Ależ miałam ciężki tydzień. Niby nie cały, bo poniedziałek to u nas przecież dzień św. Patryka, więc wolne, ale wtorek zaczęłam z przytupem - dwunastogodzinnym dyżurem w domu opieki, gdzie mieszkają moi podopieczni z dziennego centrum. W ten dzień nie działał transport, musieli zostać w domu, a tam mieli znowu problemy kadrowe i spytali, czy bym nie chciała pomóc. Co miałam nie chcieć. Szkoda tylko, że nie związane to było z pieniędzmi, tylko godziny mam do odebrania, jak będę potrzebowała, to nie przyjdę do pracy i tak mi oddadzą. A niech tam, przecież gdybym nie polazła, moje ludziaszki by ucierpiały.
Nauczyłam się nowych rzeczy. Nigdy nie sądziłam, ze może to być ekscytujące, a jednak - wysadzania na toaletę ludzi na wózkach inwalidzkich, takich zupełnie nieruchawych (no może troszkę). To jest cała machina, zapinanie pasa specjalnego, potem podczepianie pod taki przenośnik i cała operacja w te i z powrotem. Jeszcze kilka miesięcy temu krzywiłabym się na samą myśl, a teraz rwałam się do pomocy. Życie jest dziwne.
Ugotowałam im też obiad, na kilkanaście osób to nie przelewki, ale dałam radę. Potem jeszcze zrobiłam pizzę domową dla załogi pracującej tego dnia. Ani się obejrzałam, dzień zleciał. A ja leciałam z nóg. Ledwo do domu doszłam, padłam. Nie przyzwyczajona jednak jestem.
Na drugi dzień nagłe tłumaczenie też dla osoby z niedostatkami umysłowymi, znam i lubię, więc przyjemność, ale dojechać trzeba było godzinę w jedną stronę, usypiałam.
Potem znowu niezwykła zajętość w centrum, aż do wieczora byłam na nogach.
W piątek sprzątanie u siebie w domu po pracy i wieczorem wyjście na pożegnanie bibliotekarki, która przechodzi na emeryturę wcześniejszą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że zmienili godzinę tego spotkania i mnie nie powiadomili, a to dziewczyny z mojego klubu książki. Szlag mnie trafił, bo mordą cały dzień po podłodze jeździłam, żeby szybciej, zorganizowałam kwiaty, ubrałam się i pocałowałam klamkę. Foch.
Dzisiaj cały dzień prasowanie. Trzeba czasem nadrobić. Ale nie narzekam, bo miałam okazję obejrzeć nagrane odcinki talk show Grahama Nortona. Cóż za uczta. On ma zawsze wspaniałych gości, jest śmiesznie, bez zadęcia i zupełnie inaczej niż w polskich programach. Dlaczego my tak nie potrafimy? Wojewódzki, zakochany w sobie amator szkolnych tenisówek, to jest raczej show o nim, czasem przerywają mu bezczelni goście, po co oni w ogóle przyszli? A, no tak, ktoś musi lustro trzymać.
Brak mi takiego programu u nas.
Jestem zapędzona, zmęczona, chyba lekko przeziębiona, ale nie jest źle. Podczas jazdy i sprzątania dosłuchałam do końca Lwów STS-u, tak mnie ta lektura nastawiła pozytywnie, uciszyła, ugłaskała treścią, bardzo polecam. O niej TU
A a nagrodę obłędnie pachnie mi taki pięknisty hiacynt na biurku.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą telewizja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą telewizja. Pokaż wszystkie posty
sobota, 22 marca 2014
poniedziałek, 2 września 2013
Męża nie ma, syna nie ma, chata wolna, oj będzie bal ...
Mąż w drodze do Polski, pojechał na tydzień zobaczyć rodzinę, swoją mamę głównie, bo coś ostatnio niedomaga i oczywiście ma nadzieje na wielkie grzybobranie, które się mu tu śni co rok o tej porze, a uprawiać się go tu nie da. Przynajmniej nie na taką skalę i nie takie grzyby, bo mąż rozbisurmaniony rodzinnymi lasami niczego poza prawdziwkiem nie uznaje.
Syn w Dublinie na koncercie Paramore, jego ulubionej kapeli. Mnie się też podoba, ale w spokojniejszych piosenkach, takiej jak ta
Cieszę się, że mógł pojechać, co nie byłoby możliwe, gdyby Michalina tam nie mieszkała, bo jak by wrócił do domu w nocy? Gdzie by się tam podział po koncercie?
Mąż pojechał na tydzień, syn wraca jutro, czyli dzisiaj jedyny dzień, kiedy nie muszę się w ogóle martwić o obiad, jestem sama sobie panią i będę się byczyć. Miałam 'niecny' plan zamówić chińczyka, czego zwykle nie robimy, bo jednak dla nas wszystkich to drogo, a w domu samemu można równie dobre danie chińskie ugotować, ale dzisiaj ma być treat dla mnie i taka była idea. Niestety mąż mi zostawił wczoraj dwa kawałki kurczaka i plan upadł, bo przecież nie wyrzucę.
Miałam tez plan kupić sobie coś niezdrowego słodkiego, kiedy nie będzie cerbera, ale nie pamiętam, co to ja chciałam, a poza tym nie będę przecież po to do miasta gnać, więc wykluczyłam ten pomysł.
Za to od rana przewalam się z łóżka na kanapę i z powrotem, z przerwami na blogowanie. Przeczytałam pół książki, obejrzałam program poranny, dwa odcinki Ostrego dyżuru, którego zaliczam 15. sezon i ciągle beczę na nim jak bóbr, bo albo ktoś umiera, albo ktoś wraca, więc chusteczki wszędzie i do tego Franek złodziej mi je rozwleka po kątach, po prostu jestem w niebie. Kawę sobie zaraz zrobię, będę czytać dalej. Albo sobie włączę Mr. Selfridge, albo Call the Midwife, albo Greys Anatomy, albo będę czytać.
A to wszystko tak cieszy, bo wiadomo, że mąż wróci niedługo, a syn jutro, więc ta samotność taka udawana, bo inaczej byłoby do pupy. Ale nie jest. Maż mi zostawił na stole groszek do suszenia,
a wczoraj jeszcze przeciągnął pod kilem, bo zarządził robienie ogórków i sałatki szwedzkiej według przepisu przyjaciółki Hani, najlepsza sałatka na świecie normalnie.
Zaskoczył mnie tymi słoikami, jak to Panna lubię wszytko mieć zaplanowane i być przygotowana, a on z głupia frant - dawaj no tutaj, będziemy przetwarzać. Do tego słoje z ogórkami, ale już upchał w spiżarni i nie wyglądają imponująco w sensie ilości, na zdjęciu tylko obfotografowałam jeden kąt, bo w miarę jasny. Ogórki pierwszy raz od założenia ogrodu w tym roku mamy, nasze osobiste gruntowe. Mówię nasze, bo konsumować będziemy wspólnie, ale sukces oczywiście męża, bo ręki do tego nie przyłożyłam.
Widzicie tam też porzeczki. W tym roku udało nam się uratować trochę przed rodziną szpaka. Ale o tym opowiem w kolejnym wpisie. O cholera, już tęsknię za mężem, bo o ogrodzie opowiadam :-)
Muszę teraz poważnie odpocząć po takim stresie słoikowym, po tej zaskoczce.
Co to ja miałam zrobić...
Syn w Dublinie na koncercie Paramore, jego ulubionej kapeli. Mnie się też podoba, ale w spokojniejszych piosenkach, takiej jak ta
Cieszę się, że mógł pojechać, co nie byłoby możliwe, gdyby Michalina tam nie mieszkała, bo jak by wrócił do domu w nocy? Gdzie by się tam podział po koncercie?
Mąż pojechał na tydzień, syn wraca jutro, czyli dzisiaj jedyny dzień, kiedy nie muszę się w ogóle martwić o obiad, jestem sama sobie panią i będę się byczyć. Miałam 'niecny' plan zamówić chińczyka, czego zwykle nie robimy, bo jednak dla nas wszystkich to drogo, a w domu samemu można równie dobre danie chińskie ugotować, ale dzisiaj ma być treat dla mnie i taka była idea. Niestety mąż mi zostawił wczoraj dwa kawałki kurczaka i plan upadł, bo przecież nie wyrzucę.
