Pokazywanie postów oznaczonych etykietą time management. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą time management. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 marca 2014

Norton i Lwy uratowały tydzień

Ależ miałam ciężki tydzień. Niby nie cały, bo poniedziałek to u nas przecież dzień św. Patryka, więc wolne, ale wtorek zaczęłam z przytupem - dwunastogodzinnym dyżurem w domu opieki, gdzie mieszkają moi podopieczni z dziennego centrum. W ten dzień nie działał transport, musieli zostać w domu, a tam mieli znowu problemy kadrowe i spytali, czy bym nie chciała pomóc. Co miałam nie chcieć. Szkoda tylko, że nie związane to było z pieniędzmi, tylko godziny mam do odebrania, jak będę potrzebowała, to nie przyjdę do pracy i tak mi oddadzą. A niech tam, przecież gdybym nie polazła, moje ludziaszki by ucierpiały.
Nauczyłam się nowych rzeczy. Nigdy nie sądziłam, ze może to być ekscytujące, a jednak - wysadzania na toaletę ludzi na wózkach inwalidzkich, takich zupełnie nieruchawych (no może troszkę). To jest cała machina, zapinanie pasa specjalnego, potem podczepianie pod taki przenośnik i cała operacja w te i z powrotem. Jeszcze kilka miesięcy temu krzywiłabym się na samą myśl, a teraz rwałam się do pomocy. Życie jest dziwne.
Ugotowałam im też obiad, na kilkanaście osób to nie przelewki, ale dałam radę. Potem jeszcze zrobiłam pizzę domową dla załogi pracującej tego dnia. Ani się obejrzałam, dzień zleciał. A ja leciałam z nóg. Ledwo do domu doszłam, padłam. Nie przyzwyczajona jednak jestem.
Na drugi dzień nagłe tłumaczenie też dla osoby z niedostatkami umysłowymi, znam i lubię, więc przyjemność, ale dojechać trzeba było godzinę w jedną stronę, usypiałam.
Potem znowu niezwykła zajętość w centrum, aż do wieczora byłam na nogach.
W piątek sprzątanie u siebie w domu po pracy i wieczorem wyjście na pożegnanie bibliotekarki, która przechodzi na emeryturę wcześniejszą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że zmienili godzinę tego spotkania i mnie nie powiadomili, a to dziewczyny z mojego klubu książki. Szlag mnie trafił, bo mordą cały dzień po podłodze jeździłam, żeby szybciej, zorganizowałam kwiaty, ubrałam się i pocałowałam klamkę. Foch.
Dzisiaj cały dzień prasowanie. Trzeba czasem nadrobić. Ale nie narzekam, bo miałam okazję obejrzeć nagrane odcinki talk show Grahama Nortona. Cóż za uczta. On ma zawsze wspaniałych gości, jest śmiesznie, bez zadęcia i zupełnie inaczej niż w polskich programach. Dlaczego my tak nie potrafimy? Wojewódzki, zakochany w sobie amator szkolnych tenisówek, to jest raczej show o nim, czasem przerywają mu bezczelni goście, po co oni w ogóle przyszli? A, no tak, ktoś musi lustro trzymać.
Brak mi takiego programu u nas.
Jestem zapędzona, zmęczona, chyba lekko przeziębiona, ale nie jest źle. Podczas jazdy i sprzątania dosłuchałam do końca Lwów STS-u, tak mnie ta lektura nastawiła pozytywnie, uciszyła, ugłaskała treścią, bardzo polecam. O niej TU
A a nagrodę obłędnie pachnie mi taki pięknisty hiacynt na biurku.


