Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino domowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino domowe. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Zasmarkana Wielkanoc

Jak ja na te święta czekałam, cieszyłam się, a bo wolne, a bo córka przyjeżdża, a bo wiadomo.
Nie wiem, czy ja niedoleczona byłam, czy słaba po prostu po ostatniej chorobie, chłopaki, z poprzedniego wpisu wiecie, najedli się hepatilu na zatkany nos i wyzdrowieli, a ja się od nich zaraziłam i od soboty kaszlę, smarkam, leki biorę i nic lepiej.
Fajnie było, ale częściowo smutno, bo jeszcze-nie-zięć też się rozchorował, on dla odmiany na zapalenie nerek, pracować musiał do soboty do siódmej i nie miał siły w tej chorobie wsiąść w samochód i jeszcze 4 godziny jechać. Został w domu, martwiłam się, że tak sam w święta, chociaż obcokrajowcy nie obchodzą ich tak jak my, raczej dla nich to radość, bo ciepło i kilka dni wolnych.
No, ale ja myślałam o tym, że jednak przykro, że go nie ma.
Oglądaliśmy filmy, pierwszą część minionków, nie wiem, jaki to tytuł po polsku, u nas Despicable me 1. A dzisiaj Wielkiego Gatsbiego. DeCaprio mi tu nie pasował, nie lubię go za bardzo, chociaż w Incepcji i tym thrillerze na wyspie mi się podobał. W tym filmie nie. W ogóle jakiś taki niepokojący był, nie tak sobie wyobrażałam ten świat. Wolę bardziej klasycznie.
Trochę się przewalałam po domu, na spacer na plażę pojechaliśmy nawet, chociaż ja pewnie nie powinnam. Ale takiego słońca przegapić nie mogłam. Pies poganiał, my się trochę przewietrzyliśmy, było prawie letnio. Gdyby nie wiatr północny.
Jedzenia zrobiłam w tym roku mniej, ale i tak za dużo. To już nie na nasze żołądki, nie przerabiamy tego i już nawet nie potrzebujemy. W chorobie je się mniej, to inna rzecz. Nic to, mąż ma dwa dni teraz wolne, bo w poniedziałek czyli dzisiaj pracował, Wojtek tydzień wolny, to wykończą zapasy. Miśka nic ze sobą nie wzięła, bo autobusem wracała, bała się pogody, że za ciepło i tłumów, bo słoiki wracają do stolicy.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Czasem trudno dogadać się z instytucją, czyli kurturarnie i o życiu

Ulżyło mi trochę w kwestii Wojtka, długo czekaliśmy na wizytę u specjalisty ortopedy, ale jak już się dostaliśmy, to do samego szefa kliniki. Nie wiem, na jakiej zasadzie pacjenci trafiają do lekarzy, czy szef czyta karty i wybiera, ale nie sądzę, żeby miał czas, po prostu przypadek. Chyba.
Tak czy siak widział nas, wysłuchał w czym problem i pierwszy raz nie zignorował, nie zrzucił tego na jakąś głupotę, tylko wytłumaczył w czym może leżeć problem i jak się zabierze do jego rozwiązania. Na początek rezonans magnetyczny. I nawet nie będziemy czekali miesiącami, bo wpisał syna jako pilne, więc góra 2 miesiące podobno. Uwierzyć nie mogłam.
Ulga nie do opisania. Wreszcie ktoś znający się na sprawie, koniec szukania na oślep, może to, może tamto, on ma obraz sprawy i chyba już wie, co się dzieje.

Mam już termin sprawy o sprzedaż lokalu, mam nadzieję, że sąd się przychyli do tego pomysłu i skończą się problemy z utrzymaniem mamy. Potrzeba mi oddechu w tej kwestii, bo mnie stres zabija, czuję, że choroby, nieradzenie sobie z wirusami, przewlekłe bóle głowy, koszmary senne to wszystko stres. Wiem i nie umiem temu zaradzić. Jeszcze nie daj Bóg jakiegoś raka wyhoduję z tego wszystkiego, a potrzebna jestem nie tylko mamie, ale i moim dzieciom, Wojtek studiów jeszcze nie ma, dużo wyzwań przede mną.
Jest światełko, może mi przedłużą te praktyki w centrum dziennym, niby nie dają nikomu drugiego roku, ale że nie ma pracy w tym sektorze, bo nie przyjmują nowych na razie, to chociaż tak, żeby mieć większe doświadczenie, potem się starać o stałą posadę. Każdy rok przynosi nowe rozwiązania, nowe możliwości, tutaj na prowincji ciężko coś nowego wymodzić. A na przenosiny znowu w nowe miejsce już nie mam ochoty, ani siły.

Oglądałam dzisiaj na Kino Polska 'Zaklęte rewiry'. Już zapomniałam, jaki to jest dobry film. Nigdy nie czytałam książki, żałuję, muszę to nadrobić.
Teraz oglądam 07 zgłoś się. Mam leniwą niedzielę, chociaż planowałam prasowanie, idą święta i chciałam nadrobić zaległości w tym zakresie. Dupa zbita, łeb mnie od rana boli. Właściwie pół nocy cierpiałam, bałam się wstać po ciemku po tabletki, że jeszcze tym złamanym niedawno palcem znowu w coś przyłożę, albo zmiana pozycji doprowadzi do jakiego wylewu (nie wiem, czy to możliwe, pewnie nie, ale sobie tak w nocy wykoncypowałam, że mnie krew zaleje i leżałam w strachu).
Załadowałam tabletki przeciwbólowe, średnio pomogły, i oglądam. Ten serial jest zaskakująco akturalny, oczywiście nie mundury itp, ale teksty naprawdę ponadczasowe.

- Otwórzcie okno, zdaję się, że tu orłów nie ma, żaden nie wyleci
- A pan major drzwiami?
- Poruczniku Borewicz!

I ten Borewicz taki nomen omen pies na baby. Niby facet nie jest za przystojny, ale gra tak, że można mu wierzyć w tej kwestii.
- Poruczniku Borewicz, przekonalibyście się wreszcie do instytucji małżeństwa - Zubek mówi
- Tylko wiecie, czasami trudno dogadać się z instytucją - odpala Borewicz.
Cudne te dialogi. I muzykę lubię. Kiedyś się pisało specjalnie dla filmu, nie używało ogólnie znanych piosenek.

A jak już w kwestii kurtury, to chciałbym Wam polecić najnowszą powieść Remigiusza Grzeli - Złodzieje koni. Piszę o niej TU.

sobota, 14 grudnia 2013

Smarkata kołowacizna, a lista się sama nie zrobi, zakupy tym bardziej.

Siedzę na przepisami, robię listę zakupów i tak kicham, że mam ciało-odrzut na metr. Jakby można było dalej, to i pewnie bym dwa poleciała, ale kanapa jest buforem.

