Na blogu Notatki Coolturalne opisałam moje marzenie o fotelu i jak to się stało, że wreszcie mogłam go sobie kupić, więc nie będę się tu powtarzać.
Chciałabym natomiast więcej napisać o moim doświadczeniu zakupowym w IKEI, ciekawa jestem Waszej opinii, czy Wy też tak macie?
To, że nie ma tam okien, poza najwyższym piętrem w kafejce, to wszyscy wiemy, a jak nie ma okien, trudno się zorientować, jak upływa czas. Nawet jeśli człowiek wie plus minus po co przyszedł, chce to załatwić szybko i bezboleśnie, i tak nigdy nie ma tak, żeby to trwało chwilę.
Nie bywam w IKEI często, bo w Irlandii mamy jeden sklep w Dublinie, drugi jest w Belfaście, po stronie północnej. Do obu mam mniej więcej tyle samo, czyli coś ze 4 godziny. Drogi w Irlandii są słabe, a już z Donegalu do centralnej części szczególnie, nie ma mowy o wyskoczeniu od tak sobie, żeby połazić i zobaczyć, czy czegoś nie przecenili.
Bywam w tym sklepie może raz w roku. Asortyment nie zmienia się tam znowu tak szybko, żeby bywać częściej, domu nie urządzam namiętnie, więc nie ma potrzeby.
Tym razem celem był fotel. Sprawdziłam, czy mają na stanie, okazało się, że są 4 i pojechaliśmy.
Po kilku godzinach jazdy przyjemnie było zasiąść do kawy i irlandzkiego śniadania. To jest dla nas wielka uczta, bo nie jadamy go zbyt często ze względu na kalorie. To w IKEI jest akurat dobrego rozmiaru, nie za duże, nie za małe, dobrze przyrządzone. Jedynym minusem była kawa i herbata - obie wyjątkowo wstrętne, z tym, że kawa biła na łeb wszystkie inne podłe w smaku, które zdarzyło mi się kiedyś wypić. Jak na tę jakość, droga. No, ale nie na kawę tam pojechałam.
Zaczęliśmy od show room, bo mąż ma koncepcję na wymianę kilku rzeczy w kuchni i gdzieś tam jeszcze i mnie przeciągnął przez całość. Znalazłam tam fajne poduszki do fotela, zapisałam lokalizację w sklepie i nazwę. Potem spodobał nam się wieszak do łazienki, znowu to samo - notatki, gdzie go znaleźć. I jeszcze raz ta sama operacja z półką, która wisiała w zaaranżowanym pokoju.
Okazało się, że żadna z tych rzeczy nie jest tam, gdzie obiecywał napis na etykiecie.
Pracuje tam dużo osób, ale zaskakująco mało mogą pomóc. Pytasz, odsyłają cię do innej osoby do innego komputera, a jak już myślisz, że jesteś w ogródku i witasz się z gąską, to się okazuje, że Zosia gąski może i pasła, ale ta bajka jest o Kasi, co gąski zgubiła. Tam, gdzie przedmiot powinien być, okazywało się, że go nie ma wcale w sensie skończył się (to w komputerze tego nie widzieli?), albo leży gdzie indziej, ale gdzie, to może tamta pani, o w tym żółtym (oni wszyscy na żółto, daaa) mi powie.
Jak dotarłam do alejki 5 stanowisko 46, to się okazało, ze mogę podziwiać wielką pustą przestrzeń. Nie muszę chyba dodawać, że mówimy o sobocie, tłumach i sklepo-kilometrach oraz zakupo-godzinach nie do zmierzenia, a nie o małym przytulnym grajdołku z disajnerskimi przedmiotami..
Ale spoko, po fotel przyjechałam, nie będę się przecież denerwować, kiedy realizuję osobiste marzenie ostatnich lat.
Na liście w internecie napisano, że foteli ma być w tym kolorze na półce 4. Dochodzimy do regału, alejka 9 stanowisko 45 oczywizda na samym końcu, a tam stoi jeden. Pytam przechodzącego pana z obsługi, czy jeszcze gdzieś mają więcej (z myślą o tej półce, co jej w alejce 5 nie było), ale dostaję odpowiedź, że cokolwiek leży na regałach, to leży, a jak nie leży, to nie ma.
To ja się pytam, gdzie znajdują się te pozostałe 3 fotele, co są nadal na stanie dzisiaj, bo jeden kupiłam? Gdzie jest półka, co być powinna i jej nie ma?
Nie wiedzieć dlaczego, zaczęłam sobie nucić pod nosem piosenkę kabaretu Mumio
Jak to... jak to się stało
Że mi wypiłaś moje kakao
Przecież to mój kubeczek
To mój kubeczek z wiewiórką jest
Mąż jak zobaczył karton z fotelem, to go na-ten-tychmiast szlag trafił, bo ja go zapewniałam, ze to wszystko jest flat pack (widziałam miesiąc temu na własne oczy, nawet się zastanawiałyśmy z córką, jak ten fotel złożymy). Ale to chyba był ten casus, że my oglądałyśmy kilka kartonów na raz i one się zazębiały, a prawda taka, że fotel jest tam w całości, czyli karton jest w literę L, pod kątem prostym zgięty i wieeeeelki.
Zrobił się problem, bo to oznaczało, że bagażnik będzie otwarty, a to znowu oznaczało konieczność zakupy taśmy trzymającej to wszystko w kupie, a wiedzieliśmy, że takowa taśma jest, bo widzieliśmy taką żółtą, ale się okazało, że ta żółta należy do pracowników Ikei, a do kupienia jest czarna, ale przy kasie 22 na półce. Tam nie było, nie wiedziałam nawet gdzie szukać, ale chociaż kręciło się tam kilku panów, nikt nie polazł popatrzeć ze mną, a to rzut beretem był, tylko mi machali palcem przed nosem, w którym kierunku mam iść. Oni im chyba w instrukcji obsługi klienta zastrzegli, ze nie mają za bardzo pomagać, bo jak nie to na bruk. No bo jak wyjaśnić, że na każdym piętrze pracownicy tylko machają rękami w kierunku nieokreślonym, dupy nie ruszą i odsyłają jeden do drugiego?
Mąż już był na skraju wyczerpania nerwowego. Młody chłopak nawet szukał tej taśmy, ale koniec końców odesłał nas do obsługi klienta, która była po drugiej stronie lustra tej magicznej krainy, czyli po zapłaceniu, mieliśmy się tam udać.
Przy kasie okazało się, że wzięliśmy dwie rzeczy z półki, które były tzw display, czyli wystawką, a powinniśmy wziąć zapakowane. Pytam, czy mi ktoś to może jakoś skrótami przynieść, a on, że nie, że muszę wrócić (przypominam, że mowa o sklepo-kilometrach). Ręce mi opadły. Po ten garnek bym nie szła, ale taśma, okazało się w obsłudze klienta, też jest gdzieś w bebechach tego sklepu-potwora
- jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzieeeee - nucę dla uspokojenia nerwów.
Wywiozłam męża wraz z kartonem "potworem ostro zgiętym" i drugim koszem z poduszkami i różnymi dziwnymi rzeczami średnio potrzebnymi, ale taka łopatka to mi się przyda, bo tania, do samochodu na parking, a sama w te pędy z powrotem do sklepu na poszukiwanie taśmy o imieniu Maja-gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie.
Młodzian pokazał mi skrót, żebym nie gnała tak całkiem przez wszystkie działy, takie tajemne szare drzwi, ale się pogubiłam i kiedy spytałam kobiety po drodze, ta zaprzeczyła, że takowe w ogóle istnieją. Głupia krowa, a młodziana od razu pokochałam, kiedy jednak znalazłam te drzwi i okazało się, że zaoszczędziłam przynajmniej z 15 minut, jak nie więcej. Tam miałam więcej szczęścia, bo pierwszy raz znalazłam młodą dziewczynę, która zostawiła jakieś kartony i mnie zaprowadziła do miejsca, gdzie taśmy leżą (sama bym ich w życiu nie znalazła!!!), byłam gotowa ją pod kolana z wdzięczności chwycić.
Po drodze w locie chwyciłam te dwa przedmioty czyli garnek i doniczkę, co były zapakowane tym razem, a nie z wystawy (chociaż taki burdel tam na półkach, że trudno się zorientować, co i jak) i już normalną drogą wróciłam do kas. Gnałam jak rączy koń, przedtem skrótem weszłam, a i tak mi to pól godziny zajęło. Mąż mnie zabije - śpiewałam przy kasie, dla spokojności oczywiście :-)
Wracaliśmy zapakowani jak na tym filmie reklamowym sprzed lat, gdzie w trakcie wyprzedaży ludzie wyjeżdżają z Ikei zapakowani tak wysoko, że pod mostem nie mogą przejechać. Tyle, że my wystawaliśmy z tyłu :-)
Na stronie internetowej jest wielki napis SALE i o ludziach, co mają Ikea Family kartę, że taniej. Nie wiem, co to za wyprzedaż, bo tam mało co było taniej, jakaś pościel, co i tak jej nikt nie chce i serwetki. Nie wiem też, po co ta karta, bo nic nie skorzystałam na tym, że jestem w 'rodzinie Ikei', a jak spytałam przy kasie, po co ja właściwie to mam (jak to po co, twoje dane podstępem od Ciebie wyciągnęli, głupia babo - mówiły oczy męża), odpowiedź była taka, że niby wiem, ale nie wiem. Produkty są oznaczone i mam je taniej i te z wyprzedaży też, ale ani tych produktów, ani tych taniej, jakoś nie widziałam, albo słabo oznaczone, albo się w ten 'nawias' nie łapię.
Wiem, IKEA to sklep z dosyć dobrymi towarami za niewielką cenę i za to trzeba jakoś 'zapłacić', ale żeby tak całkiem żadnej pomocy i slogany prawie bez pokrycia, albo pokrywające się z potrzebami setnej klientów, to chyba lekka przesada. A może ja tam za rzadko bywam, żeby to dobrodziejstwo ocenić, zauważyć?
Zadowolona jestem z fotela, z łopatek do smażenia, doniczki, garnka i poduszki też, ale zakupy tam to jak pobyt w armii cudzoziemskiej - maszeruj albo giń.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 30 grudnia 2013
czwartek, 26 grudnia 2013
Czy ja jestem wystarczająco 'smart' na ten phone? A tak w ogóle to już prawie po
Piękny dzień, nie za oknem, bo tam wichura, ale u nas w domu tak. Przyszły święta, w Wigilię luzik, bo wszystko porobione, tylko upiec chleb, ustroić stół i oczywiście jajka faszerowane dla jeszcze-nie-zięcia, bo to ulubione jego danie (co tam, że u nas jadało się je tylko na Wielkanoc).
Z chlebem zrobiliśmy oczywiście jakieś dziwne czary mary. Oczywiście, bo ja w tym roku wyczyniam jakieś dziwne sztuki nie do końca zrozumiałe dla mnie, nie w moim stylu, że coś psuję, ważę lub przypalam. Wymieszałam mąki różne i ziarna i co tam w przepisie było, ale jakoś niecodziennie, w kazdym razie nie powtórzyłabym tego. Nagrzałam piec na 230, ale na grillu najpierw, bo tak się szybciej kuchenka nagrzewa, przez co mniej prądu się na to zużywa, włożyłam chleb i zmieniłam na konwekcyjne grzanie. No właśnie, miałam taki zamiar, a przekręciło mi się za daleko i włączyłam chłodny nadmuch (nigdy nie wiem, do czego to jest). I chleb stał kolejne 40 minut w tym, przez pierwsze piętnaście pewnie urósł, bo było jeszcze gorąco, a potem sobie tak stał blady. Córka sprawdziła, czy już gotowy i skonstatowała ze zdziwieniem, że cholerka coś blady, wsadziła rękę i chłodnawo. No to w panice piec na właściwe ustawienie i następna godzina już w stopniowo rosnącej temperaturze. Upiekł się i o dziwo był świetny, chyba najlepszy od lat.
Gdybym miała odwalić ten numer po raz drugi, nie potrafiłabym tego zrobić.
W każdym razie dzień uratowany, córka miała swój ulubiony chleb na kolację wigilijną.
Objedliśmy się jak zwykle. Nie, że jakieś ilości, ale po całym dniu gotowania, następnym szykowania, jakoś szybko się człowiek napełnia i nie za wiele daje się wchłonąć. W takiej perspektywie człowiek się zawsze dziwi, że tyle nagotował, naszarpał się i panikował w sprawie ilości potraw. Nihil novi.
Prezenty u nas zawsze między przystawkami zimnymi, a barszczem z uszkami. Dla odpoczynku i spokojności, bo wszyscy, niezależnie, czy lat 6, czy 60, są niecierpliwi dowiedzieć się, co tam w tych paczkach jest? Odkąd nie ma u nas maluchów, kładziemy je już poprzedniego dnia, zapakowane i opisane i czekają, a w nas wzrasta chęć zajrzenia do środka. Niby udajemy, że nie widzimy, ale żurawia zapuszczamy.
No i zaczęło się szaleństwo, książki, drobiazgi, to, co każdy wymarzył, co nie oszukujmy się, i tak by sobie kupił, bo torebka, bo portfel, bo czapka. Było też kilka większych, w moim przypadku smartphone. Postanowiłam wejść na abonament, bo muszę mieć rozmowy międzynarodowe tańsze lub całkiem za darmo limit, ze względu na mamę. A jak bill pay to można było pomyśleć o telefonie, bo z planem tańsze niż takie na kartę 'pay as you go'. No i wybrałam Samsung Galaxy Note 3. Tylko tak było mnie na niego stać, a raczej nie mnie, a Mikołaja. Kilku Mikołajów, bo dzieci się złożyły i przyjaciel rodziny dołożył voucher.
Dostałam telefon i oszalałam.
Z rozpaczy, że taka durna jestem i zacofana, że czuję się jakbym w ciemnym lesie chodziła i tylko momentami wychodzę na polanę, jasność widzę, czyli jakimś cudem udaje mi się znaleźć sms czy coś tam innego, po czym znowu w gąszczu niepewności i dziwnych ikonek się poruszam i tak w koło Macieju. Kiedy przychodzi mi pisać na ekranie dotykowym, to latam po nim palcami jak łyżwiarka na oblodzonych kocich łbach, nigdy nie wiem, gdzie wyląduję, w którą stronę mi palec poleci i co z tego na ekranie jest tekstem, który chciałam napisać, a co jakąś hebrajską mowa.
Ubaw najlepszy mamy, kiedy robimy wybieranie głosowe lub głosowe wyszukiwanie google. Raz podchwyci, raz nie.
Galaxy Note 3 ma tyle funkcji, przydatnych i ciekawych, że aż żal taki mieć i nie korzystać, dlatego muszę jutro usiąść z jakimś filmikiem instruktażowym i podziałać. Wyjść z tego lasu :-)
Pierwszy dzień świąt i drugi to wizyta przyjaciół z dziećmi, a teraz lenistwo i filmy w planie.
A jak Wam minęły święta?
