Upał, a ja chora od tygodnia. Do tego malowanie, o którym wspominałam.
Mamy już skończoną sypialnię i obie łazienki oraz kuchnię. Myślałam, że nasz pokój był najgorszy, bo duperele, książki, biurko itp, ale kuchnia to był dopiero sajgon.
Nawet nie malowanie, ale pranie zasłonek z 4 okien, prasowanie, mycie kafelków, szafek, przekładanie miliona muszli i kamieni, wydawało mi się, że mamy tylko kilka kwiatków, a tu cała masa doniczek mi się w oczach, w jednym miejscu zmaterializowała. Zwątpiłam, że kiedykolwiek to opanuję.
Ale skończyłam, przy wydatnej pomocy małżona, za co go kocham jeszcze bardziej, bo w takich razach pomaga mi bardzo.
Kolor w sypialni doprowadził mnie do rozpaczy, miał być szarawy róż wpadający w lawendę, ale w dzień jest raczej po prostu lawendowy, a w świetle lampek dopiero wpada w taki kolor, jaki lubię.
Na zdjęciu jest dopiero intensywny, ale aż tak nie wygląda, lampa go wzmocniła. Tak czy tak, nie lubię takiego koloru i nie taki miał być. Nic to, jakoś się przemęczę te dwa lata.
Kuchnia miała być łososiowa i jest, nawiasem mówiąc, stąd do Was teraz nadaję :-)
Inaczej wygląda w słońcu, inaczej wieczorem, co oczywiste, ale zawsze ciepło i słonecznie, o co chodziło. Pasuje do mebli brązowych i do zielonego kredensu, który stoi obok stołu.
Najważniejsze, że jest czysto.
To chyba ostatni rok, w którym dobieram kolory, następne malowanie to już będą tylko jakieś kremy i ecru, magnolia - swoją drogą chyba najlepszy, najbardziej popularny i najczęściej kupowany kolor wszech czasów (bardziej mi się podobało, kiedy prawidłowo było pisać wszechczasów).
Za dużo stresu z tymi kolorami, czy będą takie jak chcę, czy inny odcień? I jak żyć z takim, który mi nie pasuje? Wiem, są próbki, ale Crown ma je dosyć drogie.
U nas dzisiaj letnia pogoda, ostatni zbiór bobu. Będę jeść i czytać nową powieść Chmielewskiej 'Zbrodnia w efekcie', zawsze mi się z nią bób kojarzy, odkąd się dowiedziałam, że obie uwielbiamy go jeść.
Kabaczki w tym roku piękne, ale jak dla mnie mało, bo lubię
Szczególnie z indyczą piersią, pomidorami, cebulą i dużą ilością ziół, dodaję też ze dwa jabłka, takie to letnie danie, najlepsze w towarzystwie gnocci czy też swojskich kopytek.
Wcześniej pokazywałam Wam ogórki, jakie to piękne w tym roku mieliśmy, pierwszy raz takie. Zimno było na początku lata, więc małżon trzymał je w domu 'od ziarenek'. Miałam oranżerię przez miesiąc, haha. Trzy okna całkiem zarośnięte zostały. Ale ogórasy jak marzenie
Na dziś to tyle, idę dalej chorować kurczę. Gardło boli, kaszel, słabizna, a jeszcze wiadomości z Polski nie za dobre, więc tym bardziej mnie rozkłada, bo mi ze stresu odporność spadła. Mówię wam, podłość ludzka nie zna granic, jak się człowiek juz z tym zetknie, to z podziwu ciężko wyjść, jak to jest, że niektórzy wstydu całkiem nie mają na to, co robią.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytelnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytelnia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 września 2013
sobota, 3 listopada 2012
Śniadanie mistrzów z przeszkodami, a robota czekać nie będzie
Mój sobotni rytuał, o ile oczywiście jestem w domu, to kawa pita niespiesznie przy Drugim Śniadaniu Mistrzów na TVN24. Cały tydzień cieszę się na tę godzinę, kiedy to zaproszeni przez Marcina Mellera goście dyskutują o różnych zjawiskach i komentują to, co dzieje się w Polsce i na świecie.
I dziwnie akurat w tym czasie wszystko musi się dziać - dzwonią telefony, mąż rozpala w kominku i najpierw klęczy mi 'na telewizorze', a potrzebuje pomocy, pies wyje bo mu zabawka gdzieś wpadła - zwariować można.
Niezależnie od pory, czasem oglądam powtórki, zawsze coś się dzieje i mi przeszkadza. A jak program się kończy, telefony milkną, mąż znika w ogrodzie, pies zasypia na kanapie i panuje idealny spokój.
Plus taki, że teraz siedzę w pokoju dziennym przy kominku i się grzeję, pisząc do Was. Strasznie zimno się zrobiło, jakoś tak przenikliwie, do tego wilgotno i co by człowiek nie robił, nie może się ogrzać. My nie włączamy ogrzewania kaloryferami na cały dzień i noc, tylko na godzinę czy dwie. Gdyby trzeba było grzać non stop, poszłabym z torbami. Zresztą nie ma takiej potrzeby. Pod tym względem to w Polsce jest luksusowo, wiem, że mamy zimy bardziej mroźne, ale już teraz grzejniki grzeją na dyfer od rana do nocy w polskich blokach. Pamiętam, że mi było zawsze za ciepło, okna się otwierało, przykręcało grzejniki, a i tak było gorąco.
Gdybym nie miała tłumaczenia na cito, to bym teraz siedziała przy tym kominku z 'Korektami' Franzena, a tak, do pracy, do roboty!
A poza tym oszalałam na punkcie serialu Sherlock, tego nowego brytyjskiego. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, bo nie lubię historii Holmes-Watson, a tu taka niespodziewanka. Muzyka jest po prostu fantastyczna, nie mówiąc o samym serialu. A w niedzielę zaczyna się skandynawski na podstawie powieści Lizy Marklund, będzie uczta.
I dziwnie akurat w tym czasie wszystko musi się dziać - dzwonią telefony, mąż rozpala w kominku i najpierw klęczy mi 'na telewizorze', a potrzebuje pomocy, pies wyje bo mu zabawka gdzieś wpadła - zwariować można.
Niezależnie od pory, czasem oglądam powtórki, zawsze coś się dzieje i mi przeszkadza. A jak program się kończy, telefony milkną, mąż znika w ogrodzie, pies zasypia na kanapie i panuje idealny spokój.
Plus taki, że teraz siedzę w pokoju dziennym przy kominku i się grzeję, pisząc do Was. Strasznie zimno się zrobiło, jakoś tak przenikliwie, do tego wilgotno i co by człowiek nie robił, nie może się ogrzać. My nie włączamy ogrzewania kaloryferami na cały dzień i noc, tylko na godzinę czy dwie. Gdyby trzeba było grzać non stop, poszłabym z torbami. Zresztą nie ma takiej potrzeby. Pod tym względem to w Polsce jest luksusowo, wiem, że mamy zimy bardziej mroźne, ale już teraz grzejniki grzeją na dyfer od rana do nocy w polskich blokach. Pamiętam, że mi było zawsze za ciepło, okna się otwierało, przykręcało grzejniki, a i tak było gorąco.
Gdybym nie miała tłumaczenia na cito, to bym teraz siedziała przy tym kominku z 'Korektami' Franzena, a tak, do pracy, do roboty!
A poza tym oszalałam na punkcie serialu Sherlock, tego nowego brytyjskiego. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, bo nie lubię historii Holmes-Watson, a tu taka niespodziewanka. Muzyka jest po prostu fantastyczna, nie mówiąc o samym serialu. A w niedzielę zaczyna się skandynawski na podstawie powieści Lizy Marklund, będzie uczta.
poniedziałek, 24 września 2012
Gula w gardle, sraczka słowna, a w sercu żółto zielono.
Zmiana letnio jesienna mnie jakoś rozłożyła na łopatki. Od połowy września zdecydowanie czuć już jesień, powietrze jest ostrzejsze, słońca mniej, plucha (cóż za niespodzianka :-), a najgorsze, że to wszystko za wcześnie. Zwykle wrzesień jest piękny, ledwo dzieci postawią nogę za progiem szkoły, a natychmiast robi się ciepło, plażowo, pięknie po prostu. W tym roku babie lato nie przybyło. Szkoda.
Ma to też konsekwencje finansowe, bo grzanie musieliśmy włączyć wcześniej niż zwykle.