Miałam tez plan kupić sobie coś niezdrowego słodkiego, kiedy nie będzie cerbera, ale nie pamiętam, co to ja chciałam, a poza tym nie będę przecież po to do miasta gnać, więc wykluczyłam ten pomysł.
Za to od rana przewalam się z łóżka na kanapę i z powrotem, z przerwami na blogowanie. Przeczytałam pół książki, obejrzałam program poranny, dwa odcinki Ostrego dyżuru, którego zaliczam 15. sezon i ciągle beczę na nim jak bóbr, bo albo ktoś umiera, albo ktoś wraca, więc chusteczki wszędzie i do tego Franek złodziej mi je rozwleka po kątach, po prostu jestem w niebie. Kawę sobie zaraz zrobię, będę czytać dalej. Albo sobie włączę Mr. Selfridge, albo Call the Midwife, albo Greys Anatomy, albo będę czytać.
A to wszystko tak cieszy, bo wiadomo, że mąż wróci niedługo, a syn jutro, więc ta samotność taka udawana, bo inaczej byłoby do pupy. Ale nie jest. Maż mi zostawił na stole groszek do suszenia,
a wczoraj jeszcze przeciągnął pod kilem, bo zarządził robienie ogórków i sałatki szwedzkiej według przepisu przyjaciółki Hani, najlepsza sałatka na świecie normalnie.
Zaskoczył mnie tymi słoikami, jak to Panna lubię wszytko mieć zaplanowane i być przygotowana, a on z głupia frant - dawaj no tutaj, będziemy przetwarzać. Do tego słoje z ogórkami, ale już upchał w spiżarni i nie wyglądają imponująco w sensie ilości, na zdjęciu tylko obfotografowałam jeden kąt, bo w miarę jasny. Ogórki pierwszy raz od założenia ogrodu w tym roku mamy, nasze osobiste gruntowe. Mówię nasze, bo konsumować będziemy wspólnie, ale sukces oczywiście męża, bo ręki do tego nie przyłożyłam.
Widzicie tam też porzeczki. W tym roku udało nam się uratować trochę przed rodziną szpaka. Ale o tym opowiem w kolejnym wpisie. O cholera, już tęsknię za mężem, bo o ogrodzie opowiadam :-)
Muszę teraz poważnie odpocząć po takim stresie słoikowym, po tej zaskoczce.
Co to ja miałam zrobić...
sobota, 17 sierpnia 2013
Innom drogom tu dotarłam
Od jakiegoś czasu blogger nie jest kompatybilny z Mozzilla Firefox. Nic nie mogę zrobić, ani umieścić nowego postu, ani edytować starych. Obraz mi zjeżdża w dół i jest 'niedotykalny'. Myślałam najpierw, że problem z samym bloggerem, ale dochodzę powoli do wniosku, że jednak nie. Tydzień mi zajęło, żeby się zorientować, że z Chrome mogę wpis umieścić.
Chrome nie używam, bo przedtem nie mogłam tutaj dodawać komentarzy, nie logowałam się do Goole, co mnie niepomiernie dziwiło, bo przecież to jedna rodzina.
Nic to, mało o tych sprawach wiem, najważniejsze, że jakoś się tu dziurą w płocie dostałam.
Właśnie, czyli susząc włosy około pierwszej w nocy, wypatrzyłam pająka pod sufitem. Chciałam go przetransportować gdzie indziej, ale kurczę muchę sobie złapał i tam ma. Przecież mu obiadu nie będę przerywać. Muchy mnie bardziej wkurzają od pająków, tych nie boję się wcale.
Co innego gdyby tu był wąż, rwałabym przez ścianę na zewnątrz, maleńskim okienkiem duży tyłek bym przecisnęła, nie byłoby rzeczy niemożliwej.
Wczoraj byłam w kinie na The Lone Ranger (w Polsce to chyba przetłumaczyli Jeździec znikąd). Wojtek miał w oddalonym od domu mieście trening koszykówki, coś trzeba było z czasem zrobić, więc wybrałam się na film, innego w tym czasie nie grali. Lubię westerny współcześnie kręcone, ale że to jest film dla dzieci raczej, to nie bardzo mnie ucieszyło. No, może przesadzam, dla młodzieży bardziej, ale tak czy siak nie dla baby 40+. Do tego dwie i pół godziny. Umęczyłam się strasznie, spokojnie mógł mieć godzinę mniej. Momentami nawet dowcipny, ale zdecydowanie nie dla mnie, za stara już jestem. Co innego gdybym była z dziećmi, wtedy tak. Ale ja byłam na sali całkiem sama :-)
Za to dzisiaj widziałam świetny Marigold Hotel, z plejadą gwiazd w starszym wieku, świetnie zagrany, dowcipny, życiowy, kolorowy, wzruszający, pokazujący starość bez dramatyzmu, ale nadal prawdziwie i w jakimś sensie nadal dramatycznie. To tylko pozornie masło maślane.
W czwartek córka obchodziła urodziny. Nie mogę uwierzyć, ze ma już 23 lata. Właśnie przyjechała do domu, mąż ją odebrał z autobusu. Jutro będziemy piec i świętować. Tak się cieszę, że mam ją na weekend.
Za to Wojtek wybył, prawie go nie będzie, bo na wyspie obok zaczął się festiwal rockowy i spędzi tam trzy dni pod namiotem, będzie promem przypływał na dwie, moze cztery godziny i z powrotem. Było z tym dużo zamieszania, bo nie chciałam się zgodzić, myślałam, że będzie na noc wracał, ale ostatecznie się zgodziłam, przecież ma prawie 18 lat, przed światem go nie zamknę. Pogoda nie za dobra, pewnie dostanie w kość, ale i tego musi się nauczyć. Matka, czyli ja we własnej osobie, całą młodość spędziłam na obozach harcerskim i biwakując z klasą, też nie raz mokra chodziłam, ale nie pamiętam, żebym się skarżyła.
Późno jest, a ja jeszcze 'na chodzie'. To chyba ekscytacja przyjazdem/wyjazdem dzieci.
A jutro festiwal piosenki rosyjskiej, będę oglądać
Chrome nie używam, bo przedtem nie mogłam tutaj dodawać komentarzy, nie logowałam się do Goole, co mnie niepomiernie dziwiło, bo przecież to jedna rodzina.
Nic to, mało o tych sprawach wiem, najważniejsze, że jakoś się tu dziurą w płocie dostałam.
Właśnie, czyli susząc włosy około pierwszej w nocy, wypatrzyłam pająka pod sufitem. Chciałam go przetransportować gdzie indziej, ale kurczę muchę sobie złapał i tam ma. Przecież mu obiadu nie będę przerywać. Muchy mnie bardziej wkurzają od pająków, tych nie boję się wcale.
Co innego gdyby tu był wąż, rwałabym przez ścianę na zewnątrz, maleńskim okienkiem duży tyłek bym przecisnęła, nie byłoby rzeczy niemożliwej.
Wczoraj byłam w kinie na The Lone Ranger (w Polsce to chyba przetłumaczyli Jeździec znikąd). Wojtek miał w oddalonym od domu mieście trening koszykówki, coś trzeba było z czasem zrobić, więc wybrałam się na film, innego w tym czasie nie grali. Lubię westerny współcześnie kręcone, ale że to jest film dla dzieci raczej, to nie bardzo mnie ucieszyło. No, może przesadzam, dla młodzieży bardziej, ale tak czy siak nie dla baby 40+. Do tego dwie i pół godziny. Umęczyłam się strasznie, spokojnie mógł mieć godzinę mniej. Momentami nawet dowcipny, ale zdecydowanie nie dla mnie, za stara już jestem. Co innego gdybym była z dziećmi, wtedy tak. Ale ja byłam na sali całkiem sama :-)
Za to dzisiaj widziałam świetny Marigold Hotel, z plejadą gwiazd w starszym wieku, świetnie zagrany, dowcipny, życiowy, kolorowy, wzruszający, pokazujący starość bez dramatyzmu, ale nadal prawdziwie i w jakimś sensie nadal dramatycznie. To tylko pozornie masło maślane.
W czwartek córka obchodziła urodziny. Nie mogę uwierzyć, ze ma już 23 lata. Właśnie przyjechała do domu, mąż ją odebrał z autobusu. Jutro będziemy piec i świętować. Tak się cieszę, że mam ją na weekend.