Z chlebem zrobiliśmy oczywiście jakieś dziwne czary mary. Oczywiście, bo ja w tym roku wyczyniam jakieś dziwne sztuki nie do końca zrozumiałe dla mnie, nie w moim stylu, że coś psuję, ważę lub przypalam. Wymieszałam mąki różne i ziarna i co tam w przepisie było, ale jakoś niecodziennie, w kazdym razie nie powtórzyłabym tego. Nagrzałam piec na 230, ale na grillu najpierw, bo tak się szybciej kuchenka nagrzewa, przez co mniej prądu się na to zużywa, włożyłam chleb i zmieniłam na konwekcyjne grzanie. No właśnie, miałam taki zamiar, a przekręciło mi się za daleko i włączyłam chłodny nadmuch (nigdy nie wiem, do czego to jest). I chleb stał kolejne 40 minut w tym, przez pierwsze piętnaście pewnie urósł, bo było jeszcze gorąco, a potem sobie tak stał blady. Córka sprawdziła, czy już gotowy i skonstatowała ze zdziwieniem, że cholerka coś blady, wsadziła rękę i chłodnawo. No to w panice piec na właściwe ustawienie i następna godzina już w stopniowo rosnącej temperaturze. Upiekł się i o dziwo był świetny, chyba najlepszy od lat.
Gdybym miała odwalić ten numer po raz drugi, nie potrafiłabym tego zrobić.
W każdym razie dzień uratowany, córka miała swój ulubiony chleb na kolację wigilijną.
Objedliśmy się jak zwykle. Nie, że jakieś ilości, ale po całym dniu gotowania, następnym szykowania, jakoś szybko się człowiek napełnia i nie za wiele daje się wchłonąć. W takiej perspektywie człowiek się zawsze dziwi, że tyle nagotował, naszarpał się i panikował w sprawie ilości potraw. Nihil novi.
Prezenty u nas zawsze między przystawkami zimnymi, a barszczem z uszkami. Dla odpoczynku i spokojności, bo wszyscy, niezależnie, czy lat 6, czy 60, są niecierpliwi dowiedzieć się, co tam w tych paczkach jest? Odkąd nie ma u nas maluchów, kładziemy je już poprzedniego dnia, zapakowane i opisane i czekają, a w nas wzrasta chęć zajrzenia do środka. Niby udajemy, że nie widzimy, ale żurawia zapuszczamy.
No i zaczęło się szaleństwo, książki, drobiazgi, to, co każdy wymarzył, co nie oszukujmy się, i tak by sobie kupił, bo torebka, bo portfel, bo czapka. Było też kilka większych, w moim przypadku smartphone. Postanowiłam wejść na abonament, bo muszę mieć rozmowy międzynarodowe tańsze lub całkiem za darmo limit, ze względu na mamę. A jak bill pay to można było pomyśleć o telefonie, bo z planem tańsze niż takie na kartę 'pay as you go'. No i wybrałam Samsung Galaxy Note 3. Tylko tak było mnie na niego stać, a raczej nie mnie, a Mikołaja. Kilku Mikołajów, bo dzieci się złożyły i przyjaciel rodziny dołożył voucher.
Dostałam telefon i oszalałam.
Z rozpaczy, że taka durna jestem i zacofana, że czuję się jakbym w ciemnym lesie chodziła i tylko momentami wychodzę na polanę, jasność widzę, czyli jakimś cudem udaje mi się znaleźć sms czy coś tam innego, po czym znowu w gąszczu niepewności i dziwnych ikonek się poruszam i tak w koło Macieju. Kiedy przychodzi mi pisać na ekranie dotykowym, to latam po nim palcami jak łyżwiarka na oblodzonych kocich łbach, nigdy nie wiem, gdzie wyląduję, w którą stronę mi palec poleci i co z tego na ekranie jest tekstem, który chciałam napisać, a co jakąś hebrajską mowa.
Ubaw najlepszy mamy, kiedy robimy wybieranie głosowe lub głosowe wyszukiwanie google. Raz podchwyci, raz nie.
Galaxy Note 3 ma tyle funkcji, przydatnych i ciekawych, że aż żal taki mieć i nie korzystać, dlatego muszę jutro usiąść z jakimś filmikiem instruktażowym i podziałać. Wyjść z tego lasu :-)
Pierwszy dzień świąt i drugi to wizyta przyjaciół z dziećmi, a teraz lenistwo i filmy w planie.
A jak Wam minęły święta?
wtorek, 24 grudnia 2013
Taka jestem, proszę pana, rozchwiana jak ta pogoda, czyli opowieść podręcznej
Całkiem jestem jak nasza aura - zawiana w nogach, czyli nie całkiem równo stoję.
To nie mój czas zdecydowanie. Nie wiem, czy to coś nowego, czy mi się ten balans wyłączył z powodu stresu, a raczej napięcia spowodowanego zbyt dużym chceniem zrobienia wszystkiego na czas i jak najlepiej, ale w głowie mi się kręci, od ósmej już mi się oczy zamykały, a jeszcze tyle było do zrobienia. Miałam taki kryzys o dziewiątej, że musiałam w ulewę wyjść z domu na chwilę, bo myślałam, że przytomność stracę. Aż się przestraszyłam.
Cały dzień miałam jakiś do kitu. To znaczy atmosfera fajna, z dzieciskami w kuchni, Michalina robiła jedno ciast, a ja zawalczyłam z tortem chałwowo-kawowo-wiśniowym. Nie wiem, czy ten przepis ze strony wprawdzie zaufanej, ale nigdy nic nie wiadomo, jakiś trefny, niesprawdzony, pisany na kolanie, czy ja do kitu całkiem dzisiaj, ale nic mi się nie kleiło z tym ciastem. Na szczęście biszkopt czekoladowy do tortu wyszedł, ale wykorzystałam doświadczenie z innych przepisów, więc nie mogę pochwalić, że to zasługa tego.
Potem mi podpadło, że autorka kazała rozpuścić mąkę ziemniaczaną we wrzącym kompocie, toż to każdy wie, chyba, że całkiem początkujący, że tak się nie da. Czujna się zrobiłam jak Wasilewska, ale nie na tyle, żeby jednak zamienić mąkę ziemniaczaną na kukurydzianą (która daje piękniejszy pobłysk masy wiśniowej i jest ona mnie kisielowata, a bardziej galaretkowata). Potem mi się zważyła śmietana chałowo-kawowa. W mig. Ani się nie spotrzegłam, miałam breję w grudach. Ręce mi opadły.
Stwierdziłam, że straciłam 'modżo' do gotowania i teraz wszystko mi nie wyjdzie. Jak przekrajałam biszkopta na blaty do tortu, to mi ręce latały. Całkowicie straciłam pewność siebie w kuchni, do tego stopnia, że zrobiłam drugą śmietanę potem, ale mało brakowało, a bym ją przebiła (nie zdarza mi się to, a teraz proszę), potem poprosiłam córkę, żeby zrobiła polewę na tort typu 'ganache' czyli śmietanka z czekoladą w niej rozpuszczoną, bo ja już nie wierzyłam, ze dam radę.
Mąż dokończył rybę po grecku, zrobił w galarecie, nasmarował mięsa, ja już tylko za podręczą robiłam.
I się kiwałam jak kiwaczek jakiś, tak mi się we łbie kręciło.
Do kitu.
Do tego dostałam kartki, a sama ich nie wysłałam prawie wcale, tylko kilka, bo po prostu nie miałam siły biegać, kupować i wysyłać, z tym przeziębieniem i balansem, co był do bani. Aż szkoda, że nie na bani :-)
Zobaczymy jak będzie jutro, czeka mnie wykończenie domu, ubranie stołu, upieczenie chleba i jakieś tam pomniejsze sprawy. Obym nic nie schrzaniła.
Mimo to fajnie jest, tylko żeby mnie przestało w głowie kręcić i mdlić.
Oczywiście Wesołych Świąt Wam życzę!
To nie mój czas zdecydowanie. Nie wiem, czy to coś nowego, czy mi się ten balans wyłączył z powodu stresu, a raczej napięcia spowodowanego zbyt dużym chceniem zrobienia wszystkiego na czas i jak najlepiej, ale w głowie mi się kręci, od ósmej już mi się oczy zamykały, a jeszcze tyle było do zrobienia. Miałam taki kryzys o dziewiątej, że musiałam w ulewę wyjść z domu na chwilę, bo myślałam, że przytomność stracę. Aż się przestraszyłam.
Cały dzień miałam jakiś do kitu. To znaczy atmosfera fajna, z dzieciskami w kuchni, Michalina robiła jedno ciast, a ja zawalczyłam z tortem chałwowo-kawowo-wiśniowym. Nie wiem, czy ten przepis ze strony wprawdzie zaufanej, ale nigdy nic nie wiadomo, jakiś trefny, niesprawdzony, pisany na kolanie, czy ja do kitu całkiem dzisiaj, ale nic mi się nie kleiło z tym ciastem. Na szczęście biszkopt czekoladowy do tortu wyszedł, ale wykorzystałam doświadczenie z innych przepisów, więc nie mogę pochwalić, że to zasługa tego.
Potem mi podpadło, że autorka kazała rozpuścić mąkę ziemniaczaną we wrzącym kompocie, toż to każdy wie, chyba, że całkiem początkujący, że tak się nie da. Czujna się zrobiłam jak Wasilewska, ale nie na tyle, żeby jednak zamienić mąkę ziemniaczaną na kukurydzianą (która daje piękniejszy pobłysk masy wiśniowej i jest ona mnie kisielowata, a bardziej galaretkowata). Potem mi się zważyła śmietana chałowo-kawowa. W mig. Ani się nie spotrzegłam, miałam breję w grudach. Ręce mi opadły.
Stwierdziłam, że straciłam 'modżo' do gotowania i teraz wszystko mi nie wyjdzie. Jak przekrajałam biszkopta na blaty do tortu, to mi ręce latały. Całkowicie straciłam pewność siebie w kuchni, do tego stopnia, że zrobiłam drugą śmietanę potem, ale mało brakowało, a bym ją przebiła (nie zdarza mi się to, a teraz proszę), potem poprosiłam córkę, żeby zrobiła polewę na tort typu 'ganache' czyli śmietanka z czekoladą w niej rozpuszczoną, bo ja już nie wierzyłam, ze dam radę.
Mąż dokończył rybę po grecku, zrobił w galarecie, nasmarował mięsa, ja już tylko za podręczą robiłam.
I się kiwałam jak kiwaczek jakiś, tak mi się we łbie kręciło.
Do kitu.
Do tego dostałam kartki, a sama ich nie wysłałam prawie wcale, tylko kilka, bo po prostu nie miałam siły biegać, kupować i wysyłać, z tym przeziębieniem i balansem, co był do bani. Aż szkoda, że nie na bani :-)
Zobaczymy jak będzie jutro, czeka mnie wykończenie domu, ubranie stołu, upieczenie chleba i jakieś tam pomniejsze sprawy. Obym nic nie schrzaniła.
Mimo to fajnie jest, tylko żeby mnie przestało w głowie kręcić i mdlić.
Oczywiście Wesołych Świąt Wam życzę!
wtorek, 17 grudnia 2013
Wiem, ale nie wiem
W tym roku dla odmiany wiem, co dostanę pod choinkę. Ale co z tego? Nawet w sklepie byłam i widziałam pudełko, ale nie wiem, w ręku nie mam, jeszcze nie czuję, cierpliwości upraszam, bo ze skóry wychodzę.
Rzecz w tym, że umyśliłam sobie iść w smartfony. A jak tak, to najpierw myślałam, kombinowałam, jaki, bo ja ślepa, żeby lekki, bo cegieł mam już dość w życiu (guzikowce są grube i toporne przecież), macałam w sklepie i zdecydowawszy, że Samsung Galaxy Note, a że mnie na 3 nie stać, to dwójka. No, ale się okazało, ze jak przejdę na bill pay to stać mnie na trójkę, a do tego rozmowy darmowe będę miała ileś tam minut, co mi się koniec końców opłacało (również dzięki przyjacielowi Michaliny, ale to długa historia). Stanęło więc na tym modelu.
A jak abonament, to wprawdzie rodzina kupuje, ale ja muszę podpisać, stąd moja obecność w sklepie.
Syna w roli cerbera córka wysłała ze mną, zaraz od pani przejął telefon, nawet nie powąchałam.
I tak sobie czekam, całkiem jak ten franio-podobny Jack Russell z filmiku poniżej
Przekupstwo nie pomogło, podstęp, że trzeba sprawdzic, czy nie porysowany i czy nie pęknięty też nie. Cóż zostało, tydzień spania przy talerzu z ciasteczkami, haha.
Ale zeby nie było jakoś specjalnie fajnie, to przy okazji wymiany sim card coś się pani pokiełbasiło i w rezultacie nie przerzuciła mi połowy numerów telefonów i oczywiscie jakich nie ma? Tych najważniejszych i najczęściej używanych. Także, kto mnie zna i wie, że powinnam mieć Wasz telefon, proszę mi słać swoje numery, bo jak znam życie, w moim spisie brakuje właśnie Waszego :-)
A ja czekam :-)
Rzecz w tym, że umyśliłam sobie iść w smartfony. A jak tak, to najpierw myślałam, kombinowałam, jaki, bo ja ślepa, żeby lekki, bo cegieł mam już dość w życiu (guzikowce są grube i toporne przecież), macałam w sklepie i zdecydowawszy, że Samsung Galaxy Note, a że mnie na 3 nie stać, to dwójka. No, ale się okazało, ze jak przejdę na bill pay to stać mnie na trójkę, a do tego rozmowy darmowe będę miała ileś tam minut, co mi się koniec końców opłacało (również dzięki przyjacielowi Michaliny, ale to długa historia). Stanęło więc na tym modelu.
A jak abonament, to wprawdzie rodzina kupuje, ale ja muszę podpisać, stąd moja obecność w sklepie.
Syna w roli cerbera córka wysłała ze mną, zaraz od pani przejął telefon, nawet nie powąchałam.
I tak sobie czekam, całkiem jak ten franio-podobny Jack Russell z filmiku poniżej
Przekupstwo nie pomogło, podstęp, że trzeba sprawdzic, czy nie porysowany i czy nie pęknięty też nie. Cóż zostało, tydzień spania przy talerzu z ciasteczkami, haha.
Ale zeby nie było jakoś specjalnie fajnie, to przy okazji wymiany sim card coś się pani pokiełbasiło i w rezultacie nie przerzuciła mi połowy numerów telefonów i oczywiscie jakich nie ma? Tych najważniejszych i najczęściej używanych. Także, kto mnie zna i wie, że powinnam mieć Wasz telefon, proszę mi słać swoje numery, bo jak znam życie, w moim spisie brakuje właśnie Waszego :-)
A ja czekam :-)
sobota, 14 grudnia 2013
Smarkata kołowacizna, a lista się sama nie zrobi, zakupy tym bardziej.
Siedzę na przepisami, robię listę zakupów i tak kicham, że mam ciało-odrzut na metr. Jakby można było dalej, to i pewnie bym dwa poleciała, ale kanapa jest buforem.
