy razem, ale i oddzielnie, ja przy komputrze, mąż w ogrodzie. Razem sobie książki czytaliśmy ramię w ramię, spacery, gotowaliśmy razem obiad, spacery - jak młode małżeństwo.
Już się nie boję lat bez dzieci, bo przecież one nie znikają bezpowrotnie, cały czas jesteśmy w kontakcie, dzwonimy, chociaż syn nie jest 'telefoniczny' i to ja musiałam do niego przekręcić raz i drugi, za to córka prawie codziennie do mnie przekręci w drodze do domu z uczelni lub z pracy. Wiem, co u nich, czuję ich obecność, chociaż nie namacalną.
Natomiast przekonałam się po raz n-ty  i doceniam dzis jeszcze bardziej, jaki ten mój mąż fajny facet i że nie boję się z nim starzeć, nie boję się zostać z nim tylko we dwoje. Na chwilę 'przebraliśmy' się za bezdzietne małżeństwo i całkiem całkiem nam ta próba kostiumowa wyszła. A jak jeszcze pomyślę, że tylko krótki czas potrwa nasza 'wolność' po wyjeździe dzieci, bo przecież zaraz pojawią się wnuki i znowu pojawią się w domu małe dzieci, jeśli nie codziennie, to na pewno często, to już w ogóle ocieram ostatecznie łzy, bo jeszcze tyle przede mną

niedziela, 19 czerwca 2011

Jestem w raju, kiedy nie ma mnie w piekle

Pierwszy taki ciepły dzień w Donegalu, na tyle w każdym razie, żeby wyjść na zewnątrz i posiedzieć. Słońce ostre, więc wypróbowaliśmy nasz nowy parasol za całe 9 euro lub coś koło tego (Aldi's finest), sprawuje się conajmniej tak dobrze, jakby kosztował 30, haha.
W planach miałam dzisiaj tylko czytanie, ale kiedy przypomniałam sobie, ze wczoraj w ogóle nie sprawdziłam, czy jest kolejny odcinek Downtown Abbey na TVN Style (moja miłość do kostiumowych seriali nie zna granic), to zaraz pognałam do komputera sprawdzić, czy jest powtórka. A jak już tu zajrzałam, to wiadomo, na maile odpisać trzeba, na FB sprawdzić, czy obcych w mieście nie ma, poczytać Was troszeczku... Mąż zmontował ten stół i parasol, co bym reszty dnia w domu nie spędziła. Daję sobie jeszcze chwilę i już biorę się za książkę, bo końcówka i jej ciekawa jestem.
Pies leży w plamie słońca obok mnie na trawniku, czuję pod ręką, kiedy go co chwilę głaszczę po łbie kontrolnie,  jak jego biało rude futro się nagrzewa, a on mi tu dźwiękowe dodatki do muzyki zapewnia, bo mruczy i buczy co chwila ze szczęścia. Radio mąż włączył w shed'ie czyli komórce naszej przy domu (niebieska :-). Ma tam prąd, jak każdy mężczyzna majsterkujący (nie żeby jakieś stołki tam wyrabiał, po prostu potrafi wszystko naprawić, dorobić i przystosować, a do tego potrzebny warsztat), dźwięki audycji dochodzą z oddali i czuję się jak kiedyś na plaży w Mielnie, kiedy ktoś miał ze sobą radio tranzystorowe i Lato z Radiem niosło się wokół. Melodia poleczki radioletniej do tej pory, pewnie już zawsze, wyciska ze mnie łzy wzruszenia na wspomnienie dzieciństwa i szczęśliwych letnich dni, jeszcze z tatą i nierzadko z dalsza rodziną wizytującą nasze tereny w lecie. Kanapki z jajkiem, zdjęcia z małpką, lody Bambino, frytki w torebkach papierowych nakładane z aluminiowej miski w barku obok wejścia na plażę nr 2, gofry, ludzie w kosiumach, nagie dzieci w chusteczkach na głowach, z piskiem goniące fale, kosze wiklinowe, za które trzeba było słono płacić, las parawanów, gra w karty na kocu, kopanie dołków głębokości ramienia (i jak to się dzieje, że tam jest woda??? dziecięce zdziwienie) ryby z ulubionej smażalni późnym wieczorem - tęsknię.
Piję Irish Coffee i to kłóci się z tymi wspomnieniami, bo o takich rzeczach wtedy nikt nie słyszał, ale co tam, kawa pyszna, przecież nie polecę teraz parzyć po turecku do termosu, żeby miec realia :-)
Takie dni w domu, kiedy wprawdzie utyskuję, że nic się nie dzieje, ze adrenaliny brak, tak naprawdę dają mi siłę do zmierzenia się z kolejnym tygodniem w pracy, która mi wcale, ale to wcale nie przynosi radości ani satysfakcji. Codziennie idę tam z dobrym, optymistycznym nastawieniem, bo mam nadzieję, na jakiś przełom. Usilnie znajduję dobre strony sytuacji, ze to na krótko, że nowe doświadczenie, że jak się nauczę robić kawę, to ja im pokażę, to będzie najlepsza kawa w mieście... Ale zaraz po kilku minutach wiem, że nic się nie zmieni, że atmosfera w pracy do niczego, że i tak nikt nie docenia starań, a dwie gwiazdy robią za gwiazdy, chociaż ani tu, ani tym bardziej gdzie indziej, gwiazdami nie są i nigdy nie będą. Nie ma nic gorszego jak miernota przekonana o swojej wyjątkowości. Ja chcę do normalnych ludzi!!!!
Syn od tygodnia u córki w Dublinie, miał wrócić jutro, ale przedłuża do środy.  Fajnie tam mają, chodzą do kina, na wystawy, jakieś zakupy, no i to, co tygrysy lubia najbardziej - wypady do fajnych restauracyjek, a to chińskiej, a to meksykańskiej, a to najlepsze burgery w mieście, zazdroszczę im, bo ja dieta. Na zdjęciu widać moje słodycze, czyli garść malin i winogrona. Jestem z siebie dumna. Wczoraj zrobiłam dietetycznego kurczaka Marengo, który był pysznościowy (duża zasługa oleju chilli w ilości całe dwie łyżki, na którym smażyłam pierś, a potem dusiłam cebulę i pieczarki), jakoś dajemy radę. Slowly but surely jak mawiają tutaj, czyli powoli, ale niezmiennie do celu.
A poza tym nie dzieje się nic.