Za to Wojtek wybył, prawie go nie będzie, bo na wyspie obok zaczął się festiwal rockowy i spędzi tam trzy dni pod namiotem, będzie promem przypływał na dwie, moze cztery godziny i z powrotem. Było z tym dużo zamieszania, bo nie chciałam się zgodzić, myślałam, że będzie na noc wracał, ale ostatecznie się zgodziłam, przecież ma prawie 18 lat, przed światem go nie zamknę. Pogoda nie za dobra, pewnie dostanie w kość, ale i tego musi się nauczyć. Matka, czyli ja we własnej osobie, całą młodość spędziłam na obozach harcerskim i biwakując z klasą, też nie raz mokra chodziłam, ale nie pamiętam, żebym się skarżyła.
Późno jest, a ja jeszcze 'na chodzie'. To chyba ekscytacja przyjazdem/wyjazdem dzieci.
A jutro festiwal piosenki rosyjskiej, będę oglądać
środa, 27 lutego 2013
Mad People - poznaliśmy Dona Drapera
Od ponad tygodnia młócimy z mężem serial 'Mad Men'. Córka polecała, zachęcała, ze jeden z najlepszych jaki widziała w życiu, ale myślałam, że ona tak mówi, bo to jej profesja w serialu ukazana i niedługo chleb powszedni, więc stąd to zainteresowanie.
Obejrzeliśmy pierwszy odcinek i wpadliśmy. Wszystko organizujemy tak, żeby wieczorem zaliczyć przynajmniej dwa odcinki, a najchętniej pięć. Obejrzałam też serial dokumentalny, co kiedyś był na National Geografic, o początkach reklamy w Stanach, a niedawno zakupiłam książkę Mad Women, poczytać jak to było z prawdziwą Peggy, to znaczy kobietą w reklamie i jej spojrzeniem na sprawę.
A w piątki kolejna uczta, zaczął się serial o Annie German. Pamiętam ją z dziecięcych lat, zachwyt rodziców, jak ojcu szkliły się oczy podczas słuchania Człowieczego losu, a teraz mam okazję dowiedzieć się czegoś o samej piosenkarce. Czytałam w liceum jej Powrót do Sorrento i bardzo mi się podobały te jej zapiski z czasów choroby po wypadku i jak udało jej się stanąć na nogi.
Po pierwszym odcinku serialu jestem zachwycona, oczywiście zbuczałam się bóbr, kiedy ojca zabrali. Serial kręcili dziewięć miesięcy, jak za dawnych czasów, Rosjanie nie żałują środków, szczególnie na taki temat, przecież to ich ukochana Anna, do tej pory tam postać kultowa. Dużo tam polskich aktorów, plenery prawdziwe, jeździli wszędzie tam, gdzie akcja filmu. Nie mogę się doczekać kolejnego odcinka.
Poniżej scena z filmu z piosenką Tańczące Eurydyki, na ekranie aktorka, ale wykonawczynią była Anna German (wszystkie piosenki śpiewane na koncertach w filmie śpiewa ona)
Dziś się wszystko pokiełbasiło i na Notatkach Coolturalnych piszę o Pani Fisiowej, czyli samo życie, a tutaj o filmach, czyli kurtura panie
środa, 12 grudnia 2012
Nigdy chyba nie przesłuchałam tej płyty do końca.
W Polsce jest teraz trzynaście po północy. Siedzę przy internetowej audycji świątecznej i wypisuję kartki, ale moje myśli krążą wokół nocy z 12 na 13tego grudnia - 31 lat temu. Słuchałam płyty Bee Gees w radio, nagrywałam na kasetę, nagle przerwało i zupełnie nie wiedziałam, dlaczego, bo światło przecież było. Bezskutecznie próbowałam naprawić. Wreszcie dałam za wygraną, zeszłam do piwnicy, bardzo się bałam, bo byłam sama w domu, a lat miałam 14, mama pojechała do taty do Szczecina, leżał tam na onkologii, właśnie wykryto u niego raka. Do piwnicy musiałam iść dorzucić do pieca. I tak wygaśnie przez noc, ale chociaż na czas zasypiania niech będzie ciepło. Za oknem siarczysty mróz i hałas straszny, cały dzień i noc jadą czołgi naszą ulicą, która jest przelotową na Gdańska. Uparli się teraz, kiedy ludzie chcą spać.
Rano włączyłam TV, ale nie działał. Byłam umówiona na sanki z koleżanką, po śniadaniu poszlyśmy na górę Chełmską, ale zatrzymało nas wojsko i kazali szybko biec do domu i nie wychodzić.
W domu w telewizji nadawali komunikat, jedyne co zrozumiałam to fakt, że jest wojna i mogą wejść ci do domu, bo jest specjalne prawo na ten czas. Zastanawiałam się, czy nie zabarykadować drzwi. Przestraszyłam się nie na żarty. A mamy nie było.
Wróciła późną nocą, po awanturze, jaką urządziła w Szczecinie na dworcu, wsadzili ją w jakiś wóz wojskowy i przywieźli do domu.
Potem Wigilia, smutna i biedna, chociaż niczego nie brakowało, albo było nam wszystko jedno.
Nie byłam internowana, nie byłam działaczem podziemia, ale też miałam swój stan wojenny. W marcu odszedł tata. Już nic nie było takie samo. Polska też nie.
Chociaż nie mogę powiedzieć, ze ludzie tylko i wyłącznie rozpaczali. Były i prywatki, były jazdy wozem mleczarza po godzinie policyjnej, bezpieczne powroty z zajęć w domu kultury do domu, bo milicji i wojska tyle, że nic się stać nie mogło. Nic na to nie poradzę, że nie walczyłam wtedy o wolną Polskę. Ale jestem wdzięczna tym, którzy to robili. Aż dziw, że to się udało. Jak łatwo o tym zapomnieć teraz, kiedy jesteśmy wolni.
Rano włączyłam TV, ale nie działał. Byłam umówiona na sanki z koleżanką, po śniadaniu poszlyśmy na górę Chełmską, ale zatrzymało nas wojsko i kazali szybko biec do domu i nie wychodzić.
W domu w telewizji nadawali komunikat, jedyne co zrozumiałam to fakt, że jest wojna i mogą wejść ci do domu, bo jest specjalne prawo na ten czas. Zastanawiałam się, czy nie zabarykadować drzwi. Przestraszyłam się nie na żarty. A mamy nie było.
Wróciła późną nocą, po awanturze, jaką urządziła w Szczecinie na dworcu, wsadzili ją w jakiś wóz wojskowy i przywieźli do domu.
Potem Wigilia, smutna i biedna, chociaż niczego nie brakowało, albo było nam wszystko jedno.
Nie byłam internowana, nie byłam działaczem podziemia, ale też miałam swój stan wojenny. W marcu odszedł tata. Już nic nie było takie samo. Polska też nie.
Chociaż nie mogę powiedzieć, ze ludzie tylko i wyłącznie rozpaczali. Były i prywatki, były jazdy wozem mleczarza po godzinie policyjnej, bezpieczne powroty z zajęć w domu kultury do domu, bo milicji i wojska tyle, że nic się stać nie mogło. Nic na to nie poradzę, że nie walczyłam wtedy o wolną Polskę. Ale jestem wdzięczna tym, którzy to robili. Aż dziw, że to się udało. Jak łatwo o tym zapomnieć teraz, kiedy jesteśmy wolni.
sobota, 3 listopada 2012
Śniadanie mistrzów z przeszkodami, a robota czekać nie będzie
Mój sobotni rytuał, o ile oczywiście jestem w domu, to kawa pita niespiesznie przy Drugim Śniadaniu Mistrzów na TVN24. Cały tydzień cieszę się na tę godzinę, kiedy to zaproszeni przez Marcina Mellera goście dyskutują o różnych zjawiskach i komentują to, co dzieje się w Polsce i na świecie.
I dziwnie akurat w tym czasie wszystko musi się dziać - dzwonią telefony, mąż rozpala w kominku i najpierw klęczy mi 'na telewizorze', a potrzebuje pomocy, pies wyje bo mu zabawka gdzieś wpadła - zwariować można.
Niezależnie od pory, czasem oglądam powtórki, zawsze coś się dzieje i mi przeszkadza. A jak program się kończy, telefony milkną, mąż znika w ogrodzie, pies zasypia na kanapie i panuje idealny spokój.