Tak mi dobrze szło, opanowałam jakoś zawroty głowy, dostałam nowe leki, które były bardziej skuteczne. Nie zlikwidowało to całkiem kołowacizny, ale znacznie ograniczyło. Trochę głupio zrobiłam, że pojechałam do Michaliny do Dublina, ale tak się cieszyłam na to nasze chodzenie po świątecznym mieście, że nie umiałam sobie tego odmówić. Do tego w planach miałam dzień spędzony w gronie przyjaciół pod Dublinem, z którego nic nie wyszło, bo się pani domu rozchorowała, ale nie ma tego złego, bo chociaż po Ikei pochodziłam. Poszłam odwiedzić tam fotel, który sobie wymarzyłam do pokoju, do czytania. Usiadłam na nim, zachwyciłam się po raz nie wiem, który, po czym zakupiłam jakieś drobiazgi i rzecz najważniejszą - zejefajną kołdrę dla męża na zimę i dwie superowe poduszki.
Foteli u nas dostatek, ale te najwspanialsze są drogie, kosztują ponad 400, a czasem i prawie 600 euro, na to mnie nie stać. A ten jest za 200 i równie dobry. Za jakiś czas sobie na niego uzbieram i kupię.
Na pocieszenie udało mi się za to wyhaczyć w jednym takim sklepiku dekoracji wnętrz taki oto wieszak na papier toaletowy. Pokazywałam go na Notatkach Coolturalnych, bo on taki właśnie kulturalny jest, ma litościwie dla mola książkowego półeczkę na czytane właśnie książczydło lub Kindla, ale i tu wkleję, bo cieszy mnie niepomiernie, a pewnie nie wszyscy zaglądacie i tam
W Dublinie było cudne, ale tłoczno niezwykle, bo się okazało, że to weekend, kiedy się wieśniaki zjeżdżają na zakupy. Czyli ja też, bom przecież z małego miasteczka na północy. Jeszcze dalej niż północ, rzec można.
Miałyśmy ambitne plany, ale one były jednak na wyrost, cieszę się, że udało mi się kupić dla Misi prezent i że mogłam z nią iść do Yamamori i do kina na Saving Mr. Banks.
Świetny film, bardzo polecam, jak tylko się ukaże w Polsce czy gdziekolwiek jesteście, ukazuje kulisy powstania filmu Mary Poppins, życie autorki tej powieści, ówczesne i powrót do jej dzieciństwa, jak powstała książka, skąd się wzięłam cudowna niania i kogo tak naprawdę przyleciała na parasolu uratować? Oczywiście spłakałyśmy się na końcu haniebnie.
W nocy w niedzielę przyjechałam, a w poniedziałek do pracy, ale nie kręciłam nosem, bo się za wszystkimi tam stęskniłam. W piątek zaliczyłam pierwszą toaletę z podopiecznym, nie było źle, jestem zaskoczona, można się przyzwyczaić.
Przyszły tydzień będzie pracowity, bo mamy mszę we wtorek w day centre dla wszystkich podopiecznych i ich rodzin, potem czwartek obiad świąteczny dla nas wszystkich, a koniec tygodnia wiadomo, już zaczną się przygotowania do świąt.
Emocje, emocje, a ja narazie chora, kichająca, smarkająca i skołowaciała.
Pięknie, k....a pięknie
Tak mi dobrze szło, opanowałam jakoś zawroty głowy, dostałam nowe leki, które były bardziej skuteczne. Nie zlikwidowało to całkiem kołowacizny, ale znacznie ograniczyło. Trochę głupio zrobiłam, że pojechałam do Michaliny do Dublina, ale tak się cieszyłam na to nasze chodzenie po świątecznym mieście, że nie umiałam sobie tego odmówić. Do tego w planach miałam dzień spędzony w gronie przyjaciół pod Dublinem, z którego nic nie wyszło, bo się pani domu rozchorowała, ale nie ma tego złego, bo chociaż po Ikei pochodziłam. Poszłam odwiedzić tam fotel, który sobie wymarzyłam do pokoju, do czytania. Usiadłam na nim, zachwyciłam się po raz nie wiem, który, po czym zakupiłam jakieś drobiazgi i rzecz najważniejszą - zejefajną kołdrę dla męża na zimę i dwie superowe poduszki.
Foteli u nas dostatek, ale te najwspanialsze są drogie, kosztują ponad 400, a czasem i prawie 600 euro, na to mnie nie stać. A ten jest za 200 i równie dobry. Za jakiś czas sobie na niego uzbieram i kupię.
Na pocieszenie udało mi się za to wyhaczyć w jednym takim sklepiku dekoracji wnętrz taki oto wieszak na papier toaletowy. Pokazywałam go na Notatkach Coolturalnych, bo on taki właśnie kulturalny jest, ma litościwie dla mola książkowego półeczkę na czytane właśnie książczydło lub Kindla, ale i tu wkleję, bo cieszy mnie niepomiernie, a pewnie nie wszyscy zaglądacie i tam
W Dublinie było cudne, ale tłoczno niezwykle, bo się okazało, że to weekend, kiedy się wieśniaki zjeżdżają na zakupy. Czyli ja też, bom przecież z małego miasteczka na północy. Jeszcze dalej niż północ, rzec można.
Miałyśmy ambitne plany, ale one były jednak na wyrost, cieszę się, że udało mi się kupić dla Misi prezent i że mogłam z nią iść do Yamamori i do kina na Saving Mr. Banks.
Świetny film, bardzo polecam, jak tylko się ukaże w Polsce czy gdziekolwiek jesteście, ukazuje kulisy powstania filmu Mary Poppins, życie autorki tej powieści, ówczesne i powrót do jej dzieciństwa, jak powstała książka, skąd się wzięłam cudowna niania i kogo tak naprawdę przyleciała na parasolu uratować? Oczywiście spłakałyśmy się na końcu haniebnie.
W nocy w niedzielę przyjechałam, a w poniedziałek do pracy, ale nie kręciłam nosem, bo się za wszystkimi tam stęskniłam. W piątek zaliczyłam pierwszą toaletę z podopiecznym, nie było źle, jestem zaskoczona, można się przyzwyczaić.
Przyszły tydzień będzie pracowity, bo mamy mszę we wtorek w day centre dla wszystkich podopiecznych i ich rodzin, potem czwartek obiad świąteczny dla nas wszystkich, a koniec tygodnia wiadomo, już zaczną się przygotowania do świąt.
Emocje, emocje, a ja narazie chora, kichająca, smarkająca i skołowaciała.
Pięknie, k....a pięknie
czwartek, 5 grudnia 2013
Orkan Xaver już tu był, a choinka stoi
Ale nas przewiało zeszłej nocy. Nic spać nie mogłam. Nie lubię wiatru, niektórzy uważają, że jest świetny i ich odpręża, ale mnie tam nic nie uspokaja, wręcz odwrotnie.
Siedzę w domu, bo jednak dostałam zwolnienie na to vertigo, czyli zawroty głowy związane z błędnikiem. Mam siedzieć nieruchomo, czytać, oglądać TV i dać się temu błędnikowi ustabilizować. No, ale jak to w domu, kobieta nie jest chora widocznie, czyli nie wyje z bólu, nogi jej nie urwało, ręki też nie, to przy okazji może niech upierze, uprasuje, co dzisiaj na obiad?
Nie skarżę się, mąż mi bardzo pomaga, ale sama sobie robię krzywdę, bo tylko w momencie, kiedy tracę równowagę, na ścianę lub drzwi lecę, czuję, że choruję, a tak śmigam po domu jak jaka głupia.
Wczoraj postawiliśmy w domu choinkę. Powinna być ubrana na 6go grudnia, irlandzkim zwyczajem wcześniej stroi się domy, w pierwszy weekend, ale ja będę u córki, więc mamy choinkę Barbórkową.
Wiem, że u nas tradycja ubierania drzewka przed samą Wigilią, ale ja tego nigdy nie lubiłam. Mama robiła zawsze histerie, że tyle roboty, że ona z babcią w kuchni, a my walczymy z drzewkiem, zamiast jej pomóc. Poza tym choinka nigdy nie była ubrana według jej standardów. co akurat rozumiem, bo każdy ma swoje, ale jednak awantury w taki dzień to trauma.
Postanowiłam, że u mnie w domu będzie inaczej, co udało mi się o tyle, że stawiamy drzewo wcześniej, ale takie emocje temu towarzyszą, że często się naszarpiemy zanim robota skończona. Czasem udaje się ominąć kłótnie. Wszystko dlatego, ze przeważnie nie działają światła, poza tym ja bym chciała inaczej, mąż inaczej. Kształt choinki i jej gęstość też budzi dyskusje, wybór choinki to jest gehenna, bo szukamy idealnej. W zeszłym roku mąż zarządził wycinkę z ogrodu, bo mu jedno drzewko psuło koncepcję. Trochę łyse było, więc niejedną łzę uroniłam, bo nie jest mi wszystko jedno. W tym roku uparł się też jedno wyciąć, bo za gęsto rosną i musiał rozluźnić szereg. Tym razem gęste, a do tego wielkie jak dupa słonia. Jak u Griswoldów w Witaj św. Mikołaju, dotargaliśmy je do domu, wstawiliśmy i nie wiedzieliśmy, jak się ruszyć. Trochę je mąż poprzycinał z jednej strony i jakoś się pomieściliśmy. A jak pachnie!
Wiewiórki nie mamy, sprawdzałam, bo mnie córka spytała, więc lepiej było się upewnić :-)
Oczywiście przy tym ubieraniu się naschylałam i nagibałam, więc błędnik mi się wcale nie ustabilizował. Teraz siedzę i próbuję odpocząć za wszystkie czasy, haha.
Muszę zrobić menu świąteczne i listę zakupów. Poza tym oglądam Ruskich w Londynie, mam serię nagraną na boksie Sky i zaliczam po kolei. Muszę trochę miejsca zrobić na dysku twardym, bo w święta pewnie fajne filmy będą, a ja nie oglądam TV wtedy, więc nagrać będzie trzeba. Odcinek specjalny Downton Abbey głównie.
Oglądałam w zeszłym tygodniu Listy do M. Bardzo mi się ten film podoba, wiem, że podróbka Love Actually, ale dobra podróbka, filmów świątecznych nigdy za wiele. Czeka na mnie ten wspomniany pierwowzór listów, Holiday i może sobie jeszcze coś zapodam, na pewno Frasiera święteczne epizody, jak co roku.
Siedzę w domu, bo jednak dostałam zwolnienie na to vertigo, czyli zawroty głowy związane z błędnikiem. Mam siedzieć nieruchomo, czytać, oglądać TV i dać się temu błędnikowi ustabilizować. No, ale jak to w domu, kobieta nie jest chora widocznie, czyli nie wyje z bólu, nogi jej nie urwało, ręki też nie, to przy okazji może niech upierze, uprasuje, co dzisiaj na obiad?
Nie skarżę się, mąż mi bardzo pomaga, ale sama sobie robię krzywdę, bo tylko w momencie, kiedy tracę równowagę, na ścianę lub drzwi lecę, czuję, że choruję, a tak śmigam po domu jak jaka głupia.
Wczoraj postawiliśmy w domu choinkę. Powinna być ubrana na 6go grudnia, irlandzkim zwyczajem wcześniej stroi się domy, w pierwszy weekend, ale ja będę u córki, więc mamy choinkę Barbórkową.
Wiem, że u nas tradycja ubierania drzewka przed samą Wigilią, ale ja tego nigdy nie lubiłam. Mama robiła zawsze histerie, że tyle roboty, że ona z babcią w kuchni, a my walczymy z drzewkiem, zamiast jej pomóc. Poza tym choinka nigdy nie była ubrana według jej standardów. co akurat rozumiem, bo każdy ma swoje, ale jednak awantury w taki dzień to trauma.
Postanowiłam, że u mnie w domu będzie inaczej, co udało mi się o tyle, że stawiamy drzewo wcześniej, ale takie emocje temu towarzyszą, że często się naszarpiemy zanim robota skończona. Czasem udaje się ominąć kłótnie. Wszystko dlatego, ze przeważnie nie działają światła, poza tym ja bym chciała inaczej, mąż inaczej. Kształt choinki i jej gęstość też budzi dyskusje, wybór choinki to jest gehenna, bo szukamy idealnej. W zeszłym roku mąż zarządził wycinkę z ogrodu, bo mu jedno drzewko psuło koncepcję. Trochę łyse było, więc niejedną łzę uroniłam, bo nie jest mi wszystko jedno. W tym roku uparł się też jedno wyciąć, bo za gęsto rosną i musiał rozluźnić szereg. Tym razem gęste, a do tego wielkie jak dupa słonia. Jak u Griswoldów w Witaj św. Mikołaju, dotargaliśmy je do domu, wstawiliśmy i nie wiedzieliśmy, jak się ruszyć. Trochę je mąż poprzycinał z jednej strony i jakoś się pomieściliśmy. A jak pachnie!
Wiewiórki nie mamy, sprawdzałam, bo mnie córka spytała, więc lepiej było się upewnić :-)
Oczywiście przy tym ubieraniu się naschylałam i nagibałam, więc błędnik mi się wcale nie ustabilizował. Teraz siedzę i próbuję odpocząć za wszystkie czasy, haha.
Muszę zrobić menu świąteczne i listę zakupów. Poza tym oglądam Ruskich w Londynie, mam serię nagraną na boksie Sky i zaliczam po kolei. Muszę trochę miejsca zrobić na dysku twardym, bo w święta pewnie fajne filmy będą, a ja nie oglądam TV wtedy, więc nagrać będzie trzeba. Odcinek specjalny Downton Abbey głównie.
Oglądałam w zeszłym tygodniu Listy do M. Bardzo mi się ten film podoba, wiem, że podróbka Love Actually, ale dobra podróbka, filmów świątecznych nigdy za wiele. Czeka na mnie ten wspomniany pierwowzór listów, Holiday i może sobie jeszcze coś zapodam, na pewno Frasiera święteczne epizody, jak co roku.
niedziela, 7 kwietnia 2013
Doniesienia z krainy dzikich
Ja to jednak dzikus jestem. Zakopałam się na tym odludziu Europy i wystarczy taki świąteczny czas, żeby mnie z kretesem wydrenować.
Od piątku już się działo. Oczywiście sprzątanie, były dzieci, nie było tak źle, ale już nielubiane zakupy musiałam robić sama, tak wyszło. No nie lubię i już. Wydawanie pieniędzy w ogóle mnie nie rajcuje. Najpierw wydaje mi się, że mam przeznaczoną kwotę i ok, a potem mam do siebie żal, że tyle wydałam, chociaż mieszczę się w wyznaczonych granicach. Nigdy się nie pozbędę tego poczucia winy związanego z wydatkami, może dlatego, że nigdy nie byłam bogata, chociaż bywały dobre czasy, ale zawsze wtedy pamiętałam o tych chudych, więc nigdy nie było tak, żeby lekką ręką itp.
