Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaciele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaciele. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 maja 2014

Powoli, nie na raz, przecież się nie rozerwę

Dostaję pytania o relację z wyjazdu, jak było, jak było? Ano było, lepiej niż mogłam sobie wyobrazić, niż mogłam w ogóle oczekiwać, chociaż czasem myślałam, że się nie uda, bo warszawskie odległości mogą człowieka wykończyć.
Ale od początku. Relację podzielę na tę tu, codzienną o życiu, o moich obserwacjach i na książkową na blogu Notatki Coolturalne (pierwsza w sobotę późną porą).


W piątek, pierwszy dzień mojego pobytu, taki oto obrazek zobaczyłam z balkonu przyjaciółki. Drzewa, jej kwiaty i słońce, ale niestety co za tym idzie skwar niemożebny. A ja do tego nie nawykłam. Od kilkunastu lat mieszkam w klimacie umiarkowanym, raczej mokro, to nic nowego, ale czy wiecie, że ja prawie kurtki nie noszę? Muszę mieć coś od wiatru, od deszczu, ale żadne tam kapoty i kozaki. Bo u nas nie ma upałów w lecie, ale też mrozu w zimie. W każdym razie rzadko kiedy.

Wyszykowałyśmy się, makijaże te sprawy, od razu mnie szlag trafił, że nie udało mi się w żaden sposób kupić tego płynu utrwalającego makijaż na długie godziny, przydałoby się w takich warunkach, a do tego wiedziałam przecież, że nie wrócimy do domu koleżanki aż do późna.
No, ale to szczegół, trzeba być twardym jak Wanda Wasilewska. Wyszłam na ten upał i próbowałam za wszelką cenę zwolnić oddech, myśląc, że to pomoże w obniżeniu temperatury. Nie wiem, jak to wymyśliłam. Szczególnie, że od razu rozpoczęłyśmy rajd, najpierw do tramwaju jednego, potem do drugiego, a po 40 minutach jazdy musiałyśmy jeszcze przejść po placu rozgrzanym jak patelnia, na stadion.


Tam biegałyśmy jak w amoku, o czym już więcej na książkowym blogu może jutro. A wieczorem, według wcześniej przygotowanego planu, wizyta w Faktycznym domu kultury na promocji książki Lesia Beleya i Łukasza Saturczaka o Polakach mieszkających na Ukrainie i Ukraińcach mieszkających w Polsce - pt. Symetria asymetryczna. Magda nas poinformowała o tym spotkaniu i całe szczęście, bo dzięki temu wydostałyśmy się z książko-poju, otrząsnęłyśmy z tego obłędu ogarniającego czytelnika na widok papieru zadrukowanego i wykończonego okładką i zmieniły perspektywę. Od razu lżej było oddychać.
Co nie zmienia faktu, że zapomnieć było trudno, bo targałyśmy siaty z tomiszczami, oczywiście nie podobają mi się książki lekkie jak piórko, z Prószyńskiego na przykład, ale jak już, to grube, papier kredowy, okładki z kamienia, jednym słowem ciężkie mam zainteresowania, jak mawiali pracownicy męża, wnosząc kartony z książkami na 3 piętro podczas przeprowadzki.
Tak się umęczyłyśmy, że jak zobaczyłam Mariusza Szczygła czekającego przy drzwiach, to nawet się nie za bardzo zdziwiłam, co nie zmienia faktu, że zatkawszy mnie z lekka. Tyle miałam do powiedzenia, ale mi ustami nie wyszło.
Stałam wytrzeszczając oczy, a jak już, to jakieś głupoty mi do łba przyszły.
Potem już nie było okazji, więc pozostało mi czekać do soboty, do spotkania z nim na targach.

O samym spotkaniu będzie na blogu kulturalnym, tutaj przejdę dalej, do tego co po.
A mianowicie końcówka dnia była nieplanowana w sensie miejsca, a okazała się niezwykle trafiona.
Na spotkanie do klubu przyszła Karola, moja i męża chrześnica, a zaraz po chciałyśmy jeszcze gdzieś usiąść i wynalazłyśmy, nie bez trudu, bo to jednak początek weekendu, a w Warszawie, jak to we wszystkich stolicach świata, kryzysu nie ma i stolik znaleźć trudno, świetną miejscówkę na rogu Foksal i Nowego Światu w Cavie.


Jak widać Karola zaniżała średnią, czyli ratowała nasz stolik przed etykietą - stare kobiety wysiadują :-)
Rozmowy w nadchodzącym zmroku, pyszna sałatka z łososiem, piwo z różnymi sokami (uwaliłam się nie powiem), pogoda jak drut, a w tle rozmowy przy innych stolikach, przechodzący ludzie - to lubię najbardziej. Tak mogłabym spędzić całe życie, aż mnie to przeraża. Uważam się za osobę pracowita, ale to chyba jednak jedna wielka ściema, gdyby była możliwość, siedziałabym na dupie tam cały czas. Byle mieć dostęp do sieci, może laptopa ze sobą, podglądać, pisać, omnomnom.
Karola otworzyła mi oczy na kilka spraw, na to jak myślą teraz młodzi ludzie, jakie mają poglądy na związki, na partnerów, niby z córką o tym często rozmawiam, ale trzeba było jednak jakiegoś potwierdzenia, rozszerzenia spektrum, bo jednak ona ma inne spojrzenie z powodu braku stałego związku.
Siedziałam tam z tak wielkim poczuciem radości i absolutnie idealnie szczęśliwej chwili, że nawet nie umiem tego opisać. Wszystko było tego wieczoru idealne, pogoda, miejsce, jedzenie i nawet to piwo, chociaż nie moje ulubione.
Wcześniej targi, spotkanie. Kocham to moje pustkowie, ale teraz myślę, że zdecydowanie za rzadko go opuszczam na rzecz takich własnie chwil.