Plus taki, że teraz siedzę w pokoju dziennym przy kominku i się grzeję, pisząc do Was. Strasznie zimno się zrobiło, jakoś tak przenikliwie, do tego wilgotno i co by człowiek nie robił, nie może się ogrzać. My nie włączamy ogrzewania kaloryferami na cały dzień i noc, tylko na godzinę czy dwie. Gdyby trzeba było grzać non stop, poszłabym z torbami. Zresztą nie ma takiej potrzeby. Pod tym względem to w Polsce jest luksusowo, wiem, że mamy zimy bardziej mroźne, ale już teraz grzejniki grzeją na dyfer od rana do nocy w polskich blokach. Pamiętam, że mi było zawsze za ciepło, okna się otwierało, przykręcało grzejniki, a i tak było gorąco.
Gdybym nie miała tłumaczenia na cito, to bym teraz siedziała przy tym kominku z 'Korektami' Franzena, a tak, do pracy, do roboty!
A poza tym oszalałam na punkcie serialu Sherlock, tego nowego brytyjskiego. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, bo nie lubię historii Holmes-Watson, a tu taka niespodziewanka. Muzyka jest po prostu fantastyczna, nie mówiąc o samym serialu. A w niedzielę zaczyna się skandynawski na podstawie powieści Lizy Marklund, będzie uczta.
I dziwnie akurat w tym czasie wszystko musi się dziać - dzwonią telefony, mąż rozpala w kominku i najpierw klęczy mi 'na telewizorze', a potrzebuje pomocy, pies wyje bo mu zabawka gdzieś wpadła - zwariować można.
Niezależnie od pory, czasem oglądam powtórki, zawsze coś się dzieje i mi przeszkadza. A jak program się kończy, telefony milkną, mąż znika w ogrodzie, pies zasypia na kanapie i panuje idealny spokój.
Plus taki, że teraz siedzę w pokoju dziennym przy kominku i się grzeję, pisząc do Was. Strasznie zimno się zrobiło, jakoś tak przenikliwie, do tego wilgotno i co by człowiek nie robił, nie może się ogrzać. My nie włączamy ogrzewania kaloryferami na cały dzień i noc, tylko na godzinę czy dwie. Gdyby trzeba było grzać non stop, poszłabym z torbami. Zresztą nie ma takiej potrzeby. Pod tym względem to w Polsce jest luksusowo, wiem, że mamy zimy bardziej mroźne, ale już teraz grzejniki grzeją na dyfer od rana do nocy w polskich blokach. Pamiętam, że mi było zawsze za ciepło, okna się otwierało, przykręcało grzejniki, a i tak było gorąco.
Gdybym nie miała tłumaczenia na cito, to bym teraz siedziała przy tym kominku z 'Korektami' Franzena, a tak, do pracy, do roboty!
A poza tym oszalałam na punkcie serialu Sherlock, tego nowego brytyjskiego. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, bo nie lubię historii Holmes-Watson, a tu taka niespodziewanka. Muzyka jest po prostu fantastyczna, nie mówiąc o samym serialu. A w niedzielę zaczyna się skandynawski na podstawie powieści Lizy Marklund, będzie uczta.
sobota, 27 października 2012
Fimowanie niekotrolowane czyli jak mnie załatwił boski Leo
Wczoraj wieczorem obejrzałam na TVN 'Wyspę Tajemnic' i całą noc śniłam o tym, że nic nie jest takie, jak się wydaje. Nie widziałam wcześniej tego filmu, bo nie lubię boskiego Leonardo, ale bardzo mnie wszyscy namawiali na ten film, skoro go TV zapodała bez mojego starania się, to pomyślałam, czemu nie?
Nie wiem, czy go wiedzieliście, nie chciałabym zdradzić treści, bo jest zaskakująca i trzyma w napięciu, pod warunkiem, że się to ogląda pierwszy raz, ja w każdym razie mało zawału nie dostałam, bo ja straszny strachajło jestem, a do tego dzieje się to w domu dla obłąkanych, a właściwie wyspie dla chorych psychicznie, jakby tego było mało, niebezpiecznych dla otoczenia, każdy z nich zrobił coś strasznego. Boski Leo w postaci agenta federalnego przybywa na wyspę i zaczyna się dziać.
Film mi się strasznie podobał, przy czym strasznie jest tu słowem kluczowym, haha. Nie oglądam horrorów, dla mnie to było wszystko, co ja mogę znieść, jeśli chodzi o straszenie. Dawno nie byłam tak nabuzowana podczas oglądania filmu. Nawet mi ten Leonardo nie przeszkadzał, chociaż go dalej nie lubię, tylko jakby już mniej.
Po filmie udałam się na spoczynek, który był całkiem zrujnowany snami - kalkami treści, a raczej szkieletu, czyli tej całej 'czy myślisz, że to co widzisz jest naprawdę tym, co widzisz?", przeniesionymi na moje własne strachy i demony. Obudziłam się rano i już nie wiedziałam, gdzie jestem? Dziwne uczucie, nie lubię takich snów, bo się cały dzień potem z nimi noszę.
Dzisiaj mam w planie prasowanie, fascynujące zajęcie biorąc pod uwagę, że tam moi blogowi koleżanki i koledzy szusują między regałami w poszukiwaniu okazji, spotkań z pisarzami i planują wspólne wyjścia. Szlag mnie trafi jaśnisty jak nic.
O krakowskich targach książki oczywiscie ta mowa.
Sprawę ratuje fakt, ze mam do obejrzenia 4 odcinki Downton Abbey, dwa Czasu Honoru oraz 4 Mad Mana. Tyle prasowania to ja nie mam, ale kilka pewnie dzisiaj zaliczę.
Ręka mnie tak boli, że aż zęby zaciskam, nie wiem, co się stało, lewa tylko, czyli mniej używana i tak na końcu palców, dziwnie. Od razu mi się przypomina, jak moja mama mówiła, że mam coś zrobić, bo ją ręce bolą. Wściekałam się, bo ją wiecznie ręce bolały, ale się na nic nie leczyła. Teraz ja to mam, ale się nie przyznam. Biorę leki przeciwbólowe i robię swoje. Nie będę dzieci szczuła rękami. Posprzątałam sobie wczoraj i dziś przyjemne filmowanie z żelazkiem w ręku. Nawet to lubię. Dziwne, ale tak.
Nie wiem, czy go wiedzieliście, nie chciałabym zdradzić treści, bo jest zaskakująca i trzyma w napięciu, pod warunkiem, że się to ogląda pierwszy raz, ja w każdym razie mało zawału nie dostałam, bo ja straszny strachajło jestem, a do tego dzieje się to w domu dla obłąkanych, a właściwie wyspie dla chorych psychicznie, jakby tego było mało, niebezpiecznych dla otoczenia, każdy z nich zrobił coś strasznego. Boski Leo w postaci agenta federalnego przybywa na wyspę i zaczyna się dziać.
Film mi się strasznie podobał, przy czym strasznie jest tu słowem kluczowym, haha. Nie oglądam horrorów, dla mnie to było wszystko, co ja mogę znieść, jeśli chodzi o straszenie. Dawno nie byłam tak nabuzowana podczas oglądania filmu. Nawet mi ten Leonardo nie przeszkadzał, chociaż go dalej nie lubię, tylko jakby już mniej.
Po filmie udałam się na spoczynek, który był całkiem zrujnowany snami - kalkami treści, a raczej szkieletu, czyli tej całej 'czy myślisz, że to co widzisz jest naprawdę tym, co widzisz?", przeniesionymi na moje własne strachy i demony. Obudziłam się rano i już nie wiedziałam, gdzie jestem? Dziwne uczucie, nie lubię takich snów, bo się cały dzień potem z nimi noszę.
Dzisiaj mam w planie prasowanie, fascynujące zajęcie biorąc pod uwagę, że tam moi blogowi koleżanki i koledzy szusują między regałami w poszukiwaniu okazji, spotkań z pisarzami i planują wspólne wyjścia. Szlag mnie trafi jaśnisty jak nic.
O krakowskich targach książki oczywiscie ta mowa.
Sprawę ratuje fakt, ze mam do obejrzenia 4 odcinki Downton Abbey, dwa Czasu Honoru oraz 4 Mad Mana. Tyle prasowania to ja nie mam, ale kilka pewnie dzisiaj zaliczę.
