Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony starsze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony starsze. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 grudnia 2011

Uwolnić karpie!

Wiele lat temu, szukając sposobu na zarobienie dodatkowych pieniędzy w zimie, postanowiliśmy otworzyć stoiska z ozdobami świątecznymi.  Były to czasy raczkującego kapitalizmu, czyli początek lat 90-tych, o wielkich centrach handlowych nikt jeszcze nie słyszał, może widywaliśmy je w amerykańskich filmach, ale nie były one jeszcze naszą polską rzeczywistością. Handlowało się na bazarach w centrach miast, tak zwanych Manhattanach, albo w niedziele na specjalnych imprezach handlowych, w Koszalinie była to giełda na Hali Gwardii na przykład.  Znaleźliśmy dostawcę pięknych ozdób angielskich i amerykańskich, ręcznie malowane bombki, grube i puchate łańcuchy - złote, moje ulubione różowe z domieszką szarości (tak zwany francuski róż), granatowe, różne bałwanki, misiaczki i renifery, a poza tym kompozycje do ozdoby domu – wiszące kule, bukiety Bożonarodzeniowe do wazonów, koszyki na owoce czy cukierki, stroiki na stół i tym podobne. Wszystko w stylu anglosaskim, u nas w tamtych czasach niespotykanym, wyglądało wyjątkowo luksusowo i niecodziennie.  Postanowiłam sama stanąć do sprzedaży, bo zatrudnieni do tego ludzie byli onieśmieleni bogactwem oferty i jej, na tamte czasy, wyjątkowością, nie bardzo wiedzieli, co z tym począć, jak polecać i co odpowiadać na liczne pytania kupujących. Zostali, więc przesunięci do części stoiska z innym towarem, a ja zabrałam się do handlu ozdobami.
     Na drugi dzień stawiłam się ubrana w 200 swetrów, grubą kurtkę, opaskę na uszy (czapek nie uznaję, bo kiedy je ściągam, moje włosy wyglądają jak u traktorzysty z PGRu, w dodatku na czole zawsze mam czerwoną pręgę, jak po berecie, jakieś uczulenie czy co?),  do tego rękawice, ciepłe kozaki i dwie pary skarpet.  Tak ubrana, potoczyłam się jak bałwan, do pracy na stoisku.  Nie bardzo mi to pasowało, wolałabym wyglądać jakoś tak bardziej luksusowo, jak ten towar, co go miałam sprzedawać, a nie jak jakaś bazarówa okutana jak na Syberii.  Co było robić – „pecunia non olet”.  Przy -15 stopniowym mrozie, jakoś trzeba było przeżyć dziesięć godzin na świeżym powietrzu, o wyglądzie wiotkiej kobietki w cienkim futrze i na szpilkach nie było mowy.
     Stoję sobie na tym stoisku w centrum bazaru, rozglądam się wokół w wolnych chwilach - po drugiej stronie pan z choinkami (jak znalazł, bo ludzie po zakupie drzewka przychodzili oglądać ozdoby), na lewo sprzęt gospodarstwa domowego, za rogiem zadekował się jumak z perfumami i sprzętem HiFi (dla niezorientowanych jumak to określenie na chłopaka, który handlował towarem kradzionym ze sklepów w Niemczech, nazwa pochodzi od autobusu do Berlina o 15.10, który szybko został nazwany -  3.10 to Yumy), a zaraz obok zaparkowała wielka ciężarówka z basenem pełnym karpi w środku.  Z szoferki wysiadła wielka baba, okutana w waciak, z opaską na uszach i pudełkiem gumowych rękawic.  Wyjęła składany stolik campingowy, wagę uchylną, miskę plastikową, różową sztuk jeden i kilka odważników.  Rozstawiła stoisko i heja handlować.  Karpie + baba to nieodzowny, pożądany wręcz, widok przed świętami.  Ucieszyłam się, bo w takim otoczeniu, moje towary nabierały jeszcze większego blasku.  Przez dłuższy czas byłam bardzo zapracowana, zaczął się duży ruch, wszystko szło jak świeże bułeczki, szczególnie te karpie, czego nie omieszkałam odnotować w głowie, z lekkim ukłuciem zazdrości.  Kiedy tylko zelżał napór kupujących, odetchnęłyśmy, ja i baba od karpi, ona się rzuciła do wielkiego czerwonego termosu z żółtym, plastikowym kubasem oraz kanapek w papierze woskowym, a ja do kawy z kubka styropianowego i tacki z kiełbaskami, przyniesionymi przez pracownika z pobliskiego barku.  Kawa była wstrętna, z fusami, które, miałam poważne podejrzenia, ale zero możliwości, żeby to sprawdzić, na sto procent osiadły mi w przestrzeniach między zębowych.  Posilałyśmy się przez chwilę, zerkając na siebie nawzajem.  Miałam wrażenie, że ją skądś znam.  Miała okrągłą czerstwą twarz, ale to pewnie od tego mrozu, który już coraz bardziej dawał nam się we znaki.  Z przodu brakowało jej jednego zęba.  Nieee, jednak mi się wydawało.
      Skończyłam jeść, oczyściłam się z okruchów chleba i postanowiłam się trochę przejść dla rozgrzewki. Skierowałam się w stronę karpio-wozu, bo przy okazji postanowiłam  zakupić rybę na Wigilię.  Kiedy doszłam do stolika, sprzedawczyni zwróciła się w moją stronę z wielkim, szczerym uśmiechem i okrzykiem - Kaśka!!! Przyjrzałam się babinie z pewną trudnością, bo mi ta cholerna opaska zjeżdżała na oczy, nagle mnie olśniło – Kaśka?!?!, nie mogłam ukryć zdziwienia, toż to moja koleżanka z liceum, moja imienniczka,  stała przede mną!  A ona na to, waląc mnie jowialnie z plaskacza w plecy – nooooo, też się zmieniłaś!  Dyplomata czy pokerzysta byłby ze mnie kiepski, wywnioskowałam po tym, co powiedziała, bo zapewne była to odpowiedź na to, co miałam wypisane na twarzy.  Wróciłam w amoku na swoje stoisko i zwróciłam się do pracownika, osiemnastoletniego chłopaka, który właśnie opuścił  dom dziecka i u nas znalazł swoją pierwszą pracę – panie Przemku, zastąpi mnie pan na pół godzinki?  On na to, nie wiedzieć, czemu zadowolony jakiś – pani Kasiu, proszę mówić mi po imieniu, przecież mógłbym być pani synem (wtedy byłam od niego najwyżej 10 lat starsza).  Zmartwiałam w zgrozie, odwróciłam się na pięcie i podążyłam natychmiast na przeciwko, do faceta z choinkami, gdzie wiedziałam, że gościnnie rozlewa się wódeczkę do musztardówek.  Zdecydowanie musiałam się znieczulić.
     Wróciłam urżnięta i załamana do domu, opowiadam mężowi, co za okropność mnie spotkała, a on na to, miedzy atakami śmiechu – cóż chcesz, wyglądasz w tych bałwaniastych ciuchach jak „moja żona Zofia”, a chłopak po prostu za wszelką cenę chciałby mieć rodzinę.
W ramach puenty powiem Wam tylko, że od lat nie jem karpia.