Poza tym 'gardło blogowe' mnie boli, mam gulę, chociaż wiele do powiedzenia, nie przechodzi mi. W ciągu dnia często myślę sobie - o, o tym koniecznie muszę napisać na bogu, podzielę się tą myślą, ciekawe, co dziewczyny na to, albo zapisuję na karteczkach o przepisach, filmach czy zasłyszanej myśli, którymi też koniecznie chcę się podzielić. A kiedy siadam do komputera, czas rozłazi mi się jak gacie z PDT, myśli wydaja się głupie i nie warte zawracania Wam głowy.
Poza tym mam wrażenie, że za dużo spędzam czasu przed ekranem komputera, do tego bezproduktywnie, niczego wiekopomnego nie wymyśliłam, ani nie stworzyłam, a naczytam się jakiś durnych wiadomości za stu. Książek mniej czytam, pod koniec dnia nie mam się czym pochwalić, nie mam z czego być dumna. A kiedy postanawiam zdecydowanie wyłączyć komputer i do niego nie zaglądać, okazuje się, że czasu jest dużo, dzień dłuższy jakby i tyle zrobione.
Przeczytałam w Wysokich Obcasach, że internet jest świetny i użyteczny, ale jednocześnie nie ma drugiej takie rzeczy, która jest w stanie przytrzymać cię kilka godzin w samych gaciach, gapiącego się jak sroka w gnat. Lubię swoje życie blogowe i internetowe, poznałam tu fantastycznych ludzi, ale muszę ograniczyć śmieciowe przeglądanie sieci, a do tego doszło, ze mam wrażenie, że nie panuję nad tym zupełnie. Już nie.
Córka ostatnio była, robiłam wpis urodzinowy, myślałam, ze zajęło mi to tylko kilkanaście minut, a córka powiedziała, ze jej przykro, bo ona przyjechała, ja tak gadam o tym, że tęsknię, a jak ona już jest, to ja z nosem w komputerze. Popłakałam się, bo miała rację. Chciałam być grzeczna, odpowiedzieć natychmiast na życzenia, zrobiło się z tego długie siedzenie z nosem w laptopie. Postanowienie mam takie, że muszę znaleźć złoty środek i pozbyć się tego uczucia, że mnie coś omija, kiedy mnie tu nie ma. Nie mogę stać się facetem siedzącym w pubie cały dzień, tylko dlatego, że lubię piwo i rozmowy z kumplami.
Pamiętacie, jak mówiłam Wam o bratanicach Jane Austen w Donegalu? Na Notatkach Coolturlanych jest fotorelacja z wizyty w domu, w którym tu mieszkały.
W Siedlcach w zeszły weekend odbył się festiwal Pióro i pazur, gdzie zjechały świetne pisarki, były nagrody, konkursy, spotkania. Smutno mi bardzo. Mieszkałam tam pięć lat i nic takiego nie było, ledwo wyjechałam, a tam zaczyna się dzieje. Nie dość, że lubię tam być, bo czas spędzony na Podlasiu był udany i szczęśliwy, więc tęsknię, za ludźmi też, nawet bardziej, a jak jeszcze tak sercu bliskie imprezy się dzieją, to ja juz w ogóle w rozpaczy.
Wczoraj był finał rozgrywek futbolu gaelickiego, taka odmiana piłki nożnej, ale bramka ma dwie tyczki na górze i tam strzały, między te tyczki, też się liczą, tylko mniej, do tego można, a nawet trzeba, chwytać piłkę rękami. Ten sport jest tu najbardziej popularny, ale uwaga, jeśli ktoś mysli, ze na tym można zarobić, to się myli. Od dziecka trenujący i trenerzy nic z tego nie mają, ze piłkę kopią. Trener normalnie pracuje, a w wolnym czasie zajmuje się drużynami. Na przykład ten, który doprowadził do finału i zwycięstwa drużynę Donegalu, jest nauczycielem WF w szkole. Bezpłatnie poświęcają wieczory, weekendy, swój czas i energię. Potem sponsorzy dają pieniądze na wyjazdy czy hotele, ale dalej chłopaki muszą zarabiać gdzie indziej. Nie ma kontraktów reklamowych, przynajmniej ja nie widuję, mieszkań, gratyfikacji, tylko pasja, oddanie drużynie i po prostu sportowy duch. Chłopaki wczoraj wygrali, pierwszy raz od 20 lat, Donegal po prostu oszalał, Dublin był cały w zielonych i żółtych kolorach, a ludzie tutaj mają chrypę od wczorajszych wrzasków i radosnych okrzyków. Dzisiaj wracają, na całej długości w Donegalu ludzie będą wiwatować na ich cześć. Ja się wczoraj popłakałam jak zobaczyłam starych facetów we łzach. A to wszystko sport amatorski i nieopłacany. Działacze tacy, których w Polsce nie znamy, jeśli tacy są, giną w ciżbie brzuchatych panów, którzy już dawno nie pamiętają, o co w tym wszystkim chodzi.
Na dzisiaj tyle, milczę, milczę, a potem sraczka słowna.
Pozdrawiam
Ma to też konsekwencje finansowe, bo grzanie musieliśmy włączyć wcześniej niż zwykle.
Poza tym 'gardło blogowe' mnie boli, mam gulę, chociaż wiele do powiedzenia, nie przechodzi mi. W ciągu dnia często myślę sobie - o, o tym koniecznie muszę napisać na bogu, podzielę się tą myślą, ciekawe, co dziewczyny na to, albo zapisuję na karteczkach o przepisach, filmach czy zasłyszanej myśli, którymi też koniecznie chcę się podzielić. A kiedy siadam do komputera, czas rozłazi mi się jak gacie z PDT, myśli wydaja się głupie i nie warte zawracania Wam głowy.
Poza tym mam wrażenie, że za dużo spędzam czasu przed ekranem komputera, do tego bezproduktywnie, niczego wiekopomnego nie wymyśliłam, ani nie stworzyłam, a naczytam się jakiś durnych wiadomości za stu. Książek mniej czytam, pod koniec dnia nie mam się czym pochwalić, nie mam z czego być dumna. A kiedy postanawiam zdecydowanie wyłączyć komputer i do niego nie zaglądać, okazuje się, że czasu jest dużo, dzień dłuższy jakby i tyle zrobione.
Przeczytałam w Wysokich Obcasach, że internet jest świetny i użyteczny, ale jednocześnie nie ma drugiej takie rzeczy, która jest w stanie przytrzymać cię kilka godzin w samych gaciach, gapiącego się jak sroka w gnat. Lubię swoje życie blogowe i internetowe, poznałam tu fantastycznych ludzi, ale muszę ograniczyć śmieciowe przeglądanie sieci, a do tego doszło, ze mam wrażenie, że nie panuję nad tym zupełnie. Już nie.
Córka ostatnio była, robiłam wpis urodzinowy, myślałam, ze zajęło mi to tylko kilkanaście minut, a córka powiedziała, ze jej przykro, bo ona przyjechała, ja tak gadam o tym, że tęsknię, a jak ona już jest, to ja z nosem w komputerze. Popłakałam się, bo miała rację. Chciałam być grzeczna, odpowiedzieć natychmiast na życzenia, zrobiło się z tego długie siedzenie z nosem w laptopie. Postanowienie mam takie, że muszę znaleźć złoty środek i pozbyć się tego uczucia, że mnie coś omija, kiedy mnie tu nie ma. Nie mogę stać się facetem siedzącym w pubie cały dzień, tylko dlatego, że lubię piwo i rozmowy z kumplami.
Pamiętacie, jak mówiłam Wam o bratanicach Jane Austen w Donegalu? Na Notatkach Coolturlanych jest fotorelacja z wizyty w domu, w którym tu mieszkały.
W Siedlcach w zeszły weekend odbył się festiwal Pióro i pazur, gdzie zjechały świetne pisarki, były nagrody, konkursy, spotkania. Smutno mi bardzo. Mieszkałam tam pięć lat i nic takiego nie było, ledwo wyjechałam, a tam zaczyna się dzieje. Nie dość, że lubię tam być, bo czas spędzony na Podlasiu był udany i szczęśliwy, więc tęsknię, za ludźmi też, nawet bardziej, a jak jeszcze tak sercu bliskie imprezy się dzieją, to ja juz w ogóle w rozpaczy.