Ręka mnie tak boli, że aż zęby zaciskam, nie wiem, co się stało, lewa tylko, czyli mniej używana i tak na końcu palców, dziwnie. Od razu mi się przypomina, jak moja mama mówiła, że mam coś zrobić, bo ją ręce bolą. Wściekałam się, bo ją wiecznie ręce bolały, ale się na nic nie leczyła. Teraz ja to mam, ale się nie przyznam. Biorę leki przeciwbólowe i robię swoje. Nie będę dzieci szczuła rękami. Posprzątałam sobie wczoraj i dziś przyjemne filmowanie z żelazkiem w ręku. Nawet to lubię. Dziwne, ale tak.
sobota, 4 sierpnia 2012
Odpoczynek wojownika, weselić się czas
Ja to mam albo nic, albo za dużo, nigdy w sam raz. Cały tydzień syna nie widziałam, bo na festiwalu się udzielał, a to grał koncerty, a to próby, gość w dom.
Córki nie widziałam miesiąc, zawsze planujemy telefonicznie, co to my, kiedy ona wreszcie przyjedzie.
Jak zjechała do domu na trzy dni zaledwie, to ja na wesele idę. Pierwszy raz od lat taka impreza mi się przytrafiła. A do tego dzisiaj festiwal piosenki rosyjskiej w TV, a przecież wiecie, że ja to lubię takie klimaty.
Od czego technika, serial się nagra, Daleko od szosy też teraz na dysk twardy się zapisuje, bo ja przed lustrem, z przerwą maleńką na komputer. No, ale córki żadną techniką nie nagram, szkoda, że te pół dnia i wieczór nam odpada.
Z nią już lepiej, okazało się, że to blizna się podrażniła i podpuchło, bo to gorąc, ona chodzi na zumbę, pewnie podczas ćwiczeń dresy obtarły, nie wiadomo. Lekarz dziwił się, że lekarz rodzinny nie widział (a) różnicy między podrażnieniem blizny a wznową torbieli. Wiem, zaraz podniosą się głosy, ze nie chirurg miał prawo, otóż nie, chirurg stwierdził,że to podstawowa wiedza w diagnostyce, że różnica jest gołym okiem i ręką w rękawiczce wyczuwalna i nie potrzebnie córka się wyczekała 9 godzin w poczekalni izby przyjęć w szpitalu. Za to jej badania krwi zrobili :-)
A lekarka może i rodzinna, ale nie naszej rodziny będzie.
Mama ze szpitala wyszła, bo poszła, ale zrobili badania i okazało się, że nie nerki, czego się obawialiśmy, a rwa kulszowa jej się odezwała. Mamę zabrali do szpitala tego dnia, co córkę, więc ja wylądowałam na Xanaxie, bo już nie dawałam rady nerwowo.
No nic, było minęło, do następnego razu
Poza tym umarła moja ulubiona pisarka, bardzo to przeżyłam, a mnie samą to zdziwiło. Piszę więcej o niej na Notatkach Coolturalnych.
A ja na to wesele jak na ścięcie, wcale mi się nie chce.
Idę pazury malować, tudzież twarz tapetować i fryz postawić.
Córki nie widziałam miesiąc, zawsze planujemy telefonicznie, co to my, kiedy ona wreszcie przyjedzie.
Jak zjechała do domu na trzy dni zaledwie, to ja na wesele idę. Pierwszy raz od lat taka impreza mi się przytrafiła. A do tego dzisiaj festiwal piosenki rosyjskiej w TV, a przecież wiecie, że ja to lubię takie klimaty.
Od czego technika, serial się nagra, Daleko od szosy też teraz na dysk twardy się zapisuje, bo ja przed lustrem, z przerwą maleńką na komputer. No, ale córki żadną techniką nie nagram, szkoda, że te pół dnia i wieczór nam odpada.
Z nią już lepiej, okazało się, że to blizna się podrażniła i podpuchło, bo to gorąc, ona chodzi na zumbę, pewnie podczas ćwiczeń dresy obtarły, nie wiadomo. Lekarz dziwił się, że lekarz rodzinny nie widział (a) różnicy między podrażnieniem blizny a wznową torbieli. Wiem, zaraz podniosą się głosy, ze nie chirurg miał prawo, otóż nie, chirurg stwierdził,że to podstawowa wiedza w diagnostyce, że różnica jest gołym okiem i ręką w rękawiczce wyczuwalna i nie potrzebnie córka się wyczekała 9 godzin w poczekalni izby przyjęć w szpitalu. Za to jej badania krwi zrobili :-)
A lekarka może i rodzinna, ale nie naszej rodziny będzie.
Mama ze szpitala wyszła, bo poszła, ale zrobili badania i okazało się, że nie nerki, czego się obawialiśmy, a rwa kulszowa jej się odezwała. Mamę zabrali do szpitala tego dnia, co córkę, więc ja wylądowałam na Xanaxie, bo już nie dawałam rady nerwowo.
No nic, było minęło, do następnego razu
Poza tym umarła moja ulubiona pisarka, bardzo to przeżyłam, a mnie samą to zdziwiło. Piszę więcej o niej na Notatkach Coolturalnych.
A ja na to wesele jak na ścięcie, wcale mi się nie chce.
Idę pazury malować, tudzież twarz tapetować i fryz postawić.
niedziela, 15 lipca 2012
Daj mi nogę, daj mi nogę, daj mi nogę...
Ja ci nogi dać nie mogę, dać nie mogę... tarara tarara.
Cały dzień chodzę i to spiewam pod nosem. Rano włączyłam telewizję, bo się okazało, że mi w mp3 bateria siadła i podczas sprzątania nie mogłam książki słuchać, a nie lubię jak jest cicho w domu. No, nie lubię i już. Muzyki słucham ostatnio dosyć dużo, ale nie mogłam tym razem włączyć, bo syn na górze swoje piosenki puszczał. Na moje nieszczęście akurat zaczynał się na Jedynce serial Dom. To jest chyba najlepsza nasza produkcja. Za każdym razem, kiedy go nadają, a to przecież co roku, jak nie częściej, wydaje mi się, że już mnie nie zainteresuje, a kończy się zwykle tym, że przysiadam na półdupku i oglądam cały odcinek, ba, mało tego, śledzę kolejne. I tym razem nie było inaczej, zamiast odkurzać, siedziałam z zestawem ścierkowo-pędzelkowo-miotełkowym i przeżywałam, jakby to było moje pierwsze tego serialu doświadczanie. Doprawdy nie potrafię tego wytłumaczyć.
Ale to nie koniec, kiedy zdenerwowana opóźnieniem w porządkach, zerwałam się do roboty (to już Domu napisy były), podczas czynności okołopilotowych, czyli krótko mówiąc czyszczenia wokół guzików patyczkiem do uszu (kurczę, skąd się tyle brudu tam bierze), przełączyło mi się na Dwójkę, a tam 'Daleko od szosy'. I w tym przypadku siedziałam jak przyklejona do ekranu, a do tego dołączył do mnie mój syn i też się oderwać nie mógł. Imaginujecie to sobie? To, że kobita 40+ ogląda to jeszcze normalne, ale że 16-latek śledzi za zainteresowaniem losy Leszka, to już chyba nieczęste.
Trochę mu musiałam tłumaczyć różne rzeczy z tamtej rzeczywistości, ale jak widać historia chłopaka z małej wsi, który miał marzenia, trafia do ludzi nie tylko pamiętających tamte czasy i serial. Miłe rodzinne przedpołudnie spędzone na wspomnieniach (ja) i odkrywaniu czegoś o kraju swojego pochodzenia (syn).