wtorek, 24 grudnia 2013

Taka jestem, proszę pana, rozchwiana jak ta pogoda, czyli opowieść podręcznej

Całkiem jestem jak nasza aura - zawiana w nogach, czyli nie całkiem równo stoję.
To nie mój czas zdecydowanie. Nie wiem, czy to coś nowego, czy mi się ten balans wyłączył z powodu stresu, a raczej napięcia spowodowanego zbyt dużym chceniem zrobienia wszystkiego na czas i jak najlepiej, ale w głowie mi się kręci, od ósmej już mi się oczy zamykały, a jeszcze tyle było do zrobienia. Miałam taki kryzys o dziewiątej, że musiałam w ulewę wyjść z domu na chwilę, bo myślałam, że przytomność stracę. Aż się przestraszyłam.
Cały dzień miałam jakiś do kitu. To znaczy atmosfera fajna, z dzieciskami w kuchni, Michalina robiła jedno ciast, a ja zawalczyłam z tortem chałwowo-kawowo-wiśniowym. Nie wiem, czy ten przepis ze strony wprawdzie zaufanej, ale nigdy nic nie wiadomo, jakiś trefny, niesprawdzony, pisany na kolanie, czy ja do kitu całkiem dzisiaj, ale nic mi się nie kleiło z tym ciastem. Na szczęście biszkopt czekoladowy do tortu wyszedł, ale wykorzystałam doświadczenie z innych przepisów, więc nie mogę pochwalić, że to zasługa tego.
Potem mi podpadło, że autorka kazała rozpuścić mąkę ziemniaczaną we wrzącym kompocie, toż to każdy wie, chyba, że całkiem początkujący, że tak się nie da. Czujna się zrobiłam jak Wasilewska, ale nie na tyle, żeby jednak zamienić mąkę ziemniaczaną na kukurydzianą (która daje piękniejszy pobłysk masy wiśniowej i jest ona mnie kisielowata, a bardziej galaretkowata). Potem mi się zważyła śmietana chałowo-kawowa. W mig. Ani się nie spotrzegłam, miałam breję w grudach. Ręce mi opadły.
Stwierdziłam, że straciłam 'modżo' do gotowania i teraz wszystko mi nie wyjdzie. Jak przekrajałam biszkopta na blaty do tortu, to mi ręce latały. Całkowicie straciłam pewność siebie w kuchni, do tego stopnia, że zrobiłam drugą śmietanę potem, ale mało brakowało, a bym ją przebiła (nie zdarza mi się to, a teraz proszę), potem poprosiłam córkę, żeby zrobiła polewę na tort typu 'ganache' czyli śmietanka z czekoladą w niej rozpuszczoną, bo ja już nie wierzyłam, ze dam radę.
Mąż dokończył rybę po grecku, zrobił w galarecie, nasmarował mięsa, ja już tylko za podręczą robiłam.
I się kiwałam jak kiwaczek jakiś, tak mi się we łbie kręciło.
Do kitu.
Do tego dostałam kartki, a sama ich nie wysłałam prawie wcale, tylko kilka, bo po prostu nie miałam siły biegać, kupować i wysyłać, z tym przeziębieniem i balansem, co był do bani. Aż szkoda, że nie na bani :-)

Zobaczymy jak będzie jutro, czeka mnie wykończenie domu, ubranie stołu, upieczenie chleba i jakieś tam pomniejsze sprawy. Obym nic nie schrzaniła.

Mimo to fajnie jest, tylko żeby mnie przestało w głowie kręcić i mdlić.

Oczywiście Wesołych Świąt Wam życzę!

sobota, 30 listopada 2013

What shall we do with the drunken sailor?

Ależ kołowrót. Mam nadzieję, ze przyszły tydzień będzie spokojniejszy, bo dwa ostatnie dały mi się we znaki.
Najpierw okazało się, że dziewczyna, która gotuje dla naszych podopiecznych ma chorego tatę i musiała nagle wziąć wolne. Nagle, to znaczy o godzinie 9tej rano dowiedziałam się, że gotuję dla 20 osób i obiad musi być gotowy na 12tą. Następnego dnia powtórka z rozrywki.
Miałam zakupy zrobione, bo ona jest bardzo zorganizowana i nie ma tam żadnych dróg na skróty ani na żywioł. Gotować umiem, ale dla tylu osób nigdy tego nie robiłam. Wprawdzie byłam raz pozostawiona na dwa dni, ale wszystko było przygotowane i omówione, a teraz to po prostu ratuj się kto może.
Indyk pierwszego dnia. Dwie duże piersi. Nie bardzo umiem gotować jak dla 'chorych na żołądek', w sensie nie dawać soli, trochę ziół może. Zdrowo, ale mnie zaraz zaczęły ręce świerzbić, żeby coś dodać. No i wymyśliłam, ze jak czosnek można, zioła też, soli nie bardzo, może trochę pieprzu, to wymieszam to wszystko w odrobinie oleju i natrę indyka. Ale pyszny wyszedł, a jakie gravy! No, ale przypomniało mi się, że Dżina bezglutenowa jest, i co teraz, czy olej rzepakowy, nawet w ilości dwóch łyżek czy trzech, jest ok? Telefon do dietetyczki, bo ryzykować nie mogę przecież, ale na szczęście się okazało, ze nie zostanie dziewczę bez obiadu, bo można jej to podać.
Drugi dzień już był łatwiejszy, bo ryba i ziemniaki.
Ale stres i tak, żeby na czas, żeby nie pomieszać, kto bez protein, kto bez glutenu, kto nie lubi marchewki, a kto je bez sosu. I że do tej ryby w ogóle ma być sos, kto by pomyślał. Bez sosu ani rusz.
To była końcówka zeszłego tygodnia, a ten od początku wrzucił mnie w szalony wir - jak nie wizyta syna w szpitalu (po dwóch latach czekania na konsultację), to tłumaczenia, potem wizyta męża na inwazyjne badanie, do którego musiał się przygotowywać prawie cały tydzień, więc przypomnieć o lekach, o saszetkach, o niejedzeniu, potem nawet o niepiciu, znowu tłumaczenia i praca cały czas normalnie. Tak się ciesze, że już piątek wieczór.
Ale żeby tego było mało, mam vertigo czyli zawroty głowy spowodowane zapaleniem błędnika czy jakoś tak, w każdym razie od poniedziałku jestem na lekach i mogę sobie śpiewać
What shall we do with the drunken sailor