Tak mi dobrze szło, opanowałam jakoś zawroty głowy, dostałam nowe leki, które były bardziej skuteczne. Nie zlikwidowało to całkiem kołowacizny, ale znacznie ograniczyło. Trochę głupio zrobiłam, że pojechałam do Michaliny do Dublina, ale tak się cieszyłam na to nasze chodzenie po świątecznym mieście, że nie umiałam sobie tego odmówić. Do tego w planach miałam dzień spędzony w gronie przyjaciół pod Dublinem, z którego nic nie wyszło, bo się pani domu rozchorowała, ale nie ma tego złego, bo chociaż po Ikei pochodziłam. Poszłam odwiedzić tam fotel, który sobie wymarzyłam do pokoju, do czytania. Usiadłam na nim, zachwyciłam się po raz nie wiem, który, po czym zakupiłam jakieś drobiazgi i rzecz najważniejszą - zejefajną kołdrę dla męża na zimę i dwie superowe poduszki.
Foteli u nas dostatek, ale te najwspanialsze są drogie, kosztują ponad 400, a czasem i prawie 600 euro, na to mnie nie stać. A ten jest za 200 i równie dobry. Za jakiś czas sobie na niego uzbieram i kupię.
Na pocieszenie udało mi się za to wyhaczyć w jednym takim sklepiku dekoracji wnętrz taki oto wieszak na papier toaletowy. Pokazywałam go na Notatkach Coolturalnych, bo on taki właśnie kulturalny jest, ma litościwie dla mola książkowego półeczkę na czytane właśnie książczydło lub Kindla, ale i tu wkleję, bo cieszy mnie niepomiernie, a pewnie nie wszyscy zaglądacie i tam


W Dublinie było cudne, ale tłoczno niezwykle, bo się okazało, że to weekend, kiedy się wieśniaki zjeżdżają na zakupy. Czyli ja też, bom przecież z małego miasteczka na północy. Jeszcze dalej niż północ, rzec można.
Miałyśmy ambitne plany, ale one były jednak na wyrost, cieszę się, że udało mi się kupić dla Misi prezent i że mogłam z nią iść do Yamamori i do kina na Saving Mr. Banks.
Świetny film, bardzo polecam, jak tylko się ukaże w Polsce czy gdziekolwiek jesteście, ukazuje kulisy powstania filmu Mary Poppins, życie autorki tej powieści, ówczesne i powrót do jej dzieciństwa, jak powstała książka, skąd się wzięłam cudowna niania i kogo tak naprawdę przyleciała na parasolu uratować? Oczywiście spłakałyśmy się na końcu haniebnie.
W nocy w niedzielę przyjechałam, a w poniedziałek do pracy, ale nie kręciłam nosem, bo się za wszystkimi tam stęskniłam. W piątek zaliczyłam pierwszą toaletę z podopiecznym, nie było źle, jestem zaskoczona, można się przyzwyczaić.
Przyszły tydzień będzie pracowity, bo mamy mszę we wtorek w day centre dla wszystkich podopiecznych i ich rodzin, potem czwartek obiad świąteczny dla nas wszystkich, a koniec tygodnia wiadomo, już zaczną się przygotowania do świąt.
Emocje, emocje, a ja narazie chora, kichająca, smarkająca i skołowaciała.
Pięknie, k....a pięknie


sobota, 16 listopada 2013

Najwyraźniej moje przyciąganie dotyczy robót domowych

Sobota. Czytam wpisy znajomych na FB, mają ciekawe życie, restauracje, zakupy, wybierają się do kina na Papuszę, wyjazdy na jakieś spotkania, emocje, a ja jak co tydzień sprzątanie, pranie, prasowanie, wypolerowanie kabiny prysznicowej, potem mycie łba, bo rano w niedzielę zaiwaniam do biblioteki...
Fajnie, nie mogę się skarżyć, ale czasem mi jakoś tak serce łka, że to takie rutynowe, co tydzień to samo, że takie fajne życie kawiarniano-lanczowe, które lubię i zawsze lubiłam, mnie omija.
Każda sytuacja ma swoje plusy i minusy, mieszkanie na odludziu też, ale czasem po prostu taki wkruw człowieka ogarnia i żal.
Momentami tylko.
W czwartek za to miałam emocje do kwadratu, haha. Takie wiejskie.
Najpierw wylądowałam w pracy i dowiedziałam się, że jeśli czuję się na siłach, moze bym poprowadziła samochód przewożący ludzi, taki nasz służbowy. Jechaliśmy do miasteczka ok pół godziny jazdy od naszego, na próbę przedstawienia świątecznego. Nasi pensjonariusze biorą w nim udział i co tydzień jeździmy na te przygotowania. Zawsze towarzyszyłam im jako asystent, ale pierwszy raz miałam ich przewozić.
Nie mam odwagi siadać za kierownicę obcego samochodu i jechać, tak ad hoc. Nie jest to w mojej naturze, bo nie lubię zmian, a do tego wiadomo, w takim obcym aucie to nie wiadomo, gdzie co jest, inaczej wszystko poustawiane, a tu trzeba jeszcze kilka osób przewieźć takim większym, to już w ogóle. ale z jakiegoś powodu, dla mnie niezrozumiałego, bez żadnego wahania powiedziałam, że nie ma sprawy.
I zapakowałam moje mordy kochane i powiozłam z sukcesem na tę próbę.
A tam się wyskakaliśmy, naśmialiśmy, śpiewy były i tańce :-)
Zaraz jak wróciłam, odstawiłam samochód do domu dla męża i wsiadłam do samochodu koleżanki, gdzie na mnie już czekała cała ekipa babeczek z poprzedniej pracy i pognałyśmy, tym razem godzinę jazdy w jedną stronę, na 'a wake' czyli czuwanie w domu zmarłej (z nią w trumnie w roli głównej), gdyż zmarła matka kobiety, która też z nami pracowała. Gdybym nie pojechała, to by było wieeelkie faux pa.
Tam wiadomo, herbata, kawa, ciastko, porozmawiać o zmarłej, pocieszyć tych, co pozostali, nie jest to łatwe, przynajmniej dla mnie, ale czułam się pewniej wsparta obecnością reszty dziewczyn.
W samochodzie, w jedną i w drugą stronę, było wiele gadania, wymiany informacji, ploteczki, wiadomo, trzeba wiedzieć, czy obcych w mieście nie ma.
Jak tylko przyjechałam do domu, w biegu zjadłam zupę i do samochodu, godzina jazdy w jedną stronę, tym razem inną, zawieźć Wojtka na trening koszykówki, a my z mężem do kina na Gravity czyli przyciąganie ziemskie. Coś trzeba robić, kiedy on biega z piłką.
Film po prostu fenomenalny, czułam się jakbym tam była, w kosmosie dryfowała w skafandrze, bo to było 3D. Sandra Bullock dała radę, a nie było to łatwe, bo jednak sama musiała unieść ten film. Boski George Clooney też był, ale tylko przez chwilę. Muzyki prawie nie słychać, taka 'niewidoczna' jest, bo w przestrzeni kosmicznej jest cicho, i tylko ta kobieta. Co za wspaniały pomysł!
Koniecznie na niego idźcie, jeśli będziecie mieli okazję.


Nawet jak tylko trailer oglądam, to przestaję oddychać. Polecam z całego serca.

A w weekend już spokój, sprzątanie, pranie ... najwidoczniej to przyciągam najbardziej :-)
Zwariować można

poniedziałek, 2 września 2013

Męża nie ma, syna nie ma, chata wolna, oj będzie bal ...