Coś dzisiaj chora jestem, chyba grypa żołądkowa. Mdli mnie, skurcze żołądka, a przede wszystkim strasznie słaba jestem. Ale chorować to ja nie umiem. Bo nie tylko posprzątałam, ale i prasowanie odwaliłam, niewielkie, ale jednak. Już mnie denerwował kosz i deska w pokoju, a stały tam od kilku dni, od czasu, kiedy mi nagle, bez uprzedzenia, w połowie prasowania wielkiej góry ciuchów (jak zwykle wtedy oglądam sobie seriale lub filmy i wcale mi się nie nudzi, nawet to lubię) przestało działać żelazko. Bezczelność. Małżon rozebrał, ale je zaraz ubrał i powiedział, że skończyło się i już nic z niego nie będzie. Kilkanaście lat bezawaryjnej służby, miało prawo. Jak ja nie lubię kupować nowych sprzętów do domu wtedy, kiedy mam takie, z których jestem nad wyraz zadowolona! Na dodatek nie bardzo mam teraz pieniądze na nieprzewidziane wydatki, na przewidziane też nie J
Tego dnia i tak miałam jechać do gminy, to od razu wpadłam do kilku sklepów pooglądać nowe żelazka i ewentualnie kupić. Miałam skitrane trochę grosza, widać tam na górze już było od jakiegoś czasu wiadomo, że mi sprzęt walnie. Moja prababcia Michalina zwykła mówić, ze jesteśmy za biedne, żeby kupować byle co. Mam zakodowane, że jak coś do domu, to ma być dobrej jakości, bo wtedy mi dobrze służy. Poprzednie żelazko to był Azur Philipsa. Tym razem postanowiłam, że pozostanę przy tej marce, po obejrzeniu katalogu Argosa ze zdziwieniem skonstatowałam, że Azury są nadal produkowane, nawet w kilku wersjach, a dodatkowo okazało się, że w Argosie jest wyprzedaż i to, które mogłoby być, kosztuje połowę ceny. Ale było też inne, niestety nieprzecenione, ale za to najnowsze z automatycznym stand-by, parą typu Ionic , cokolwiek to znaczy i innymi wodotryskami. Moje serce było za tym nowoczesnym, ale to w ofercie było niewiele inne, a całe pięć dych tańsze (euro nie złotówek). Pomyślałam, że jednak bez przesady, żelazko to żelazko, w końcu nie podtrzymuje czynności życiowych, a pięćdziesiątak drogą nie chodzi i wzięłam jednak to tańsze. Dumna byłam z tej bohaterskiej decyzji.
Oto moje stare białe, odchodzi na emeryturę, a niebieskie wchodzi na zastępstwo. Powinnam się cieszyć, ale jakoś mi smutno, lubiłam tego mojego staruszka, poręczne było i wyjątkowo dobre
Dzisiaj postanowiłam wypróbować. Odłączył mi się przedłużacz z gniazdka i zanim się zorientowałam, że to było przyczyną awarii, myślałam, że mi ono przestało w połowie prasowania działać, zdążyłam się wkurzyć, posłać kilkanaście ch… (to jest h czy ch bo nigdy nie wiem?), k… i innych bardziej wysublimowanych hm hm, o ile można o nich tak powiedzieć. W każdym razie przypomniał mi się serial IT Crowd, gdzie panowie od komputerów zawsze zadają pytanie czy wtyczka jest dobrze osadzona w gniazdku i czy pani próbowała wyłączyć i włączyć sprzęt, schyliłam się i okazało się, że ‘ojej, jaki pan mądry’ wtyczka. Bo to zawsze jest coś w tym rodzaju, haha.
Powiem tylko, ze uwielbiam żelazka Philipsa. A przy okazji ze zdziwieniem zauważyłam, że większość moich różnych sprzęciorków jest Philipsa, niezamierzenie zupełnie. I telewizor, i mp3, i oba dvd (jedno z nagrywarką i dyskiem twardym), dziwne, bo nie firma, a za każdym razem parametry, decydowały o wyborze każdego z nich. Widać, że nam z Philipsem po drodze.
I żeby nie było wątpliwości oświadczam, że nie jest to wpis w żaden sposób sponsorowany i linkowany. Po prostu dzielę się z Wami swoimi obserwacjami, dlaczego nie mielibyśmy tego robić bezinteresownie?
P.S. Wpis ukazuje się dzisiaj, chociaż napisany wczoraj, internet mi padł i dopiero teraz udało nam się naprawić
piątek, 4 listopada 2011
Ugotowana na szaro
Wiem, że telewizja sprzedaje bajkę, pomijając oczywiście filmy dokumentalne, reszta jest po to, żeby ludzie zapomnieli o bożym świecie i się zrelaksowali. No, chyba, że ktoś włącza głównie stacje informacyjne, wtedy o relaksie nie ma co mówić, co najwyżej można się wrzodów nabawić. Ale ja nie o tym. Uwielbiam programy kulinarne, jeść powinnam coraz mniej, a najlepiej wcale, bo coś nie mogę schudnąć, to sobie przynajmniej pooglądam. Kuchenne rewolucje są zabawne, czasem straszne, bo jak się widzi tych wszystkich właścicieli restauracji, którzy jakby się uparli rozłożyć swoje lokale na łopatki, to się krzykaczka włącza i chciałoby się wydrzeć na cały regulator – skąd te młotki mają pieniądze na takie restauracje!!!???
Inaczej ma się sprawa z programem Ugotowani, bo tam nie ma specjalistów i ludzi, którzy żyją z gotowania, a domorośli kucharze, którzy wierzą we własne siły i chcę wygrać kilka złotych. Nie jest to suma zmieniająca życia, bo zaledwie 5 tysięcy, ale można sobie za to zmienić coś w kuchni, czy kupić upragnionego robota kuchennego za niemożliwe do wypowiedzenia bez zgagi pieniądze. Czyli warto.
Widzowie w każdym odcinku oglądają cztery osoby z jednego miasta, każda gotuje jednego dnia dla innych, a ci oceniają po kolacji smak potraw i atmosferę wieczoru. Najlepsze w tym jest to, że mamy do czynienia z ‘prawdziwkami’ - ludźmi, którzy na co dzień robią inne rzeczy, a gotować po prostu umieją i lubią. To jest istota programu - normalni ludziaszkowie, mógłby to być nasz sąsiad.
I tu mam zagwostkę. W jednym z odcinków, a konkretnie piątym tej serii (z Krakowa) wystąpił chłopak, który wydawał mi się wielce interesujący, taki intelektualista, trochę ‘nerd’ czyli kujon, ale z polotem, lubi fotografować jedzenie. On pierwszy przygotowywał kolację, miał wszystko rozrysowane jak powinno wyglądać na talerzu, kiedy inni to zobaczyli (w kuchni leżało), zaczęli sobie z niego dworować, ale zaraz ich zgasił, że on lubi tak mieć wszystko zaplanowane i już. Oglądałam na luzie, bawiłam się nieźle, trochę mnie wkurzało, że tak się mądrzy i krytykuje innych, a to, że smak nie ten, a to, że nie wygląda apetycznie, w sumie czepiał się pierdół i moim zdaniem nie tego, co faktycznie było źle, a tego, co może mu zagrozić. Ale po co? Przecież i tak decydują inni uczestnicy zabawy, a nie widzowie?
Program się skończył, chłopak wygrał i tyle go widziałam…. No, niezupełnie.
Innego dnia, podczas szykowania się do wyjścia z domu, jednym okiem oglądałam Dzień Dobry TVN, a tam Ania Szarmach, która wygrała pierwsze Gotuj o wszystko opowiadała o swoim biznesie, który polega na tym, że ona wymyśla menu, wszystko to rozpisuje na kartkach, dokładnie co zrobić, jak połączyć i tak dalej, do tego dołącza się zakupy na ten zestaw obiadowy i wszystko dostarcza się do czyjegoś domu, gdzie gospodyni nie musi się już martwić o to, co ugotować, jak ugotować, a jedynie o to, kiedy (no i o portfel, bo ta usługa jednak kosztuje). Opowiada rzeczona Ania o produktach pierwszej jakości, o tym jak zdobywa coraz to nowych klientów, a ja stoję i podziwiam, jaka to mądra dziewczyna, że potrafi swoją pasję przekuć w biznes i to z sukcesem. Nagle widzę bohaterkę tej historii ze swoim chłopakiem, który robi zdjęcia, cali szczęśliwi i uchachani, a tym młodzieńcem jest nie kto inny tylko tenże sam z Ugotowanych, nasz pan-lubię-mieć-wszystko-rozpisane. Wtedy mi coś tylko zaświtało w głowie, ale w sobotę była powtórka programu o tym gotowaniu i znowu mogłam zobaczyć jak on się w kuchni zachowywał. Czujnym okiem przyglądałam się jak sobie radzi i miałam nieodparte wrażenie, że nie za bardzo, trzęsły mu się ręce, był niepewny, a skóry na kaczce niczym nie mógł pokroić, bo wszystkie noże były nieostre (taki komplet, co ma prawie każdy w domu, a używa jednego ulubionego, kupionego kiedyś na bazarze od Ruskich). Te noże wyglądały na takie, co ich ręka ludzka nie tknęła od czasu wypakowania z pudełka, może jestem złośliwa, ale już nabrałam podejrzeń i trudno, nie da się tego odwrócić. Pomyślałam, że jego dziewczyna, czyli pani Ania, rozpisała mu wszystko po kolei, jak swoim klientom, co robić, jak mieszać i co po kolei dodawać, nawet jak podać na talerzach, a on to zrobił i wygrał. Teraz mają narzędzie marketingowe – z moimi wskazówkami możesz nawet wygrać program kulinarny, zamów menu na miesiąc, a tydzień dostaniesz za darmo. Tak mi to wygląda. Może to nieprawda, może go krzywdzę, ale nic na to nie poradzę, że mam jakiś żal, czuję się oszukana, a tak się cieszyłam, że wygrał, bo podczas programu były o nim różne zdania, taki był jakiś krakowsko-mieszczańsko-przemądrzały. Ja akurat nie mam nic ‘naprzeciwko’, jak mawiała moja koleżanka, dla mnie był naprawdę interesujący. To w czym problem? Ano sama nie wiem. Pewnie jak w tym kawale – po urodzinach w domu jubilata ginie wielkiej wartości pierścień rodowy. Podejrzenie pada na jednego z uczestników imprezy, przyjaciela domu. On się wzbrania, zaklina – to nie ja, jak możecie tak mówić, przecież jesteśmy przyjaciółmi. Oni nadal obstają przy swoim, że tylko on mógł, bo nikt inny nie wiedział, gdzie leży pierścień. Po kilkunastu dniach jubilat dzwoni do przyjaciela i mówi – pierścień się znalazł, przepraszam. Na to ten z ulgą – cieszę się, że tak się stało, możemy nadal być przyjaciółmi. Na to jubilat – wiesz, nie bardzo, sprawa się wyjaśniła, ale niesmak pozostał.