niedziela, 7 kwietnia 2013

Doniesienia z krainy dzikich

Ja to jednak dzikus jestem. Zakopałam się na tym odludziu Europy i wystarczy taki świąteczny czas, żeby mnie z kretesem wydrenować.
Od piątku już się działo. Oczywiście sprzątanie, były dzieci, nie było tak źle, ale już nielubiane zakupy musiałam robić sama, tak wyszło. No nie lubię i już. Wydawanie pieniędzy w ogóle mnie nie rajcuje. Najpierw wydaje mi się, że mam przeznaczoną kwotę i ok, a potem mam do siebie żal, że tyle wydałam, chociaż mieszczę się w wyznaczonych granicach. Nigdy się nie pozbędę tego poczucia winy związanego z wydatkami, może dlatego, że nigdy nie byłam bogata, chociaż bywały dobre czasy, ale zawsze wtedy pamiętałam o tych chudych, więc nigdy nie było tak, żeby lekką ręką itp.
Ale nie skarżę się, nie cierpię głodu, mam co czytać, prąd mam, a prawda jest taka, ze jakby mnie ktoś chciał do samolotu na Dominikanę wsadzić, to chyba bym się nie ucieszyła. Nie mam w sobie imperatywu podróżowania, bardziej rajcuje mnie fakt, że mi Blue kupiła w Polsce 'Wielką trwogę' Zaremby i wreszcie będę miała tę książkę (nigdzie nie ma, tylko Znak sprzedaje u siebie na stronie, akurat oni mają najdroższą na całej planecie taryfę za wysyłki zagraniczne).
Ale wracam do świąt.
Sobota gotowanie i pieczenie. Miałyśmy z córką plan, ale nam ciągle coś nie szło, a to lekuchno przyjarałyśmy drożdżówkę, a to córką jęczała, że chyba malinowe jej nie wyszło (chociaż dowodów na to nie miałyśmy), no to zdecydowała zrobić sernik japoński (poza planem), a do tego zostały jej białka, to zrobiła bezy (to już bardzo poza planem). Żuru coś doprawić nie mogłam, mięso do dania w galarecie owocowej mi coś nie stygło, pewnie mi się wydawało, ale nie szło i już.
Niepotrzebnie zaczęłyśmy z Michaliną panikować, a to pewnie wszystko przez to, że ciągle miałyśmy na uwadze, że zaraz zjadą goście, czyli przyjaciele córki, para polsko-włoska - Ania i Piercarlo.
Jak już prawie wszystko było gotowe, wpadłam w rozpacz, że nie zrobiłam badań terenowych i nie wiem, co Włosi jedzą na święta, może cholera go obrazimy wieprzowiną czy czym tam.
Okazało się, że wszystko chętnie zjada, więc przerwałam histerię tak szybko, jak ją zaczęłam.

No a święta to już był sam mniód i orzeszki, jedliśmy, spacerowaliśmy, jedliśmy, graliśmy w gry, podsypialiśmy, gadaliśmy, oglądaliśmy TV, niektórzy w tym czasie urządzali sobie prasówki, co kto chciał w danym momencie robić. Fajowsko było, bo i pogodę mieliśmy fantastyczną, jak na zamówienie. Dopiero jak odjeżdżali powiał wiatr i całe te święta wywiał do krainy przeszłość.

Kilka zdjęć:
Poniżej jaja szydełkowe na storczyku, obecnie bez kwiatów, to chociaż z jajkami-bombkami


Stół z lotu ptaka, czyli z sufitu





Moje dzieci dwumetrowe (córka na szczęście niższa)


Kuchareczki

 Tradycyjne ciasto wielkanocne włoskie, nazywa się colomba, ma różne wersje, ta akurat z czekoladą kawą i mascarpone w środku czyli colomba tiramisu. Kupione przez Anię i Piercarlo, co by miał chłopak namiastkę domu

 A to nasze ciasta

 Spacer potrzebny był od zaraz, żeby chociaż dwie kalorie z tego miliona spalić










sobota, 9 marca 2013

Wpadły jak wicher, zakręciły i fruuuu, nie ma

Nie za często mam gości, bo to i drogo, i daleko (nie wystarczy do Dublina dolecieć, ale jeszcze kilka godzin autobusem na północ Republiki trzeba jechać), nie każdy się na to decyduje.
A już na pewno po raz pierwszy przyjechały do mnie blogowe koleżanki, z których jedną spotkałam w realu w Polsce (na targach książki razem zaiwaniałyśmy między stoiskami), a druga znana mi była tylko z wymiany myśli i komentarzy na FB i naszych blogach.
Od pierwszej chwili, kiedy je powitałam w Donegalu, przynajmniej dla mnie, było tak, jakbyśmy się znały wieki, jakbym przyjaciół witała, a nie w sumie obcych ludzi. Obcych, co ja gadam, nie raz mówiłam, że w sieci też można się zaprzyjaźnić, zanim jeszcze człowiek się okiem w nos spotka.
Boże, jak ja kocham takie wizyty. W kuchni gwar, do tego dziewczyny robótkowe, więc natychmiast na stoły wypełzły druty, szydełka, motki i szpulki. Przy pogaduchach dziewczyny pracowicie fikały rękami. Ze mną o wzorach pogadać się nie da, ale o książkach a i owszem, więc oczywiście, oprócz tych nitkowych melanży, zakwitły na stole, jak w zaczarowanym ogrodzie, Kindle i tablety, a tam zaraz nastąpiło wyszukiwanie ciekawych ofert na ebooki, przerzucanie się tytułami 'nie do odrzucenia', nazwiskami pisarzy, których 'jeśli nie znasz, musisz koniecznie".  A do tego książki papierowe i prasa przywiezione w podarunku dla mnie. Zdjęcie książek będzie na Notatkach Coolturalnych. A poniżej kilka z naszych peregrynacji w deszczu.