środa, 13 kwietnia 2011

Wysłaniec legendy

Znalazłam pierścień Claddah. Złoty i widać, że bardzo stary. Leżał sobie na parkingu przed sklepem. To była późna pora, żadnych samochodów wokoło, nie było, kogo popytać, czy jego? Co robić? Zastanawiałam się, czy mam prawo go wziąć ze sobą, czy powinnam go zanieść do sklepu? A jeżeli tak, to, do którego, bo to właściwie centrum handlowe, więc musiałabym zdecydować, gdzie było największe prawdopodobieństwo pytania o zgubę. A z drugiej strony, czy ta osoba będzie wiedziała gdzie zgubiła? Pytania kłębiły się w głowie, aż zdecydowałam go jednak zabrać. Pomyślałam, że jeżeli istnieje coś takiego jak przeznaczenie, to dotyczy ono również przedmiotów. Wierzę w to, że przedmioty mają „duszę”, nie zdecydowałam tylko czy wszystkie, czy tylko niektóre. Bo spójrzmy prawdzie w oczy, łatwo jest personifikować pierścionek, ale muszlę klozetową to już niekoniecznie, bo po co ona miałaby mieć „duszę”, a jeżeli tak, to zdecydowanie nie powinna być używana do tego, do czego jest. Bo chociaż „duszę” piszę w cudzysłowie, to jednak chodzi o coś, co nie tylko jest zlepkiem materii, ale czymś więcej. A może przedmiot nabiera znaczenia mistycznego, czegoś poza namacalnymi cechami, w zależności gdzie się znajduje, w czyim posiadaniu jest i to właśnie właściciel obdarza go tymi cechami poza irrelewantnymi, obdarza go wyjątkową energią i taki pierścień niesie za sobą wspomnienia poprzednich właścicieli, ale i gotowość przyjęcia na siebie emocji nowego właściciela?