Mąż w drodze do Polski, pojechał na tydzień zobaczyć rodzinę, swoją mamę głównie, bo coś ostatnio niedomaga i oczywiście ma nadzieje na wielkie grzybobranie, które się mu tu śni co rok o tej porze, a uprawiać się go tu nie da. Przynajmniej nie na taką skalę i nie takie grzyby, bo mąż rozbisurmaniony rodzinnymi lasami niczego poza prawdziwkiem nie uznaje.
Syn w Dublinie na koncercie Paramore, jego ulubionej kapeli. Mnie się też podoba, ale w spokojniejszych piosenkach, takiej jak ta


Cieszę się, że mógł pojechać, co nie byłoby możliwe, gdyby Michalina tam nie mieszkała, bo jak by wrócił do domu w nocy? Gdzie by się tam podział po koncercie?

Mąż pojechał na tydzień, syn wraca jutro, czyli dzisiaj jedyny dzień, kiedy nie muszę się w ogóle martwić o obiad, jestem sama sobie panią i będę się byczyć. Miałam 'niecny' plan zamówić chińczyka, czego zwykle nie robimy, bo jednak dla nas wszystkich to drogo, a w domu samemu można równie dobre danie chińskie ugotować, ale dzisiaj ma być treat dla mnie i taka była idea. Niestety mąż mi zostawił wczoraj dwa kawałki kurczaka i plan upadł, bo przecież nie wyrzucę.
Miałam tez plan kupić sobie coś niezdrowego słodkiego, kiedy nie będzie cerbera, ale nie pamiętam, co to ja chciałam, a poza tym nie będę przecież po to do miasta gnać, więc wykluczyłam ten pomysł.

Za to od rana przewalam się z łóżka na kanapę i z powrotem, z przerwami na blogowanie. Przeczytałam pół książki, obejrzałam program poranny, dwa odcinki Ostrego dyżuru, którego zaliczam 15. sezon i ciągle beczę na nim jak bóbr, bo albo ktoś umiera, albo ktoś wraca, więc chusteczki wszędzie i do tego Franek złodziej mi je rozwleka po kątach, po prostu jestem w niebie. Kawę sobie zaraz zrobię, będę czytać dalej. Albo sobie włączę Mr. Selfridge, albo Call the Midwife, albo Greys Anatomy, albo będę czytać.

A to wszystko tak cieszy, bo wiadomo, że mąż wróci niedługo, a syn jutro, więc ta samotność taka udawana, bo inaczej byłoby do pupy. Ale nie jest. Maż mi zostawił na stole groszek do suszenia,


a wczoraj jeszcze przeciągnął pod kilem, bo zarządził robienie ogórków i sałatki szwedzkiej według przepisu przyjaciółki Hani, najlepsza sałatka na świecie normalnie.



Zaskoczył mnie tymi słoikami, jak to Panna lubię wszytko mieć zaplanowane i być przygotowana, a on z głupia frant - dawaj no tutaj, będziemy przetwarzać. Do tego słoje z ogórkami, ale już upchał w spiżarni i nie wyglądają imponująco w sensie ilości, na zdjęciu tylko obfotografowałam jeden kąt, bo w miarę jasny. Ogórki pierwszy raz od założenia ogrodu w tym roku mamy, nasze osobiste gruntowe. Mówię nasze, bo konsumować będziemy wspólnie, ale sukces oczywiście męża, bo ręki do tego nie przyłożyłam.




Widzicie tam też porzeczki. W tym roku udało nam się uratować trochę przed rodziną szpaka. Ale o tym opowiem w kolejnym wpisie. O cholera, już tęsknię za mężem, bo o ogrodzie opowiadam :-)
Muszę teraz poważnie odpocząć po takim stresie słoikowym, po tej zaskoczce.
Co to ja miałam zrobić...

sobota, 17 sierpnia 2013

Innom drogom tu dotarłam

Od jakiegoś czasu blogger nie jest kompatybilny z Mozzilla Firefox. Nic nie mogę zrobić, ani umieścić nowego postu, ani edytować starych. Obraz mi zjeżdża w dół i jest 'niedotykalny'. Myślałam najpierw, że problem z samym bloggerem, ale dochodzę powoli do wniosku, że jednak nie. Tydzień mi zajęło, żeby się zorientować, że z Chrome mogę wpis umieścić.
Chrome nie używam, bo przedtem nie mogłam tutaj dodawać komentarzy, nie logowałam się do Goole, co mnie niepomiernie dziwiło, bo przecież to jedna rodzina.
Nic to, mało o tych sprawach wiem, najważniejsze, że jakoś się tu dziurą w płocie dostałam.

Właśnie, czyli susząc włosy około pierwszej w nocy, wypatrzyłam pająka pod sufitem. Chciałam go przetransportować gdzie indziej, ale kurczę muchę sobie złapał i tam ma. Przecież mu obiadu nie będę przerywać. Muchy mnie bardziej wkurzają od pająków, tych nie boję się wcale.
Co innego gdyby tu był wąż, rwałabym przez ścianę na zewnątrz, maleńskim okienkiem duży tyłek bym przecisnęła, nie byłoby rzeczy niemożliwej.

Wczoraj byłam w kinie na The Lone Ranger (w Polsce to chyba przetłumaczyli Jeździec znikąd). Wojtek miał w oddalonym od domu mieście trening koszykówki, coś trzeba było z czasem zrobić, więc wybrałam się na film, innego w tym czasie nie grali. Lubię westerny współcześnie kręcone, ale że to jest film dla dzieci raczej, to nie bardzo mnie ucieszyło. No, może przesadzam, dla młodzieży bardziej, ale tak czy siak nie dla baby 40+. Do tego dwie i pół godziny. Umęczyłam się strasznie, spokojnie mógł mieć godzinę mniej. Momentami nawet dowcipny, ale zdecydowanie nie dla mnie, za stara już jestem. Co innego gdybym była z dziećmi, wtedy tak. Ale ja byłam na sali całkiem sama :-)

Za to dzisiaj widziałam świetny Marigold Hotel, z plejadą gwiazd w starszym wieku, świetnie zagrany, dowcipny, życiowy, kolorowy, wzruszający, pokazujący starość bez dramatyzmu, ale nadal prawdziwie i w jakimś sensie nadal dramatycznie. To tylko pozornie masło maślane.

W czwartek córka obchodziła urodziny. Nie mogę uwierzyć, ze ma już 23 lata. Właśnie przyjechała do domu, mąż ją odebrał z autobusu. Jutro będziemy piec i świętować. Tak się cieszę, że mam ją na weekend.
Za to Wojtek wybył, prawie go nie będzie, bo na wyspie obok zaczął się festiwal rockowy i spędzi tam trzy dni pod namiotem, będzie promem przypływał na dwie, moze cztery godziny i z powrotem. Było z tym dużo zamieszania, bo nie chciałam się zgodzić, myślałam, że będzie na noc wracał, ale ostatecznie się zgodziłam, przecież ma prawie 18 lat, przed światem go nie zamknę. Pogoda nie za dobra, pewnie dostanie w kość, ale i tego musi się nauczyć. Matka, czyli ja we własnej osobie, całą młodość spędziłam na obozach harcerskim i biwakując z klasą, też nie raz mokra chodziłam, ale nie pamiętam, żebym się skarżyła.