Co ja Wam mam powiedzieć, żeby się nie wydać egzaltowaną babą na progu przekwitania - cudnie było. Nagadałam się, uśmiałam, nawet w Osadników zagrałyśmy,  pozwiedzałyśmy ile się dało, gdyż oczywiście pogoda nie dopisała, a jak właśnie odjechały, to teraz słońce wali oknami, że chyba zaraz okularów przeciwsłonecznych poszukam i będę w domu za wczasowicza z Egiptu robić.
Nie raz to mówiłam, że los mi poskąpił licznej rodziny i rodzeństwa, ba, kuzynostwa nawet, a teraz na mojej drodze stawia ludzi, którzy mi jak brat, siostra i kuzynka Gienia razem wzięci.
A teraz siedzę w domu, dziewczyny już jadą z powrotem do Dublina, a ja zdążyłam już zatęsknić za szpulkami, ładowarkami i co chwila rzucam się do czajnika, szybko mi w nawyk weszło, bo jak myślałam, ze ja jestem największą herbaciarą świata, tak się myliłam, Kalina jest większą - hektolitry herbaty poszły w czasie naszych rozmówkowych posiadówek i mi teraz w krew ta herbata poszła, co do kuchni wchodzę, to czajnik wstawiam.
Ech, czemu ja tak daleko mieszkam? Nie bawię się tak :-(

czwartek, 7 lutego 2013

Byłam w kosmosie, jestem w siódmym niebie

Znowu Was haniebnie zaniedbuję, ale jakoś mi nie po drodze z blogiem było. Tyle do napisania, jedna wielka radość do podzielenia się z Wami, ale trzymałam język za zębami, bo się bałam powiedzieć, żeby nie zapeszyć. Córka mi dzisiaj dała zielone światło to powiem, ale najpierw napiszę o wyjeździe do teatru.
Co jakiś czas sobie organizujemy takie babskie wyjścia, najpierw posiadówka w restauracji, jedzonko, śmiechy i różne opowiastki, plotek tym razem nic a nic. Szkoooda. Dobra plotka nie jest zła. Poważnie. Dobra plotka, to taka informująca, a nikomu krzywdy nie robiąca.
Potem pognałyśmy do teatru. Jak zwykle siedzimy w restauracji do ostatniego momentu, potem rzucamy się płacić, każda za siebie, więc wyglądamy przy wyjściu, jakbyśmy za komuny po mięso w kolejkę stanęły. Czasu zostaje tylko tyle, żeby się przemieścić, zaparkować i dolecieć do teatru. Tym razem nie było korka, więc spoko. Pogoda piękna, jakby to była prawdziwa wiosna, zresztą Irlandczycy mają przeświadczenie, że ta zaczyna się właśnie 1 lutego, czyli to był ten nasz wyjściowy piątek.
Pachniało wiosną, było cieplutko i obiecująco.
Po spektaklu, o którym napiszę zaraz na Notatkach Coolturalnych, rozjechałyśmy się do domów, późno już było, odwiozłam jeszcze Gosię i heja w trasę do siebie, zupełnie o tej porze pustą drogą, przez góry i bezludzie, w stronę oceanu. Jeszcze jadąc główną ulicą miasta, otworzyłam sobie okno. W radio z płyty popłynęła ta melodia Petera White'a 'Sunny'


Główna ulica było oświetlona, pełno wokół ludzi, toż to zaczynał się weekend, zmierzali do pubów i dyskotek, a ja z otwartym oknem (zimy łokieć :-), powolutku sunęłam środkiem. Nagle dejavu, wydawało mi się, że jestem w Warszawie, dwadzieścia kilka lat wcześniej, wybieramy się gdzieś z chłopakiem (teraz to już stary mąż, hyhy) i pięknie jest po prostu. Macie tak czasami, że wydaje wam się, że czas się cofnął?
Wprost z oświetlonego miasta, niesioną tą muzyką, nie zauważyłam, kiedy wjechałam w ciemność, a potem w jeszcze głębszą ciemność. A z radia popłynął Mo'Better Blues z mojego ukochanego filmu Spike'a Lee o tym samym tytule. Gra kwartet Branforda Marsalisa (chociaż na klipie jest Denzel Washington, bo on grał rolę trębacza). Świetny film, kto nie widział, niech koniecznie nadrobi.


Coś dziwnego się podziało. Jechałam w całkowitej, najczarniejszej z czarniejszych ciemności, z otwartym oknem, podmuchem na policzku i gwiazdami nad głową. Czułam się, jakbym samochodem płynęła w przestrzeni kosmicznej.
Przez całą drogę grałam tylko te dwie melodie, żadnych słów, pierwsza niezwykle zmysłowa, druga jak kołysanka, obie jak zapewnienie kochanka, że jesteś z nim bezpieczna. I te gwiazdy w ciemności.
Nigdy nie zapomnę tej nocy i tej 'podróży w kosmosie'. Czułam się autentycznie szczęśliwa.