Wczoraj był finał rozgrywek futbolu gaelickiego, taka odmiana piłki nożnej, ale bramka ma dwie tyczki na górze i tam strzały, między te tyczki, też się liczą, tylko mniej, do tego można, a nawet trzeba, chwytać piłkę rękami. Ten sport jest tu najbardziej popularny, ale uwaga, jeśli ktoś mysli, ze na tym można zarobić, to się myli. Od dziecka trenujący i trenerzy nic z tego nie mają, ze piłkę kopią. Trener normalnie pracuje, a w wolnym czasie zajmuje się drużynami. Na przykład ten, który doprowadził do finału i zwycięstwa drużynę Donegalu, jest nauczycielem WF w szkole. Bezpłatnie poświęcają wieczory, weekendy, swój czas i energię. Potem sponsorzy dają pieniądze na wyjazdy czy hotele, ale dalej chłopaki muszą zarabiać gdzie indziej. Nie ma kontraktów reklamowych, przynajmniej ja nie widuję, mieszkań, gratyfikacji, tylko pasja, oddanie drużynie i po prostu sportowy duch. Chłopaki wczoraj wygrali, pierwszy raz od 20 lat, Donegal po prostu oszalał, Dublin był cały w zielonych i żółtych kolorach, a ludzie tutaj mają chrypę od wczorajszych wrzasków i radosnych okrzyków. Dzisiaj wracają, na całej długości w Donegalu ludzie będą wiwatować na ich cześć. Ja się wczoraj popłakałam jak zobaczyłam starych facetów we łzach. A to wszystko sport amatorski i nieopłacany. Działacze tacy, których w Polsce nie znamy, jeśli tacy są, giną w ciżbie brzuchatych panów, którzy już dawno nie pamiętają, o co w tym wszystkim chodzi.
Na dzisiaj tyle, milczę, milczę, a potem sraczka słowna.
Pozdrawiam
sobota, 28 lipca 2012
Londyn - Donegal, imprezy czas zacząć.
Oglądałam wczoraj inaugurację Olimpiady w Londynie, nastawiona raczej na podsłuchiwanie, czytanie, blogowanie, jak to w piątek wieczór po dosyć ciężkim dniu, wszystko na raz. Piątki mam zawsze bardzo pracowite, bo to i u siebie w domu staram się ogarnąć, ale też i inne cotygodniowe obowiązki akurat w ten dzień przypadają. Na rybkę zawsze mam przed oczami obraz siebie, siedzącej w fotelu z nogami wyżej, z psem obok, z komputerem lub książką na kolanach, czekającą na dobry film (taki obrazek przed oczami cały dzień, byle do wieczora). Wczoraj to miał być koncert piosenek Anny Jantar i Kukulskiego w nowej aranżacji Adama Sztaby i otwarcie Igrzysk właśnie. Koncert był, ale inny, już go widziałam, więc mi mina trochę zrzedła, nie wiem, skąd ta zmiana w programie. Nie żebym jakoś specjalnie za Jantar przepadała, ale to moje dziecięce lata i chętnie bym sobie w nowych wykonaniach to zobaczyła. Nic to, przecież nie na tym koncercie mój wieczór się opierał, po prostu lekki zawód i tyle.
Postanowiłam w takim razie wziąć się wreszcie za opisanie Mr. Pebble i Gruda powieści Mariusza Ziomeckiego, która mi się wybitnie podobała i o której trąbię wszem i wobec, bo widzę, że nie ma takiego PR, na jaki zasługuje, a co za tym idzie, zamiast się ludzie o nią zbijać, nic o niej nie słyszeli. Nigdy nie zrozumiem naszego rynku wydawniczego, gdzie robi się dużo szumu nad wydaniem jakiegoś gniota, a dobra książka sobie cichutko stoi na półce i czeka na uważnego czytelnika, co ją sam z siebie wypatrzy. A nie jest to łatwe, pamiętam z moich niedawnych wizyt w księgarni w Polsce, masa książek, ekspozycja - różnie, w zależności od możliwości księgarni, kolory okładek wala po oczach i człowiek się zniechęca po kilkunastu minutach, bo musiałby grzebać godzinami, żeby coś dla siebie znaleźć. Ja zawsze wiem, co chcę, ale jest też faktor zaskoczenia, na które człowiek ma nadzieję, szczególnie kiedy nie mieszka w kraju i ma wrażenie, ze go coś omija z niewiedzy.
Popisałam sobie, wzruszyłam się na wspomnienie niedawnej lektury, a tu już się zaczęła impreza na stadionie i to z takim hukiem i przytupem, tak ciekawa i widowiskowa, ze się już oderwać nie mogłam. Ach, jak oni to zrobili, a ten znicz na końcu, złączony z ponad 200 pojedynczych, symbolizujących każdy kraj, to już w ogóle majtersztyk.
Padma na FB napisała, że nie ma drugiego takiego kraju, który wplótłby w taką ceremonię tyle odniesień do literatury i ja się z nią zgadzam. Podoba mi się ta ich duma z historii, z ich wkładu w kulturę i historię całego świata. No i poczucie humoru, królowa skacząca z samolotu i Jaś Fasola - setnie się ubawiłam, a i wzruszyłam kilka razy.
A dzisiaj u nas leje (co ja nie powiem?), mąż trochę nie w formie, postanowiłam go dopieścić i piekę sernik, taki wiedeński bez spodu, według przepisu pani Zosi, która mi go dała 30 lat temu i od tego czasu przynajmniej ran na 3-4 miesiące piekę go u siebie, zawsze ją wspominając, niestety już nie żyje.
Dzisiaj w moim miasteczku zaczyna się festiwal, potrwa cały tydzień. Festiwale to specjalność tego kraju, w każdej nawet najmniejsze mieścinie coś tam organizują, jak nie festiwal krewetek, to tańca z przytupem lewą nogą, oczywiście literackie, kulturalne, wędkarskie, sportowe i inne, każda okazja dobra, zęby wypić pint of Guiness. I dobrze, lepiej się bawić i śmiać, niż płakać i smucić. U nas niestety nie ma literackiego (chociaż mamy dni Peadara O'Donnella), wybory Miss za to, chłopy mają na co popatrzeć, chociaż po 10 latach obserwowania festiwalu widzę, ze nie o te laski chodzi, bo wielu nawet nie wie, kto startuje, a o ubaw, dobrą muzykę i bezkarne przebywanie w pubach od świtu do nocy.
Mamy nawet hymn tego festiwalu, zawsze śpiewany na zakończenie, ciemną nocą przy światełkach zapalniczek, piękny, zawsze mi w oczach łzy stają, kiedy go słucham, chyba nikt tak jak Irlandczycy nie potrafi napisać i zaśpiewać pięknie o zwykłych rzeczach, takich jak siedzenie na plaży z dziewczyną na kolanie i butelką wina, i uwielbieniu dla swojego miasteczka. Posłuchajcie, to naprawdę fajna pieśń.
Syn w tym roku pomaga przy organizacji festiwalu, będzie jako wolontariusz go obsługiwał. Fajny tydzień przed nim.
Postanowiłam w takim razie wziąć się wreszcie za opisanie Mr. Pebble i Gruda powieści Mariusza Ziomeckiego, która mi się wybitnie podobała i o której trąbię wszem i wobec, bo widzę, że nie ma takiego PR, na jaki zasługuje, a co za tym idzie, zamiast się ludzie o nią zbijać, nic o niej nie słyszeli. Nigdy nie zrozumiem naszego rynku wydawniczego, gdzie robi się dużo szumu nad wydaniem jakiegoś gniota, a dobra książka sobie cichutko stoi na półce i czeka na uważnego czytelnika, co ją sam z siebie wypatrzy. A nie jest to łatwe, pamiętam z moich niedawnych wizyt w księgarni w Polsce, masa książek, ekspozycja - różnie, w zależności od możliwości księgarni, kolory okładek wala po oczach i człowiek się zniechęca po kilkunastu minutach, bo musiałby grzebać godzinami, żeby coś dla siebie znaleźć. Ja zawsze wiem, co chcę, ale jest też faktor zaskoczenia, na które człowiek ma nadzieję, szczególnie kiedy nie mieszka w kraju i ma wrażenie, ze go coś omija z niewiedzy.
Popisałam sobie, wzruszyłam się na wspomnienie niedawnej lektury, a tu już się zaczęła impreza na stadionie i to z takim hukiem i przytupem, tak ciekawa i widowiskowa, ze się już oderwać nie mogłam. Ach, jak oni to zrobili, a ten znicz na końcu, złączony z ponad 200 pojedynczych, symbolizujących każdy kraj, to już w ogóle majtersztyk.
Padma na FB napisała, że nie ma drugiego takiego kraju, który wplótłby w taką ceremonię tyle odniesień do literatury i ja się z nią zgadzam. Podoba mi się ta ich duma z historii, z ich wkładu w kulturę i historię całego świata. No i poczucie humoru, królowa skacząca z samolotu i Jaś Fasola - setnie się ubawiłam, a i wzruszyłam kilka razy.