Późno jest, a ja jeszcze 'na chodzie'. To chyba ekscytacja przyjazdem/wyjazdem dzieci.

A jutro festiwal piosenki rosyjskiej, będę oglądać

sobota, 27 lipca 2013

Burzliwe życie

Ostatnimi czasy nie mieliśmy za dużo burz i ulew, jakie to dziwne, człowiek nie widzi deszczu przez miesiąc i zapomniał. Jak dziś lunęło, oczywiście drogowcy dali się zaskoczyć. Nie dość, że błoto waliło masowo ze wszystkich wzgórz, to jeszcze zalało mi samochód, bo go, jak zwykle (łatwo się do upałów przyzwyczaić) zostawiłam z otwartymi oknami, drzwiami tylnymi i bagażnikiem.
Czy to studzienki zapchane zielskiem, czy to rowy odpływowe kamieniami, czy po prostu te deszcze za ulewne na możliwości pochłanialne tej wyspy (zwykle niespożyte, ale jak widać limit jednak jest), dość powiedzieć, że strumieniami ulice spłynęły.
Do tego tęcze w różnych miejscach, bo słońce momentami przebłyskuje, do tego grzmi i błyska.
Niby nic, ale prawda taka, ze ja się strasznie burzy boję.
Zazdroszczę mojemu psu, że może bez wstydu siedzieć pod stołem, w gorszych momentach pod łóżkiem i pierdzieć ze strachu do woli.
Ja udaję chojraka, ale burza i wichura od zawsze budziły we mnie poczucie zagrożenia i nic na to nie poradzę.
Wczoraj skorzystaliśmy z oferty 'kup jedną, drugą dostaniesz za darmo' i kupiliśmy farbę do wymalowania wszystkich pomieszczeń w domu.
O jeżu, czeka mnie totalna rozpierducha, smród farby, którego nienawidzę, pewnie kolory dobrałam złe, bo wiadomo, na papierze wygląda coś na łososiowy krem, a po pomalowaniu okazuje się wściekłą pomarańczą i człowiek potem musi z tym żyć. Co zapalisz światło, to zawał oczu.
Zobaczymy.
Nienawidzę remontów i malowań, tapetowań oraz innych takich. Po już tak, ale w trakcie czuję się jak człowiek w podróży z torbą pełną śmieci. Ani zawrócić, ani zignorować.
Jak znam życie to w trakcie malowania najpewniej zacznie się pora deszczowa i dom będzie cuchnąć wilgotną, wolno schnącą farbą. Zawsze mnie mdli od tego.
O kurczę, znowu zaczyna się burza chyba, a ja sama w domu. Chyba sobie Ostry dyżur puszczę, mam jeszcze dwa ostatnie sezony do obejrzenia. 


czwartek, 2 maja 2013

Czy to dobrze, czy to źle?



Po czym poznać, że czas upływa? Po metryce oczywiście, po kolejnych zmarszczkach, po tym, że rodzi się 50-cio centymetrowy syn, a nagle się okazuje, że w żadnym sklepie nie ma spodni na dwumetrowego dryblasa. Po tym, że córka mówi do ciebie – oj matka, coś ściemniasz, a może już nie pamiętasz? No, ale życie zmienia się wraz z nami, niepostrzeżenie z dnia na dzień moda inna, coś dłuższe, coś mniej jaskrawe, a inne rzeczy już nie tak wywatowane. Nawet kolory włosów są inne, rudości mają inne odcienie, blond już nie tak żółty, albo nie tak biały.  Jednakże żadna z tym zmian nie jest nagła, przez to dzieje się to wszystko jakoś samo, gładko i bezstresowo.
Wczoraj przypadkiem trafiłam na odcinek ‘Na dobre i na złe’ z 2000 roku, jeden z pierwszych.  Serial nadawany jest od ’99 roku, czyli 'kupa ciasa' jak mawiał radziecki snajper z Czterech pancernych, chociaż mnie oczywiście wydaje się to mgnieniem zaledwie. Na dodatek dałabym sobie łeb uciąć, że córka była mała, a Wojtka na świecie nie było, a tym czasem okazuje się, że miał już 3.5 roku i nieźle posuwał na rowerku wokół bloku. Czyli córka ma rację nie dowierzając mojej pamięci. Foch. Oglądam taka nabzdyczona ten dwudziesty odcinek, bo nic nie pamiętam, zgroza. Przyznaję się bez bicia, może to i paszteciarstwo straszne, ale uwielbiałam go oglądać, bo medyczny, a wtedy tylko Ostry dyżur był taki, a ja z tych niespełnionych, co zawsze chcieli w białym fartuchu, ale boją się krwi.
Oczom nie wierzę. Szczęka mi opadła do ziemi, nie z powodu zajmującej akcji, ale na te zmiany, które widzę, a raczej to, co przed zmianami, czyli 13 lat temu. Doktor Zosia wygląda tak samo, i sama nie wiem, czy teraz tak młodo, czy wtedy tak staro. Jedyna różnica taka, że kiedyś nie sepleniła i w ogóle miała lepszą dykcję, czyli może faktycznie teoria mojego przyjaciela dziennikarza, że niektórzy aktorzy mają problem z mówieniem po zmianie zębów, chyba ma tu zastosowanie. Kuba to co innego, jakiś taki chudzieńki w szyjce, chłoptasiowaty, ale charm i uśmiech nadal ten sam, całkiem jak u ojca Mateusza. Poza tym Kuba wtedy był ‘na pan’ z Pawicą, za to ‘na ty’ z Brunem granym przez Pieczyńskiego (jakże ja rozpaczałam, kiedy on z serialu odszedł). Robert Janowski kudłaty, ale już szpakowaty. Jak to Janowski, wszędzie gra siebie. W tym odcinku chorego, czyli epizod, gra chłopak, który w ‘Na Wspólnej’ jest serialowym pierwszym mężem Jabłczyńskiej. Nigdy nie wiem, jak on się nazywa,  już wtedy wyglądał jak teraz, już wtedy grał i pewnie już nigdy się nie wybije. Zawsze mi szkoda ludzi, którzy coś robią, nawet może z pasją, ale czy to charyzmy brak, czy mistrzostwa – zawsze w ostatnim rzędzie; nawet taka jedna z Donegalu, co różne dziwne rzeczy pamięta, nie pomni jego nazwiska. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
A propos charyzmy – Daria Trafankowska.  Ani uroda wielka, figura wtedy już nie za bardzo, a jaka postać, do tej pory ją pamiętają. I człowiek nietuzinkowy, bo znajomi wciąż wzdychają boleśnie, kiedy o niej mówią. Miło mi było popatrzeć – nie wszystek umarła. Magdalena Stużyńska – młodziutka, śliczna i taka ‘cała jestem zębami’. Teraz przecież nie jest stara, wtedy musiała być zaraz po szkole, albo i w trakcie.
Sam szpital bardzo przaśny, a jakże moderny nam się wtedy wydawał. Jedno jest pewne, wtedy był równie nierealistyczny jak i teraz, i wystrój, i sytuacje i te mowy o dobru pacjenta ponad wszystko, nawet gdyby trzeba było łamać zasady. Napięcie - czy Zybert zgodzi się na transport pacjenta z innej placówki, gdzie koledzy lekarze nie potrafią mu pomóc? Dzielna Zosia, wraz z Kubą i Brunem podejmują się straceńczej, wydawałoby się, walki i ją wygrywają. Swoją drogą, czy ktoś kiedyś im umrze? Wiem, że nie taka jest rzeczywistość, ale chciałabym, żeby była i dlatego co tydzień zasiadałam przed telewizorem, żeby się łudzić.
Ten odcinek sprzed trzynastu lat uświadomił mi, ale tak miło, nie boleśnie, upływ czasu. Zagracony pokój lekarski, z rozwalonym kocem na kanapie, ekspresem, a raczej zaparzaczem do kawy z NRD, segregatorami i książkami wszędzie, ciasny, ciemnawy, chociaż przytulny, został zastąpiony wielkim przestronnym pokojem z szybą do zapisywania zabiegów, z komputerami podłączonymi do sieci (już nie mówiąc o prywatnych tabletach i laptopach używanych przez postaci dramatu), z wygodną kanapą i mnóstwem miejsca dla wszystkich. Największy szok, kiedy Kuba wyjął komórkę, myślałam, że używa jakiegoś sprzętu wojskowego, taka to była cegła. Niewielu wtedy takimi cackami mogło się pochwalić, co wywnioskowałam z tego, że Kuba odchodził od zmysłów, nie wiedząc, co się dzieje z gospodynią, która wyszła z adoratorem. Gdyby miała swoją komórkę (a teraz mają wszyscy), to by ją Kuba wydzwonił i się nie martwił.  A już najbardziej powalił mnie styl bukietu kwiatów dla Zosi – róże, gipsówka i takie nowoczesne wtedy (nawet sobie chowałam na zaś, wyciągając z różnych kompozycji) kokardy jak malowany papier. Szał kwiaciarzy. Mnóstwo tam takich niezamierzonych smaczków z życia. Muszę jeden odcinek nagrać i dzieciom pokazać, niech się dowiedzą, jak drzewiej bywało.