Ale nie skarżę się, nie cierpię głodu, mam co czytać, prąd mam, a prawda jest taka, ze jakby mnie ktoś chciał do samolotu na Dominikanę wsadzić, to chyba bym się nie ucieszyła. Nie mam w sobie imperatywu podróżowania, bardziej rajcuje mnie fakt, że mi Blue kupiła w Polsce 'Wielką trwogę' Zaremby i wreszcie będę miała tę książkę (nigdzie nie ma, tylko Znak sprzedaje u siebie na stronie, akurat oni mają najdroższą na całej planecie taryfę za wysyłki zagraniczne).
Ale wracam do świąt.
Sobota gotowanie i pieczenie. Miałyśmy z córką plan, ale nam ciągle coś nie szło, a to lekuchno przyjarałyśmy drożdżówkę, a to córką jęczała, że chyba malinowe jej nie wyszło (chociaż dowodów na to nie miałyśmy), no to zdecydowała zrobić sernik japoński (poza planem), a do tego zostały jej białka, to zrobiła bezy (to już bardzo poza planem). Żuru coś doprawić nie mogłam, mięso do dania w galarecie owocowej mi coś nie stygło, pewnie mi się wydawało, ale nie szło i już.
Niepotrzebnie zaczęłyśmy z Michaliną panikować, a to pewnie wszystko przez to, że ciągle miałyśmy na uwadze, że zaraz zjadą goście, czyli przyjaciele córki, para polsko-włoska - Ania i Piercarlo.
Jak już prawie wszystko było gotowe, wpadłam w rozpacz, że nie zrobiłam badań terenowych i nie wiem, co Włosi jedzą na święta, może cholera go obrazimy wieprzowiną czy czym tam.
Okazało się, że wszystko chętnie zjada, więc przerwałam histerię tak szybko, jak ją zaczęłam.
No a święta to już był sam mniód i orzeszki, jedliśmy, spacerowaliśmy, jedliśmy, graliśmy w gry, podsypialiśmy, gadaliśmy, oglądaliśmy TV, niektórzy w tym czasie urządzali sobie prasówki, co kto chciał w danym momencie robić. Fajowsko było, bo i pogodę mieliśmy fantastyczną, jak na zamówienie. Dopiero jak odjeżdżali powiał wiatr i całe te święta wywiał do krainy przeszłość.
Kilka zdjęć:
Poniżej jaja szydełkowe na storczyku, obecnie bez kwiatów, to chociaż z jajkami-bombkami
Stół z lotu ptaka, czyli z sufitu
Moje dzieci dwumetrowe (córka na szczęście niższa)
Kuchareczki
Tradycyjne ciasto wielkanocne włoskie, nazywa się colomba, ma różne wersje, ta akurat z czekoladą kawą i mascarpone w środku czyli colomba tiramisu. Kupione przez Anię i Piercarlo, co by miał chłopak namiastkę domu
A to nasze ciasta
Spacer potrzebny był od zaraz, żeby chociaż dwie kalorie z tego miliona spalić
Od piątku już się działo. Oczywiście sprzątanie, były dzieci, nie było tak źle, ale już nielubiane zakupy musiałam robić sama, tak wyszło. No nie lubię i już. Wydawanie pieniędzy w ogóle mnie nie rajcuje. Najpierw wydaje mi się, że mam przeznaczoną kwotę i ok, a potem mam do siebie żal, że tyle wydałam, chociaż mieszczę się w wyznaczonych granicach. Nigdy się nie pozbędę tego poczucia winy związanego z wydatkami, może dlatego, że nigdy nie byłam bogata, chociaż bywały dobre czasy, ale zawsze wtedy pamiętałam o tych chudych, więc nigdy nie było tak, żeby lekką ręką itp.
Ale nie skarżę się, nie cierpię głodu, mam co czytać, prąd mam, a prawda jest taka, ze jakby mnie ktoś chciał do samolotu na Dominikanę wsadzić, to chyba bym się nie ucieszyła. Nie mam w sobie imperatywu podróżowania, bardziej rajcuje mnie fakt, że mi Blue kupiła w Polsce 'Wielką trwogę' Zaremby i wreszcie będę miała tę książkę (nigdzie nie ma, tylko Znak sprzedaje u siebie na stronie, akurat oni mają najdroższą na całej planecie taryfę za wysyłki zagraniczne).
Ale wracam do świąt.
Sobota gotowanie i pieczenie. Miałyśmy z córką plan, ale nam ciągle coś nie szło, a to lekuchno przyjarałyśmy drożdżówkę, a to córką jęczała, że chyba malinowe jej nie wyszło (chociaż dowodów na to nie miałyśmy), no to zdecydowała zrobić sernik japoński (poza planem), a do tego zostały jej białka, to zrobiła bezy (to już bardzo poza planem). Żuru coś doprawić nie mogłam, mięso do dania w galarecie owocowej mi coś nie stygło, pewnie mi się wydawało, ale nie szło i już.
Niepotrzebnie zaczęłyśmy z Michaliną panikować, a to pewnie wszystko przez to, że ciągle miałyśmy na uwadze, że zaraz zjadą goście, czyli przyjaciele córki, para polsko-włoska - Ania i Piercarlo.
Jak już prawie wszystko było gotowe, wpadłam w rozpacz, że nie zrobiłam badań terenowych i nie wiem, co Włosi jedzą na święta, może cholera go obrazimy wieprzowiną czy czym tam.
Okazało się, że wszystko chętnie zjada, więc przerwałam histerię tak szybko, jak ją zaczęłam.
No a święta to już był sam mniód i orzeszki, jedliśmy, spacerowaliśmy, jedliśmy, graliśmy w gry, podsypialiśmy, gadaliśmy, oglądaliśmy TV, niektórzy w tym czasie urządzali sobie prasówki, co kto chciał w danym momencie robić. Fajowsko było, bo i pogodę mieliśmy fantastyczną, jak na zamówienie. Dopiero jak odjeżdżali powiał wiatr i całe te święta wywiał do krainy przeszłość.
Kilka zdjęć:
Poniżej jaja szydełkowe na storczyku, obecnie bez kwiatów, to chociaż z jajkami-bombkami
Stół z lotu ptaka, czyli z sufitu
Moje dzieci dwumetrowe (córka na szczęście niższa)
Kuchareczki
Tradycyjne ciasto wielkanocne włoskie, nazywa się colomba, ma różne wersje, ta akurat z czekoladą kawą i mascarpone w środku czyli colomba tiramisu. Kupione przez Anię i Piercarlo, co by miał chłopak namiastkę domu
A to nasze ciasta
Spacer potrzebny był od zaraz, żeby chociaż dwie kalorie z tego miliona spalić
czwartek, 28 marca 2013
Co się pani tak skrada?
Szybko w tych swoich jękach zostałam sprowadzona do parteru, bo mnie po prostu, za karę chyba, pokręciło. Atak miałam - lumbago, korzonków (nie wiem, jak co to i jak się objawia), coś mi się naciągnęło, przestawiło? - nie wiem, w każdym razie upiekłam ciasto, zjedliśmy obiad, deser, kawa, w poczuciu spełnionego obowiązku udałam się na zasłużony spoczynek przy laptopie, a jak wstałam godzinę potem, to już się wyprostować nie mogłam. A ból okropny. I trzyma. Mam taki spazm mięśnia przy kręgach lędźwiowych, że aż ja czuję gulę w tym miejscu. I nie mogę się w ogóle wyprostować, wyglądam jakbym się skradała :-)
Wczoraj robiłam zakupy świąteczne, na diclofenacu, po którym mnie mdli, a ból lekko tylko bardziej znośny. Na szczęście syn mógł ze mną pojechać, wszystko zapakował i do samochodu zaniósł. Szkoda, że nie jest na tyle letni, żeby mnie jeszcze samochód prowadzić.
Dzisiaj trochę lepiej, ale plany muszę zweryfikować, córka przyjedzie, pomoże, damy radę. Byle atmosfera była dobra, a reszta to się jakos ułoży. W końcu w tych świętach chodzi też o refleksję, zadumę, modlitwę, nie tylko o jedzenie.
Że też ja zawsze muszę odwalić taką histerię, zanim jest normalnie, haha.
Ich nie zamęczam, tylko Was i siebie najbardziej.
A posprzątane będzie tylko tyle, co mogę, co pomogą. Nic się nie stanie.
Ciasto wyszło fenomenalne, te czekoladowe kleksy to masa serowa wymieszana z rozpuszczoną czarną czekoladą (70%) , daje wrażenie trufli pysznościowych zatopionych w masie serowej, a ta też inna niż zwykle. Polecam. Bardzo eleganckie ciasto, takie świąteczne, przepis wzięłam z Moich wypieków
Wczoraj robiłam zakupy świąteczne, na diclofenacu, po którym mnie mdli, a ból lekko tylko bardziej znośny. Na szczęście syn mógł ze mną pojechać, wszystko zapakował i do samochodu zaniósł. Szkoda, że nie jest na tyle letni, żeby mnie jeszcze samochód prowadzić.
Dzisiaj trochę lepiej, ale plany muszę zweryfikować, córka przyjedzie, pomoże, damy radę. Byle atmosfera była dobra, a reszta to się jakos ułoży. W końcu w tych świętach chodzi też o refleksję, zadumę, modlitwę, nie tylko o jedzenie.
Że też ja zawsze muszę odwalić taką histerię, zanim jest normalnie, haha.
Ich nie zamęczam, tylko Was i siebie najbardziej.
A posprzątane będzie tylko tyle, co mogę, co pomogą. Nic się nie stanie.
Ciasto wyszło fenomenalne, te czekoladowe kleksy to masa serowa wymieszana z rozpuszczoną czarną czekoladą (70%) , daje wrażenie trufli pysznościowych zatopionych w masie serowej, a ta też inna niż zwykle. Polecam. Bardzo eleganckie ciasto, takie świąteczne, przepis wzięłam z Moich wypieków
wtorek, 26 marca 2013
Mam nadzieję, że nie wyleję ciasta z kąpielą
Coś się ze mną niedobrego dzieje, jak tylko trzeba włączyć logistykę przedświąteczną lub przed-wizytową (kiedy ktoś nas odwiedza), włącza mi się guziczek-paniczek (od paniki niestety, a nie od małego pana). Kiedyś spokojnie opracowywałam plan działania i tyle. Teraz mam pustkę we łbie. Nie tam, że mało, że z pomysłów nie wiem, który wybrać. NIC!
Za to panika jak do Częstochowy pielgrzymką z Kołobrzegu.
Michalina zaprosiła gości, swoich znajomych. Cieszę się bardzo, bo ich lubię i naprawdę czekam na ich przyjazd. Ale jednocześnie chciałabym, żeby ktoś mi powiedział - catering przyjedzie w sobotę.
Nie dlatego, ze leń, że nie umiem, że nie mam czasu, a dlatego, że nie mam pomysłu na stół w ten czas.
Dzisiaj urodziny męża, wybranie ciasta (zwykle wiedziałabym tydzień wcześniej), to była niezła przeprawa, do drugiej w nocy wczoraj siedziałam, a i tak zmieniłam zdanie na pięć minut przed wyjściem na zakupy, na zupełnie inny sernik, totalnie inne produkty i do tego okazało się, że najlepiej gdyby się chłodził noc w lodówce, ale to już w połowie roboty, bo było na drugiej stronie wydruku. Zupełnie jak w tej komedii Koterskiego 'Nic śmiesznego', co Miałczyński wiezie ekipę filmową, bo za zakrętem ukazał się las - w scenariuszu, no to do lasu. A na drugiej stronie scenariusza było - las krzyży.
No to mam las krzyży.
A urodziny dzisiaj
A zakupy też dzisiaj
Zaczęłam o drugiej go robić
Nie dość, że w niedoczasie jestem, to źle ustawiłam piekarnik (bo w przepisie ma być bez termoobiegu, a u nas chyba nie ma takiej opcji) na znaczek, którego wcześniej nie używałam, upiekłam na tym ustawieniu spód, jakim cudem nie wiem, bo jak wstawiłam sernik w kąpieli wodnej (do cholery jasnej, kto to wymyśla?), to się okazało, że to wiatrak chłodzący, a nie grzeje. Jak ja kurna upiekłam ten spód się pytam?
Wyjęłam pływający sernik, w kąpieli wodnej, oł/eł, nagrzałam termoobiegiem, niech juz będzie, żeby tylko upiec jakoś, wsadziłam i nawet nie zaglądam. Jak znam swoje szczęście, to będę z nim walczyć do piątej nad ranem.
Zamrożę zjemy na święta :-)
Jak tak grzebałam w przepisach wczoraj, obejrzałam film polski 'Ki'. Dobry, ale jakoś mnie zmęczył. Wkurza mnie maniera Romy Gąsiorowskiej, chociaż gołym okiem widać, że dobra aktorka, musze się po prostu chyba do niej przyzwyczaić, bo jak widać, ona od tego pieszczenia w mówieniu nie odwyknie.
Poza tym te wszystkie skróty imion jak Ki, Pio, Go, Miko też mnie denerwowały, do tego stopnia, że się uczepiłam tego jak rzep psiego ogona i nie śledziłam akcji. A dobry ten film. Szkoda, że mam takie skrzywienie, bardziej bym go doceniła.
I mnie przygnębił, a czy ja muszę powiedzieć, że w obecnym moim rozedrganiu, tego nie potrzebuję? Do tego wcześniej oglądaliśmy Gorejący krzew, trzy odcinki jednym ciągiem. Ten to dopiero dół jak kanion Kolorado, ale świetny i nic mi nie przeszkadzało, czyli już taki świr to nie jestem.
No nic, jutro zakupy w sklepie polskim, to muszę się wziąć w garść i zrobić listę potraw.
Za to panika jak do Częstochowy pielgrzymką z Kołobrzegu.
Michalina zaprosiła gości, swoich znajomych. Cieszę się bardzo, bo ich lubię i naprawdę czekam na ich przyjazd. Ale jednocześnie chciałabym, żeby ktoś mi powiedział - catering przyjedzie w sobotę.
Nie dlatego, ze leń, że nie umiem, że nie mam czasu, a dlatego, że nie mam pomysłu na stół w ten czas.
Dzisiaj urodziny męża, wybranie ciasta (zwykle wiedziałabym tydzień wcześniej), to była niezła przeprawa, do drugiej w nocy wczoraj siedziałam, a i tak zmieniłam zdanie na pięć minut przed wyjściem na zakupy, na zupełnie inny sernik, totalnie inne produkty i do tego okazało się, że najlepiej gdyby się chłodził noc w lodówce, ale to już w połowie roboty, bo było na drugiej stronie wydruku. Zupełnie jak w tej komedii Koterskiego 'Nic śmiesznego', co Miałczyński wiezie ekipę filmową, bo za zakrętem ukazał się las - w scenariuszu, no to do lasu. A na drugiej stronie scenariusza było - las krzyży.
No to mam las krzyży.
A urodziny dzisiaj
A zakupy też dzisiaj
Zaczęłam o drugiej go robić
Nie dość, że w niedoczasie jestem, to źle ustawiłam piekarnik (bo w przepisie ma być bez termoobiegu, a u nas chyba nie ma takiej opcji) na znaczek, którego wcześniej nie używałam, upiekłam na tym ustawieniu spód, jakim cudem nie wiem, bo jak wstawiłam sernik w kąpieli wodnej (do cholery jasnej, kto to wymyśla?), to się okazało, że to wiatrak chłodzący, a nie grzeje. Jak ja kurna upiekłam ten spód się pytam?