A dzisiaj u nas leje (co ja nie powiem?), mąż trochę nie w formie, postanowiłam go dopieścić i piekę sernik, taki wiedeński bez spodu, według przepisu pani Zosi, która mi go dała 30 lat temu i od tego czasu przynajmniej ran na 3-4 miesiące piekę go u siebie, zawsze ją wspominając, niestety już nie żyje.
Dzisiaj w moim miasteczku zaczyna się festiwal, potrwa cały tydzień. Festiwale to specjalność tego kraju, w każdej nawet najmniejsze mieścinie coś tam organizują, jak nie festiwal krewetek, to tańca z przytupem lewą nogą, oczywiście literackie, kulturalne, wędkarskie, sportowe i inne, każda okazja dobra, zęby wypić pint of Guiness. I dobrze, lepiej się bawić i śmiać, niż płakać i smucić. U nas niestety nie ma literackiego (chociaż mamy dni Peadara O'Donnella), wybory Miss za to, chłopy mają na co popatrzeć, chociaż po 10 latach obserwowania festiwalu widzę, ze nie o te laski chodzi, bo wielu nawet nie wie, kto startuje, a o ubaw, dobrą muzykę i bezkarne przebywanie w pubach od świtu do nocy.
Mamy nawet hymn tego festiwalu, zawsze śpiewany na zakończenie, ciemną nocą przy światełkach zapalniczek, piękny, zawsze mi w oczach łzy stają, kiedy go słucham, chyba nikt tak jak Irlandczycy nie potrafi napisać i zaśpiewać pięknie o zwykłych rzeczach, takich jak siedzenie na plaży z dziewczyną na kolanie i butelką wina, i uwielbieniu dla swojego miasteczka. Posłuchajcie, to naprawdę fajna pieśń.
Syn w tym roku pomaga przy organizacji festiwalu, będzie jako wolontariusz go obsługiwał. Fajny tydzień przed nim.
poniedziałek, 18 czerwca 2012
I will follow you... lala, mmmm
Dziwny ten dzień. Zimno, to lato jest do niczego. Jak się robi ciepło, to zaraz wyłażą takie małe muszki (midges), które gryzą i wchodzą w każdą dziurę, nawet w oczodoły, nie wiadomo już, co lepsze. W każdym razie lata nie ma.
Ale zapach jest, taki jak w chłodniejszy polski dzień, mimo wszystko letni. Ziemia pachnie i gdzieś tam ścięta trawa też, bardzo intensywnie i jakoś tak 'wiejsko', chociaż ja na wsi nie jestem chowana, więc to tylko przypuszczenie. Albo tak, jak kiedyś na łące, gdzie jechaliśmy z dzieciakami rowerami, a potem się odpoczywało leżąc na plecach, obserwując ptaki i gadając o głupotach, wymyślaliśmy jakieś śmieszne historyjki i było jak w raju. Do domu wpadaliśmy tylko po to, żeby wziąć pajdę chleba ze śmietaną i cukrem. Albo z mielonką i ogórkiem, takim z krzaka sprzedawanym na wtorkowym lub piątkowym rynku. A śmietana też taka, że nóż w niej stał. I ścierką jechała, hehe.
Naszły mnie wspomnienia z dzieciństwa, bo czytam Mr. Pebble i Gruda, gdzie z każdej kartki wyziera przeszłość przaśna nasza PRL-owska. Ta, której nie pamiętam i ta doskonale mi znana.
I tak mnie na rozmyślania nad nadmiarem i przepychem tych czasów napadły. Naprawdę uważam, że 'less is more' czyli mniej znaczy więcej i zaczynam się zastanawiać, co by tu ograniczyć, odgruzować, zubożyć, żeby zrobić trochę miejsca, również w głowie.
My mówimy - bieda straszna teraz. Grzeszymy.
Gdy byliśmy młodzi, człowiek pożądał niby telefonu z okna do okna, z bloku do bloku, który był pokazany w jakiejś gazetce dla młodzieży, takiej o majsterkowaniu, dwie puszki i drut i będziemy mogły się z koleżanką komunikować wieczorami. Siedziałyśmy, ja w swoim oknie, ona w swoim i marzyłyśmy o rozmowie, a tylko mogłyśmy na siebie patrzeć. A matka by już z domu nie puściła. Telefon? Zapomnij. Nie o rachunki chodziło, nie miało się go w domu, albo był, ale w korytarzu na dole. Całymi dniami człowiek bawił się na podwórku, na rowerze lub u koleżanki w ogrodzie. Na książki się polowało, magnetofon szpulowy był rarytasem, kolorowy telewizor Rubin też (my kupiliśmy nasz na dożynki koszalińskie w 1975 r.). Żadne z nas nie było nigdy znudzone, sfrustrowane czy nabzdyczone. Czekaliśmy po prostu na kolejny dzień i na możlwość wspólnej zabawy, a to w szkołę, a to w zbijaka, w gumę, milion ich było.
Rano, kiedy ścielę łóżko, niebezpiecznie blisko jednej jego strony mam regał z książkami. Akurat z wieży leciała piosenka z nowej płyty Miki Urbaniak Follow you. Fantastyczna jest ta dziewczyna. Sięgnęłam po książkę jej mamy, Urszuli Dudziak, o jej życiu, początkach, śpiewaniu, ludziach, których poznała i się tak zachwyciłam, ze cały ranek Miki Urbaniak słuchałam, a 'Urszulę' czytałam.
mama z córką - (fot. Krzysztof Opaliński) z portalu Polki.pl
Dzisiaj tak mogę, akurat mam czas, raz Dudziak, raz Mr.Pebble, rozerwana na strzępy, bo obie wyjątkowo. A o nadmiarze mówię, bo mam tyle książek do przeczytania, które mnie wołają, już natychmiast, do tego sieć, do tego filmy, muzyka, znajomi, informacje (nadmiar, dzisiaj postanowiłam nie słuchać, nie oglądać), dzieci, wrażenia, uśmiech, łzy - za dużo, bombardowana jestem tym wszystkim, nie mam czasu się zatrzymać. Less is more - powtarzam sobie (czytając dwie książki na raz, hehe).
A słucham Miki na zmianę z Imeldą May. Obie fenomenalne. I te książki wyjątkowe. W takich momentach jestem szczęśliwa.
Ale zapach jest, taki jak w chłodniejszy polski dzień, mimo wszystko letni. Ziemia pachnie i gdzieś tam ścięta trawa też, bardzo intensywnie i jakoś tak 'wiejsko', chociaż ja na wsi nie jestem chowana, więc to tylko przypuszczenie. Albo tak, jak kiedyś na łące, gdzie jechaliśmy z dzieciakami rowerami, a potem się odpoczywało leżąc na plecach, obserwując ptaki i gadając o głupotach, wymyślaliśmy jakieś śmieszne historyjki i było jak w raju. Do domu wpadaliśmy tylko po to, żeby wziąć pajdę chleba ze śmietaną i cukrem. Albo z mielonką i ogórkiem, takim z krzaka sprzedawanym na wtorkowym lub piątkowym rynku. A śmietana też taka, że nóż w niej stał. I ścierką jechała, hehe.
Naszły mnie wspomnienia z dzieciństwa, bo czytam Mr. Pebble i Gruda, gdzie z każdej kartki wyziera przeszłość przaśna nasza PRL-owska. Ta, której nie pamiętam i ta doskonale mi znana.
I tak mnie na rozmyślania nad nadmiarem i przepychem tych czasów napadły. Naprawdę uważam, że 'less is more' czyli mniej znaczy więcej i zaczynam się zastanawiać, co by tu ograniczyć, odgruzować, zubożyć, żeby zrobić trochę miejsca, również w głowie.
My mówimy - bieda straszna teraz. Grzeszymy.
Gdy byliśmy młodzi, człowiek pożądał niby telefonu z okna do okna, z bloku do bloku, który był pokazany w jakiejś gazetce dla młodzieży, takiej o majsterkowaniu, dwie puszki i drut i będziemy mogły się z koleżanką komunikować wieczorami. Siedziałyśmy, ja w swoim oknie, ona w swoim i marzyłyśmy o rozmowie, a tylko mogłyśmy na siebie patrzeć. A matka by już z domu nie puściła. Telefon? Zapomnij. Nie o rachunki chodziło, nie miało się go w domu, albo był, ale w korytarzu na dole. Całymi dniami człowiek bawił się na podwórku, na rowerze lub u koleżanki w ogrodzie. Na książki się polowało, magnetofon szpulowy był rarytasem, kolorowy telewizor Rubin też (my kupiliśmy nasz na dożynki koszalińskie w 1975 r.). Żadne z nas nie było nigdy znudzone, sfrustrowane czy nabzdyczone. Czekaliśmy po prostu na kolejny dzień i na możlwość wspólnej zabawy, a to w szkołę, a to w zbijaka, w gumę, milion ich było.