A od poniedziałku wspaniałe wiadomości. Od rana chodziłam jakaś niespokojna, znajoma wirtualna miała operację, więc świeczka, co mi przypomniało, że ostatnio zapomniałam się pomodlić o tę wymarzoną pracę dla Misi, o którą aplikowała niedawno. Tak bardzo życzyłam jej tego, to takie ważne, żeby zawodową drogę zaczynać w niezwykłym miejscu, gdzie wyzwania są radością. Już drugi tydzień czekania na wiadomość się zaczął, niby nadzieja umiera ostatnia, ale zaczęłam się niepokoić. I cud się stał tego dnia, bo córka do mnie po kilku godzinach zadzwoniła z wiadomością, że dostała tę pracę. Jeszcze bałam się na ten temat oddychać, dopiero dziś zaczynamy tak naprawdę się cieszyć, bo to naprawdę była niezwykła oferta i wspaniały start. Dostała się do kwatery głównej Primark, będzie pracować w swoim zawodzie, czyli jako graphic designer w połączeniu z marketingiem i wieloma innymi elementami, wielka różnorodność, nudzić się nie będzie. A do tego kobieta, z którą przyjdzie jej współpracować, wyjątkowo przypadła jej do gustu. Tym razem wszechświat, anioły stróże, wszyscy święci, rodzina w niebiesiach, czy gdzie tam wylądowała, sami najwyżsi i Matka Boska, sprawili się na medal. Tak się cieszę, że usiedzieć nie mogę.

piątek, 25 stycznia 2013

Drobne błogosławieństwa nie-codzienności

Niektórzy ludzie mówią, że życie wirtualne nie jest dobre, że nie zastąpi życia w realu, że ma skutki uboczne, które prowadzą do zaburzeń nawet i różnych problemów - na przykład zdziczenia.
Może i tak, jesli ktoś nie zachowa zdrowego balansu między tym, co w sieci, a tym, co za oknem.
Mówią też, że nie można nawiązać prawdziwej przyjaźni przez internet, że to są tylko erzace i nic nie znaczące 'związki'. Mówię o znajomościach, nie miłostkach i flirtowaniu, na ten temat nie mam wiedzy, bo jak byłam na etapie randek, to internetu nie było, przynajmniej nie u nas i nie powszechny, a teraz to ja już nie szukam takich emocji. Natomiast strasznie jestem łasa na poznawanie nowych ludzi, na rozmowy z interesującymi osobami, nie mam tego tutaj za często, bo niewielu takich, a każdy zajęty i zapracowany. Spotkania w bibliotece co tydzień są wspaniałe, czasem w tygodniu z kimś się spotkam, ale dziewczyny mają małe dzieci, są tym zaabsorbowane, ja im tylko przeszkadzam.
Dzięki temu, że mam dostęp do internetu, mogę rozmawiać z Wami, kiedy tylko mam ochotę. Poprzez ten blog, ale też Skype czy Facebook.
Nieprawdą jest, że nie da się poznać ludzi via sieć. Przekonałam się o tym nie raz, na przykład w zeszłym roku podczas spotkań na targach czy poza, ale też całkiem niedawno podczas pierwszego, nieformalnego zjazdu blogerów piszących w Irlandii.
Blogi Polaków tu piszących podczytuję, ale autorów nigdy nie spotkałam. Widać wystarczy znać jednego, ale właściwego hyhy. Dowiedziałam się od Piotra o tym spotkaniu,oceniłam sytuację czasowo-finansową i stwierdziłam, ze mogę sobie pozwolić na taki wyjazd do Dublina.
Jedno Wam mogę powiedzieć, że ludzie są dokładnie tacy, jak ich blogi. Jeśli czytacie kogoś, bo Wam wyjątkowo pasuje, podzielacie poglądy, lubicie atmosferę, po spotkaniu okazuje się, że jakbyście się znali wieki, nic nie zaskakuje lub niewiele, a i to na plus. Niesamowite.
Ten wieczór był przemiły. Przegadany, o ile się dało, bo muzyka wyła większość czasu, pełen niespodzianek, bo blogerzy stawili się ze swoimi połówkami, więc znani - nieznani się spotkali. Nowe znajomości, wymiana energii, myśli - uwielbiam to.
Wcześniej tego samego dnia spotkałam się z jeszcze jedną koleżanką fejsbukową, powtórzę się jeśli powiem, ale muszę, że nagadać się nie mogłyśmy, wspaniały to był czas.

Na drugi dzień odwiedziłam jeszcze przyjaciółkę  mieszkającą niedaleko Dublina. Zawsze jedziemy tam całą ekipą - ja, córka, jeszcze-nie-zięć, ich dwa koty i kuweta. Cała wyprawa. A potem jest jak w wielkiej włoskiej rodzinie, śmiechy, rozmowy w kilku językach, bo tym razem byli przedstawiciele j.polskiego, angielskiego i rosyjskiego, picie, jedzenie, gwar. Czy ja nie jestem szczęściara, że takich ludzi na swojej drodze spotykam?

Los poskąpił mi siostry, rodzeństwa w ogóle. Mam wprawdzie brata przyrodniego, ale nie mieliśmy ze sobą kontaktu lata całe, a teraz tylko telefoniczny. A tu przyjaciółka jak siostra, w świecie takich kilka. Czy to nie jest błogosławieństwo?

wtorek, 18 grudnia 2012

Nie mogę wymyślić tytułu, bo słucham świątecznego jazzu i jakoś mi się mózg rozleniwił