wtorek, 26 marca 2013

Mam nadzieję, że nie wyleję ciasta z kąpielą

Coś się ze mną niedobrego dzieje, jak tylko trzeba włączyć logistykę przedświąteczną lub przed-wizytową (kiedy ktoś nas odwiedza), włącza mi się guziczek-paniczek (od paniki niestety, a nie od małego pana). Kiedyś spokojnie opracowywałam plan działania i tyle. Teraz mam pustkę we łbie. Nie tam, że mało, że z pomysłów nie wiem, który wybrać. NIC!
Za to panika jak do Częstochowy pielgrzymką z Kołobrzegu.
Michalina zaprosiła gości, swoich znajomych. Cieszę się bardzo, bo ich lubię i naprawdę czekam na ich przyjazd. Ale jednocześnie chciałabym, żeby ktoś mi powiedział - catering przyjedzie w sobotę.
Nie dlatego, ze leń, że nie umiem, że nie mam czasu, a dlatego, że nie mam pomysłu na stół w ten czas.

Dzisiaj urodziny męża, wybranie ciasta (zwykle wiedziałabym tydzień wcześniej), to była niezła przeprawa, do drugiej w nocy wczoraj siedziałam, a i tak zmieniłam zdanie na pięć minut przed wyjściem na zakupy, na zupełnie inny sernik, totalnie inne produkty i do tego okazało się, że najlepiej gdyby się chłodził noc w lodówce, ale to już w połowie roboty, bo było na drugiej stronie wydruku. Zupełnie jak w tej komedii Koterskiego 'Nic śmiesznego', co Miałczyński wiezie ekipę filmową, bo za zakrętem ukazał się las - w scenariuszu, no to do lasu. A na drugiej stronie scenariusza było - las krzyży.
No to mam las krzyży.
A urodziny dzisiaj
A zakupy też dzisiaj
Zaczęłam o drugiej go robić
Nie dość, że w niedoczasie jestem, to źle ustawiłam piekarnik (bo w przepisie ma być bez termoobiegu, a u nas chyba nie ma takiej opcji) na znaczek, którego wcześniej nie używałam, upiekłam na tym ustawieniu spód, jakim cudem nie wiem, bo jak wstawiłam sernik w kąpieli wodnej (do cholery jasnej, kto to wymyśla?), to się okazało, że to wiatrak chłodzący, a nie grzeje. Jak ja kurna upiekłam ten spód się pytam?
Wyjęłam pływający sernik, w kąpieli wodnej, oł/eł, nagrzałam termoobiegiem, niech juz będzie, żeby tylko upiec jakoś, wsadziłam i nawet nie zaglądam. Jak znam swoje szczęście, to będę z nim walczyć do piątej nad ranem.
Zamrożę zjemy na święta :-)

Jak tak grzebałam w przepisach wczoraj, obejrzałam film polski 'Ki'. Dobry, ale jakoś mnie zmęczył. Wkurza mnie maniera Romy Gąsiorowskiej, chociaż gołym okiem widać, że dobra aktorka, musze się po prostu chyba do niej przyzwyczaić, bo jak widać, ona od tego pieszczenia w mówieniu nie odwyknie.
Poza tym te wszystkie skróty imion jak Ki, Pio, Go, Miko też mnie denerwowały, do tego stopnia, że się uczepiłam tego jak rzep psiego ogona i nie śledziłam akcji. A dobry ten film. Szkoda, że mam takie skrzywienie, bardziej bym go doceniła.
I mnie przygnębił, a czy ja muszę powiedzieć, że w obecnym moim rozedrganiu, tego nie potrzebuję? Do tego wcześniej oglądaliśmy Gorejący krzew, trzy odcinki jednym ciągiem. Ten to dopiero dół jak kanion Kolorado, ale świetny i nic mi nie przeszkadzało, czyli już taki świr to nie jestem.

No nic, jutro zakupy w sklepie polskim, to muszę się wziąć w garść i zrobić listę potraw.

sobota, 27 października 2012

Fimowanie niekotrolowane czyli jak mnie załatwił boski Leo

Wczoraj wieczorem obejrzałam na TVN 'Wyspę Tajemnic' i całą noc śniłam o tym, że nic nie jest takie, jak się wydaje. Nie widziałam wcześniej tego filmu, bo nie lubię boskiego Leonardo, ale bardzo mnie wszyscy namawiali na ten film, skoro go TV zapodała bez mojego starania się, to pomyślałam, czemu nie?
Nie wiem, czy go wiedzieliście, nie chciałabym zdradzić treści, bo jest zaskakująca i trzyma w napięciu, pod warunkiem, że się to ogląda pierwszy raz, ja w każdym razie mało zawału nie dostałam, bo ja straszny strachajło jestem, a do tego dzieje się to w domu dla obłąkanych, a właściwie wyspie dla chorych psychicznie, jakby tego było mało, niebezpiecznych dla otoczenia, każdy z nich zrobił coś strasznego. Boski Leo w postaci agenta federalnego przybywa na wyspę i zaczyna się dziać.
Film mi się strasznie podobał, przy czym strasznie jest tu słowem kluczowym, haha. Nie oglądam horrorów, dla mnie to było wszystko, co ja mogę znieść, jeśli chodzi o straszenie. Dawno nie byłam tak nabuzowana podczas oglądania filmu. Nawet mi ten Leonardo nie przeszkadzał, chociaż go dalej nie lubię, tylko jakby już mniej.