Inaczej ma się sprawa z programem Ugotowani, bo tam nie ma specjalistów i ludzi, którzy żyją z gotowania, a domorośli kucharze, którzy wierzą we własne siły i chcę wygrać kilka złotych. Nie jest to suma zmieniająca życia, bo zaledwie 5 tysięcy, ale można sobie za to zmienić coś w kuchni, czy kupić upragnionego robota kuchennego za niemożliwe do wypowiedzenia bez zgagi pieniądze. Czyli warto.
Widzowie w każdym odcinku oglądają cztery osoby z jednego miasta, każda gotuje jednego dnia dla innych, a ci oceniają po kolacji smak potraw i atmosferę wieczoru. Najlepsze w tym jest to, że mamy do czynienia z ‘prawdziwkami’ - ludźmi, którzy na co dzień robią inne rzeczy, a gotować po prostu umieją i lubią. To jest istota programu - normalni ludziaszkowie, mógłby to być nasz sąsiad.
I tu mam zagwostkę. W jednym z odcinków, a konkretnie piątym tej serii (z Krakowa) wystąpił chłopak, który wydawał mi się wielce interesujący, taki intelektualista, trochę ‘nerd’ czyli kujon, ale z polotem, lubi fotografować jedzenie. On pierwszy przygotowywał kolację, miał wszystko rozrysowane jak powinno wyglądać na talerzu, kiedy inni to zobaczyli (w kuchni leżało), zaczęli sobie z niego dworować, ale zaraz ich zgasił, że on lubi tak mieć wszystko zaplanowane i już. Oglądałam na luzie, bawiłam się nieźle, trochę mnie wkurzało, że tak się mądrzy i krytykuje innych, a to, że smak nie ten, a to, że nie wygląda apetycznie, w sumie czepiał się pierdół i moim zdaniem nie tego, co faktycznie było źle, a tego, co może mu zagrozić. Ale po co? Przecież i tak decydują inni uczestnicy zabawy, a nie widzowie?
Program się skończył, chłopak wygrał i tyle go widziałam…. No, niezupełnie.
Innego dnia, podczas szykowania się do wyjścia z domu, jednym okiem oglądałam Dzień Dobry TVN, a tam Ania Szarmach, która wygrała pierwsze Gotuj o wszystko opowiadała o swoim biznesie, który polega na tym, że ona wymyśla menu, wszystko to rozpisuje na kartkach, dokładnie co zrobić, jak połączyć i tak dalej, do tego dołącza się zakupy na ten zestaw obiadowy i wszystko dostarcza się do czyjegoś domu, gdzie gospodyni nie musi się już martwić o to, co ugotować, jak ugotować, a jedynie o to, kiedy (no i o portfel, bo ta usługa jednak kosztuje). Opowiada rzeczona Ania o produktach pierwszej jakości, o tym jak zdobywa coraz to nowych klientów, a ja stoję i podziwiam, jaka to mądra dziewczyna, że potrafi swoją pasję przekuć w biznes i to z sukcesem. Nagle widzę bohaterkę tej historii ze swoim chłopakiem, który robi zdjęcia, cali szczęśliwi i uchachani, a tym młodzieńcem jest nie kto inny tylko tenże sam z Ugotowanych, nasz pan-lubię-mieć-wszystko-rozpisane. Wtedy mi coś tylko zaświtało w głowie, ale w sobotę była powtórka programu o tym gotowaniu i znowu mogłam zobaczyć jak on się w kuchni zachowywał. Czujnym okiem przyglądałam się jak sobie radzi i miałam nieodparte wrażenie, że nie za bardzo, trzęsły mu się ręce, był niepewny, a skóry na kaczce niczym nie mógł pokroić, bo wszystkie noże były nieostre (taki komplet, co ma prawie każdy w domu, a używa jednego ulubionego, kupionego kiedyś na bazarze od Ruskich). Te noże wyglądały na takie, co ich ręka ludzka nie tknęła od czasu wypakowania z pudełka, może jestem złośliwa, ale już nabrałam podejrzeń i trudno, nie da się tego odwrócić. Pomyślałam, że jego dziewczyna, czyli pani Ania, rozpisała mu wszystko po kolei, jak swoim klientom, co robić, jak mieszać i co po kolei dodawać, nawet jak podać na talerzach, a on to zrobił i wygrał. Teraz mają narzędzie marketingowe – z moimi wskazówkami możesz nawet wygrać program kulinarny, zamów menu na miesiąc, a tydzień dostaniesz za darmo. Tak mi to wygląda. Może to nieprawda, może go krzywdzę, ale nic na to nie poradzę, że mam jakiś żal, czuję się oszukana, a tak się cieszyłam, że wygrał, bo podczas programu były o nim różne zdania, taki był jakiś krakowsko-mieszczańsko-przemądrzały. Ja akurat nie mam nic ‘naprzeciwko’, jak mawiała moja koleżanka, dla mnie był naprawdę interesujący. To w czym problem? Ano sama nie wiem. Pewnie jak w tym kawale – po urodzinach w domu jubilata ginie wielkiej wartości pierścień rodowy. Podejrzenie pada na jednego z uczestników imprezy, przyjaciela domu. On się wzbrania, zaklina – to nie ja, jak możecie tak mówić, przecież jesteśmy przyjaciółmi. Oni nadal obstają przy swoim, że tylko on mógł, bo nikt inny nie wiedział, gdzie leży pierścień. Po kilkunastu dniach jubilat dzwoni do przyjaciela i mówi – pierścień się znalazł, przepraszam. Na to ten z ulgą – cieszę się, że tak się stało, możemy nadal być przyjaciółmi. Na to jubilat – wiesz, nie bardzo, sprawa się wyjaśniła, ale niesmak pozostał.
No właśnie.
niedziela, 10 kwietnia 2011
Nie wierzę Królikowskim, The Economist chwalił nas na wyrost, a McD jest jednak strasznie obciachowy
Jechałam samochodem otworzyc bibliotekę, słuchałam audiobooka Chmielewskiej (Lesio) i tak sobie myślałam, że nie wierzę obu braciom Królikowskim. Ni hu hu. Jakoś zupełnie nie po mojemu ich obsadzają. Pierwszy - Rafał zawsze jest amantem. Nie pasuje mi, nie wierzę mu w takim wydaniu. No sorry, ale nie. Nie dość, że buczy i wydaje strasznie dużo dźwięków ciągłych poza mówieniem, a jak ma coś powiedzieć, to właściwie już tylko buczy i nic składnie z siebie nigdy nie wydusił, to jeszcze zupełnie nie ma takiej charyzmy, żeby komuś złamać życie (bo zdrada), zmienić życie (bo wielka miłość), czy zmienić życie (bo światełko w tunelu). Już bardziej wygląda mi na takiego, co czeka, żeby mu pomóc.