Rano, kiedy ścielę łóżko, niebezpiecznie blisko jednej jego strony mam regał z książkami. Akurat z wieży leciała piosenka z nowej płyty Miki Urbaniak Follow you. Fantastyczna jest ta dziewczyna. Sięgnęłam po książkę jej mamy, Urszuli Dudziak, o jej życiu, początkach, śpiewaniu, ludziach, których poznała i się tak zachwyciłam, ze cały ranek Miki Urbaniak słuchałam, a 'Urszulę' czytałam.
mama z córką - (fot. Krzysztof Opaliński) z portalu Polki.pl
Dzisiaj tak mogę, akurat mam czas, raz Dudziak, raz Mr.Pebble, rozerwana na strzępy, bo obie wyjątkowo. A o nadmiarze mówię, bo mam tyle książek do przeczytania, które mnie wołają, już natychmiast, do tego sieć, do tego filmy, muzyka, znajomi, informacje (nadmiar, dzisiaj postanowiłam nie słuchać, nie oglądać), dzieci, wrażenia, uśmiech, łzy - za dużo, bombardowana jestem tym wszystkim, nie mam czasu się zatrzymać. Less is more - powtarzam sobie (czytając dwie książki na raz, hehe).
A słucham Miki na zmianę z Imeldą May. Obie fenomenalne. I te książki wyjątkowe. W takich momentach jestem szczęśliwa.
niedziela, 17 czerwca 2012
Syndrom odstawienia idę 'rozjechać' na rowerze, a syn poległ na technice
Franciszku Smudo, co zrobiłeś z moją lubą, Franciszku Smuuuuuudo, co zrobiłeś z moją lubą - tak chodzi po domu i śpiewa mój mąż, na melodię Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało....
A stało się i ja teraz właśnie przechodzę syndrom odstawienia. Wczoraj nic nie powiedziałam, kiedy przegrali, bo się musiałam pozbierać. Wieczorem, jakby nigdy nic, napisałam notkę o nowej powieści Fryczkowskiej, poczytałam i udałam się na spoczynek. A rano zobaczyłam piłkarzy, którzy wyszli do kibiców, takich na maksa przygnębionych i się popłakałam. Na to małżon zareagował powyższą piosenką, co mnie najpierw rozsierdziło, ale potem jednak rozbawiło i mi łzy szybko obeschły.
Co jakiś czas TV pokazuje fragmenty ukazujące reakcje kibiców po zdobytych golach w poprzednich meczach i tego mi tylko brak, tego haju, na który sami, wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice, wszyscy się wznieśliśmy. Teraz mi żal tego uczucia, wrzasku milionów gardeł, który zagłuszałam własnym. Ja nie jestem jakoś szczególnie wylewna, a oglądając te gole darłam się najgłośniej z całej rodziny, aż się moje chłopaki ze mnie śmiali.
Nie, nie mam w sobie złości, bo to tylko sport, a ja kibicem jestem 'niedzielnym' a raczej Eurowo Mundialowym. Nie, nie będę teraz psów wieszać na reprezentacji i trenerze, bo tak to już jest, że byli słabsi i cudów nie ma.
Nie będę się teraz mądrzyć, ani mądrzących słuchać, nie przyznam racji Tomaszewskiemu, bo mnie jego postawa mierzi.
Ale to powiem - strasznie zawiodłam się na kibicach wychodzących z meczu, którzy reagowali złością. Smutek tak, bezsilność i zawód jak najbardziej, ale agresja? Po co? Zazdrościłam wtedy postawy kibiców irlandzkich. Oni w przegranej nie widzą końca świata, bo swoją wartość jako narodu upatrują w każdym sobie, a klęskę potrafią przekuć w siłę. I nie biorą tak wszystkiego na serio.
Co mówili, kiedy dziennikarz ich informował, ze wszyscy stawiają na Hiszpanię? Tylko trzeźwi mogliby tak sądzić! Cóż za piękna odpowiedź.
Polacy potrzebują sukcesu, bo my swoją wartość tylko w tym widzimy - w sukcesach. Nie widzimy małych kroków i małych błogosławieństw, które do tego sukcesu, czasem przez lata całe, wiodą. W wielu Polakach drzemie mały pisowiec - roszczeniowy, wiecznie nabzdyczony i agresywny. I wskazujący winnych palcem daleko odsuniętym od siebie.
Cieszę się, że ostatnie kilka dni miałam naprawdę pełne radości i nadziei, wiedziałam, że naszej drużynie daleko do mistrzów, ale świadomie tę wiedzę od siebie odsuwałam, bo tak mi było dobrze. To tak jak z jedzeniem słodyczy, wiesz, że niezdrowe, ale dają tyle radości w momencie jedzenia, ze sobie czasem, od święta, na nie pozwalasz.
Nasi piłkarze wyglądali na zestresowanych, przetrenowanych i pod niemożliwą do udźwignięcia psychicznie presją. Nie mieli na twarzach wypisanego gladiatora. Nie ma co napadać na Smudę, bo nie on jeden zawinił i wskazywanie na niego jest zamiataniem problemu pod dywan.
Dzisiaj u nas Dzień Ojca. Rano syn postanowił puścić nam muzykę jego zdaniem najbardziej odpowiednią, wybrał z półki jedną z kaset magnetofonowych i poległ, bo nie potrafił jej włączyć. Miotał się przy wieży (specjalnie kupiliśmy taką, żeby można było słuchać też kaset), mąż go instruował i trochę cierpliwość stracił, a syn, ostoja spokoju, rzekł - ta technika jest już poza mną. Dotarło boleśnie do męża, w jakim roku się urodził on, a w jakim syn. I jaki to skok cywilizacyjny. Do tej pory mamy na półce, w charakterze eksponatu vintage, ale działa, oryginalnego walkmana Sony, z dwoma wejściami na słuchawki, którego słuchaliśmy na pierwszych randkach idąc za rękę po parku. Sade słuchaliśmy. I Captain of my heart zespołu Double. To były czasy.
Kaśka, wyjdziesz na rower! tak krzyczała koleżanka pod oknem, kiedy miałam jeszcze zielonego składaka i byłam w podstawówce.
No to idę, rozjedziemy to poczucie odstawienia, nie damy się marazmowi. Trzeba patrzeć w przyszłość, nie oglądać się za siebie. To pozostawię działaczom, hehe
A stało się i ja teraz właśnie przechodzę syndrom odstawienia. Wczoraj nic nie powiedziałam, kiedy przegrali, bo się musiałam pozbierać. Wieczorem, jakby nigdy nic, napisałam notkę o nowej powieści Fryczkowskiej, poczytałam i udałam się na spoczynek. A rano zobaczyłam piłkarzy, którzy wyszli do kibiców, takich na maksa przygnębionych i się popłakałam. Na to małżon zareagował powyższą piosenką, co mnie najpierw rozsierdziło, ale potem jednak rozbawiło i mi łzy szybko obeschły.
Co jakiś czas TV pokazuje fragmenty ukazujące reakcje kibiców po zdobytych golach w poprzednich meczach i tego mi tylko brak, tego haju, na który sami, wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice, wszyscy się wznieśliśmy. Teraz mi żal tego uczucia, wrzasku milionów gardeł, który zagłuszałam własnym. Ja nie jestem jakoś szczególnie wylewna, a oglądając te gole darłam się najgłośniej z całej rodziny, aż się moje chłopaki ze mnie śmiali.
Nie, nie mam w sobie złości, bo to tylko sport, a ja kibicem jestem 'niedzielnym' a raczej Eurowo Mundialowym. Nie, nie będę teraz psów wieszać na reprezentacji i trenerze, bo tak to już jest, że byli słabsi i cudów nie ma.
Nie będę się teraz mądrzyć, ani mądrzących słuchać, nie przyznam racji Tomaszewskiemu, bo mnie jego postawa mierzi.