Czuję się jak na statku, a najgorzej kiedy leżę w ciemności w łóżku, mam zamknięte oczy, ale i tak mi wiruje w głowie, mam wrażenie, jakby pokój tańczył. Można jakoś funkcjonować, ale trudno i mdli cały czas. Pod prysznicem stoję na rozstawionych nogach, jak nie przymierzając mój Franiu w wannie :-)
No, ale na chorowanie nie ma czasu, trzeba być twardym nie miętkim.
Dobrze, że z chłopakami wszystko w porządku, wizyty i badania nie wykazały niczego niepokojącego.

wtorek, 26 marca 2013

Mam nadzieję, że nie wyleję ciasta z kąpielą

Coś się ze mną niedobrego dzieje, jak tylko trzeba włączyć logistykę przedświąteczną lub przed-wizytową (kiedy ktoś nas odwiedza), włącza mi się guziczek-paniczek (od paniki niestety, a nie od małego pana). Kiedyś spokojnie opracowywałam plan działania i tyle. Teraz mam pustkę we łbie. Nie tam, że mało, że z pomysłów nie wiem, który wybrać. NIC!
Za to panika jak do Częstochowy pielgrzymką z Kołobrzegu.
Michalina zaprosiła gości, swoich znajomych. Cieszę się bardzo, bo ich lubię i naprawdę czekam na ich przyjazd. Ale jednocześnie chciałabym, żeby ktoś mi powiedział - catering przyjedzie w sobotę.
Nie dlatego, ze leń, że nie umiem, że nie mam czasu, a dlatego, że nie mam pomysłu na stół w ten czas.

Dzisiaj urodziny męża, wybranie ciasta (zwykle wiedziałabym tydzień wcześniej), to była niezła przeprawa, do drugiej w nocy wczoraj siedziałam, a i tak zmieniłam zdanie na pięć minut przed wyjściem na zakupy, na zupełnie inny sernik, totalnie inne produkty i do tego okazało się, że najlepiej gdyby się chłodził noc w lodówce, ale to już w połowie roboty, bo było na drugiej stronie wydruku. Zupełnie jak w tej komedii Koterskiego 'Nic śmiesznego', co Miałczyński wiezie ekipę filmową, bo za zakrętem ukazał się las - w scenariuszu, no to do lasu. A na drugiej stronie scenariusza było - las krzyży.
No to mam las krzyży.
A urodziny dzisiaj
A zakupy też dzisiaj
Zaczęłam o drugiej go robić
Nie dość, że w niedoczasie jestem, to źle ustawiłam piekarnik (bo w przepisie ma być bez termoobiegu, a u nas chyba nie ma takiej opcji) na znaczek, którego wcześniej nie używałam, upiekłam na tym ustawieniu spód, jakim cudem nie wiem, bo jak wstawiłam sernik w kąpieli wodnej (do cholery jasnej, kto to wymyśla?), to się okazało, że to wiatrak chłodzący, a nie grzeje. Jak ja kurna upiekłam ten spód się pytam?
Wyjęłam pływający sernik, w kąpieli wodnej, oł/eł, nagrzałam termoobiegiem, niech juz będzie, żeby tylko upiec jakoś, wsadziłam i nawet nie zaglądam. Jak znam swoje szczęście, to będę z nim walczyć do piątej nad ranem.
Zamrożę zjemy na święta :-)