Po filmie udałam się na spoczynek, który był całkiem zrujnowany snami - kalkami treści, a raczej szkieletu, czyli tej całej 'czy myślisz, że to co widzisz jest naprawdę tym, co widzisz?", przeniesionymi na moje własne strachy i demony. Obudziłam się rano i już nie wiedziałam, gdzie jestem? Dziwne uczucie, nie lubię takich snów, bo się cały dzień potem z nimi noszę.

Dzisiaj mam w planie prasowanie, fascynujące zajęcie biorąc pod uwagę, że tam moi blogowi koleżanki i koledzy szusują między regałami w poszukiwaniu okazji, spotkań z pisarzami i planują wspólne wyjścia. Szlag mnie trafi jaśnisty jak nic.
O krakowskich targach książki oczywiscie ta mowa.
Sprawę ratuje fakt, ze mam do obejrzenia 4 odcinki Downton Abbey, dwa Czasu Honoru oraz 4 Mad Mana. Tyle prasowania to ja nie mam, ale kilka pewnie dzisiaj zaliczę.

Ręka mnie tak boli, że aż zęby zaciskam, nie wiem, co się stało, lewa tylko, czyli mniej używana i tak na końcu palców, dziwnie. Od razu mi się przypomina, jak moja mama mówiła, że mam coś zrobić, bo ją ręce bolą. Wściekałam się, bo ją wiecznie ręce bolały, ale się na nic nie leczyła. Teraz ja to mam, ale się nie przyznam. Biorę leki przeciwbólowe i robię swoje. Nie będę dzieci szczuła rękami. Posprzątałam sobie wczoraj i dziś przyjemne filmowanie z żelazkiem w ręku. Nawet to lubię. Dziwne, ale tak.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Przyszła kryska na Matyska, piłka była wielce pożądana, a łodzie też odchodzą na emeryturę

W tym wypadku Matyskiem jest mój ząb o imieniu szóstka dolna lewa
Ale mam jazdę. Najpierw lekko bolał mnie ząb. W ogóle nie jestem do tego przyzwyczajona, bo w miarę na bieżąco mam sprawdzaną paszczękę i nigdy nie doprowadzam do tego, żeby ból. Najpierw myślałam, że go czymś uraziłam, może mi coś wlazło, więc się pastwiłam niciami  i innymi sprzęciorkami, żeby ewentualnie usunąć problem. Po dwóch dniach jednak musiałam pogodzić się z faktem, że dentysta mile widziany i jakoś się dostałam, chociaż u nas bez umawiania się jest ciężko.
No i co, ząb Matysek idzie precz jutro. Z rana mam się stawić na egzekucję. On był kiedyś tam dawno leczony kanałowo, na zasadzie kupienia mu kilku lat, wytrzymał coś ze 12 albo trochę więcej.
O mamusiu, jak ja się boję.
Z bólem zawalczyłam przeciwbólowymi jak dla konia, z zapaleniem antybiotykiem, chodzę skołowana, bo te leki są mocne i czuję się trochę jak na haju, ale najbardziej boję się jutro tego rwania, bo to ząb z tyłu, korzenie poza tym na zdjęciu objawiły się pozawijane czy coś tam, będzie m-a-s-a-k-r-a, do tego ja się nie najlepiej znieczulam.
O Bożeńciu litościwy, ratunku.
Panika
A tak w ogóle to nic wielkiego się nie dzieje, bo jak boli to wszystko wisi. Rozumiecie co mam na myśli.
Ale poczułam się w obowiązku i upiekłam ciasto na piknik sobotni, gdzie sprzedawaliśmy wypieki i dochody poszły na naszą polska szkołę. Najpierw myślałam, że nie dam rady, ale antybiotyk i 'haj-tabletki' zdziałały cuda i wprawdzie przepis widziałam podwójnie, ale jakos do pieca blachą trafiłam.
Dzisiaj spacer, bo wiadomo, ta ostaaaatnia niedziela z zębem szóstką, trzeba się pocieszyć.
Mąż znalazł boję gumowa i bawili się z Franciszkiem traktując ją jak piłkę. Franek się zakochał, nie odstępuje jej na krok
Najpierw chwilę grali, ale mąż zdecydował iść do domu i piłkę-boję położył na stole, Franek postanowił jej popilnować, jednocześnie spoglądając w stronę domu w oczekiwaniu na powrót pana



No i się doczekał, rzucanie, szczekanie, radość wielka, gra w piłkę nigdy się Frankowi nie nudzi


Tyle, ze u niego powinno to się nazywać gra w piłkę zębową, a nie nożną, bo stara się chwycić zębami i ją raczej nosić niż popychać nosem

 Pan do domu, piłka-boja na stół, tym razem Franciszek postanowił nie siedzieć pod stołem, podskoczył i znalazł się na, a co

 No to pan powiesił na karmiku, bo się bał, że Franek wreszcie zdoła przebić ją zębami, oj nie spodobało mu się to i szczekał głośno - piłko natychmiast schodz tu na dół

 A może uda mi się doskoczyć, jak na stół? O kurczę, chyba jednak nie


Spacerowałam po plaży, a raczej piasku, który podczas przypływu jest dnem oceanu przy brzegu i wdychałam intensywnie powietrze. Nie wiem dlaczego zapach wody przywodził na myśl deszczowe dni w Koszalinie za moich młodzieńczych lat. Skąd to porównanie, powiedzieć nie umiem. Właściwie to ja lubię deszcz, byle by nie zacinał złośliwie za kołnierz, nie budził dreszczy, czyli taki letni, albo jak człowiek przygotowany i ma parasol i odpowiednie odzienie. W tym miejscu stoją wraki łodzi rybackich, akurat dobry klimat przed wieczornym seansem filmu Miasto z morza, na podstawie powieści Fleszarowej-Muskat 'Tak trzymać'. Oglądałam sobie te łodzie z bliska, myślałam o tym, jak to ludzie kiedyś na nich zarabiali na życie, jak trudzili się przy połowach, opierali złej pogodzie i zdradliwemu wichrowi, tęsknili za dziewczyną, która czekała w porcie. A teraz stoją takie bezużyteczne i bez duszy, smutne, ale dumne.


niedziela, 15 lipca 2012

Daj mi nogę, daj mi nogę, daj mi nogę...