A nie byle jaki to pierścień, bo Claddah. Przedstawia on dwie dłonie trzymające serce w koronie. Serce symbolizuje miłość, ręce – przyjaźń, korona – lojalność. Może być wręczony w imię przyjaźni, ale raczej był stosowany do wyrażania uczuć bardziej intymnych, jako zaręczynowy lub wręcz ślubny. Nie jest obojętne jak się go nosi - jeżeli na lewej dłoni sercem do siebie, dana osoba pozostaje w związku małżeńskim, jeżeli sercem na zewnątrz, jest zaręczona. Na prawej, sercem do siebie – mam partnera, sercem na zewnątrz – osoba otwarta na nowe związki, wolna.

Jak więc widzicie, bardzo możliwe, że miał wielkie znaczenie dla właścicielki. W Irlandzkiej kulturze nie wręcza się go byle komu, rzadko kupuje samemu sobie, często nosi z obrączką, a jeżeli szuka się partnera i jest osobą młodą, są piękne współczesne wersje tego pierścienia, w srebrze, platynie i białym złocie, wysadzane kamieniami i sportowe wersje (wzór zatopiony w obrączce). Irlandki uważają, że jeżeli wszystko układa się tak jak powinno, każda dziewczyna powinna w swoim życiu dostać pięć pierścionków – wishbone ring, Claddah właśnie, zaręczynowy, obrączkę ślubną i eternity ring. Bardzo te wszystkie symbole są dla nich ważne, szczególnie dla tych ze starszego pokolenia. 

No właśnie, a „mój” pierścionek jest stareńki, to widać. Znoszony jest niemożebnie. Od razu wiadomo, że towarzyszył właścicielce na co dzień, mył z nią naczynia, przesadzał kwiaty, przewijał dzieci, prał skarpety zielone od trawy po grze w gaelic, obierał ziemniaki i sprzątał. Od razu wiadomo, że niejedno widział i słyszał. Siedzę sobie z nim teraz i próbuję wsłuchać się w historię, którą ma do opowiedzenia, ale za bardzo jestem rozedrgana, za bardzo osadzona w „tu i teraz i jaka jestem zmęczona”, a to trzeba wejść w drugi stopień podświadomości i dać się ponieść jego historii. Obracam go, więc w palcach i wymyślam własne wersje tego, kto go nosił i w jakich okolicznościach. Mam nadzieję, ze zapłakana właścicielka czuje pod skórą, że on znalazł szczęśliwy dom i będzie miał u mnie dobrze, a jeżeli nie? Jeżeli ona nie żyje, a spadkobierca należycie o niego nie dbał, może uśmiecha się teraz ze swojego raju (bo ja wierzę, że każdy ma taki, jaki sobie wymarzył, w moim siedzę w wielkiej bibliotece, a u stóp leżą moje psiaki, te, które już też odeszły i niech mi nikt nie mówi, że psy nie idą do nieba, bo to bzdura) i gratuluje sobie sprawienia, że to właśnie do mnie trafił. Kto wie, może w nim jest zaczarowany los kolejnych właścicieli i przyniesie mi szczęście? A może to kolejny znak, że pora coś zmienić, dostrzec drogę, podążyć w poszukiwaniu swojej legendy?
Czytam teraz 'Bridę' Paolo Coelho, zawsze mi się wtedy na mózg w tym stylu rzuca, ale coś w tym jest, że trzeba czasami zatrzymać się, rozejrzeć, otworzyć na te kanały percepcji, które normalnie, w codziennym biegu, są dla nas niewidzialne, niewyczuwalne. A kiedy uda nam się uchwycić tę chwilę, otwierają się w mózgu klapki i dostęp do tych korytarzy, które ukazują nowe możliwości, nowe drogi. A kiedy je już dostrzegę, pójdę w tamtym kierunku bez cienia trwogi.


 Najwyżej umieściłam zdjęcie pierścienia Claddah, w środku wishbone ring, a najniżej, tu obok - eternity ring (pierścień wieczności, znak wiecznej miłości). Mam nadzieję go dostać na 25 rocznicę ślubu, czyli już za rok. Będę go nosić wraz z obrączką.