Ale to powiem - strasznie zawiodłam się na kibicach wychodzących z meczu, którzy reagowali złością. Smutek tak, bezsilność i zawód jak najbardziej, ale agresja? Po co? Zazdrościłam wtedy postawy kibiców irlandzkich. Oni w przegranej nie widzą końca świata, bo swoją wartość jako narodu upatrują w każdym sobie, a klęskę potrafią przekuć w siłę. I nie biorą tak wszystkiego na serio.
Co mówili, kiedy dziennikarz ich informował, ze wszyscy stawiają na Hiszpanię? Tylko trzeźwi mogliby tak sądzić! Cóż za piękna odpowiedź.
Polacy potrzebują sukcesu, bo my swoją wartość tylko w tym widzimy - w sukcesach. Nie widzimy małych kroków i małych błogosławieństw, które do tego sukcesu, czasem przez lata całe, wiodą. W wielu Polakach drzemie mały pisowiec - roszczeniowy, wiecznie nabzdyczony i agresywny. I wskazujący winnych palcem daleko odsuniętym od siebie.
Cieszę się, że ostatnie kilka dni miałam naprawdę pełne radości i nadziei, wiedziałam, że naszej drużynie daleko do mistrzów, ale świadomie tę wiedzę od siebie odsuwałam, bo tak mi było dobrze. To tak jak z jedzeniem słodyczy, wiesz, że niezdrowe, ale dają tyle radości w momencie jedzenia, ze sobie czasem, od święta, na nie pozwalasz.
Nasi piłkarze wyglądali na zestresowanych, przetrenowanych i pod niemożliwą do udźwignięcia psychicznie presją. Nie mieli na twarzach wypisanego gladiatora. Nie ma co napadać na Smudę, bo nie on jeden zawinił i wskazywanie na niego jest zamiataniem problemu pod dywan.
Dzisiaj u nas Dzień Ojca. Rano syn postanowił puścić nam muzykę jego zdaniem najbardziej odpowiednią, wybrał z półki jedną z kaset magnetofonowych i poległ, bo nie potrafił jej włączyć. Miotał się przy wieży (specjalnie kupiliśmy taką, żeby można było słuchać też kaset), mąż go instruował i trochę cierpliwość stracił, a syn, ostoja spokoju, rzekł - ta technika jest już poza mną. Dotarło boleśnie do męża, w jakim roku się urodził on, a w jakim syn. I jaki to skok cywilizacyjny. Do tej pory mamy na półce, w charakterze eksponatu vintage, ale działa, oryginalnego walkmana Sony, z dwoma wejściami na słuchawki, którego słuchaliśmy na pierwszych randkach idąc za rękę po parku. Sade słuchaliśmy. I Captain of my heart zespołu Double. To były czasy.
Kaśka, wyjdziesz na rower! tak krzyczała koleżanka pod oknem, kiedy miałam jeszcze zielonego składaka i byłam w podstawówce.
No to idę, rozjedziemy to poczucie odstawienia, nie damy się marazmowi. Trzeba patrzeć w przyszłość, nie oglądać się za siebie. To pozostawię działaczom, hehe
sobota, 16 czerwca 2012
Litry melisy nie pomogą. Pussling i Tosia już w domu.
Kilka godzin do meczu,miejsca sobie nie mogę znaleźć. Czuję, jakby moje serce nie znajdowało się w klatce piersiowej, a na wierzchu, gdyż z byle powodu szklą mi się oczy - kiedy widzę kibiców, kiedy widzę gigantyczną flagę uszytą do rozwinięcia na stadionie podczas śpiewania hymnu dzisiaj, jak mówią o piłkarzach, kiedy pokazują małe dzieci szykujące się na wieczorne emocje... W tle mam włączony telewizor i cały czas słucham o piłce. Nie przeszkadza mi jej nadmiar w TV, a wręcz odwrotnie, cieszę się, ze nie ma tam grama polityki, ani Palikota z Biedroniem u boku, ani Kaczyńskiego, ani Tuska, nieważne moje preferencje polityczne, w ogóle nie chcę ich oglądać i cieszę się, że nikomu nie brakuje tych tematów, że nikt się nie upomina. Prowokacja Kory, czy jakkolwiek to nazwać, bo nie wiem, jaka tam prawda w końcu zatriumfuje, też zniknęła w mediach, czyli nawet 60 gramów jej psa nie przebiło się na pierwsze miejsca. Za to dużo jest radości, poczucia sukcesu, i takiego, że się Euro jakoś odbywa bez szwanku, że obcokrajowcy się dobrze u nas czują, że dzieje się wiele dobrego, około-piłkarskiego, co odczują nawet ci, którzy nie bardzo się tym emocjonują, ale i występ naszej drużyny daje wiele wzruszeń i satysfakcji. Oby tak dalej.
Nie wiem, czy zauważyliście, ale dziadowska piosenka Koko Euro Spoko, która wybitnie mi się nie podoba, ku mojemu zaskoczeniu i wielkie radości (znowu), w ogóle jest nieobecna w telewizji, nie śpiewają jej kibice, nie epatują nas clipami w TV, a już sie martwiłam, że mnie będą nią męczyć. Panie z Jarzębiny czy innej Kaliny, podobno są oburzone, ze tak się dzieje. Spodziewały się sławy. Nie winię ich za to, zaśpiewały jak umiały, ale bez przesady, hymn kibiców to to nie jest i być nie może.
A poza tym nie daję się, wysyłam kolejne CV. Jest dużo miejsc pracy, ale dla kelnerów i barmanów, a ja nie mam doświadczenia w tym kierunku i nie chcę już kolejnego zdobywać, bez przesady, szukam nadal w swoich dziedzinach.
Córka wczoraj wieczorem przywiozła do domu kotki, które wzięła od mojej przyjaciółki Izy mieszkającej w okolicach Dublina. Już je widziałam, niedługo po urodzeniu, ale teraz po kilku tygodniach są tak urodziwe, że aż mi żal, że nie mam okazji tam pojechać i je trochę potulić, pomiędolić i ukochać.
Chłopiec i dziewczynka, jemu nadali imię Pussling, a samiczce Tosia. Pussling w skrócie Ling, jest imieniem kota Marka, którego miał, kiedy był małym chłopcem. Pussling jakby wiedział, że jest bardziej Marka, bo się z nim nie rozstaje. Tosia będzie bardziej Michaliny, chociaż wiadomo, że oba są ich i kochane są oba, ale wiadomo, jakiś podział się naturalnie utworzy, bo każde z nich będzie chciało mieć przynajmniej jednego kota na kolanach, haha.
Cieszę się ich radością, że mają swoje zwierzaki, tak marzyli o kotach.
Gdyby ktoś był zainteresowany, Iza ma ich jeszcze kilka, mogę dać namiary.
Poza tym skończyłam słuchać Gry o Tron na audiobooku (piszę o tym tutaj)
Jestem pogrążona w rozpaczy, bo drugiej już nie ma tak zrealizowanej i będzie trzeba papierowo czytać, co normalnie nie byłoby nieszczęściem, gdyby nie to, że ten akurat audiobook jest zrobiony wyjątkowo. No cóż, takie życie, że jak coś jest bardzo dobre, to nie można mieć tego w nadmiarze, bo przestaje być wyjątkowe. Teraz słucham Lato nagich dziewcząt Fleszarowej-Muskat w wykonaniu Ewy Kasprzyk. Tyż piknie. I książka dobra, stara dobra proza polska.
A wczoraj seans kinowy, najpierw Róża, potem Gliniarz film irlandzki. Oba świetne każdy na swój sposób, będzie o nich na Notatkach Coolturalnych. Na Róży byłam nieustannie wstrząśnięta. Ważny film. Gliniarz na odreagowanie, śmieszny, ale też bardzo prawdziwy. Wiem, co mówię.
Idę sobie, bo mi mózg z emocji paruje i myśli zebrać nie mogę.
Nie wiem, czy zauważyliście, ale dziadowska piosenka Koko Euro Spoko, która wybitnie mi się nie podoba, ku mojemu zaskoczeniu i wielkie radości (znowu), w ogóle jest nieobecna w telewizji, nie śpiewają jej kibice, nie epatują nas clipami w TV, a już sie martwiłam, że mnie będą nią męczyć. Panie z Jarzębiny czy innej Kaliny, podobno są oburzone, ze tak się dzieje. Spodziewały się sławy. Nie winię ich za to, zaśpiewały jak umiały, ale bez przesady, hymn kibiców to to nie jest i być nie może.
A poza tym nie daję się, wysyłam kolejne CV. Jest dużo miejsc pracy, ale dla kelnerów i barmanów, a ja nie mam doświadczenia w tym kierunku i nie chcę już kolejnego zdobywać, bez przesady, szukam nadal w swoich dziedzinach.