środa, 15 czerwca 2011

Wydarte naturze

Kiedy słyszę w telewizji polskiej debaty o In vitro, o tym, że finansować to nie, a tak w ogóle to nieetyczne, bo tylko naturalnie to jest dobre, a te procedury do wymysł siły nieczystej i ingerencja w dzieło Boże, w Jego decyzje, której matce się dziecko należy, a której nie – nóż mi się w kieszeni otwiera.
Wprawdzie nie znałam nigdy żadnej kobiety, która by się poddała zabiegowi In vitro, ale tak po ludzku, po prostu, jako kobieta i matka, osoba, która wie, co to znaczy nosić dziecko, urodzić, wychowywać, opiekować się, protestuję przeciwko takiemu pojmowaniu sprawy. Ciasne umysły niektórych ludzi tym bardziej mnie przerażają, odkąd poznałam kobietę, która o możliwość zajścia w ciążę i urodzenia dziecka walczy od wielu lat.
Nazwijmy ją Marie, znamy się od wielu lat, do tej pory miałam ją za niezwykle rzutką bizneswoman, co to ‘kulom się nie kłania’ i nawet w tej recesji sobie radzi, mało tego, trzyma dom żelazną ręką, wszystko na czas, posprzątane, a i niespodziewanych gości potrafi przyjąć obiadem z trzech dań. Przy tym wesoła, życzliwa, nigdy żadnych much w nosie, zadbana, drobniutka – idealna kobieta. Jej mąż świetny facet, razem prowadzą biznes, kochają się, odnoszą do siebie z szacunkiem, niepijący, niepalący, niedawno wybudowali piękny dom. I tylko dzieci brak. Wcześniej tego nie zauważyłam, bo znałam ją tylko z kontaktów klient-dostawca, ale z czasem się zaprzyjaźniłyśmy i zaczęło do mnie docierać, że ona jest niezwykle dobrą ciotką dla swoich bratanków i siostrzenic (stąd dom pełen dzieci), ale z jakiegoś powodu własnych nie ma. Myślałam – ma czas, młoda jeszcze, ale i to okazało się złudzeniem, bo młodo to może i wygląda, ale tak naprawdę, to właśnie jej stuknęła 40-tka.
Któregoś dnia sama zagaiła o tym, że ma problem z zajściem w ciążę. Właśnie sięgała po mleko do kawy do lodówki, a tam bateria leków – złapała mojej spojrzenie i poczuła w obowiązku wyjaśnić. Nie może zajść, a jak zajdzie, nie może utrzymać, już raz była dość daleko w ciąży, jednakże w trzecim miesiącu straciła i już nigdy jej się nie udało tak daleko zajść. Kilka poronień, kilka prób In-vitro, możliwości zaczynają się kurczyć, już prawie żadna klinika nie chce podejmować się kolejnych prób. Ni stad, ni zowąd poprosiła mnie o to, bym pojechała z nią do Belfastu, bo tam jeszcze zgodzili się przeprowadzić badania i kolejną próbę, czy dwie. Jakże mogłam jej odmówić?