Siedzę wcinam kulki Baileys, na które pozwalam sobie raz w roku z okazji przedświątecznych posiedzeń organizacyjnych i się cieszę, że się jednak zmobilizowałam i zrobiłam te zakupy, a to, co mnie tutaj czeka, to same owoce, warzywa i jakieś drobiazgi. Z gminy wróciłam wczoraj bardzo późno. Syna nie było, pojechał na jakieś występy w konkursie i wygrał, co mi zakomunikował przez telefon, siedząc w KFC z koleżkami. Godzinę jazdy od domu, czyli też w trasie. Mąż w pracy, bo nie poszedł na Christmas Party, ja odmówiłam kategorycznie, bo kasy brak, nie będę płacić za jakieś indyki i suche puddingi na deser, a samemu mu się nie chciało. No to musiał wziąć późną zmianę w sobotę i wyjątkowo pracować też w niedzielę. Zrobiło mi się szkoda psa, ze tak sam cały dzień, więc jak tylko postawiłam siaty, coś na stojąco przekąsiłam, przebrałam się i psa na smycz, żeby się wybiegał.
Lubię chodzić z nim po ciemku, słucham sobie audibooka, on truchta obok, fajnie jest. Byle nie padało.
Zatrzymałam się na chwilę, bo córka zatelefonowała. Kiedy ruszyłam, poczułam ostry ból w lewej łydce. Nie mogłam kroku zrobić. Myślałam, że może skurcz. Zaczęłam nogą kręcić, naciągać mięśnie, jak się później okazało, sprawę jeszcze pogorszyłam. Trudno mi było iść, a byłam w połowie drogi, więc czy do przodu, czy wracać, jeden pies (sorry Franiu). W jedną i drugą stronę pod górę. Tyż do kitu.
Jakoś dokulałam do domu. Myślałam, ze przestanie boleć, ale nie, całą noc i od rana dziś chodzić prawie nie mogłam. Siedzieć też nie, bo miałam wrażenie, ze nacisk od spodu pogarsza sprawę. Ubzdurałam sobie, że mam zator albo oderwie mi się zakrzep, bo to od spodu, tam gdzie się żylaki robią, i umrę.
O trzeciej pojechałam do lekarza i okazało się, że musiałam uszkodzić mięsień, bo wykonałam nagły ruch, a nie byłam rozgrzana i tak to się skończyło.
Czyli dobrze, że sobie wszystko kupiłam, bo już bym teraz tak łatwo do gminy nie pojechała.

Spotkała mnie niezwykła niespodzianka. Rodzice w szkole, gdzie prowadzę bibliotekę, zebrali się na prezent dla mnie. Bardzo się wzruszyłam. Nawet nie potrafię o tym napisać, bo wszystko co bym powiedział, byłoby truizmem.

Odliczam dni do przyjazdu córki. Syn jutro ostatni dzień w szkole. Będziemy świętować, oglądać razem House'a, może i Frasiera, a już na pewno jego świąteczne epizody. W niedzielę akcja gotowanie, mam nadzieję, że do tego czasu noga wydobrzeje. Jestem trochę czasowo do tyłu, w środę dopiero ulepię uszka i pierogi z kapustą. Mąż już ruskie zmontował. Kochany jest.

Tak sie skarżyłam, że w zeszłym roku dostałam tylko dwie kartki, w tym roku za to mam ich dużo. Wystawiłam na kominku i się cieszę. Niektóre ręcznie robione, a jedna namalowana przez córkę blogowej koleżanki. Kate wysłała nawet dwie i do tego opłatek poświęcony w Knock. Jeszcze inna jeden opłateczek do podziału w Wigilijny wieczór. Tak się wzruszam nad nimi, za każdym razem, kiedy je oglądam. Hania wysłała piękny stroik malunieńki, wisi nad komputerem i jak tylko pomyślę o zamartwianiu się, to mi nie wychodzi, bo od razu się uśmiecham do niego.


Tyle wokół dobra, że aż mnie to dziwi, cały czas myślę, że mi się nie należy, że nie zasłużyłam.
Tym bardziej trzeba w nowym roku myśleć o tym, jak być lepszym dla innych i dla siebie.
Muszę się jakoś zmusić do systematycznego ruchu, zaczęłam motywację od słuchania książki Łukasza Grassa. Jak tylko polazłam się ruszać, to mi nogę odjęło, haha. Sport to zdrowie (?)
Nic to, najwazniejsze, że w szpitalu nie wylądowałam.

wtorek, 5 czerwca 2012

Osadnicy miast i wsi łączcie się

U nas długi weekend, nie tak jak w Polsce, ale jednak. Co jakiś czas w Irlandii mamy tak zwane 'bank holidays' czyli wolne poniedziałki. Nie wiem, skąd się wzięła nazwa, tubylcy mówią, że  stąd, że banki w ten dzień zamknięte, a jak banki to i reszta, ale nie jestem przekonana. Z drugiej strony nie jest to dla mnie aż tak istotne, żeby grzebać w źródłach i się tego dowiadywać. Jeśli ktoś z tutaj mieszkających wie i ma ochotę się tym podzielić, napiszcie.
Czyli sobota (zależy u kogo), niedziela i poniedziałek wolny. Znaczy, można gdzieś pojechać, można przyjąć gości. A jak jeszcze pogoda dopisuje, to już w ogóle pełnia szczęścia.
I tak się właśnie stało, było w miarę ładnie, chociaż u nas nad oceanem trochę wietrznie, za to bez deszczu, na co utyskuje mój mąż, który płacze nad swoimi roślinkami w ogrodzie, bo tutaj jak trzy dni nie pada, to fatalnie dla gleby, a jak tydzień to klęska urodzaju.
Przyjechali do nas znajomi sztuk dwa dorosłe i sztuk dwa dzieci. Nawieźli jedzenia, my przygotowaliśmy drugie tyle, teraz za to płacę jadłowstrętem, bo nie od dziś wiadomo, ze jak się je w towarzystwie, je się za dużo i tak było w moim przypadku. A po wprowadzeniu diety, ja już nie jestem w stanie (chociaż głowa o tym czasem nie pamięta, ale żołądek i w ogóle system trawienny szybko przypomina) i teraz za to płacę. Nie mogę patrzeć na jedzenie, haha. Koniec dygresji, bo miało być o znajomych.
Oni mają tak cudne dzieci, że one są zupełnie 'nieinwazyjne', co się w ogóle nie zdarza w przyrodzie, ale im tak. Kiedy się z nimi spędza czas, to sama przyjemność jest, a jak człowiek chce się zająć trochę innymi sprawami, to one sie świetnie potrafią bawić ze sobą. Trudno w to uwierzyć, ale przez te dwa dni, co u nas byli, ani razu nie było płaczu, marudzenia, histerii, nawet takiej mini. 
A czym dorośli chcieli się zająć? Pewnie myślicie, że balanga, pół czystej na stół i heja. Ano wcale nie. Owszem piwko było i różowe winko też, ale po upchaniu jedzenia do lodówy, na stół wjeżdżały gry planszowe, a najbardziej jedna, druga tylko na trochę.
Graliśmy w Osadników z Catanu (Settlers of Catan)