Jak tak grzebałam w przepisach wczoraj, obejrzałam film polski 'Ki'. Dobry, ale jakoś mnie zmęczył. Wkurza mnie maniera Romy Gąsiorowskiej, chociaż gołym okiem widać, że dobra aktorka, musze się po prostu chyba do niej przyzwyczaić, bo jak widać, ona od tego pieszczenia w mówieniu nie odwyknie.
Poza tym te wszystkie skróty imion jak Ki, Pio, Go, Miko też mnie denerwowały, do tego stopnia, że się uczepiłam tego jak rzep psiego ogona i nie śledziłam akcji. A dobry ten film. Szkoda, że mam takie skrzywienie, bardziej bym go doceniła.
I mnie przygnębił, a czy ja muszę powiedzieć, że w obecnym moim rozedrganiu, tego nie potrzebuję? Do tego wcześniej oglądaliśmy Gorejący krzew, trzy odcinki jednym ciągiem. Ten to dopiero dół jak kanion Kolorado, ale świetny i nic mi nie przeszkadzało, czyli już taki świr to nie jestem.

No nic, jutro zakupy w sklepie polskim, to muszę się wziąć w garść i zrobić listę potraw.

wtorek, 25 grudnia 2012

Całkiem tak jak lubię

Udało się nie dać plamy, wszystkie potrawy wyszły znakomicie, objedliśmy się jak borsuki i musieliśmy wyjść na spacer, bo inaczej byśmy się nie dokulali do łóżek.
Oczywiście między zimnymi, a gorącym, rzuciliśmy się do pokoju rozpakować prezenty


Prawie trzy godziny pakowałyśmy je z córką. Chodziło o to, żeby najmniejszy drobiazg był owinięty w papier i żeby było dużo radochy z rozpakowywaniem. Może i jesteśmy stare konie, ale jednak jak dzieci, nigdy nie wyzbyłam się tej ekscytacji choinkowej i moje młodziaki mają to samo.
Książki pokazałam na Notatkach Coolturalnych, pod widać nimi kocyk, który dostałam na chłodne wieczory. Małżon mi uprał kiedyś mój ulubiony wełniany, który się skurczył do rozmiaru poszewki na poduszkę. Z córką uradzili i mi w Avoce kupiła w jego imieniu drugi. To się nazywa dyrektorska postawa - postanowiłem, wymyśliłaś, kupiłaś, wręczyłem. Nie ma to jak odpowiednie rozdzielenie zadań.

W tym roku wszystko było na spokojnie, w pewnym momencie spanikowałam, ale odrobina przesadyzacji nie zawadzi. Małżon mi pomagał, Michalina ciastowała, syn zmywał i kroił sałatkę, przynosił, donosił, chował, wyjmował - praca zespołowa i dużo śmiechu z odrobiną irytacji, bo jednak trochę się zmęczyłam wczoraj.

Ale jak dzisiaj siedzieliśmy przy stole, to mi od razu przyszło do głowy, że wcale mi nie żal tego czasu spędzonego w kuchni i na przygotowaniach. Jednak lubię klasycznie, tradycyjnie i nie dla mnie wyjazdy do Egiptu, nawet żeby to było all inclusive za dychę.

Pozdrawiam Was i mam nadzieję, że i u Was tak, jak sobie zaplanowaliście i wymarzyliście.