Do kliniki zajechałyśmy wcześnie rano, zostałyśmy przyjęte przez niezwykle przyjazną i taktowną recepcjonistkę, skierowała nas do poczekalni, a tam na ścianach same zdjęcia matek i dzieci. Nie wiem, czy to jest właściwe, żeby tak ludzi bombardować niemowlętami, kiedy oni mieć ich nie mogą, ale z drugiej strony może to taki sygnał – z nami masz na to szansę? Nie wiem, nie mnie oceniać. Bez zbędnego oczekiwania i nerwów zabrali Marie do gabinetu, gdzieś tam w czeluściach budynku, a ja zajęłam się sobą i swoimi myślami. Nigdy się nie zastanawiałam nad tym, że posiadanie dziecka to błogosławieństwo i wielki przywilej. Trochę kłamię, bo straciłam swoje pierwsze i to pod koniec ciąży, ale chyba wypieram ten fakt, bo to jednak duża trauma była. Potem jednak urodziłam córkę i cudem, bo lekarze nie dawali szans na drugie (a jednak) – syna. Czuję się kompletna, ale wtedy naszło mnie nagłe olśnienie - jakbym w łeb obuchem dostała – kobieto, ale z ciebie szczęściara. Niestety najtrudniej zdać sobie sprawę z rzeczy oczywistych. Spojrzałam na kolejne pacjentki, które doszły do poczekalni, na mężczyzn, którzy boją się już mieć nadzieję, na te dziewczyny, które mają walkę wypisaną na twarzy i to mocne przekonanie widoczne w całej ich postawie – uda się, nie ma innej opcji! Szacun, nie wiem, czy byłabym taka zdeterminowana przy jednoczesnym braku oznak depresji, czy załamania wiary w to, że się uda.
Marie wyszła cała blada. Okazało się, że lekarz nie jest zadowolony z kuracji, bo trzeba wam wiedzieć, że to nie tylko czary mary rąk lekarskich i probówki, ale wiele tygodni, jeśli nie miesięcy przygotowań przed godziną zero. Marie ma tabletki, jakieś zastrzyki, poza tym trzyma swoje łono cały czas w ciepłym kokonie (butelka z gorącą wodą i koc), do tego jakieś masaże stóp u chińskich specjalistów, jakieś zioła, pite rano na czczo, suplementy czegoś tam, a to wszystko wstrętne w smaku, bolesne, w najlepszym wypadku niewygodne i niepraktyczne. Bo ona cały czas pracuje, a te wysiłki nie mogą poczekać na koniec pracy, tylko w trakcie lata i popija tabletki, zawija się w ciepłe i cuda wyprawia, żeby tylko mieć dziecko. Zasugerowałam jej w pewnym momencie, że może powinna adoptować. Ona na to, że owszem, jeszcze dwa razy i koniec, potem skoncentruje się nie procedurze przysposobienia. Już ma wypełnione dokumenty i jakieś obserwacje psychologiczne zaliczone. Czyli nie zasypia gruszek w popiele. Dzielna Marie. Spojrzałam na nią i się zawstydziłam, że sobie tak żyję jak pantofelek i wszelkie dobroci natury przyjmuję jak rzecz oczywistą.
Panowie politycy, etycy, księża i panie z trójki kościelnej – wara wam od łona kobiety, która szuka wsparcia w zdobyczach współczesnej nauki i medycyny. Gdyby Bóg nie chciał zapłodnienia In vitro,  nie dałby ludziom takiej wiedzy.

piątek, 10 czerwca 2011

Sebastian dał czadu, lenistwo się kończy, a zebranie było mocno dziwne.