Natomiast Paweł całkiem na odwrót - nie ojciec rodziny (chociaż wiem, że w życiu taki jest), nie tam biedny kolo, co pije, ale go miłość uratuje, nie - chciałbym pocałować, ale się boję (tu bym raczej temu wyżej uwierzyła), a facet bezwzględnie łamiący serca, twardziel wiecznie niedogolony, wrażliwiec ale tylko czasem i raczej w domyśle, czarno biały, żadnych szarości i raczej szorstki niż aksamitny.
On, odwrotnie od brata, kiedy się go słucha prywatnie, w wywiadach, czy luźnych wypowiedziach - mówi ze swadą, jest szalenie intersujący, dlaczego tego w filmach nie widać?
A skąd mnie wzięło na Królikowskich? Ano znikąd. Tak mnie czasem nachodzi myśl jakaś i sobie ją rozwijam w wolnej chwili, czyli właśnie podczas jazdy samochodem.
Córka zadzwoniła do mnie dzisiaj i opowiadała, co wyczytała w The Economist podczas lotu z Londynu - a mianowicie byli pod wrażeniem naszego układania stosunków z Rosją. ???.
A zaraz potem w TV na EuroNews mówią o tym, co wyprawia Kaczyński. Córka mówi, mamo - taki wstyd tego sluchać.
A na końcu opowiem Wam o dzisiejszej wizycie naszej w McDonalds. Wojtek po szkole zapałał chęcią na lody tam akurat, a potem jeszcze na twisted fries, czyli te pokręcone frytki. Byliśmy tam pierwszy raz od baaaardzo dawna (kiedyś chodziliśmy na happy meal, ale dzieci już z tego wyrosły). Siedziałam tam, patrzyłam na te rodziny wpierdzielające zestawy i pomyślałam, że to jednak jest wrzód na skórze wszelkich miejsc jedzeniowych poza domem. Nie dość, że smak plastik-fantastik, to i miejsce takie raczej obciachowe. Już wolałabym zwykły bar mleczny. Chociaż przyznam, że sałatka z kurczakiem (nie wiem, czy nadal podają), jest tam całkiem dobra.
Natomiast Paweł całkiem na odwrót - nie ojciec rodziny (chociaż wiem, że w życiu taki jest), nie tam biedny kolo, co pije, ale go miłość uratuje, nie - chciałbym pocałować, ale się boję (tu bym raczej temu wyżej uwierzyła), a facet bezwzględnie łamiący serca, twardziel wiecznie niedogolony, wrażliwiec ale tylko czasem i raczej w domyśle, czarno biały, żadnych szarości i raczej szorstki niż aksamitny.
On, odwrotnie od brata, kiedy się go słucha prywatnie, w wywiadach, czy luźnych wypowiedziach - mówi ze swadą, jest szalenie intersujący, dlaczego tego w filmach nie widać?
A skąd mnie wzięło na Królikowskich? Ano znikąd. Tak mnie czasem nachodzi myśl jakaś i sobie ją rozwijam w wolnej chwili, czyli właśnie podczas jazdy samochodem.
Córka zadzwoniła do mnie dzisiaj i opowiadała, co wyczytała w The Economist podczas lotu z Londynu - a mianowicie byli pod wrażeniem naszego układania stosunków z Rosją. ???.
A zaraz potem w TV na EuroNews mówią o tym, co wyprawia Kaczyński. Córka mówi, mamo - taki wstyd tego sluchać.
A na końcu opowiem Wam o dzisiejszej wizycie naszej w McDonalds. Wojtek po szkole zapałał chęcią na lody tam akurat, a potem jeszcze na twisted fries, czyli te pokręcone frytki. Byliśmy tam pierwszy raz od baaaardzo dawna (kiedyś chodziliśmy na happy meal, ale dzieci już z tego wyrosły). Siedziałam tam, patrzyłam na te rodziny wpierdzielające zestawy i pomyślałam, że to jednak jest wrzód na skórze wszelkich miejsc jedzeniowych poza domem. Nie dość, że smak plastik-fantastik, to i miejsce takie raczej obciachowe. Już wolałabym zwykły bar mleczny. Chociaż przyznam, że sałatka z kurczakiem (nie wiem, czy nadal podają), jest tam całkiem dobra.
czwartek, 24 marca 2011
Sprzedałam kozę
Pierwszy dzień laby. Nic nie muszę, oprócz napisania felietonu, bo dzisiaj deadline, ale to sama przyjemność. Zrobiłam sobie kawkę w jednej z ulubionych filiżanek, surfuję po necie, podczytuję prasę, usiadłam z książką na chwilę. Och, jakże mi brakowało takich chwil.
Jeszcze niedawno utyskiwałabym na to, ze się nic nie dzieje, ale dzisiaj czuję się jak ten Żyd, który za radą Rabina, kiedy narzekał na kłopoty i ścisk w domu, kupił kozę, a potem tańczył ze szczęścia, kiedy za kolejną radą Rabina, sprzedał kozę.
Zaległości mam tyle, że nie wiem, od czego zacząć. Fura nieobejrzanych filmów, stos książek przy łóżku, magazyny też się piętrzą na biurku, chałupę muszę odsprzątać, bo wcześniej robiłam wszystko chybcikiem i tylko to, co konieczne. Ech, byle nie panikować.
Dzisiaj widziałam nową (dla mnie) reklamę z Sercem i Rozumem - chwyć myszkę i pilota, jak Rozum przebrany za pilota czeka na Serce, a ono się szykuje przed lustrem i zakłada furto, ogląda się, czy się nie marszczy itp, a potem ląduje przed telewizorem, obok Rozumu, przebrany za myszkę. Ale się uśmiałam. W ogóle podobają mi się te reklamy w takim stylu, gdzie gra się na skojarzeniach słownych, kultowych tekstach, różnych porównaniach na przykład do filmów dobrze znanych. A 'w hołdzie Polakowi' i ta ostatnia o dwóch siedzących na słupie telefonicznym, bo im ptaki druty przenoszą to już w ogóle majstersztyk.
Tak oglądam te udane i się zastanawiam, dlaczego reklamy szamponów i proszków do prania są tak durne - te kobiety miotające się po kanapach i trzepiące łbem puszystym, albo kury domowe wiążące supły na koszulach, czy oni mają nas za takie durne? No i pasty do zębów, też zgroza.
Na szczęście Rozum i Serce ratują sytuację.
Jeszcze niedawno utyskiwałabym na to, ze się nic nie dzieje, ale dzisiaj czuję się jak ten Żyd, który za radą Rabina, kiedy narzekał na kłopoty i ścisk w domu, kupił kozę, a potem tańczył ze szczęścia, kiedy za kolejną radą Rabina, sprzedał kozę.
Zaległości mam tyle, że nie wiem, od czego zacząć. Fura nieobejrzanych filmów, stos książek przy łóżku, magazyny też się piętrzą na biurku, chałupę muszę odsprzątać, bo wcześniej robiłam wszystko chybcikiem i tylko to, co konieczne. Ech, byle nie panikować.
Dzisiaj widziałam nową (dla mnie) reklamę z Sercem i Rozumem - chwyć myszkę i pilota, jak Rozum przebrany za pilota czeka na Serce, a ono się szykuje przed lustrem i zakłada furto, ogląda się, czy się nie marszczy itp, a potem ląduje przed telewizorem, obok Rozumu, przebrany za myszkę. Ale się uśmiałam. W ogóle podobają mi się te reklamy w takim stylu, gdzie gra się na skojarzeniach słownych, kultowych tekstach, różnych porównaniach na przykład do filmów dobrze znanych. A 'w hołdzie Polakowi' i ta ostatnia o dwóch siedzących na słupie telefonicznym, bo im ptaki druty przenoszą to już w ogóle majstersztyk.
Tak oglądam te udane i się zastanawiam, dlaczego reklamy szamponów i proszków do prania są tak durne - te kobiety miotające się po kanapach i trzepiące łbem puszystym, albo kury domowe wiążące supły na koszulach, czy oni mają nas za takie durne? No i pasty do zębów, też zgroza.
Na szczęście Rozum i Serce ratują sytuację.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