niedziela, 11 listopada 2012

Rozterki (z) ostatniej chwili



Kilka dni temu siedziałam nad podatkami. Co roku Revenue wysyła nam Form 12 dotyczący zwrotów podatków do wypełnienia. Taaa, niby o zwrot idzie, ale trzeba wpisać milion różnych informacji dotyczących dochodów z różnych źródeł, również zagranicznych, wynajmu lokali, mieszkania (również w Polsce) i tak dalej, a potem dopiero napisać, gdzie wydaliśmy, czy to na wynajem lokum dla nas, czy to za wywóz śmieci, usługi medyczne itp. Zestresowałam się, bo czekałam za długo z jego wypełnieniem, zostało mi kilka dni zaledwie, a tak sobie obiecywałam, że w tym roku będzie inaczej i na pewno zrobię to na kilka miesięcy przed terminem, a nie na ostatnią chwilę. Tak, tak, to nie pomyłka, na złożenie go w wyznaczonym urzędzie podatkowym mamy kilka miesięcy, aż do końca października. Tym większy wstyd, że tyle czekałam.
Wzięłam do ręki ten formularz, kilkanaście stron, ważę w myślach swoje możliwości w tym względzie, ale wreszcie dochodzę do wniosku, że jak to, ja nie dam rady? Otworzyłam, przeszłam przez PPS numery, informacje o dzieciach, kartach medycznych, łatwo nie było już na tym etapie, bo sprawa dotyczy roku poprzedniego i trzeba pamiętać, że dzieci wtedy jeszcze były wszystkie na naszym utrzymaniu, a i inne informacje mają być relatywne do 2011 roku, a nie do sytuacji obecnej. W tym momencie klęłam, że nie mam porobionych notatek dotyczących stanu na dzień ostatni zeszłego roku, ale cóż, mądry Polak po szkodzie, wszyscy to znają.
Schody zaczęły się już od strony czwartej, gdybym miała dochody z jednego miejsca, nie byłoby problemu, ale jak z wielu? Kurczę, gdybym była bardziej biegła w tych sprawach, na pewno bym wiedziała, kasy na doradcę podatkowego też nie mam, więc muszę jakoś sobie radzić. Raz kozie śmierć, najwyżej mi odeślą z adnotacją o konieczności poprawek, albo mnie wezwą do siebie w celu wyjaśnień. Na wszelki wypadek dopisałam elaborat na temat moich działań buchalteryjnych.
Wydawało mi się, że to już koniec przypadków Kasi na podatkowych dróżkach, ale to był dopiero początek. Niezbadane są meandry tax-formularzy.
Potem zaatakowali mnie odsetkami płaconymi przy okazji kredytów hipotecznych i na rozbudowę czy remonty domu. O Bogu, gdzie ja mam te papiery z banku? Dobra, może dalej, a potem wrócę do tego.  A dalej – pytania o konto oszczędności na emeryturę. Mąż coś takiego ma w pracy, ale czy to jest to konto, czy co innego? Gdzie to sprawdzić? Cholera, nikt u niego w biurze nie odbiera telefonu, nie dowiem się na czas. Na dodatek dokumenty od jednego z moich pracodawców okazały się być błędnie wypełnione, kwota była za duża, zorientowałam się poniewczasie. Wypełniłam z błędem, muszę wrócić po kolejny dokument, a nie wiem, czy dostanę go na tyle szybko, żeby zmieścić się w czasie wyznaczonym przez Revenue Office na oddanie formularza? Decyduję się na wizytę w biurze pracodawcy jeszcze tego samego dnia, ale była już trzecia, więc miałam tylko godzinę, to na drugim końcu miasta, a do tego ja nie mam samochodu. Tylko spokój, głęboki oddech, kilka oddechów, licz do dziesięciu – mówię do siebie i ubieram się wpychając dwie nogi do jednej nogawki spodni. Decyduję się zabrać psa, jak mam biec, to niech i on ma ‘bieżnię’, przynajmniej padnie wieczorem i nie będę musiała mu piłki rzucać. Ale gdzie jest smycz, gdzie są szelki? Wywalam wszystko z półki, jednej, drugiej, szafki na buty, z pojemnika na czapki i rękawiczki, diabeł ogonem nakrył. Pies już się pręży na podwórku, szczeka z niecierpliwością, a ja go zabrać nie mogę, bo luzem nie pójdzie, zwabiam go, więc do domu, zamykam, on wyje z rozpaczy, a ja biegnę i płaczę, bo mi go żal. Siebie też, żem taka głupia i wcześniej kwoty na zaświadczeniu nie sprawdziłam, a właściwej nie znam, tylko oni to mogą u siebie w systemie wyliczyć. Pomyślałam, że na skróty będzie szybciej, lecę więc na tyły szkoły syna, mając nadzieję przebiec na sago przez trawnik za salą gimnastyczną, a potem przejściem obok żywopłotu i już będę miała pół drogi za sobą. Dopadam przejścia, w tym roku bramę postawili i łańcuchami zakuli. Przejścia nie ma, jest mała dziura w płocie nieopodal, ale na boisku szkolnym pełno chłopaków, tego jeszcze brakowało, żebym synowi obciachu narobiła i się przez ten otwór pchała głową do przodu i tyłkiem w powietrzu. Wracam więc, całą tę drogę od nowa przebywam, mając w uszach słowa prababci – jak się spieszysz, ze skrótów nie korzystaj.  Mądry… Dopadam biura na pięć minut przed zamknięciem, z włosami dęba, czerwona na gębie i bez oddechu, żeby wyartykułować, o co idzie. Jakoś się domyślili i na następny dzień dokument przygotowali. Wiadomo, z wariatami się nie dyskutuje. Jeszcze tylko skontaktować się z kadrami męża, znaleźć papiery z banku, wiedzieć, gdzie to wpisać, kopie porobić następnego dnia, odpowiednie dołączyć do formularza, wysłać i z głowy. Uff.
Za każdym razem obiecuję sobie, że za rok będę już mądrzejsza i co roku to samo. Koniec z tym, za rok NA PEWNO będę mądrzejsza i wypełnię już w lutym. Prawie na pewno.