Córka wczoraj wieczorem przywiozła do domu kotki, które wzięła od mojej przyjaciółki Izy mieszkającej w okolicach Dublina. Już je widziałam, niedługo po urodzeniu, ale teraz po kilku tygodniach są tak urodziwe, że aż mi żal, że nie mam okazji tam pojechać i je trochę potulić, pomiędolić i ukochać.
Chłopiec i dziewczynka, jemu nadali imię Pussling, a samiczce Tosia. Pussling w skrócie Ling, jest imieniem kota Marka, którego miał, kiedy był małym chłopcem. Pussling jakby wiedział, że jest bardziej Marka, bo się z nim nie rozstaje. Tosia będzie bardziej Michaliny, chociaż wiadomo, że oba są ich i kochane są oba, ale wiadomo, jakiś podział się naturalnie utworzy, bo każde z nich będzie chciało mieć przynajmniej jednego kota na kolanach, haha.
Cieszę się ich radością, że mają swoje zwierzaki, tak marzyli o kotach.
Gdyby ktoś był zainteresowany, Iza ma ich jeszcze kilka, mogę dać namiary.
Poza tym skończyłam słuchać Gry o Tron na audiobooku (piszę o tym tutaj)
Jestem pogrążona w rozpaczy, bo drugiej już nie ma tak zrealizowanej i będzie trzeba papierowo czytać, co normalnie nie byłoby nieszczęściem, gdyby nie to, że ten akurat audiobook jest zrobiony wyjątkowo. No cóż, takie życie, że jak coś jest bardzo dobre, to nie można mieć tego w nadmiarze, bo przestaje być wyjątkowe. Teraz słucham Lato nagich dziewcząt Fleszarowej-Muskat w wykonaniu Ewy Kasprzyk. Tyż piknie. I książka dobra, stara dobra proza polska.
A wczoraj seans kinowy, najpierw Róża, potem Gliniarz film irlandzki. Oba świetne każdy na swój sposób, będzie o nich na Notatkach Coolturalnych. Na Róży byłam nieustannie wstrząśnięta. Ważny film. Gliniarz na odreagowanie, śmieszny, ale też bardzo prawdziwy. Wiem, co mówię.
Idę sobie, bo mi mózg z emocji paruje i myśli zebrać nie mogę.
czwartek, 17 maja 2012
Powrót córy wytrawnej, czyli pierwsze z podróży reminiscencje
No i jestem. Ufff, podróż powrotna była pełna wrażeń, bo jak zwykle obładowałam się książkami i różnymi innymi ciężkościami. Przyjaciółka odprowadzająca mnie na lotnisko, kiedy zobaczyła moją kurtkę wypchaną w kieszeniach różnymi 'kamieniami', które nie weszły do bagażu, powiedziała, że wyglądam jak rumunka (specjalnie piszę z małej litery, bo w tym wypadku nie o narodowość przecież idzie). No i miała oczywiście rację, ale kiedy idzie o przewiezienie książek i różnych innych ważnych rzeczy typu kremy do gęby, które przecież w Polsce najlepsze (świetlika z herbatą pod oczy sobie właśnie nałożyłam i przeżywam szczyty przyjemności podocznej), pasta Lacalut Active, niedostępna u nas, a niezastąpiona, kubek do kawy, bo oczywiście wypatrzyłam, no i prezenty, czyli niezwykłej ciężkości albumy o Koszalinie w starych pocztówkach i nowych ujęciach, z na dokładkę cukier brzozowy w ilości jednego kilograma, czyli dokładnie jedna dwudziesta tego, co mogę zabrać. No, ale książki przede wszystkim. Gdyby nie pewna przemiła osóbka o imieniu Iza, miałabym wielki problem, bo niestety u mnie rozum śpi, kiedy widzę książki, a pobyt na targach wydawniczych to już w ogóle COMA dla mojego rozsądku, oczywizda nakupowałam, ona spojrzała na siaty, skojarzyła z koniecznością przelotu i limitu bagażu i mi je po prostu przykazała zostawić do wysyłki. Ciężko mi było wypuścić je z ręki, ale to była konieczność, taka prawda.
W głowie mam straszny mętlik. Tyle się działo. Przez 17 dni siedziałam w największym Roller Coasterze świata, mówię Wam - większego nie wymyślili i nie zbudowali, a jeśli kiedykolwiek, ludzie będą musieli podpisywać papiery - zgodę na przejazd na własną odpowiedzialność. Przechodziłam od wielkiej rozpaczy i tęsknoty, do nadziei jeszcze większej, momentami do radości, aż dobrnęłam do ostatnich trzech dni i euforii niewyobrażalnej. Po drodze snu mało, zmęczenie i upał, który mi doskwierał, bo co tu dużo mówić, odzwyczaiłam się, a i wcześniej nie byłam fanką wysokich temperatur.
Postaram się to pomału opisywać i dzielić się z Wami wrażeniami. Na dziś już kończę, bo nadrabiam zaległości różniste, a poza tym mąż po operacji, o czym w kolejnych odsłonach.
W głowie mam straszny mętlik. Tyle się działo. Przez 17 dni siedziałam w największym Roller Coasterze świata, mówię Wam - większego nie wymyślili i nie zbudowali, a jeśli kiedykolwiek, ludzie będą musieli podpisywać papiery - zgodę na przejazd na własną odpowiedzialność. Przechodziłam od wielkiej rozpaczy i tęsknoty, do nadziei jeszcze większej, momentami do radości, aż dobrnęłam do ostatnich trzech dni i euforii niewyobrażalnej. Po drodze snu mało, zmęczenie i upał, który mi doskwierał, bo co tu dużo mówić, odzwyczaiłam się, a i wcześniej nie byłam fanką wysokich temperatur.
Postaram się to pomału opisywać i dzielić się z Wami wrażeniami. Na dziś już kończę, bo nadrabiam zaległości różniste, a poza tym mąż po operacji, o czym w kolejnych odsłonach.
środa, 25 kwietnia 2012
Przedwyjazdowe emocje, nagłe podarki, nudno nie jest
Kochani, przepraszam, że Was tak haniebnie porzuciłam, nie zaglądam tutaj i nie piszę, ale przygotowania do wyjazdu trwają i niestety są bardzo czasochłonne. Na FB czasem wpadam, bo tam można na chwilę, zerknąć i uciekać, a blogom trzeba poświęcić czas, poczytać, napisać, odpisać na komentarze, nie da się na chybcika. Wybaczcie mi, że do Was nie zaglądam, nie zapomniałam, ale masakrycznie nie mam czasu. To tyle tytułem wstępu.
Ostatnie dni są jak psychiczny rollercoaster - raz na górze, raz na dole, aż rzygać się chce. Od piątku się zaczęło. Najpierw mama znowu wylądowała w szpitalu, wiadomo, nerwy, telefony, rozmowy z lekarzami. Przepraszam wszystkie wspaniałe dziewczyny, uczące się na lekarki, albo już pracujące w tym zawodzie blogerki, ale muszę to powiedzieć - niektórzy Wasi koledzy po fachu to żenada. Nie zawodowo, bo tego ocenić przez telefon nie mogłam, zresztą nie podejrzewam, ale komunikacja z rodziną, rozmowa, podejście do pacjenta, to po prostu obciach. Zobaczyłam różnicę, kiedy wreszcie trafiłam na normalnego lekarza, nie tylko pracownika szpitala, ale i człowieka. Wszystko mi wytłumaczył, pełną informację dostałam i trwało to krócej niż te złośliwe rozmówki i tłumaczenia innych, że nie mają ze mną czasu rozmawiać. Nawet się przedstawił, co mnie wbiło w fotel, bo poprzedni panowie na moje pytanie, z kim rozmawiam, odkładali słuchawkę. Ja wiem, że praca lekarza jest ciężka i stresująca, ale styl i klasa komunikacji z pacjentami i ich bliskimi nie zajmuje więcej czasu niż odzywki na granicy chamstwa, lekceważenie i brak dobrego wychowania. Przecież lekarz to nie dresiarz jakiś, można od niego wymagać, że będzie trzymał poziom. Czy nie?
Jakoś się udało sytuację opanować, mama wróciła do domu.