Tydzień minął mi za szybko. Zawsze tak jest, kiedy u nas bank holiday, czyli poniedziałek wolny, wtedy wtorek wydaje mi się poniedziałkiem itd, a w piątek jestem zdziwona , że to już weekend. Tym bardziej, że środę miałam przepracowaną niezwykle intensywnie, aż do 10 w nocy i do tego tak forsująco, ze się w czwartek ruszać nie mogłam - odezwał się mój kręgosłup. O ja głupia.
Muszę się Wam pochwalić, że trzymam się diety, raz się złamałam, ale to nie do końca ze swojej winy. Pojechaliśmy do 'gminy' popracować nad pewnym projektem i tam, chciał nie chciał, z braku czasu, zamówiliśmy pizzę z Domino's. Naprawdę już na pysk leciałam z głodu, a nie było możliwości wszystkiego rzucić i udać się w rajd po mieście w poszukiwaniu sałatek, zresztą gdzie ja bym sałatkę o tej porze, na wynos? Nawet do chińczyka nie było czasu jechać, chociaż pewnie dałoby się coś zdrowego znaleźć, ryż gotowany i warzywa. Poza tym, mając to wytłumaczenie, postanowiłam pójść na całość, bo taka pizza urosła w moich wyobrażeniach do czegoś, o czym marzę, śnię i nic lepszego by mnie w życiu nie mogło spotkać. I dobrze się stało, że ją zjadłam, bo teraz wiem, że to były jakieś rojenia o moim 'poprzednim życiu', że wcale ona mi tak nie smakowała, że dużo lepiej czuję się po naszych lekkich posiłkach i wcale nie będę za nią tęsknić. A jak już, to sobie zrobię własną, z lżejszym serem, może mozzarellą light, warzywami swoimi i w ogóle całą light, a na pewno smaczniejszą.
Ot, i w ten prosty sposób uwolniłam się od głupich marzeń o jedzeniu. Czasem tak lepiej, niż wyolbrzymiać coś sobie we łbie i się męczyć. Wcale jej dużo nie zjadłam, chociaż miałam w planach całą (małą) wtranżlolić. Nie chciało mi się.
Wczoraj zadzwoniłam do pracy zapytać o moje godziny  na przyszły tydzień i poproszono mnie o uczestniczenie dzisiaj w zebraniu wszystkich pracujących w kafejce, gdyż okazało się, że ostatecznie będzie nas cztery. Dwie na zmianę w kuchni i dwie na zmianę do serwowania. Ucieszyłam się, bo już mialam wizję siebie zajechanej w tej kuchni na amen.
Poszłam tam dzisiaj, nie spodziewałam się oklasków na przywitanie, ale takiego chłodnego przyjęcia też nie. Jedynie nowa kobieta się do mnie przysiadła, kiedy sobie zrobiłam kawę w oczekiwaniu na zebranie, pozostałe dwie panny dziewanny wyszły palić bez słowa. Myślałam, że to wszystko skierowane przeciwko mnie, że się odważyłam głupia iść na zwolnienie, a potem na tygodniowy urlop, ale przebieg spotkania utwierdził mnie, że wprawdzie cześć zachowania trzeba zrzucić na karb focha na mnie, ale większa 'wina' leży po stronie tej nowej, bo coś się stało złego w kuchni poprzedniego dnia i musiały sobie to wyjaśnić. Ja nie wiem prawie nic, tylko tyle, że doszło do kłótni, bo jedna z nich zaczęła pomiatać drugą, wykorzystywać swoją wiedzę kuchenną (ale to nie jakaś 'Gesslerowa', żeby wam to do głowy nie przyszło, normalne dziewczę z ichniejszej szkoły gastronomicznej) przeciwko tamtej, którą to wiedzę tajemną ma znikomą. Generalnie, nie wiem, czy zauważyłyście, im ktoś ma mniej we łbie, tym większa eskalacja nękania, a jak się takie dwie do kupy zbiorą, to już w ogóle kicha. Z braku laku, czyli mnie, wzięły się za tę drugą kobietkę, a ona od razu w płacz i do kierowniczki zamieszania pobiegła na skargę. Dzisiaj musiałam wysłuchac elaboratu rudej, jak to nie można brać do siebie krzyków na kuchni, bo one wynikają ze stresu i wszystko powinno pozostać w rodzinie, wyjaśnione po zajściu. Matka chrzestna kurna jej mać. Ani przepraszam, tylko uważaj, nie wynoś tego poza nasz krąg, ona jej normalnie pogroziła palcem. O żesz ty, pomyślałam i sobie zapisałam to 'ku pamięci', żeby mieć na nią oko.
To mam wesołą perspektywę powrotu, nie ma co.
Byle do sierpnia, wtedy kończy mi się kontrakt, mogą mnie w nos pocałować.
Dobrze mi zrobiła ta przerwa, złapałam dystans do nich wszystkich, bo już był taki moment, że wpadałam w takie doły na myśl o tej pracy, że światła w tunelu nie widziałam. 
Dzisiaj oglądałam Opole, nie za bardzo rozumiem formułę tego festiwalu, konkurowanie Farny z Rodowicz i stanięcie w szranki Zakopower wraz z dużo gorszymi wykonawcami, ani dla Karpiela Bułecki prestiż, ani dla tamtych szansa na wygranie, bo Sebastian tak zaśpiewał, że aż włosy na karku stają. A jaki on przystojny, ech