środa, 23 lutego 2011

Gdybym byla sportowcem, ale nie jestem

Gdybym jednak byla, przy tej ilosci treningu moglabym startowac na olimpiadzie.
Kursuje sie w kwestii - jak byc lepszym tlumaczem. W polskim jezyku okreslenie tlumacz dotyczy i tych, ktorzy tlumacza teksty pisane, i tych co zajmuja sie tlumaczeniem mowy, na zywo, czyli ktos mowi, tlumacz tez mowi, tylko w innym jezyku. Moze byc symultanicznie, czyli prawie rownoczesnie, z opoznieniem 5 gora 6 slow, ale 'consecutive' (jak to bedzie po polsku?) czyli najpierw mowi jedna osoba, a potem druga tlumaczy, na zmiane. W jezyku angielskim sa na to precyzyjne okreslenia, tlumacz slowa pisanego to Translator, a tlumacz mowiacy to Interpreter.
Na kursie obecnie skupiamy sie na tlumaczeniu na zywo.
Slow mi brak na okreslenie tego, jak jestem szczesliwa i zadowolona, ze moge uczestniczyc w takim treningu. Okazuje sie, ze jest to pierwszy raz organizowane w takim ksztalcie, tak rozbudowane i do tego na zamowienie panstwowe, zeby stworzyc panel tlumaczy profesjonalnych. Jestesmy troche krolikami doswiadczalnymi (zeby nie powiedziec szczurami), ale nic a nic mi to nie przeszkadza, nawet lepiej, bo mamy tez swiadomosc uczestniczenia w tworzeniu standartu dla przyszlych kursowiczow.
Robie dwa kursy jednoczesnie, co jest z jednej strony masakra, a z drugiej daje szerszy poglad na sprawe za jednym zamachem i jednak stanowi oszczednosc czasu i pieniedzy. To drugie chyba wazniejsze. Jest nas wiecej takich 'napalonych', ktorzy przyjezdzaja rano i wyjezdzaja w nocy, ale to wszystko jest tak ciekawe, ze czasu nikt tu nie liczy. Tylko, kiedy sie juz konczy, na chwiejnych nogach sune do samochodu, zeby jeszcze godzine spedzic na dojechaniu do domu. To juz trudniej zrobic, slucham wtedy glosniej muzyki i spiewam (ostatnio po francusku, chociaz nie znam tego jezyka), bo jestem tak zmeczona, ze sie boje, zebym nie zasnela.
W kazdej grupie, i tej rano i tej po poludniu, jest ponad 20 osob. Grupy sie roznia, jest kilka osob tych samych, reszta inna. I tak, mamy przedstawicieli Rumunii, Sudanu, Rosji (Syberii), Slowacji, Iraku, Bulgarii, Litwy, Lotwy, Francji, Hiszpanii, Szwajcarii, Etiopi, Kenii, Brytyjke, ktora tlumaczy na inne jezyki, Polakow oczywiscie najwiecej, na pewo zapomnialam o jakis narodowosciach, ale to pewnie jeszcze wyjdzie w innych notkach. Obie grupy, kazda na swoj sposob - fantastyczne. Ciekawi ludzie, z ciekawym doswiadczeniem, czasem totalnie roznym od naszego.
Nauczycielka jest Niemka, ma na imie Ulrike i mowi idealnym angielskim, bez niemieckiego akcentu. Zajecia prowadzi w zachwycajacy sposob, podpuszacza nas do dyskusji, szukania przykladow, odgrywania scenek, cwiczen roznistych i nie daje nam odpoczac intelektualnie ani na chwile. Jestesmy w ciaglej gotowosci umyslowej. Jedna sesja trwa 3 godziny bez przerwy, ale kawa, herbata w termosach, sconsy i woda sa tam caly czas, w kazdej chwili mozna sobie nalac filizanke, czy przekasic babeczke (sconsy to rodzaj babeczek, ktore sie smaruje maslem, dzemem, mozna tez bita smietana - na moja zgube sa zawsze swieze, pieczone tego samego ranka).
Potem mamy lunch, na ktorym siedzimy grupami, mieszanka kolorow skory, pochodzenia, religii, mozna by powiedziec wybuchowa, ale nic bardziej mylnego, wszyscy mowimy po angielsku i mamy wiele wspolnych tematow.
Na razie nie dostałam żadnej pracy domowej, ale wiem, ze przyślą nam mailem, więc wszystko przede mną.
A dziś w nocy przyjeżdża Kasia z Karoliną, moja koleżanka z Polski z córką, która jest moją chrześnicą. Ale się będzie działo :-)