Kolejne dni gonitwa albo ślęczenie przy komputerze. Nie będzie mnie dwa tygodnie, więc wiele spraw trzeba pozałatwiać tak, żeby moja nieobecność nie oznaczała zawalenia spraw ani terminów. Cały czas robię listy, co kupić, gdzie pojechać, a to samochód do NCT, a to klucze do biblioteki, bo mam zastępstwo za siebie podczas mojej nieobecności, upominki dla znajomych i bliskich w Polsce (drobne, bo oczywiście kasy brak), coś tam trzeba napisać, coś wysłać, zadzwonić, pojechać, pomóc, uprać, spakować niezliczoną ilość niezbędnych rzeczy, czyli mały MediaMarkt jak to określił Witkowski w Drwalu - ładowarki, szczoteczki elektryczne, przełączniki do gniazdek, komórka na Polskę, baterie, aparat fotograficzny itp. Kable, kable i jeszcze raz kable. Leki - wykupić, odliczyć na wyjazd, przepakować, bo w tych blisterach za dużo miejsca zajmują, zajęło mi to godzinę. Mąż się śmiał ze mnie, jakby było z czego.
Milion spraw i rzeczy do spamiętania. Notes pęka od numerów telefonów i listy rzeczy do załatwienia. Wymiana maili trwa, ustalanie, uzgadnianie, wiadomo jak to jest.
Czasem jest mi smutno, stresa mam wielkiego, nawet jak piszę, to mam taki mętlik w głowie, że mi trudno zdania klecić. Łapię momenty, które mnie wydobywają z otchłani tego stresu. Wygrałam książkę na FB u Marii Ulatowskiej, zaraz potem okazało się, że też drugą do mnie poleci. Inna pisarka powiadomiła mnie o wysłaniu swojej nowej powieści, a to na sto procent będzie hit, więc radość równie wielka. Zadzwoniła córka, że dostała praktykę na lato w bardzo dobrym studiu graficznym, co zwiększa bardzo jej szanse na zdobycie dobrej pracy - myślałam, że zemdleję ze szczęscia. Kilka dni potem dowiedziała się, że jej pisemna praca dyplomowa jest tak dobra, że może brać udział w konkursie międzynarodowym. Duma, chociaż nie ma w tym mojej zasługi, ale dziecko przecież moje, krew moja, to się podłączę do 'świętowania'.
I tak dobre momenty przeplatają się ze stresującymi, po prostu życie.
Jestem wdzięczna za każdy taki promyk słońca, za każdy przejaw życzliwości, a doświadczam tego dużo ostatnio, aż nie wiem, czy zasługuję.
O wizycie Kate i jej męża jeszcze chciałam opowiedzieć, ale to już może jutro.
Ostatnie dni są jak psychiczny rollercoaster - raz na górze, raz na dole, aż rzygać się chce. Od piątku się zaczęło. Najpierw mama znowu wylądowała w szpitalu, wiadomo, nerwy, telefony, rozmowy z lekarzami. Przepraszam wszystkie wspaniałe dziewczyny, uczące się na lekarki, albo już pracujące w tym zawodzie blogerki, ale muszę to powiedzieć - niektórzy Wasi koledzy po fachu to żenada. Nie zawodowo, bo tego ocenić przez telefon nie mogłam, zresztą nie podejrzewam, ale komunikacja z rodziną, rozmowa, podejście do pacjenta, to po prostu obciach. Zobaczyłam różnicę, kiedy wreszcie trafiłam na normalnego lekarza, nie tylko pracownika szpitala, ale i człowieka. Wszystko mi wytłumaczył, pełną informację dostałam i trwało to krócej niż te złośliwe rozmówki i tłumaczenia innych, że nie mają ze mną czasu rozmawiać. Nawet się przedstawił, co mnie wbiło w fotel, bo poprzedni panowie na moje pytanie, z kim rozmawiam, odkładali słuchawkę. Ja wiem, że praca lekarza jest ciężka i stresująca, ale styl i klasa komunikacji z pacjentami i ich bliskimi nie zajmuje więcej czasu niż odzywki na granicy chamstwa, lekceważenie i brak dobrego wychowania. Przecież lekarz to nie dresiarz jakiś, można od niego wymagać, że będzie trzymał poziom. Czy nie?
Jakoś się udało sytuację opanować, mama wróciła do domu.
Kolejne dni gonitwa albo ślęczenie przy komputerze. Nie będzie mnie dwa tygodnie, więc wiele spraw trzeba pozałatwiać tak, żeby moja nieobecność nie oznaczała zawalenia spraw ani terminów. Cały czas robię listy, co kupić, gdzie pojechać, a to samochód do NCT, a to klucze do biblioteki, bo mam zastępstwo za siebie podczas mojej nieobecności, upominki dla znajomych i bliskich w Polsce (drobne, bo oczywiście kasy brak), coś tam trzeba napisać, coś wysłać, zadzwonić, pojechać, pomóc, uprać, spakować niezliczoną ilość niezbędnych rzeczy, czyli mały MediaMarkt jak to określił Witkowski w Drwalu - ładowarki, szczoteczki elektryczne, przełączniki do gniazdek, komórka na Polskę, baterie, aparat fotograficzny itp. Kable, kable i jeszcze raz kable. Leki - wykupić, odliczyć na wyjazd, przepakować, bo w tych blisterach za dużo miejsca zajmują, zajęło mi to godzinę. Mąż się śmiał ze mnie, jakby było z czego.
Milion spraw i rzeczy do spamiętania. Notes pęka od numerów telefonów i listy rzeczy do załatwienia. Wymiana maili trwa, ustalanie, uzgadnianie, wiadomo jak to jest.
Czasem jest mi smutno, stresa mam wielkiego, nawet jak piszę, to mam taki mętlik w głowie, że mi trudno zdania klecić. Łapię momenty, które mnie wydobywają z otchłani tego stresu. Wygrałam książkę na FB u Marii Ulatowskiej, zaraz potem okazało się, że też drugą do mnie poleci. Inna pisarka powiadomiła mnie o wysłaniu swojej nowej powieści, a to na sto procent będzie hit, więc radość równie wielka. Zadzwoniła córka, że dostała praktykę na lato w bardzo dobrym studiu graficznym, co zwiększa bardzo jej szanse na zdobycie dobrej pracy - myślałam, że zemdleję ze szczęscia. Kilka dni potem dowiedziała się, że jej pisemna praca dyplomowa jest tak dobra, że może brać udział w konkursie międzynarodowym. Duma, chociaż nie ma w tym mojej zasługi, ale dziecko przecież moje, krew moja, to się podłączę do 'świętowania'.
I tak dobre momenty przeplatają się ze stresującymi, po prostu życie.
Jestem wdzięczna za każdy taki promyk słońca, za każdy przejaw życzliwości, a doświadczam tego dużo ostatnio, aż nie wiem, czy zasługuję.
O wizycie Kate i jej męża jeszcze chciałam opowiedzieć, ale to już może jutro.
sobota, 21 kwietnia 2012
Samochwała w kącie stała. Wpis łączony z Notatkami Coolturalnymi
To jest okładka książki, która się właśnie ukazała. Małgorzata Gutowska-Adamczyk rozmawia z czytelniczkami. Jedną z pięciu dziewczyn, kobiet powinnam może powiedzieć, ale w ten sposób czuję się młodsza, byłam ja. W tej książce rozmawiamy o tym, o czym często rozprawia się przy kawie z przyjaciółkami - o życiu, związkach, religii, feminizmie, dzieciach, uczuciach, rozstaniach, szczęściu i przyjaźni oraz wielu innych sprawach. Powstała książka ważna dla nas, co oczywiste, bo przecież każda wypowiedź okupiona jest godzinami przemyśleń, ale mam nadzieję, że również i dla wielu z Was. Nie raz jest tak, że człowiek ma coś w tyle głowy, ale nie ma z kim tego obgadać. Czytając tę książkę, możecie to z nami 'obczytać'.
Emocje towarzyszące wydaniu takiej książki są wielkie. Najpierw w zaciszu domu obmyśliwałam, co bym chciała Wam powiedzieć, 'rozmawiałam' z dziewczynami na kartach dokumentu Worda, zapomniałam wręcz, do czego to wszystko zmierza, a potem zobaczyłam to wydane na kilkuset stronach i mi dech zaparło. Słowo, myśl - książką się stały.
Miłego czytania, jeśli się skusicie.
Gdyby się tak stało, że kogoś poruszy omawiany tam temat, mam nadzieję, że będziemy mogli o tym tutaj podyskutować.
(tym razem zamieściłam ten sam wpis, co na moich Notatkach Coolturalnych, bo zakładam, że nie wszyscy tam zaglądacie. Jak chwalić się, to na całego)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