Ja ci nogi dać nie mogę, dać nie mogę... tarara tarara.
Cały dzień chodzę i to spiewam pod nosem. Rano włączyłam telewizję, bo się okazało, że mi w mp3 bateria siadła i podczas sprzątania nie mogłam książki słuchać, a nie lubię jak jest cicho w domu. No, nie lubię i już. Muzyki słucham ostatnio dosyć dużo, ale nie mogłam tym razem włączyć, bo syn na górze swoje piosenki puszczał. Na moje nieszczęście akurat zaczynał się na Jedynce serial Dom. To jest chyba najlepsza nasza produkcja. Za każdym razem, kiedy go nadają, a to przecież co roku, jak nie częściej, wydaje mi się, że już mnie nie zainteresuje, a kończy się zwykle tym, że przysiadam na półdupku i oglądam cały odcinek, ba, mało tego, śledzę kolejne. I tym razem nie było inaczej, zamiast odkurzać, siedziałam z zestawem ścierkowo-pędzelkowo-miotełkowym i przeżywałam, jakby to było moje pierwsze tego serialu doświadczanie. Doprawdy nie potrafię tego wytłumaczyć.
Ale to nie koniec, kiedy zdenerwowana opóźnieniem w porządkach, zerwałam się do roboty (to już Domu napisy były), podczas czynności okołopilotowych, czyli krótko mówiąc czyszczenia wokół guzików patyczkiem do uszu (kurczę, skąd się tyle brudu tam bierze), przełączyło mi się na Dwójkę, a tam 'Daleko od szosy'. I w tym przypadku siedziałam jak przyklejona do ekranu, a do tego dołączył do mnie mój syn i też się oderwać nie mógł. Imaginujecie to sobie? To, że kobita 40+ ogląda to jeszcze normalne, ale że 16-latek śledzi za zainteresowaniem losy Leszka, to już chyba nieczęste.
Trochę mu musiałam tłumaczyć różne rzeczy z tamtej rzeczywistości, ale jak widać historia chłopaka z małej wsi, który miał marzenia, trafia do ludzi nie tylko pamiętających tamte czasy i serial. Miłe rodzinne przedpołudnie spędzone na wspomnieniach (ja) i odkrywaniu czegoś o kraju swojego pochodzenia (syn).
Coś dzisiaj chora jestem, chyba grypa żołądkowa. Mdli mnie, skurcze żołądka, a przede wszystkim strasznie słaba jestem. Ale chorować to ja nie umiem. Bo nie tylko posprzątałam, ale i prasowanie odwaliłam, niewielkie, ale jednak. Już mnie denerwował kosz i deska w pokoju, a stały tam od kilku dni, od czasu, kiedy mi nagle, bez uprzedzenia, w połowie prasowania wielkiej góry ciuchów (jak zwykle wtedy oglądam sobie seriale lub filmy i wcale mi się nie nudzi, nawet to lubię) przestało działać żelazko. Bezczelność. Małżon rozebrał, ale je zaraz ubrał i powiedział, że skończyło się i już nic z niego nie będzie. Kilkanaście lat bezawaryjnej służby, miało prawo. Jak ja nie lubię kupować nowych sprzętów do domu wtedy, kiedy mam takie, z których jestem nad wyraz zadowolona! Na dodatek nie bardzo mam teraz pieniądze na nieprzewidziane wydatki, na przewidziane też nie J
Tego dnia i tak miałam jechać do gminy, to od razu wpadłam do kilku sklepów pooglądać nowe żelazka i ewentualnie kupić. Miałam skitrane trochę grosza, widać tam na górze już było od jakiegoś czasu wiadomo, że mi sprzęt walnie. Moja prababcia Michalina zwykła mówić, ze jesteśmy za biedne, żeby kupować byle co. Mam zakodowane, że jak coś do domu, to ma być dobrej jakości, bo wtedy mi dobrze służy. Poprzednie żelazko to był Azur Philipsa. Tym razem postanowiłam, że pozostanę przy tej marce, po obejrzeniu katalogu Argosa ze zdziwieniem skonstatowałam, że Azury są nadal produkowane, nawet w kilku wersjach, a dodatkowo okazało się, że w Argosie jest wyprzedaż i to, które mogłoby być, kosztuje połowę ceny. Ale było też inne, niestety nieprzecenione, ale za to najnowsze z automatycznym stand-by, parą typu Ionic , cokolwiek to znaczy i innymi wodotryskami. Moje serce było za tym nowoczesnym, ale to w ofercie było niewiele inne, a całe pięć dych tańsze (euro nie złotówek). Pomyślałam, że jednak bez przesady, żelazko to żelazko, w końcu nie podtrzymuje czynności życiowych, a pięćdziesiątak drogą nie chodzi i wzięłam jednak to tańsze. Dumna byłam z tej bohaterskiej decyzji.
Oto moje stare białe, odchodzi na emeryturę, a niebieskie wchodzi na zastępstwo. Powinnam się cieszyć, ale jakoś mi smutno, lubiłam tego mojego staruszka, poręczne było i wyjątkowo dobre




Dzisiaj postanowiłam wypróbować. Odłączył mi się przedłużacz z gniazdka i zanim się zorientowałam, że to było przyczyną awarii, myślałam, że mi ono przestało w połowie prasowania działać, zdążyłam się wkurzyć, posłać kilkanaście ch… (to jest h czy ch bo nigdy nie wiem?), k… i innych bardziej wysublimowanych hm hm, o ile można o nich tak powiedzieć. W każdym razie przypomniał mi się serial IT Crowd, gdzie panowie od komputerów zawsze zadają pytanie czy wtyczka jest dobrze osadzona w gniazdku i czy pani próbowała  wyłączyć i włączyć sprzęt, schyliłam się i okazało się, że ‘ojej, jaki pan mądry’ wtyczka. Bo to zawsze jest coś w tym rodzaju, haha.
Powiem tylko, ze uwielbiam żelazka Philipsa. A przy okazji ze zdziwieniem zauważyłam, że większość moich różnych sprzęciorków jest Philipsa, niezamierzenie zupełnie. I telewizor, i mp3, i oba dvd (jedno z nagrywarką i dyskiem twardym), dziwne, bo nie firma, a za każdym razem parametry, decydowały o wyborze każdego z nich. Widać, że nam z Philipsem po drodze.
I żeby nie było wątpliwości oświadczam, że nie jest to wpis w żaden sposób sponsorowany i linkowany.  Po prostu dzielę się z Wami swoimi obserwacjami, dlaczego nie mielibyśmy tego robić bezinteresownie?

P.S. Wpis ukazuje się dzisiaj, chociaż napisany wczoraj, internet mi padł i dopiero teraz udało nam się naprawić



poniedziałek, 5 marca 2012

Nic z tego nie rozumiem, ale może piosenka mi pomoże?