Po edycji: Pierścień na zdjęciu na samej górze, to nie ten, który znalazłam, tamten jest stareńki i bardzo zniszczony. Proszę przeczytajcie wyjaśnienie, które udzieliłam Pandorci (w komentarzach poniżej). Pojawił się też anonimowy głos, który zarzucił mi przywłaszczenie cudzej własności. Nie będę się tłumaczyć, bo nie jestem złodziejką. A wszelkie anonimowe komentarze, które kiedykolwiek się tu pojawią, będę zaznaczać jako spam.

piątek, 24 grudnia 2010

Wigilijna Opowieść

Kobieta niespokojnie kręciła się po kuchni. Szykowała wieczerzę Wigilijną. Czas naglił, jeszcze tyle było do zrobienia, ale ona nie mogła się należycie skupić. Co chwilę podchodziła do okna, wyglądała męża i synów. Wypłynęli rano na ostatni w tym roku połów. Pogoda nie była najlepsza, mimo to postanowili spróbować. Potrząsnęła głową, wygładziła włosy, głęboko odetchnęła i wróciła do pracy, nie można poddawać się złym myślom, to wywołuje nieszczęście – skarciła siebie w duchu.

Dlaczego uparli się dzisiaj płynąć? Nie przelewało się w domu, to prawda, ale biedy też nie było. Mięso i ryby na zimę zasolone, mąka na chleb kupiona, przy odpowiednim gospodarowaniu powinno starczyć na długo.

Indyk w piecu pachniał zachęcająco. Jeszcze dwie godziny i będzie gotowy. Gdzież oni są? Zarzuciła chustę i wyszła z domu. Od rana wiatr przybrał na sile, czarne chmury zachodziły na niebo. Zapatrzyła się w horyzont, wielkie fale pieniły się złowrogo, nie wróżyły niczego dobrego. Zbyt dobrze wiedziała, co to oznacza, jej ojciec był rybakiem, mąż, synowie, wszyscy sąsiedzi też, wiele nieszczęścia widziała w życiu, zbyt wielu nie wróciło z morza, nie mogła się już dłużej oszukiwać, postanowiła udać się po pomoc.

W jedynym w miasteczku pubie było ciepło i gwarno. Kiedy weszła wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Jeszcze miała nadzieję, że zobaczy męża i chłopaków przy ladzie, popijających piwo po udanym połowie. Nie, nie ma ich. Mężczyźni byli zapewne zszokowani jej zuchwałością, kobiety nie przesiadywały w pubach, to było miejsce zarezerwowane dla nich, ale nic sobie z tego nie robiła, przecież tu chodziło o życie jej bliskich. Zwróciła się do najstarszego, miał posłuch, tylko on jej mógł pomóc. Kiedy opowiedziała, z czym przychodzi, zerwał się na równe nogi i zarządził wymarsz na nabrzeże. Jak zwykle w takich wypadkach zaczęli rozpalać ogniska wzdłuż linii brzegowej, w ten sposób wskazywali rybakom na morzu drogę powrotną.

W międzyczasie znacznie się ściemniło, zaczął padać rzęsisty deszcz. Ogniska gasły, mężczyźni walczyli zaciekle, ale niestety nie udawało im się utrzymać wysokiego ognia. Kobiety zebrały się w ciasną grupę, modliły się bezgłośnie poruszając ustami. Wpatrywały się w ciemną, wzburzoną taflę morza, zwykle tak piękne i szczodre, dzisiaj postanowiło pokazać swoja wielkość i grozę. Nie miały złudzeń, w walce z tym gigantem człowiek jest bez szans.

Kobieta przez chwilę jeszcze przyglądała się zmaganiom mężczyzn, ale widząc, że to wszystko na nic, odwróciła się nagle i odeszła zdecydowanym krokiem.

Droga do domu wydawała się trwać wieki, jak tylko tam dotarła, chwyciła bańki z naftą i zaczęła metodycznie oblewać ściany domu. Podpaliła. Zajęły się drewniane krokwie i słomiany dach, mimo deszczu w krótkim czasie paliło się aż miło. Nie czuła żalu, nic nie czuła, odwróciła się w stronę morza i czekała. Jak długo? Nie miała pojęcia. Stała tam na wzgórzu, z rozwianymi włosami, policzkami rozpalonymi od żaru i czekała. Jeśli istnieje Bóg, dojrzą ogień, skierują łódź w stronę brzegu i dotrą bezpiecznie z powrotem. Zwróciła modlitwy do Matki Boskiej, któż lepiej zrozumie matkę jak nie druga matka?

Nagle ich zobaczyła, szli machając do niej z daleka. Szybko policzyła sylwetki, raz, dwa, trzy, cztery, mój Boże, są wszyscy. Rzuciła się biegiem w dół wzgórza, po chwili dopadła do nich, objęli się wszyscy i zamarli w tym uścisku. Nie trzeba było słów.

Życzę Wam żebyście zawsze, bez względu na okoliczności, znaleźli drogę do domu.

Wesołych Świąt!