Wyjęłam pływający sernik, w kąpieli wodnej, oł/eł, nagrzałam termoobiegiem, niech juz będzie, żeby tylko upiec jakoś, wsadziłam i nawet nie zaglądam. Jak znam swoje szczęście, to będę z nim walczyć do piątej nad ranem.
Zamrożę zjemy na święta :-)
Jak tak grzebałam w przepisach wczoraj, obejrzałam film polski 'Ki'. Dobry, ale jakoś mnie zmęczył. Wkurza mnie maniera Romy Gąsiorowskiej, chociaż gołym okiem widać, że dobra aktorka, musze się po prostu chyba do niej przyzwyczaić, bo jak widać, ona od tego pieszczenia w mówieniu nie odwyknie.
Poza tym te wszystkie skróty imion jak Ki, Pio, Go, Miko też mnie denerwowały, do tego stopnia, że się uczepiłam tego jak rzep psiego ogona i nie śledziłam akcji. A dobry ten film. Szkoda, że mam takie skrzywienie, bardziej bym go doceniła.
I mnie przygnębił, a czy ja muszę powiedzieć, że w obecnym moim rozedrganiu, tego nie potrzebuję? Do tego wcześniej oglądaliśmy Gorejący krzew, trzy odcinki jednym ciągiem. Ten to dopiero dół jak kanion Kolorado, ale świetny i nic mi nie przeszkadzało, czyli już taki świr to nie jestem.
No nic, jutro zakupy w sklepie polskim, to muszę się wziąć w garść i zrobić listę potraw.
czwartek, 21 marca 2013
I am feeling a little under the weather
Tak by powiedziała niejedna osoba tu dzisiaj. Dała nam się pogoda we znaki i pełno przeziębionych chodzi teraz, a to oznacza mniej więcej to właśnie, co w tytule, że się czujemy jakby nas coś brało.
Rozśmieszył mnie dzis jeden facet w sklepie. Spotkał kogoś i w jednym zdaniu powiedział, że jest całkiem znośnie, ale natychmiast dodał, że było strasznie zimno w nocy. Irlandczycy, nawet jak spotykają kogoś bardzo znajomego i mogliby sobie darować te gadki o pogodzie, mają to tak we krwi, ze się pohamować nie mogą. A, że pogoda była w tym momencie naprawdę dobra, nie mógł się skarżyć, a to jest obowiązkowe, więc marudził o pogodzie w nocy. Jakby nie spał, a pracował na wysokosciach, haha.
Strasznie śmieszne to było. Tu się skarżą na coś, na co nie powinni i udają, że jest 'grant' wtedy, kiedy faktycznie sytuacja jest do dupy.
Na Patryka przyjechała córka i to jest jedyny plus tego święta, bo poza tym, to ja go w ogóle nie czuję. Nie mogę wzniecić w sobie ekscytacji tego dnia, nie będę przecież udawać, że to moja tradycja. Tym bardziej, że poza większym lub mniejszym paradowaniem (zależy od miasta), jest to raczej święto pijaństwa i obżarstwa, bo zawsze dzieje się w trakcie postu i tu jest dyspensa na jeden dzień. Zresztą, może i kiedyś to było coś wyjątkowego, gdyż ludzie przestrzegali postu, ale teraz nie widzę tego, to i taki 'odpust' nie ma znaczenia wielkiego.
Oby do świąt, znowu towarzystwo z Dublina przyjedzie, kto wie, może nawet przywiozą ze sobą znajomych, wesoło będzie.
Dostałam takie piękne jajka od Doroty, ale nie mam pojęcia jak je ukrochmalić, bo nigdy tego nie robiłam. Dorota zasugerowała google i rady zawarte na różnych forach, ale każdy mówi co innego. Od razu mówię, że wszelkie rady typu płyn Ługa czy inne, nie wchodzą w grę, bo tutaj tego nie kupię. Jakieś domowe sposoby by się przydały. I sprawdzone! Nie chcę jaj zniszczyć :-)
Rozśmieszył mnie dzis jeden facet w sklepie. Spotkał kogoś i w jednym zdaniu powiedział, że jest całkiem znośnie, ale natychmiast dodał, że było strasznie zimno w nocy. Irlandczycy, nawet jak spotykają kogoś bardzo znajomego i mogliby sobie darować te gadki o pogodzie, mają to tak we krwi, ze się pohamować nie mogą. A, że pogoda była w tym momencie naprawdę dobra, nie mógł się skarżyć, a to jest obowiązkowe, więc marudził o pogodzie w nocy. Jakby nie spał, a pracował na wysokosciach, haha.
Strasznie śmieszne to było. Tu się skarżą na coś, na co nie powinni i udają, że jest 'grant' wtedy, kiedy faktycznie sytuacja jest do dupy.
Na Patryka przyjechała córka i to jest jedyny plus tego święta, bo poza tym, to ja go w ogóle nie czuję. Nie mogę wzniecić w sobie ekscytacji tego dnia, nie będę przecież udawać, że to moja tradycja. Tym bardziej, że poza większym lub mniejszym paradowaniem (zależy od miasta), jest to raczej święto pijaństwa i obżarstwa, bo zawsze dzieje się w trakcie postu i tu jest dyspensa na jeden dzień. Zresztą, może i kiedyś to było coś wyjątkowego, gdyż ludzie przestrzegali postu, ale teraz nie widzę tego, to i taki 'odpust' nie ma znaczenia wielkiego.
Oby do świąt, znowu towarzystwo z Dublina przyjedzie, kto wie, może nawet przywiozą ze sobą znajomych, wesoło będzie.
Dostałam takie piękne jajka od Doroty, ale nie mam pojęcia jak je ukrochmalić, bo nigdy tego nie robiłam. Dorota zasugerowała google i rady zawarte na różnych forach, ale każdy mówi co innego. Od razu mówię, że wszelkie rady typu płyn Ługa czy inne, nie wchodzą w grę, bo tutaj tego nie kupię. Jakieś domowe sposoby by się przydały. I sprawdzone! Nie chcę jaj zniszczyć :-)
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Podsumowań nie budziet
Nie będzie podsumowań, bo ich nie lubię. Nie ma co nurzać się w klęskach, bo nauki staram się wyciągać na bieżąco, a tego jednego dnia i tak koła nie wymyślę. Nie widzę też powodu wracać i cieszyć się z sukcesów, bo fortuna kołem (tym przeze mnie niewymyślonym) się toczy i co z tego, ze były, jak może ich więcej nie uświadczę? Nadzieją jest zawsze, optymizm też, na tym buduję swoją postawę na przyszłość. Tak więc nie znajdziecie u mnie statystyk, przechwałek ani bicia w pierś.
Nie idę też na bal, ani do pubu, ani do znajomych, bo mi się nie chce. Bale były kiedyś, teraz to jakieś żałosne imprezki, przynajmniej te, które widzę, więc w ogóle mnie nie ciągnie. Pubów nie lubię, bo nie da się tam pogadać, a wrzeszczeć do ucha nie mam ochoty. Do tego ten smród uryny. I sterczenie w tłoku. Do znajomych nie, bo daleko, a ja nie chciałam wyjeżdżać, nie miałam też zaproszenia, ale przecież mogłam zaprosić do siebie. Nie zrobiłam tego z jednego powodu - od lat kilku lubię spędzać ten wieczór w ten sam sposób - książka, drink jakiś albo i nie, winogrona w miseczce, może jakieś sery i wino, jeśli mnie najdzie, albo jedzenia wcale, bo nie o to idzie - słuchanie muzyki, podglądanie różnych koncertów, jednoczesne czytanie, może też prasa, do tego w odpowiednim momencie rosyjski lub radziecki film (jakie oni mają świetne o nowym roku i świętach), a po dwunastej przełączam przeważnie na rosyjski kanał pierwszy, gdzie grają świetną muzykę. Nie mam już siły słuchać Rodowicz czy De Mono, jak mi jeszcze raz wyskoczą z A statki na niebie czy Niech żyje bal (chociaż ta akurat piękna i mądra, ale nie chcę jej akurat w noworoczną noc słuchać), to zwymiotuję.
Noworoczna noc w ogóle mnie nie rajcuje. Kiedyś tak. Wychodziliśmy z grupą przyjaciół na bale, szykowałyśmy kiecki, odwiedzałyśmy krawcowe, niektórzy fryzjerów i makijażystów, paznokcie itp, znaliśmy sie jak łyse konie, więc niespodzianek żadnych nie było, można było porozmawiać o wszystkim, było po prostu fantastycznie. Tylko, że byliśmy młodsi i może dlatego mi się chciało? Paradoksalnie kiedy marzyłam o wyjściu, nie miałam z kim dzieci zostawiać, a jak teraz mogę, to już mi się nie chce. Siedzę sobie więc z mężem w domu, czasem syn ma kolegów na górce na imprezce ze spaniem, czasem on wychodzi, córka od lat gdzieś w mieście, a my wespół zespół, bo nie ma to jak dobre towarzystwo :-)
Mam dobre książki, mam dobre filmy, czego mi więcej trzeba?
Gdyby był tutaj jakiś klub, z fajną muzyką, gdzie można wpaść na chwilę, a potem się ulotnić, ale nie dyskoteka, tylko miejsce, gdzie spotykają się znajomi królika i można bez poczucia straty czasu spędzić kilka chwil z ludźmi, których się lubi, poszłabym na pewno. Ale nie ma takiego miejsca, a umawiać się, szykować jedzenie, po świętach już nie mam do tego melodii.
Idę kręcić córce włosy. Jak będą kiedyś wnuki, oni będą wychodzić, a ja będę z małymi skrzatami siedzieć w domu i im bajki czytać. I oglądać kucyki Pony, albo inne bajki.
Życzę Wam wspaniałej nocy, a w 2013 roku niech się Wam darzy.
Cieszę się, że jesteście.
Nie idę też na bal, ani do pubu, ani do znajomych, bo mi się nie chce. Bale były kiedyś, teraz to jakieś żałosne imprezki, przynajmniej te, które widzę, więc w ogóle mnie nie ciągnie. Pubów nie lubię, bo nie da się tam pogadać, a wrzeszczeć do ucha nie mam ochoty. Do tego ten smród uryny. I sterczenie w tłoku. Do znajomych nie, bo daleko, a ja nie chciałam wyjeżdżać, nie miałam też zaproszenia, ale przecież mogłam zaprosić do siebie. Nie zrobiłam tego z jednego powodu - od lat kilku lubię spędzać ten wieczór w ten sam sposób - książka, drink jakiś albo i nie, winogrona w miseczce, może jakieś sery i wino, jeśli mnie najdzie, albo jedzenia wcale, bo nie o to idzie - słuchanie muzyki, podglądanie różnych koncertów, jednoczesne czytanie, może też prasa, do tego w odpowiednim momencie rosyjski lub radziecki film (jakie oni mają świetne o nowym roku i świętach), a po dwunastej przełączam przeważnie na rosyjski kanał pierwszy, gdzie grają świetną muzykę. Nie mam już siły słuchać Rodowicz czy De Mono, jak mi jeszcze raz wyskoczą z A statki na niebie czy Niech żyje bal (chociaż ta akurat piękna i mądra, ale nie chcę jej akurat w noworoczną noc słuchać), to zwymiotuję.
Noworoczna noc w ogóle mnie nie rajcuje. Kiedyś tak. Wychodziliśmy z grupą przyjaciół na bale, szykowałyśmy kiecki, odwiedzałyśmy krawcowe, niektórzy fryzjerów i makijażystów, paznokcie itp, znaliśmy sie jak łyse konie, więc niespodzianek żadnych nie było, można było porozmawiać o wszystkim, było po prostu fantastycznie. Tylko, że byliśmy młodsi i może dlatego mi się chciało? Paradoksalnie kiedy marzyłam o wyjściu, nie miałam z kim dzieci zostawiać, a jak teraz mogę, to już mi się nie chce. Siedzę sobie więc z mężem w domu, czasem syn ma kolegów na górce na imprezce ze spaniem, czasem on wychodzi, córka od lat gdzieś w mieście, a my wespół zespół, bo nie ma to jak dobre towarzystwo :-)
Mam dobre książki, mam dobre filmy, czego mi więcej trzeba?
Gdyby był tutaj jakiś klub, z fajną muzyką, gdzie można wpaść na chwilę, a potem się ulotnić, ale nie dyskoteka, tylko miejsce, gdzie spotykają się znajomi królika i można bez poczucia straty czasu spędzić kilka chwil z ludźmi, których się lubi, poszłabym na pewno. Ale nie ma takiego miejsca, a umawiać się, szykować jedzenie, po świętach już nie mam do tego melodii.
Idę kręcić córce włosy. Jak będą kiedyś wnuki, oni będą wychodzić, a ja będę z małymi skrzatami siedzieć w domu i im bajki czytać. I oglądać kucyki Pony, albo inne bajki.
Życzę Wam wspaniałej nocy, a w 2013 roku niech się Wam darzy.
Cieszę się, że jesteście.
wtorek, 25 grudnia 2012
Całkiem tak jak lubię
Udało się nie dać plamy, wszystkie potrawy wyszły znakomicie, objedliśmy się jak borsuki i musieliśmy wyjść na spacer, bo inaczej byśmy się nie dokulali do łóżek.
Oczywiście między zimnymi, a gorącym, rzuciliśmy się do pokoju rozpakować prezenty
Prawie trzy godziny pakowałyśmy je z córką. Chodziło o to, żeby najmniejszy drobiazg był owinięty w papier i żeby było dużo radochy z rozpakowywaniem. Może i jesteśmy stare konie, ale jednak jak dzieci, nigdy nie wyzbyłam się tej ekscytacji choinkowej i moje młodziaki mają to samo.
Książki pokazałam na Notatkach Coolturalnych, pod widać nimi kocyk, który dostałam na chłodne wieczory. Małżon mi uprał kiedyś mój ulubiony wełniany, który się skurczył do rozmiaru poszewki na poduszkę. Z córką uradzili i mi w Avoce kupiła w jego imieniu drugi. To się nazywa dyrektorska postawa - postanowiłem, wymyśliłaś, kupiłaś, wręczyłem. Nie ma to jak odpowiednie rozdzielenie zadań.
W tym roku wszystko było na spokojnie, w pewnym momencie spanikowałam, ale odrobina przesadyzacji nie zawadzi. Małżon mi pomagał, Michalina ciastowała, syn zmywał i kroił sałatkę, przynosił, donosił, chował, wyjmował - praca zespołowa i dużo śmiechu z odrobiną irytacji, bo jednak trochę się zmęczyłam wczoraj.
Ale jak dzisiaj siedzieliśmy przy stole, to mi od razu przyszło do głowy, że wcale mi nie żal tego czasu spędzonego w kuchni i na przygotowaniach. Jednak lubię klasycznie, tradycyjnie i nie dla mnie wyjazdy do Egiptu, nawet żeby to było all inclusive za dychę.