Skończyłam pierwszy etap miesięczny odchudzania i od razu zaczęłam od nowa cały program. Można tak. Mam dużo do zrzucenia, więc pomyślałam, że dobrze mi zrobi ta powtórka. Chwaliłam się, że zrzuciłam 10 kilogramów po dwudziestu kilku dniach. Ale od tego czasu, a to juz ponad dwa tygodnie, nie ubyło mi nic, ani jeden do tyłu. A jem tak jak jadłam, czyli wszystko według menu z książki. Czasem może kostkę czekolady czarnej, ale wcześniej też mi się te kostki przydarzały.
Ostatnio miałam trochę pracy siedzącej, terminy goniły, nie ruszałam się za wiele, chyba, że do słownika na półce. I z psem na spacery, jeśli nie padało. Ale to i tak nie powinno być tak mało, bo wcześniej lało ponad dwa tygodnie i nie uprawiałam sportu, więc bez przesady, zmiany wielkiej to nie wprowadziło.
I wiecie co, podupadam na duchu. Nie, nie rzuciłam się na jedzenie, nie zajadam, ale mam w sobie chęć na więcej, poczułam już jak to jest, kiedy spada waga i człowiek czuje się lepiej, ale już nie mam siły utrzymywać dobrego nastroju, kiedy wyników mojego działania nie ma. I nie chce mi się juz jeść jogurtów z otrębami, kurczaka i ryby. Dzisiaj wstałam i pomyślałam, że może po prostu nie jeść nic. Bo wracać do objadania się smakołykami i do poprzedniej wagi nie zamierzam, ale z drugiej strony już nie mogę patrzeć na to, co mi wolno. Martwi mnie to, bo od takiego myślenia krok do zaburzeń jedzenia, nie chcę wchodzić w skrajności.Poza tym mam naturę zadaniową, nie lubię przegrywać, a tu i jedno, i drugie mi szwankuje, bo ani wyników, ani nie mogę powiedzieć - melduję wykonanie zadania panie prezydencie.

No, dobra, nie będę wam już nudzić.
Widziałam wczoraj Prawo Agaty. Podobało mi się. Potrzeba mi rozrywki i wcale się nie wstydzę, że oglądałam to, czy Przepis na życie. Wprawdzie Agnieszka Dygant ma tak wielkie usta, że się nie mogę skoncentrować na tym, co mówi, ale gapię się, jak nimi rusza, ale mi przejdzie, haha.
Weszłam na stronę, zobaczyć, jak się to będzie rozwijać i uderzyły mnie komentarze. Wiem, słyszałam, ze internet jest wylęgarnią frustratów i chamstwa, ale nie bywam na onet forum i innych forach też nie, więc tego nie doświadczyłam. A właściwie raz zajrzałam, w związku z jakąś dyskusją, dowiedziałam się, że jestem szmata, która wyjechała czyścić kible do Irlandii i dość mi było.
Inna rzecz, że jak człowiek chwyci okiem jeden komentarz, to chyba w ramach przydziału dziennego masochizmu, musi przeczytać ich kilkanaście, zanim zrejteruje. To, co ktoś tam wypisuje o biednej aktorce, o tym, że brzydka, ze ma nogi krzywe itd woła o pomstę do nieba. Skąd w ludziach ta potrzeba robienia komuś przykrości? Wypowiadali się prawnicy, że nieprawdziwy, bo w Polsce po sali sądowej się nie spaceruje na przykład. Wiecie co, jak ja oglądam seriale, to mam w nosie, czy się po sali spaceruje czy nie, to nie jest film instruktażowy dla pierwszego roku prawa. Jeśli dla dramatyzmu sytuacji potrzeba taka, że ktoś spacerował, to niech. To samo tyczy się seriali w szpitalach - nie mam zielonego pojęcia, jak się intubuje i nie oczekuję od serialu instrukcji w tym względzie.
Panowie prawnicy - więcej dystansu by się przydało.
W tym serialu jest świetna muzyka. Mam do Was prośbę, strasznie podoba mi sie piosenka z czołówki pierwszego odcinka, akurat tu też jest w tym zwiastunie na samym początku, niech mi ktoś pomoże ją zlokalizować, kto zacz i co zacz, bo mam zamiar sobie ją puszczać na dzień dobry.
Bo w pierwszym odcinku Agata przekrywa rozgrywkę z życiem i robi to naprawdę z klasą, a ta piosenka lecie jeszcze wtedy, kiedy jest na topie i tak mi się skojarzyła. Tez zaczynam przegrywać jedną z partii, w tym wypadku to moje nieszczęsne odchudzanie wymyka mi się z rąk. Możecie się ze mnie śmiać, ale ja tak strasznie chcę, żeby mi się udało, wiadomo tonący piosenki się chwyta :-)



A serial polecam, można się naprawdę odprężyć przy kawie.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Jacek i Barbara - zakochana para

Tak mąż śpiewa, kiedy przechodzi korytarzem i widzi nasze nowe nabytki.  Martwie się, bo musiałam się zadłużyć na swój. Jego rower kupiliśmy  na Bike to work scheme, czyli dostał z pracy czek, a w cotygodniowych ratach, przez rok będzie ten rower spłacał, bez odsetek i przed opodatkowaniem, czyli trochę dodatkowo zaoszczędzi. A i spłacaniem nie musi się martwić, powolutku może.
A oto mój rower z bliska.




Cieszy się, że w tym roku będziemy szusować po drogach razem. Szusować jak szusować, chyba na wyrost powiedziane, ale przyznam, ze kiedy podchodzę do mojego niebieskiego ptaka, czuję mrowienie w stopach, nie mogę się doczekać powrotu na rower. Po tylu latach, pewnie pojeżdżę 15 minut i mi tyłek odpadnie. Trzeba się jakoś z powrotem wciągnąć w to jeżdżenie.

A oto moja niedzielna niespodzianka. Tosia, moja biblioteczna kuleżanka lat trzy, narysowała dla mnie rysuneczek, mój portret. W spodniach, bo ja zawsze w spodniach jestem i włosy mają taki kolor jak moje. Piękna pani ze mnie na tym obrazku. Zdjęcie nie za dobre, bo u mnie lodówka w ciemnym miejscu stoi.
Tosia zawsze mnie obejmuje na powitanie i się do mnie przytula. Fajnie sobie przypomnieć, jak to jest z małym dzieckiem, bo moje to wielkoludy już :-)


Wczorajszą noc zarwałam na Oskary, moje wrażenia na Notatkach Coolturalnych

wtorek, 24 stycznia 2012

Ach te seriale

Voluś, czyli kucharz duży zaprosił mnie do zabawy, której celem jest wymienienie ulubionych seriali i zaproszenie do zabawy innych.

  ZASADY ZABAWY:
1. Opublikuj u siebie na blogu logo taga.
2. Napisz, kto Cię otagował.
3. Zaproś co najmniej 5 innych blogów
4. Wymień i opisz kilka swoich ulubionych seriali


Mam problem, bo ulubionych mam więcej niż pięć, ale niech będzie wybiórczo:

1. Lark Rise to Candleford, ale to jest tylko przykład, bo uwielbiam kostiumowe, szczególnie spod znaku BBC - Cranford, Downton Abbey i ostatnio Call the Midwife


2. Grey's Anatomy, w ogóle te dziejące się w szpitalach, House'a,  Private Practice, ER, nawet Na dobre i na złe

3. Frasier, humor jaki lubię

4. Father Ted, dzieje się w Irlandii, a bohaterami są księża. Pewnie dlatego nigdy w Polsce nie nadawali, a śmieszny jest jak mało który


5. Tu miałam problem, bo chciałam też na tej liście jednego serialu rosyjskiego i padło na Moskiewską Sagę, ale walczył on z Brygadą. Sama nie wiem, który bardziej ulubiony.



Do zabawy zapraszam:

Bigosową
Rowenę
Wandę
Fidrygaukę
Sielankę