W wiele gier grałam, wiadomo, człowiek zawsze zachwyca się nowym odkryciem, ale ta jest naprawdę świetna. Zdobywa się wioski, buduje drogi, wymienia wioski na miasta, zbiera kamienie, zboże, owce, drewno i cegły, to wszystko jest potem środkiem płatniczym, kostka rządzi wszystkim, no i kombinować trzeba, zeby zyskać, a nie stracić. Przy czym śmiechu jest co niemiara, pogadać też można, pożartować, szczególnie, kiedy odbywa się handel wymienny. Cudna jest. Bardzo polecam.
Graliśmy jednego wieczora, graliśmy drugiego, rozsądek kolegi i decyzja o ich wyjeździe do domu, odwiodła nas od chęci grania dzień trzeci. Jednak powrót do życia musi być, hehe.

Takie wizyty uświadamiają mi, że pal sześć nietrafione znajomości, nie trzeba martwić się tym, że w koszu pięknych owocnych związków międzyludzkich, znajdzie się jedna śliwka robaczywka,  gdyby się człowiek opancerzał, zamykał na piękne przyjaźnie, na nowe znajomości, byłby o niebo uboższy. Nie narażając się na zawód, odcinałby się też od fantastycznych prezentów od losu w formie świetnych znajomych wokół. I tak w ostatecznym rozrachunku 'prawdziwki' wygrywają, a muchomory, chociaż wydają się sobie tak atrakcyjne, koniec końców zjada własny jad.

Gośku, Marcinie, Igo i Tosiu - dzięki za piękny weekend i świetną zabawę.

niedziela, 20 maja 2012

Jak to wszystko poukładać? Spróbuję

Nie potrafię sobie tego wszystkiego poukładać tak, zeby Wam sensownie opisać, jakie mną emocje targały i dlaczego.
Po pierwsze sprawa mamy. Nie będę wchodziła w szczegóły, bo kogo to obchodzi, powiem tylko, że ledwo sobie dawałam psychicznie radę. Kondycja mamy, psychiczna, podyktowana jest jej stanem po udarze. Nie bardzo dawałam sobie radę z jej wybuchami złości i agresji, nie mogąc z nią logicznie rozmawiać, a jedynie mogąc unikać tych ataków jak się da. Kiedy już następowały, a przeważnie było to wtedy, kiedy jednym słowem próbowała mi wytłumaczyć coś, czego za Chiny nie mogłam pojąć, bo za tym jednym kryła się historia cała zrozumiała tylko dla niej jednej, nie miałam innego wyjścia jak przeczekiwać, chować się gdzieś w kącie. Trudne bardzo.
Ratowało mnie to, że przeważnie wieczorem (ale nie codziennie) miałam spotkania z przyjaciółmi czy znajomymi, zawsze przemiłe i ciekawe, często zakrapiane. Nie piję zwykle, ale wtedy pozwalałam sobie na kieliszek czy dwa wina, żeby jakoś odreagować. Poza tym w miłym towarzystwie, przy wspaniałym jedzonku, nie ma to jak napitek właściwy.

Jesli idzie o moje odchudzanie, nie zarzuciłam - odmówiłam sobie polskich ciast i wspaniałych cukierasków, ciasteczek i innych obiektów pożądania. Znajomi gotują wspaniale i nie było ziemniaków czy chleba w nadmiarze, natomiast pieczone mięsa, różne indyjskie dania, grillowane mięso z sałatkami, a i owszem. Najpierw u Doroty, a potem u Mileny, po raz pierwszy i drugi w życiu zjadłam oliwki i strasznie w nich zagustowałam. Nie wiem, jak to się stało, ale mi zasmakowały. Rukola z ziarnami słonecznika, suszonymi pomidorami, odrobiną oliwek (Dorota ratuj, co tam jeszcze było?), jest przepyszna. U Hani za to jadłam takie dziwy z kuchni orientalnej, że szok. Natychmiast przestaję wymieniać, bo jeszcze kogoś ominę, a to by było niesprawiedliwe, a pamięć jednak jest zawodna.
No więc w ciągu dnia napięcie do granic wytrzymałości. W tym czasie w Polsce odbywały się nabożeństwa majowe i chodziłam do kościoła, prosić o cierpliwość, mądrość, poza tym modlitwa dawała mi ukojenie, powtarzana jak mantra działała jak medytacja. Pomogło. Spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i znajomymi, a także z rodziną męża (mojej już nie mam, oprócz mamy),  dawały siłę do przebrnięcia przez kolejny dzień. Niesamowite jak człowiek człowiekowi może pomóc, nawet o tym nie wiedząc.