Pozdrawiam Was i mam nadzieję, że i u Was tak, jak sobie zaplanowaliście i wymarzyliście.
Oczywiście między zimnymi, a gorącym, rzuciliśmy się do pokoju rozpakować prezenty
Prawie trzy godziny pakowałyśmy je z córką. Chodziło o to, żeby najmniejszy drobiazg był owinięty w papier i żeby było dużo radochy z rozpakowywaniem. Może i jesteśmy stare konie, ale jednak jak dzieci, nigdy nie wyzbyłam się tej ekscytacji choinkowej i moje młodziaki mają to samo.
Książki pokazałam na Notatkach Coolturalnych, pod widać nimi kocyk, który dostałam na chłodne wieczory. Małżon mi uprał kiedyś mój ulubiony wełniany, który się skurczył do rozmiaru poszewki na poduszkę. Z córką uradzili i mi w Avoce kupiła w jego imieniu drugi. To się nazywa dyrektorska postawa - postanowiłem, wymyśliłaś, kupiłaś, wręczyłem. Nie ma to jak odpowiednie rozdzielenie zadań.
W tym roku wszystko było na spokojnie, w pewnym momencie spanikowałam, ale odrobina przesadyzacji nie zawadzi. Małżon mi pomagał, Michalina ciastowała, syn zmywał i kroił sałatkę, przynosił, donosił, chował, wyjmował - praca zespołowa i dużo śmiechu z odrobiną irytacji, bo jednak trochę się zmęczyłam wczoraj.
Ale jak dzisiaj siedzieliśmy przy stole, to mi od razu przyszło do głowy, że wcale mi nie żal tego czasu spędzonego w kuchni i na przygotowaniach. Jednak lubię klasycznie, tradycyjnie i nie dla mnie wyjazdy do Egiptu, nawet żeby to było all inclusive za dychę.
Pozdrawiam Was i mam nadzieję, że i u Was tak, jak sobie zaplanowaliście i wymarzyliście.
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Jazzowy Jezu utrzymywał mnie w pionie, udało się nie paść na nos
Jestem tak zmęczona, że mi zaraz odpadnie czoło chyba.
Myślałam, że się wyjątkowo w tym roku wcześnie wyrobiłam, ale okazało się, że skończyłam dokładnie o tej samej porze, co w zeszłym.
Rano powstałyśmy, może nie bladym świtem, ale rozsądnie wcześnie. Córka rzuciła się natychmiast do pieczenia, zanim się zwlokłam z łoża, już miała muffiny jabłkowe w piecu. Potem zaraz na warsztat wzięła makowe z wiśniami. Pierwsze dla jeszcze-nie-zięcia i jego rodziny, bo mają zawsze przed-wigilijne zebranie całej rodziny, z pustymi rękami iść nie chciała. Drugie na specjalne chcenie-zamówienie małżona.
Potem wzięłyśmy się za resztę, między innymi torcik serowo-makowy z Kwestii Smaku, zarobienie chleba, nastawienie barszczu, upieczenie kapuśniaczków, syn kroił sałatkę, potem już z mężem ryba po grecku, łosoś, bo karpia nie lubimy, po żydowsku w galarecie, już sama nie wiem, co tam jeszcze.
Niby nie było stresu, ale się nachodziłam, nazmywałam (pół dnia syn to robił, ale potem zakopał się w pokoju i dyplomatycznie nie słyszał, że go wołamy), tam zamieszaj, coś wyjmij z pieca, inną blachę włóż, minutników nam zawsze w takich razach brakuje.
Wcześniejszej nocy pakowałyśmy długo prezenty. Lubimy rozpakowywać, więc każda rzecz jest owinięta w papier, oklejona karteczkami, wstążeczkami, wszystko już od wczoraj pod choinką. Dzieci już nie są małe, nie muszę się ukrywać z paczkami.
Dostałam dużo życzeń, trochę wysłałam, ale widzę, że żebym nie wiem, jak się starała, nie dotrę chyba do wszystkich ze swoimi życzeniami. Może chociaż tak zminimalizuję braki.
Myślę o Was w ten czas. Jak się tak kroi, miesza i zakleja prezenty, jest okazja podumać o życiu, o przyjaźniach, o znajomościach, tych w realu i tych internetowych. Jesteście integralną częścią mojego życia, jego wspaniałym dopełnieniem, czuję Waszą obecność i chcę Wam powiedzieć, że życząc Wam wszystkim wesołych świąt, myślę o każdym z Was z osobna.
Nich będę takie, jak sobie wymarzyliście.
Ta piosenka trzyma mnie w pionie, nawet przy takim zmęczeniu nie można paść na nos, kiedy taki jazz w głośnikach. Absolutny hit tych świąt i czasu przed
Myślałam, że się wyjątkowo w tym roku wcześnie wyrobiłam, ale okazało się, że skończyłam dokładnie o tej samej porze, co w zeszłym.
Rano powstałyśmy, może nie bladym świtem, ale rozsądnie wcześnie. Córka rzuciła się natychmiast do pieczenia, zanim się zwlokłam z łoża, już miała muffiny jabłkowe w piecu. Potem zaraz na warsztat wzięła makowe z wiśniami. Pierwsze dla jeszcze-nie-zięcia i jego rodziny, bo mają zawsze przed-wigilijne zebranie całej rodziny, z pustymi rękami iść nie chciała. Drugie na specjalne chcenie-zamówienie małżona.
Potem wzięłyśmy się za resztę, między innymi torcik serowo-makowy z Kwestii Smaku, zarobienie chleba, nastawienie barszczu, upieczenie kapuśniaczków, syn kroił sałatkę, potem już z mężem ryba po grecku, łosoś, bo karpia nie lubimy, po żydowsku w galarecie, już sama nie wiem, co tam jeszcze.
Niby nie było stresu, ale się nachodziłam, nazmywałam (pół dnia syn to robił, ale potem zakopał się w pokoju i dyplomatycznie nie słyszał, że go wołamy), tam zamieszaj, coś wyjmij z pieca, inną blachę włóż, minutników nam zawsze w takich razach brakuje.
Wcześniejszej nocy pakowałyśmy długo prezenty. Lubimy rozpakowywać, więc każda rzecz jest owinięta w papier, oklejona karteczkami, wstążeczkami, wszystko już od wczoraj pod choinką. Dzieci już nie są małe, nie muszę się ukrywać z paczkami.
Dostałam dużo życzeń, trochę wysłałam, ale widzę, że żebym nie wiem, jak się starała, nie dotrę chyba do wszystkich ze swoimi życzeniami. Może chociaż tak zminimalizuję braki.
Myślę o Was w ten czas. Jak się tak kroi, miesza i zakleja prezenty, jest okazja podumać o życiu, o przyjaźniach, o znajomościach, tych w realu i tych internetowych. Jesteście integralną częścią mojego życia, jego wspaniałym dopełnieniem, czuję Waszą obecność i chcę Wam powiedzieć, że życząc Wam wszystkim wesołych świąt, myślę o każdym z Was z osobna.
Nich będę takie, jak sobie wymarzyliście.
Ta piosenka trzyma mnie w pionie, nawet przy takim zmęczeniu nie można paść na nos, kiedy taki jazz w głośnikach. Absolutny hit tych świąt i czasu przed
wtorek, 18 grudnia 2012
Nie mogę wymyślić tytułu, bo słucham świątecznego jazzu i jakoś mi się mózg rozleniwił
Siedzę wcinam kulki Baileys, na które pozwalam sobie raz w roku z okazji przedświątecznych posiedzeń organizacyjnych i się cieszę, że się jednak zmobilizowałam i zrobiłam te zakupy, a to, co mnie tutaj czeka, to same owoce, warzywa i jakieś drobiazgi. Z gminy wróciłam wczoraj bardzo późno. Syna nie było, pojechał na jakieś występy w konkursie i wygrał, co mi zakomunikował przez telefon, siedząc w KFC z koleżkami. Godzinę jazdy od domu, czyli też w trasie. Mąż w pracy, bo nie poszedł na Christmas Party, ja odmówiłam kategorycznie, bo kasy brak, nie będę płacić za jakieś indyki i suche puddingi na deser, a samemu mu się nie chciało. No to musiał wziąć późną zmianę w sobotę i wyjątkowo pracować też w niedzielę. Zrobiło mi się szkoda psa, ze tak sam cały dzień, więc jak tylko postawiłam siaty, coś na stojąco przekąsiłam, przebrałam się i psa na smycz, żeby się wybiegał.
Lubię chodzić z nim po ciemku, słucham sobie audibooka, on truchta obok, fajnie jest. Byle nie padało.
Zatrzymałam się na chwilę, bo córka zatelefonowała. Kiedy ruszyłam, poczułam ostry ból w lewej łydce. Nie mogłam kroku zrobić. Myślałam, że może skurcz. Zaczęłam nogą kręcić, naciągać mięśnie, jak się później okazało, sprawę jeszcze pogorszyłam. Trudno mi było iść, a byłam w połowie drogi, więc czy do przodu, czy wracać, jeden pies (sorry Franiu). W jedną i drugą stronę pod górę. Tyż do kitu.
Jakoś dokulałam do domu. Myślałam, ze przestanie boleć, ale nie, całą noc i od rana dziś chodzić prawie nie mogłam. Siedzieć też nie, bo miałam wrażenie, ze nacisk od spodu pogarsza sprawę. Ubzdurałam sobie, że mam zator albo oderwie mi się zakrzep, bo to od spodu, tam gdzie się żylaki robią, i umrę.
O trzeciej pojechałam do lekarza i okazało się, że musiałam uszkodzić mięsień, bo wykonałam nagły ruch, a nie byłam rozgrzana i tak to się skończyło.
Czyli dobrze, że sobie wszystko kupiłam, bo już bym teraz tak łatwo do gminy nie pojechała.
Spotkała mnie niezwykła niespodzianka. Rodzice w szkole, gdzie prowadzę bibliotekę, zebrali się na prezent dla mnie. Bardzo się wzruszyłam. Nawet nie potrafię o tym napisać, bo wszystko co bym powiedział, byłoby truizmem.
Odliczam dni do przyjazdu córki. Syn jutro ostatni dzień w szkole. Będziemy świętować, oglądać razem House'a, może i Frasiera, a już na pewno jego świąteczne epizody. W niedzielę akcja gotowanie, mam nadzieję, że do tego czasu noga wydobrzeje. Jestem trochę czasowo do tyłu, w środę dopiero ulepię uszka i pierogi z kapustą. Mąż już ruskie zmontował. Kochany jest.
Tak sie skarżyłam, że w zeszłym roku dostałam tylko dwie kartki, w tym roku za to mam ich dużo. Wystawiłam na kominku i się cieszę. Niektóre ręcznie robione, a jedna namalowana przez córkę blogowej koleżanki. Kate wysłała nawet dwie i do tego opłatek poświęcony w Knock. Jeszcze inna jeden opłateczek do podziału w Wigilijny wieczór. Tak się wzruszam nad nimi, za każdym razem, kiedy je oglądam. Hania wysłała piękny stroik malunieńki, wisi nad komputerem i jak tylko pomyślę o zamartwianiu się, to mi nie wychodzi, bo od razu się uśmiecham do niego.
Tyle wokół dobra, że aż mnie to dziwi, cały czas myślę, że mi się nie należy, że nie zasłużyłam.
Tym bardziej trzeba w nowym roku myśleć o tym, jak być lepszym dla innych i dla siebie.
Muszę się jakoś zmusić do systematycznego ruchu, zaczęłam motywację od słuchania książki Łukasza Grassa. Jak tylko polazłam się ruszać, to mi nogę odjęło, haha. Sport to zdrowie (?)
Nic to, najwazniejsze, że w szpitalu nie wylądowałam.
Lubię chodzić z nim po ciemku, słucham sobie audibooka, on truchta obok, fajnie jest. Byle nie padało.
Zatrzymałam się na chwilę, bo córka zatelefonowała. Kiedy ruszyłam, poczułam ostry ból w lewej łydce. Nie mogłam kroku zrobić. Myślałam, że może skurcz. Zaczęłam nogą kręcić, naciągać mięśnie, jak się później okazało, sprawę jeszcze pogorszyłam. Trudno mi było iść, a byłam w połowie drogi, więc czy do przodu, czy wracać, jeden pies (sorry Franiu). W jedną i drugą stronę pod górę. Tyż do kitu.
Jakoś dokulałam do domu. Myślałam, ze przestanie boleć, ale nie, całą noc i od rana dziś chodzić prawie nie mogłam. Siedzieć też nie, bo miałam wrażenie, ze nacisk od spodu pogarsza sprawę. Ubzdurałam sobie, że mam zator albo oderwie mi się zakrzep, bo to od spodu, tam gdzie się żylaki robią, i umrę.
O trzeciej pojechałam do lekarza i okazało się, że musiałam uszkodzić mięsień, bo wykonałam nagły ruch, a nie byłam rozgrzana i tak to się skończyło.
Czyli dobrze, że sobie wszystko kupiłam, bo już bym teraz tak łatwo do gminy nie pojechała.
Spotkała mnie niezwykła niespodzianka. Rodzice w szkole, gdzie prowadzę bibliotekę, zebrali się na prezent dla mnie. Bardzo się wzruszyłam. Nawet nie potrafię o tym napisać, bo wszystko co bym powiedział, byłoby truizmem.
Odliczam dni do przyjazdu córki. Syn jutro ostatni dzień w szkole. Będziemy świętować, oglądać razem House'a, może i Frasiera, a już na pewno jego świąteczne epizody. W niedzielę akcja gotowanie, mam nadzieję, że do tego czasu noga wydobrzeje. Jestem trochę czasowo do tyłu, w środę dopiero ulepię uszka i pierogi z kapustą. Mąż już ruskie zmontował. Kochany jest.
Tak sie skarżyłam, że w zeszłym roku dostałam tylko dwie kartki, w tym roku za to mam ich dużo. Wystawiłam na kominku i się cieszę. Niektóre ręcznie robione, a jedna namalowana przez córkę blogowej koleżanki. Kate wysłała nawet dwie i do tego opłatek poświęcony w Knock. Jeszcze inna jeden opłateczek do podziału w Wigilijny wieczór. Tak się wzruszam nad nimi, za każdym razem, kiedy je oglądam. Hania wysłała piękny stroik malunieńki, wisi nad komputerem i jak tylko pomyślę o zamartwianiu się, to mi nie wychodzi, bo od razu się uśmiecham do niego.
Tyle wokół dobra, że aż mnie to dziwi, cały czas myślę, że mi się nie należy, że nie zasłużyłam.
Tym bardziej trzeba w nowym roku myśleć o tym, jak być lepszym dla innych i dla siebie.
Muszę się jakoś zmusić do systematycznego ruchu, zaczęłam motywację od słuchania książki Łukasza Grassa. Jak tylko polazłam się ruszać, to mi nogę odjęło, haha. Sport to zdrowie (?)