sobota, 12 lutego 2011

Dzwonnik i pannica Julia stawiają mnie na nogi, chociaż garb tego pierwszego i mnie się udzielił

Ja Was proszę, niech któraś tu przyjedzie i mnie palnie w łeb! Na co mi to wszystko???
Na nic nie mam czasu, od tygodnia nie usiadłam wygodnie w fotelu, nie poczytałam ani książki, ani gazety, nawet nie jadłam porządnego obiadu, bo go nie ugotowałam, a chłopaki uznali, że sobie coś tam usmażą i git. Nie mogłam go ugotować, bo mnie nie było w domu. Ostatnio ze zmęczenia nie mogłam pół nocy usnąć. Masakra.
Po pierwsze praca, wiadomo, trzeba pracować, żeby żyć, więc nie ma co marudzić.
Po drugie kursy, z irlandzkiego, który jest cholernie trudny, nie moge zrezygnować. Im dalej w las, tym gorzej. Wszyscy są tak szczęśliwi, ze ja się go uczę, tak mnie chwalą, tak się rozwodzą nad tym, jakie to wyjątkowe i superowe, że mi wstyd powiedzieć, że mi się nie chce. Zresztą, może to przejściowe? Może wraz ze słońcem mi przejdzie ta niechęć?
Photoshop - bardzo chciałam, ale już widzę, że niewiele się nauczę. Duża rozbieżność wiedzy w grupie. Mam takich, którzy zapominają tego, czego się już nauczyli, a żeby nowy materiał wprowadzić ta wiedza jest potrzebna, wiec im się powtarza i... nie ma czasu na nowy material. Ja zwariuję.
Po trzecie - Konferencja Mediów. W czwartek od 11 do 4 pisałam w Letterkenny przemówienie. Musiałam tam dojechać, 2 godziny w tej i z powrotem. Jakieś zakupy - plus godzina. Czyli od 10 do 6 nie było mnie w domu. Wróciłam zmęczona i skołowana. A to przemówienie muszę jeszcze raz przepisać, uzupełnić, bo mam pomysł na nowy paragraf i się go nauczyć. W piątek cały dzień na tej cholernej konferencji i po co? Zmienię świat? Będę słynna i kochana? Będzie z tego praca? Wątpię. Ech, a takie fajne książki czekają w kolejce do czytania.
Chyba więcej uśmiechu i miłości miałabym z tego, że zostałam w domu i coś fajnego ugotowałam, a potem miałam czas usiąść z moimi chłopakami i niespiesznie zjeść. Bo na takich konferencjach, wiem z doświadczenia, ciekawych ludzi się nie spotyka, a jak tak, to i tak nie ma jak z nimi dłużej pogadać. Myślę, że korzyść społeczna jednak znikoma, a nieobecność w domu, nie do zastąpienia.
Nie to, żebym jakiś stary kapeć była, ale zauważyłam, że mi się życie rodzinne rozchodzi jak guma w starych gaciach, bo mnie nie ma, niedopilnowane, palenisko wygasło, chłopaki robią sobie jakieś kawalerskie jedzenie i w ogóle źle to wygląda.
A ja mam garba ze zmęczenia, jak ten dzwonnik z Notre Dame. Żebym jeszcze tak pięknie umiała śpiewać jak Garou. Wkleję tu, dla swojego relaksu i Waszego, jeśli znajdziecie cierpliwość, zeby tego posłuchać, piosenkę z musicalu Notre Dame de Paris. Zapoznała mnie z nim przyjaciółka Milena i od tego czasu jestem jego wielką admiratorką. Słucham płyty przynajmniej raz w miesiącu.