Koszalin, moje rodzinne miasto. Wydawałoby się, że nie zmienił się wcale, a jednak tak. Oczywiście poznaję w nim to miasto, które mnie 'nosiło', kiedy byłam tu w szkole, ale rozbudowane jednak, jaśniejące, z nowymi sklepami (na miejsce starych, szkoda czasem), jak to pewnie wszędzie, stare miesza się z nowym, miasto żyje. Wzruszenie. Najpierw kiedy poszłam do Katedry, gdzie byłam u I Komunii. Potem, kiedy mijałam moje liceum, do którego uwielbiałam chodzić. Nie odważyłam się pójść zobaczyć mojego rodzinnego domu, od kilku lat w innych rękach. Bałam się, że mi serce pęknie. No i cmentarz. Tam sobie i popłakałam,  porozmawiałam z prababcią, babcią i tatą, poczułam się jak w rodzinie. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale jakoś tak nie sama byłam, chociaż przecież wiem, ze oni nie żyją. Może mi pomagają? Nie wiem, ale faktycznie dużo rzeczy udało mi się załatwić, wszystko szło jak z płatka, a nie powinno. W sensie takim, że tam, gdzie spodziewałam się przeszkód, coś się takiego zawsze zadziało, że udawało się zdążyć, dodzwonić, uzyskać podpis, dojechać itp. Trzy razy znalazłam na swojej drodze pióro. Moja prababcia zwykłą mawiać, że jak znajdziesz pióro, znaczy twój Anioł Stróż je zgubił, jest w pobliżu. Jedno znalazłam w Koszalinie, jedno w Siedlcach, jedno w Warszawie, zawsze wtedy coś mi się udawało, a było blisko, żeby nie. Mówcie, co chcecie, ale kurczę, ten Anioł musiał być obok.



Na koniec pobytu, kiedy już wszystko wydawało się zamknięte i dopięte, zadzwonili ze szpitala w Irlandii, że mąż ma się stawić tamtego wieczora na oddział, bo mogą go przyjąć na planowa operację, na którą czekał rok, ze względu na to, że ktoś inny musiał zrezygnować (gorączka czy coś). I sto telefonów, załatwianie mężowi wolnego, potem co z synem, co z psem, kto pojedzie, kto wróci. Dzięki znajomym udało się to jakoś dograć, dzieckiem mi się zajęli, psem nawet (a Franio jak wiecie trudny jest do okiełznania), nawet mi Gosia diagnozę postawiła, dlaczego ten mój Jack Russel taki niesforny i dała kilka rad, jak go spacyfikować. Czyli 2w1, pomoc i porada. No, czyż ja nie mam szczęścia do ludzi?

Już w pociągu do Warszawy, nocnym, sypialnym, miałam szczęście, że nikt nie dokupił biletu i byłam sama w przedziale. Rozmawiałam przez telefon kilka godzin, a to ktoś zadzwonił do mnie, a to ja do, polska komórka, irlandzka komórka, kiedy wreszcie przestałam odbierać i wydzwaniać, już mnie bolały uszy, ręka, gardło, język i w ogóle wszystko, usłyszałam za ścianą (one w pociągach w końcu bardzo cienkie) - o Boże, wreszcie przestała gadać - ktoś westchnął z ulgą, haha. I miał rację. Ale to nie ploty były, a ustalanie planu na kolejne dni, bo przede mną były trzy dni pobytu w Raju, jak mi się wtedy wydawało i słusznie. Najpierw spotkania w Siedlcach, a potem Targi Książki w Warszawie zakończone wizytą u przyjaciółki w stolicy. Ale o tym, to już następnym razem.

czwartek, 17 maja 2012

Powrót córy wytrawnej, czyli pierwsze z podróży reminiscencje

No i jestem. Ufff, podróż powrotna była pełna wrażeń, bo jak zwykle obładowałam się książkami i różnymi innymi ciężkościami. Przyjaciółka odprowadzająca mnie na lotnisko, kiedy zobaczyła moją kurtkę wypchaną w kieszeniach różnymi 'kamieniami', które nie weszły do bagażu, powiedziała, że wyglądam jak rumunka (specjalnie piszę z małej litery, bo w tym wypadku nie o narodowość przecież idzie). No i miała oczywiście rację, ale kiedy idzie o przewiezienie książek i różnych innych ważnych rzeczy typu kremy do gęby, które przecież w Polsce najlepsze (świetlika z herbatą pod oczy sobie właśnie nałożyłam i przeżywam szczyty przyjemności podocznej), pasta Lacalut Active, niedostępna u nas, a niezastąpiona, kubek do kawy, bo oczywiście wypatrzyłam, no i prezenty, czyli niezwykłej ciężkości albumy o Koszalinie w starych pocztówkach i nowych ujęciach, z na dokładkę cukier brzozowy w ilości jednego kilograma, czyli dokładnie jedna dwudziesta tego, co mogę zabrać. No, ale książki przede wszystkim. Gdyby nie pewna przemiła osóbka o imieniu Iza, miałabym wielki problem, bo niestety u mnie rozum śpi, kiedy widzę książki, a pobyt na targach wydawniczych to już w ogóle COMA dla mojego rozsądku, oczywizda nakupowałam, ona spojrzała na siaty, skojarzyła z koniecznością przelotu i limitu bagażu i mi je po prostu przykazała zostawić do wysyłki. Ciężko mi było wypuścić je z ręki, ale to była konieczność, taka prawda.
W głowie mam straszny mętlik. Tyle się działo. Przez 17 dni siedziałam w największym Roller Coasterze  świata, mówię Wam - większego nie wymyślili i nie zbudowali, a jeśli kiedykolwiek, ludzie będą musieli podpisywać papiery - zgodę na przejazd na własną odpowiedzialność. Przechodziłam od wielkiej rozpaczy i tęsknoty, do nadziei jeszcze większej, momentami do radości, aż dobrnęłam do ostatnich trzech dni i euforii niewyobrażalnej. Po drodze snu mało, zmęczenie i upał, który mi doskwierał, bo co tu dużo mówić, odzwyczaiłam się, a i wcześniej nie byłam fanką wysokich temperatur.
Postaram się to pomału opisywać i dzielić się z Wami wrażeniami. Na dziś już kończę, bo nadrabiam zaległości różniste, a poza tym mąż po operacji, o czym w kolejnych odsłonach.