Nic to, najwazniejsze, że w szpitalu nie wylądowałam.
wtorek, 11 grudnia 2012
Niecierpliwość tyłka mi sie włączyła
Ten blog jest dla mnie ważny, a wizyty u Was, to jak zajrzenie do znajomych, przyjaciół nawet, na kawę. Coś mnie jednak ostatnio odstręcza od internetu i komputera. Jakaś niecierpliwość tyłka mi się włącza, jak tylko siadam przy komputerze. Wiercę się i nie mogę skupić się na wpisach, przebiegam oczami, ale jakoś tak nieuważnie, nie przyswajam treści. Dziwne, bo zwykle sprawia mi to wiele przyjemności.
Na czytanie prasy i książek cierpliwość jest.
Ale w ciągu dnia za to, kiedy coś fajnego się zdarzy albo jakaś myśl wpadnie, dzielę się nią z Wami w mojej głowie, całe wpisy układam, dowcipne puenty mam, przychodzę do domu i to wszystko jest już wspomnieniem. Ba, żeby wspomnieniem, nie pamiętam, co to ja chciałam?
Do tego mam wrażenie, ze to moje życie strasznie nieciekawe dla innych, więc po co pisać?
A przecież wiem, że magia tkwi w szczegółach dnia codziennego, sama lubię u Was o tym czytać.
Poza tym wpadłam w panikę świąteczną. Zakupów nie zrobiłam, a u nas mrozi, może sypnąć i co ja wtedy biedna zrobię, do sklepu polskiego saniami pojadę? Muszę się zebrać do kupy. Kartki miałam w weekend wypisać, zasiadłam z kawą, długopis ukochany, bo mnie nie jest wszystko jedno, czym i na czym, mam wrażenie, ze wręcz mój charakter pisma zależy od pisadła, idę do sekretarzyka po pudełko z kartkami, a tam jedna w środku. A byłam przekonana, że prawie pełne było. Pomroczność jasna. Kartki kupić muszę, a u nas jak na złość nie ma ciekawych.
Niby taka zorganizowana jestem, a robi się gorąco z terminami.
Toteż kręcę się po domu jak owsik w tyłku i robię dym, ale jak narazie nic z tego nie wynika. Panika tylko. Panny tego nie lubią. Potrzebny mi sukces organizacyjny, notatki i mocne trzymanie się planu, bo inaczej nerwy mnie zjedzą i będę nie do wytrzymania.
Już jestem. Zrzęda ze mnie ostatnimi dniami okropna.
Notes, królestwo za notes!
Na czytanie prasy i książek cierpliwość jest.
Ale w ciągu dnia za to, kiedy coś fajnego się zdarzy albo jakaś myśl wpadnie, dzielę się nią z Wami w mojej głowie, całe wpisy układam, dowcipne puenty mam, przychodzę do domu i to wszystko jest już wspomnieniem. Ba, żeby wspomnieniem, nie pamiętam, co to ja chciałam?
Do tego mam wrażenie, ze to moje życie strasznie nieciekawe dla innych, więc po co pisać?
A przecież wiem, że magia tkwi w szczegółach dnia codziennego, sama lubię u Was o tym czytać.
Poza tym wpadłam w panikę świąteczną. Zakupów nie zrobiłam, a u nas mrozi, może sypnąć i co ja wtedy biedna zrobię, do sklepu polskiego saniami pojadę? Muszę się zebrać do kupy. Kartki miałam w weekend wypisać, zasiadłam z kawą, długopis ukochany, bo mnie nie jest wszystko jedno, czym i na czym, mam wrażenie, ze wręcz mój charakter pisma zależy od pisadła, idę do sekretarzyka po pudełko z kartkami, a tam jedna w środku. A byłam przekonana, że prawie pełne było. Pomroczność jasna. Kartki kupić muszę, a u nas jak na złość nie ma ciekawych.
Niby taka zorganizowana jestem, a robi się gorąco z terminami.
Toteż kręcę się po domu jak owsik w tyłku i robię dym, ale jak narazie nic z tego nie wynika. Panika tylko. Panny tego nie lubią. Potrzebny mi sukces organizacyjny, notatki i mocne trzymanie się planu, bo inaczej nerwy mnie zjedzą i będę nie do wytrzymania.
Już jestem. Zrzęda ze mnie ostatnimi dniami okropna.
Notes, królestwo za notes!
sobota, 8 grudnia 2012
Choinka przybyła, a właściwie już tu była od lat, a zdjęcia są 'non grata' chyba, że zapłacę haracz
Już chciałam się zakopać w łóżku z książką, ale pomyślalam, ze tak dawno niczego tu nie pisałam, że muszę zasiąść. Jak nie teraz, to znowu jutro wpadnę w wir sprzątania i gotowania, w niedzielę biblioteka, a potem już się nic nie chce i tak mi zejdzie.
Ostatnio dużo mam na głowie, i problemów polskich, i tutejszych obowiązków, szkoda tylko, że piniędzy z tego nie ma. Ale biedy też nie, to najważniejsze.
Chyba Wam opowiadałam, jak bardzo dla mnie ważna jest choinka? W tym roku mąż postanowił, w ramach oszczędności, bo u nas drzewka drogie (przynajmniej takie, które mi się podobają), jak również w ramach projektu - oczyszczanie ogrodu z niepotrzebnych elementów - wyciąć drzewko domowe i postawić je w salonie. Oponowałam, udało mi się w zeszłym roku, ale w tym już nie. Takie dziko rosnące wiadomo, jak wygląda - pień, jedno piętro gałęzi, przerwa, drugie, przerwa, duże przerwy, wrażenie, że łyse. Do tego dziwnie rosną te gałązki, jak postawił w salonie, to się popłakałam. W przerwach też trochę się śmiałam, bo wyglądało jak po pożarze u Griswaldów. Odmówiłam strojenia.
Foch.
Siedziałam nabzdyczona, a mąż ubierał z synem. Dwa dni mu to zajęło, ale efekt, muszę mu przyznać, całkiem całkiem. W każdym razie strasznego obciachu nie ma, mimo, że nie w moim stylu, bo ja lubię gęste bardzo drzewiszcza.
Niestety nie mogę dodać zdjęcia, bo okazało się, że skończyła mi się darmowa przestrzeń na fotki, czy ktoś wie, jak to ominąć, czy jak najtaniej się z tym obejść?
Tak się wkurzyłam, że chyba jednak sobie pójdę.
Jeśli ktoś ma radę, będę wdzięczna.
P.S. Franek dostał kartkę świąteczną od Ady (oba są czworonogami, jakby ktoś nie wiedział). Właściciela Ady proszę o ujawnienie, bo wiem tylko, że ze Szwecji (i cóż, że ze ...), ale u kogo rezyduje? Ciekawam
Melduję, że Franek się ucieszył, chciał zjeść, ale mu nie dałam, stoi teraz kartka nad kominkiem i się śmieje :-) Dzięki
udało się tym razem :-)
Ostatnio dużo mam na głowie, i problemów polskich, i tutejszych obowiązków, szkoda tylko, że piniędzy z tego nie ma. Ale biedy też nie, to najważniejsze.
Chyba Wam opowiadałam, jak bardzo dla mnie ważna jest choinka? W tym roku mąż postanowił, w ramach oszczędności, bo u nas drzewka drogie (przynajmniej takie, które mi się podobają), jak również w ramach projektu - oczyszczanie ogrodu z niepotrzebnych elementów - wyciąć drzewko domowe i postawić je w salonie. Oponowałam, udało mi się w zeszłym roku, ale w tym już nie. Takie dziko rosnące wiadomo, jak wygląda - pień, jedno piętro gałęzi, przerwa, drugie, przerwa, duże przerwy, wrażenie, że łyse. Do tego dziwnie rosną te gałązki, jak postawił w salonie, to się popłakałam. W przerwach też trochę się śmiałam, bo wyglądało jak po pożarze u Griswaldów. Odmówiłam strojenia.
Foch.
Siedziałam nabzdyczona, a mąż ubierał z synem. Dwa dni mu to zajęło, ale efekt, muszę mu przyznać, całkiem całkiem. W każdym razie strasznego obciachu nie ma, mimo, że nie w moim stylu, bo ja lubię gęste bardzo drzewiszcza.
Niestety nie mogę dodać zdjęcia, bo okazało się, że skończyła mi się darmowa przestrzeń na fotki, czy ktoś wie, jak to ominąć, czy jak najtaniej się z tym obejść?
Tak się wkurzyłam, że chyba jednak sobie pójdę.
Jeśli ktoś ma radę, będę wdzięczna.
P.S. Franek dostał kartkę świąteczną od Ady (oba są czworonogami, jakby ktoś nie wiedział). Właściciela Ady proszę o ujawnienie, bo wiem tylko, że ze Szwecji (i cóż, że ze ...), ale u kogo rezyduje? Ciekawam
Melduję, że Franek się ucieszył, chciał zjeść, ale mu nie dałam, stoi teraz kartka nad kominkiem i się śmieje :-) Dzięki
udało się tym razem :-)
wtorek, 10 kwietnia 2012
Pół dnia uprawiałam sport, ciekawe ile spaliłam? A poza tym trochę Wielkanocnie jeszcze
Starałam się nie jeść za dużo w te święta. Przynajmniej nie to, co zakazane. Różnie mi to wychodziło, raz twarda byłam jak Wasilewska, raz grzeszna jak Magdalena (co podobno taka nie była, ale ją wrobili na użytek). Generalnie nie wypadło to źle. Swój chleb upiekłam, orkiszowy, pół-pełnoziarnisty, bułek nie było.
Najgorszy dla diety był pomysł z upieczeniem sconesów, do których okazało się, ze mamy trochę śmietanki, pozostałej po pieczeniu sernika i ją zaraz ubiliśmy. Dwie łyżeczki zjadłam, do tego konfitury.
Sconesy piekłyśmy poza programem, żeby pokazać Gosi, co u nas w gościach była, jak to się robi.
Córka wystąpiła w roli prezenterki.
Święta wypadły wspaniale. W sobotę przyjechał Mark, Miśki partner, po mszy rezurekcyjnej, która u nas jest o 21-szej, graliśmy w karty popijające Ginger Joe i West Coast Coolera. Rano przygotowaliśmy gremialnie śniadanie, bez pośpiechu go spozyliśmy, a po 14tej przyjechały Marciny z Igą i Tosią, szalenie kochańskimi dzieciakami. Jakbym miała gwarancję, że moje kolejne dzieci by takie były, to bym sobie normalnie na starość jeszcze jedno urodziła. Ale pewności nie ma cholerka, to się zadowalam, do czasu wnuków, Tosiakiem i Igulcem. Przed świętami dostałam od nich takiego oto zająca
Michalina posiała rzeżuchę, a od Gosi dostaliśmy pisanki, dla każdego po jednej.
Na początku wydawało się, że nie będziemy mieli jak pojechać na plażę, bo pogoda była pod psem, ale się przejaśniło i mimo wiatru, zdecydowaliśmy się na spacer. Metrowa Tosia uczyła się od dwumetrowego Wojtka rzucać piłkę psu. Gdybyście nie wiedzieli, to jest Wojtek Tosi. Albo Tosia Wojtka :-)
Pies ganiał za piłką do czasu, kiedy zobaczył skały na końcu plaży, skacze po nich jak kozica, mimo uwielbienia dla okrągłego przedmiotu w kolorze jaskrawej zieleni, musiał tam pobiec chociaż na chwilę.
A po skończonym spacerku, jeszcze przed pójściem do samochodu, pan i jego pies odpoczywają na ławeczce.
Udana to była wizyta, dom pełen ludzi, jedni w pokoju, inni w kuchni, jedzenie, pieczenie, rozmowy, śmiechy i gwar, tak sobie wyobrażam dobrze spędzone święta. A wieczorem zasiadłam jeszcze dokończyć 'Bratnie dusze' Hanny Cygler, powieść w sam raz na taki wieczór.
W poniedziałek miałam zamiar utonąć w lekturze kolejnej książki, tym razem Ziomeckiego Mr Pebble i Gruda, która od pierwszych stron złapała mnie w swoje szpony, ale moje dzieci zaproponowały mi partyjkę golfa. Na Wii podłączonym do telewizora. Luuudzie, że ja tego wcześniej nie odkryłam. Najpierw się bałam, ze nie będę umiała, bo ja nigdy w nic nie grałam na konsolach, ani nawet w komputerze. Ale po jakimś czasie wyczułam, jak działa kontroler i nawet dawałam radę. Potem przerzuciliśmy się na tenisa, ale nam coś nie wychodziło. Trochę graliśmy w kręgle, a skończyliśmy na koszykówce. Ale ubaw. Wszystko mnie boli. Nie wiem, kiedy minęło kilka godzin, Wojtek mówi, że pięć, ale ja myślę, że zaledwie trzy. Co ja mówię, zaledwie. Trzy godziny skakania, machania, kręcenie biodrami i co tam jeszcze. Wiecie, wielkiego spadku wagi z tego nie będzie, ale co przeponę śmiechem poćwiczyłam to moje. A i endorfin założę się, wydzieliło się całkiem sporo.
Najgorszy dla diety był pomysł z upieczeniem sconesów, do których okazało się, ze mamy trochę śmietanki, pozostałej po pieczeniu sernika i ją zaraz ubiliśmy. Dwie łyżeczki zjadłam, do tego konfitury.
Sconesy piekłyśmy poza programem, żeby pokazać Gosi, co u nas w gościach była, jak to się robi.
Córka wystąpiła w roli prezenterki.
Święta wypadły wspaniale. W sobotę przyjechał Mark, Miśki partner, po mszy rezurekcyjnej, która u nas jest o 21-szej, graliśmy w karty popijające Ginger Joe i West Coast Coolera. Rano przygotowaliśmy gremialnie śniadanie, bez pośpiechu go spozyliśmy, a po 14tej przyjechały Marciny z Igą i Tosią, szalenie kochańskimi dzieciakami. Jakbym miała gwarancję, że moje kolejne dzieci by takie były, to bym sobie normalnie na starość jeszcze jedno urodziła. Ale pewności nie ma cholerka, to się zadowalam, do czasu wnuków, Tosiakiem i Igulcem. Przed świętami dostałam od nich takiego oto zająca
Michalina posiała rzeżuchę, a od Gosi dostaliśmy pisanki, dla każdego po jednej.
Na początku wydawało się, że nie będziemy mieli jak pojechać na plażę, bo pogoda była pod psem, ale się przejaśniło i mimo wiatru, zdecydowaliśmy się na spacer. Metrowa Tosia uczyła się od dwumetrowego Wojtka rzucać piłkę psu. Gdybyście nie wiedzieli, to jest Wojtek Tosi. Albo Tosia Wojtka :-)
Pies ganiał za piłką do czasu, kiedy zobaczył skały na końcu plaży, skacze po nich jak kozica, mimo uwielbienia dla okrągłego przedmiotu w kolorze jaskrawej zieleni, musiał tam pobiec chociaż na chwilę.
A po skończonym spacerku, jeszcze przed pójściem do samochodu, pan i jego pies odpoczywają na ławeczce.