Drugą płytę z musicalu Romeo i Juliet, o którym też mi powiedziała milena, kupiła mi Blueberry. Albo na odwrót, już nie pamiętam. Dziękuję

Jak to zwykle bywa, kiedy już jestem przygięta do ziemi i na nic nie mam siły, muzyka stawia mnie na nogi. Od razu wynalazłam niezwykle energetyczny utwór z Romeo and Juliette i też wklejam. Posłuchajcie i Wy, najlepiej niezwykle głośno

piątek, 4 lutego 2011

Gdzie mój ogon?

Czy jeśli Wam powiem, że jestem tak zagoniona, że już własnego ogona nie widzę, to będzie coś nowego? No, nie, ale raportuję, że nic się w tym względzie nie zmieniło, a nawet robi się coraz szybciej i przez to widoczność mi szwankuje. Wiecie, jak w japońskim pociągu szybkobieżnym, świat zaczynam widzieć w rozmazanym stanie.
Wczoraj uczestniczyłam w comiesięcznym zebraniu Platformy Interkulturowej, nawet mi sie trochę nudziło, przez pół spotkania żałowałam, że tam w ogóle pojechałam, bo takie mam fajne ksiażki na tapecie, a tu siedzę i słucham pierdół. Ale potem mieliśmy spotkanie ze świetną babką z County Council, a jeszcze potem, ani się obejrzałam, jak mnie wybrali do reprezentowania platformy na Media Conference, na której to mam strzelić przemówienie, jak to media źle traktują obcokrajowców, źle o nas piszą i wpływają przez to na opinię publiczną, niepotrzebnie podbijając bębenek w tych trudnych czasach. No żesz ty, kiedy to się stało, kiedy oni to uradzili, że ja będę najlepsza? Przysnęłam chyba. Wprawdzie się wypowiedziałam dwa razy płomieniście na tym spotkaniu, ale emocje brały się bardziej z tego, że się kawy nażłopałam (jak nie wina, to kawy) i mi ciśnienie skoczyło, a temat rozmowy podwyższył adrenalinę i 2 do 2 = z iskrą (kofeinową) w oku coś tam powiedziałam. Po czym mi opadło i straciłam koncentrację, myśli zaczęły dryfować, i wtedy oni uchwalili, żeby mnie posłać. Na szczęście jedna taka Amerykanka, którą już od dawna chciałam bliżej poznać (wielka Murznka w stylu Woopie Goldberg), obiecała, że mi pomoże z przemówieniem. Ja chciałam improwizować, ale oni to wszystko na poważnie - napisać, timing ustalić, bo się trzeba zmieścić w czasie. Też mi coś, jakbym tam wlazła, to by mnie już, przed końcem fazy mówiącej, nie zdjęli. 
Dzisiaj wprawdzie nie pracowałam, tylko 3 godziny, ale było wiele zaległych spraw, zakupy do zrobienia, a to wszystko w akompaniamencie ulewnego deszczu i wichury, która teraz przechodzi przez nasz region. Buczy i wyje, że aż groza człowieka ogarnia. Zmokłam chyba ze 3 razy.
Do tego dałam ciała. Odebrałam syna ze szkoły, blisko ma, ale przecież nie będzie drałował w ten deszcz, w samochodzie miałam awizo na przesyłkę na poczcie. Niczego nie zamawiałam, żadne wydawnictwo się nie anonsowało z książką do recenzji, ale ja durna sobie wbiłam do łba, że to musi być coś w tym stylu. Wysłałam Wojtka. A on wyszedł z poczty z .... gitarą i wzmacniaczem w dwóch wielkich pudłach (kolega mu pomagał nieść), które były kupione w WIELKIEJ TAJEMNICY na jego urodziny. Jakbym miała saperkę, to bym się nią palnęła w czoło. Michalina mi wprawdzie powiedziała, że gitara jedzie, ale DHL-em, a to kurier przecież, nie sądziłam, ze na poczcie będzie czekać. Poza tym spodziewaliśmy się jej dopiero w przyszłym tygodniu. Teraz syn wie, że dostał gitarę, ale rozpakować nie pozwoliłam, niech czeka do 18-go, przynajmniej będzie ciekaw, jak wygląda.
Wieczorem kolejne lekcje photoshopa, wybrałam szybszy sposób na odchudzanie, za kilka tygodni będę wiedziała, jak zmienić zdjęcia tym programem i jak się 'odchudzić' o 20 kilo :-)  Czyż ja nie jestem genialna?