Udana to była wizyta, dom pełen ludzi, jedni w pokoju, inni w kuchni, jedzenie, pieczenie, rozmowy, śmiechy i gwar, tak sobie wyobrażam dobrze spędzone święta. A wieczorem zasiadłam jeszcze dokończyć 'Bratnie dusze' Hanny Cygler, powieść w sam raz na taki wieczór.
W poniedziałek miałam zamiar utonąć w lekturze kolejnej książki, tym razem Ziomeckiego Mr Pebble i Gruda, która od pierwszych stron złapała mnie w swoje szpony, ale moje dzieci zaproponowały mi partyjkę golfa. Na Wii podłączonym do telewizora. Luuudzie, że ja tego wcześniej nie odkryłam. Najpierw się bałam, ze nie będę umiała, bo ja nigdy w nic nie grałam na konsolach, ani nawet w komputerze. Ale po jakimś czasie wyczułam, jak działa kontroler i nawet dawałam radę. Potem przerzuciliśmy się na tenisa, ale nam coś nie wychodziło. Trochę graliśmy w kręgle, a skończyliśmy na koszykówce. Ale ubaw. Wszystko mnie boli. Nie wiem, kiedy minęło kilka godzin, Wojtek mówi, że pięć, ale ja myślę, że zaledwie trzy. Co ja mówię, zaledwie. Trzy godziny skakania, machania, kręcenie biodrami i co tam jeszcze. Wiecie, wielkiego spadku wagi z tego nie będzie, ale co przeponę śmiechem poćwiczyłam to moje. A i endorfin założę się, wydzieliło się całkiem sporo.
sobota, 7 kwietnia 2012
Were You There When They Crucified My Lord
Where You There śpiewana przez Mahalię Jackson (nie wstawia mi się, kliknijcie na link)
(wklejam w dwóch wersjach do wyboru - wyżej piękna Mahalii Jackson, a niżej podniosła - śpiewana przez największy chór męski świata)
Dzisiaj dzień pełen zadumy. Zawsze dziwi mnie, jak inaczej jest on obchodzony w kościele w Irlandii. O godzinie 15 prawie, że zamarło całe moje miasteczko. Nawet największe sklepy zostały zamknięte. Nie wszystkie, bo Lidl i Aldi chyba nie, ale inne markety z irlandzkich sieci, tak. Wszyscy przybyli do kościoła na mszę. Najpierw została odczytana z podziałem na role scena, kiedy przychodzą po Jezusa, sądzą go i umiera na krzyżu. Potem każdy, jeden po drugim, podchodził do krzyża go ucałować. Wtedy chór śpiewa piękną pieśń Where You There When They Crucified My Lord (Czy byłeś tam, kiedy ukrzyżowali mojego Pana?) - zawsze mi wtedy łzy w oczach stają. I mam gęsią skórkę. Nie ma wiele takich pieśni, które tak na mnie działają, ale ta zawsze mnie wzrusza i wprowadza w klimat tej niezwykłej mszy. Nigdy nie śpiewam w tutejszym kościele, nie mam też takiego głosu, żeby było się czym popisać, zresztą tutaj wierni nie śpiewają, robi to chór. Ale tę jedną, raz w roku, śpiewam razem z nimi, nie żebym trele na cały kościól uprawiała, tak pod nosem. Posłuchajcie, jeśli macie ochotę, wkleiłam ją powyżej.
W Polsce w ten dzień nie przyjmuje się komunii, ale tu tak, zaraz po tym, jak wszyscy ucałują krzyż, ksiądz idzie po kielichy z komunikantami i podaje każdemu, kto chce przystąpić. Dzieci są błogosławione.
Potem kielich wraca do zakrystii, ołtarz pozostaje goły, bez żadnych ozdób, świec i nakrycia, u nas jest kamienny, więc to robi wrażenie, symbolizuje grób pański. Wszyscy w absolutnej ciszy wychodzą z kościoła.
Jutro o 21 msza rezurekcyjna. Przy wejściu, jak zawsze, dostaniemy świece do ręki, kościół będzie ciemny, tylko te świece będą dawały światło. A kiedy ksiądz ogłosi zmartwychwstanie, zabłysną światła.
Brakuje mi porannej mszy, kiedy wszystkie dzwony dzwonią, ale i ta jest piękna i ma swoje plusy. Przede wszystkim takie, że nie trzeba się rano zrywać.
Po mszy wróciłam do domu gotować. Nie szaleję w tym roku ze względu na dietę, ale kilka potraw odchudzonych lekko będzie, ciasto z książki dietetycznej pani Makarowskiej, no i oczywiście faszerowane jajka, które wszyscy lubimy, a jeszcze-nie-zięć zamawia co roku.
Michalina dzisiaj u jeszcze-nie-teściów gra w karty, a jutro u nas Marek zostaje, bo od rana w niedzielę wiadomo, śniadamy.
KOCHANI - WESOŁYCH ŚWIĄT !
(wklejam w dwóch wersjach do wyboru - wyżej piękna Mahalii Jackson, a niżej podniosła - śpiewana przez największy chór męski świata)
Dzisiaj dzień pełen zadumy. Zawsze dziwi mnie, jak inaczej jest on obchodzony w kościele w Irlandii. O godzinie 15 prawie, że zamarło całe moje miasteczko. Nawet największe sklepy zostały zamknięte. Nie wszystkie, bo Lidl i Aldi chyba nie, ale inne markety z irlandzkich sieci, tak. Wszyscy przybyli do kościoła na mszę. Najpierw została odczytana z podziałem na role scena, kiedy przychodzą po Jezusa, sądzą go i umiera na krzyżu. Potem każdy, jeden po drugim, podchodził do krzyża go ucałować. Wtedy chór śpiewa piękną pieśń Where You There When They Crucified My Lord (Czy byłeś tam, kiedy ukrzyżowali mojego Pana?) - zawsze mi wtedy łzy w oczach stają. I mam gęsią skórkę. Nie ma wiele takich pieśni, które tak na mnie działają, ale ta zawsze mnie wzrusza i wprowadza w klimat tej niezwykłej mszy. Nigdy nie śpiewam w tutejszym kościele, nie mam też takiego głosu, żeby było się czym popisać, zresztą tutaj wierni nie śpiewają, robi to chór. Ale tę jedną, raz w roku, śpiewam razem z nimi, nie żebym trele na cały kościól uprawiała, tak pod nosem. Posłuchajcie, jeśli macie ochotę, wkleiłam ją powyżej.
W Polsce w ten dzień nie przyjmuje się komunii, ale tu tak, zaraz po tym, jak wszyscy ucałują krzyż, ksiądz idzie po kielichy z komunikantami i podaje każdemu, kto chce przystąpić. Dzieci są błogosławione.
Potem kielich wraca do zakrystii, ołtarz pozostaje goły, bez żadnych ozdób, świec i nakrycia, u nas jest kamienny, więc to robi wrażenie, symbolizuje grób pański. Wszyscy w absolutnej ciszy wychodzą z kościoła.
Jutro o 21 msza rezurekcyjna. Przy wejściu, jak zawsze, dostaniemy świece do ręki, kościół będzie ciemny, tylko te świece będą dawały światło. A kiedy ksiądz ogłosi zmartwychwstanie, zabłysną światła.
Brakuje mi porannej mszy, kiedy wszystkie dzwony dzwonią, ale i ta jest piękna i ma swoje plusy. Przede wszystkim takie, że nie trzeba się rano zrywać.
Po mszy wróciłam do domu gotować. Nie szaleję w tym roku ze względu na dietę, ale kilka potraw odchudzonych lekko będzie, ciasto z książki dietetycznej pani Makarowskiej, no i oczywiście faszerowane jajka, które wszyscy lubimy, a jeszcze-nie-zięć zamawia co roku.
Michalina dzisiaj u jeszcze-nie-teściów gra w karty, a jutro u nas Marek zostaje, bo od rana w niedzielę wiadomo, śniadamy.
KOCHANI - WESOŁYCH ŚWIĄT !
niedziela, 18 marca 2012
Poloneza część druga, piwonia powraca, a w Irlandii moje dziś święto
Od rana same przyjemności. Bo w Irlandii dzisiaj Dzień Matki. On tu jest ruchomy, zawsze pierwsza niedziela po Św. Patryku.
Syn raniutko ułożył na stole kwiaty, kartki i prezenty, marcepanowe batoniki w czarnej czekoladzie, ciasteczka moje ulubione (mały grzeszek z okazji święta), książkę z dietetycznymi przepisami, był jeszcze pokrowiec do mojego telefonu, ale już go założyłam i stąd go brak. Kartki mają piękne życzenia, tradycyjnie już popłakałam się, kiedy je czytałam. Był też telefon od córci i uściski od syna, omlet od męża.
Potem odrobina lenistwa porannego, w wykonaniu psa największe. Jak nikt nie patrzy, to on się tam w plamie słońca kładzie, na stole właśnie. Skubaniec.
Syn raniutko ułożył na stole kwiaty, kartki i prezenty, marcepanowe batoniki w czarnej czekoladzie, ciasteczka moje ulubione (mały grzeszek z okazji święta), książkę z dietetycznymi przepisami, był jeszcze pokrowiec do mojego telefonu, ale już go założyłam i stąd go brak. Kartki mają piękne życzenia, tradycyjnie już popłakałam się, kiedy je czytałam. Był też telefon od córci i uściski od syna, omlet od męża.
Potem odrobina lenistwa porannego, w wykonaniu psa największe. Jak nikt nie patrzy, to on się tam w plamie słońca kładzie, na stole właśnie. Skubaniec.
z innego kąta robione, widać jak on wycyrklował, żeby w największą plamę słońca cielsko ułożyć.
Muszę czymś ten stół zacząć przykrywać, kiedy mnie w domu nie ma.
Jak jestem też, jak widać na załączonym obrazku.
Ale niech mu tam, nie mam sumienia mu odmawiać.
A po południu na rower. Tyłek nadal boli jak po zbiorowym gwałcie, ale trzeba się przemóc, bo inaczej nigdy go nie zahartuję, haha. Znowu 40 minut na rowerze, trochę lepiej dzisiaj, chociaż o pełnej sprawności mówić jeszcze nie mogę, nadal mam śmierć w oczach, kiedy skręcam i widzę koniec drogi, czy pobocze, nigdy nie wiem, czy dam radę się zmieścić. Poza tym zjazd z górki też zawał gotowy. Ale się nie daję.
Byłam w Lidlu kupić żelowe siodełko, to znaczy pokrowiec na nie, ale wykupione i odeszłam z kwitkiem. To znaczy z nóżką do roweru, więc niezupełnie z kwitkiem.
A po jeździe znowu 'polonez', trzy kroki przykuc, trzy kroki przykuc. No i gęba czerwona jakbym wylewu dostała na twarz, haha.
Chyba na plażę jeszcze pojedziemy, bo piękna pogoda. Pies był z nami na rowerach i padł w samochodzie śpi, lubi tam.
Piękny ten dzień mamy, żeby jeszcze tylko córka była, ale w tym roku nie dało rady.
niedziela, 25 grudnia 2011
No i nie zdążyłam
Wam życzyć Wesołych Świąt. No, ale dopiero pierwszy dzień, to może mi wybaczycie. Myślałam, żeby poczekać do ostatniego dnia, żeby były na gorąco, ale jak zaczęłam chleb zaczyniać, piec, szykować, stół ubierać, jaja faszerować (jeszcze-nie-zięć tak je sobie ukochał, że nawet w Boże Narodzenie je robimy, chociaż kiedyś zwyczajowo na Wielkanoc), dzień nie wiem, kiedy zleciał i już trzeba było do stołu siadać.
Pojedli my, w karty pograli, prezentów naotwierali (o książkowych piszę na Notatkach Coolturalnych), a obok książek, zresztą otrzymanych od blogowych znajomych, dostałam śliczne kubasy na kawę, do tego jeden z Mosse ceramiki, maszynkę do kawy, taką włoską na gaz. Perły, może nie sto procent prawdziwe, dzikie, ale hodowlane, które powstały w naturalny sposób, a nie plastik czy coś w tym stylu. Misia z Chin przywiozła na zamówienie męża. Naszyjniczek z dzabanuszkiem ślicznościowy też dostałam, no i książki. Od Iwony fajne zapaszkowe trociczki owocowe, będę kopcić.
Wszystko wyszło pysznie, uszka się nie rozpadły, barszcz akurat, ryby męża przepyszne
grzane wino połączone z kompotem z suszu rozgrzewało i dodawało homoru
no i ten chleb! Wyszedł mi jak na przyjazd teściowej, jak mawiała moja mama (nie żeby do nas jej teściowa, a moja babcia, kiedykolwiek przyjeżdżała, bo niestety zmarła dosyć wcześnie)
Ten w całym kawałku to z mąki strong white, żytniej i różnych ziaren oraz płatków. Wilgotny i smakowity. Natomiast ten na pierwszym planie, to na zakwasie z cebulką i czosnkiem.
Zakwas dostałam od Gosi, koleżanki tu w Irlandii, robiłam chleb, wyrabiałam, dodawałam cebulki i czosneczku i myślałam o Gosi i jej cudnej rodzinie. Pozdrawiam Was serdecznie.
No i tak, wszystko pozmywane, posprzątanie, ja sobie jeszcze podczytuję sprezentowane książki i tutaj piszę. Już trzecia, chyba się położę :-)
Wesołych Świąt!!!
Pojedli my, w karty pograli, prezentów naotwierali (o książkowych piszę na Notatkach Coolturalnych), a obok książek, zresztą otrzymanych od blogowych znajomych, dostałam śliczne kubasy na kawę, do tego jeden z Mosse ceramiki, maszynkę do kawy, taką włoską na gaz. Perły, może nie sto procent prawdziwe, dzikie, ale hodowlane, które powstały w naturalny sposób, a nie plastik czy coś w tym stylu. Misia z Chin przywiozła na zamówienie męża. Naszyjniczek z dzabanuszkiem ślicznościowy też dostałam, no i książki. Od Iwony fajne zapaszkowe trociczki owocowe, będę kopcić.
Wszystko wyszło pysznie, uszka się nie rozpadły, barszcz akurat, ryby męża przepyszne
grzane wino połączone z kompotem z suszu rozgrzewało i dodawało homoru
no i ten chleb! Wyszedł mi jak na przyjazd teściowej, jak mawiała moja mama (nie żeby do nas jej teściowa, a moja babcia, kiedykolwiek przyjeżdżała, bo niestety zmarła dosyć wcześnie)
Ten w całym kawałku to z mąki strong white, żytniej i różnych ziaren oraz płatków. Wilgotny i smakowity. Natomiast ten na pierwszym planie, to na zakwasie z cebulką i czosnkiem.
Zakwas dostałam od Gosi, koleżanki tu w Irlandii, robiłam chleb, wyrabiałam, dodawałam cebulki i czosneczku i myślałam o Gosi i jej cudnej rodzinie. Pozdrawiam Was serdecznie.
No i tak, wszystko pozmywane, posprzątanie, ja sobie jeszcze podczytuję sprezentowane książki i tutaj piszę. Już trzecia, chyba się położę :-)
Wesołych Świąt!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