środa, 2 maja 2012

Doniesienia z pola walki :-)


Hejka. Wpadłam na chwilkę, pewnie po raz ostatni przed powrotem do siebie, bo jak się okazało, nie ma w moim mieście kafejek internetowych, które zostały wyparte przez hot spoty. Pierwsze widzę, widocznie w Polsce założyli, że wszyscy podróżują ze swoimi laptopami, albo po prostu u nas nie spodziewają się, że ktoś może przyjechać do tego miasta, a już na pewno nie bez swojego sprzętu, jaki by on nie był. Smartphone jest dobry do odwiedzenia Facebooka, ale nie do napisania notki na blogu, czyli w ten pokrętny sposób próbuję powiedzieć, że jestem w czarnej dupie jeśli chodzi o dostęp do komputera. Odwyk przechodzę ciężko, jakby mnie ktoś od świat odseparował, co jest totalną głupotą, bo świat jest tu i teraz, ale nie mogę bagatelizować faktu, że mój świat jest też w sieci. Pewnie dlatego, że mieszkam na odludziu.
No właśnie, mieszkam na odludziu i to uczyniło ze mnie dzikusa. Męczy mnie miasto, hałas, chamstwo, popychanie się na ulicy, to całe ‘maszeruj albo giń’. Dziwne, bo kiedyś moje rodzinne miasto wydawało mi się małe i klaustrofobiczne, Siedlce, do których się przeniosłam, jeszcze bardziej, a teraz całkiem na odwrót. Niedługo Pawlikowska przyjedzie do mnie kręcić program Z kamerą wśród dzikich. Ale czy mi z tym tak źle? Sama nie wiem, boję się, że popadnę w jakieś kompletne ‘odludztwo’. Pomyślę o tym jutro, że pojadę Scarlett.
Dwa dni przed wyjazdem do Polski były niezwykle intensywne. Najpierw z synem pojechaliśmy na II Olimpiadę Szkół Polonijnych do Dublina.  Z tego powodu musiałam wyjechać z domu o półtora dnia wcześniej, nie podobał mi się ten pomysł, ale z drugiej strony cieszyłam się na spotkanie z przyjaciółką mieszkającą w okolicach Dublina, z którą widuję się ran na rok, albo i rzadziej.
Olimpiada była taka sobie, ale dzieciaki miały ubaw. Mało mi nogi w zad nie weszły, bo nie było gdzie przysiąść. Wstałam o trzeciej rano, wyjechaliśmy o czwartej, z Letterkenny o piątej, w Dublinie byliśmy na miejscu po 9tej. I do 17tej cały czas w biegu, wyjąwszy pisanie testu z angielskiego. Nie zajęłam miejsca na podium. Foch.
Po całej imprezie syn wsiadł do autobusu i pojechał z powrotem do Donegalu, a ja zostałam zaproszona przez córkę i jeszcze-nie-zięcia do Yamamori, mojej ulubionej restauracyjki japońskiej, na jedzonko. Czy ja Wam już mówiłam, że to siedem orgazmów na raz? Uwielbiam, a ich tuńczyk w marynacie teryaki na łożu z grillowanych warzyw z sałatką i brązowym ryżem  to nawet 10 o (taka nowa jednostka oceny jedzenia). Normalnie byłam w niebie. Była wyjątkowo udana pogoda, poszliśmy do Yamamori Noodles, tam jeszcze nie byłam, bo wcześniej jadaliśmy w innej restauracji tej samej sieci. Myślałam,że nie będzie mi się podobać, bo nie znoszę zmian, ale podobała mi się jeszcze bardziej. Mam nauczkę, powinnam być bardziej otwarta w tej kwestii. Miasto było pełne ludzi, wszystkie miejsca w restauracjach w tej części miasta, zajęte do ostatniego stolika. Wszędzie było gwarno, wesoło i czuć było wielkomiejskość. Po raz pierwszy spojrzałam tak na Dublin, wcześniej nie miałam takich odczuć. Co więcej, po raz pierwszy wydawało mi się, że gdzie nie spojrzę, tam przystojny mężczyzna, nie tylko uroda, ale i ciuch, klasa, szyk, kurczę, jakiś zjazd był czy co? Córka z jeszcze-nie-zięciem śmiali się, że wszystko to przez koktajl śliwkowy, który dla mnie zamówili. Nie sądzę, chociaż?
Przeszliśmy się po St. Stevens Green (za nazwę ulicy nie ręczę, mogłam coś pokiełbasić  i fruu do Laytown do mojej przyjaciółki. A tam pogaduchy przy wielkim stole w ciepłej kuchni, miętoszenie maluteńkich kotków, które się urodziły ich kotce, głaskanie Pyry, ich psa (od razu mi mój Franiu przed oczami stanął), i wiadomo, herbatka, ciasto drożdżowe ze śliwkami jeszcze ciepłe, miło, wesoło. Jak to u przyjaciół.  Po wyjeździe dzieciaków z powrotem do Dublina, my zostałyśmy jeszcze w kuchni przy winku. Do trzeciej, czyli jak słusznie zauważyła Iza, nie spałam 24 godziny. Ale maraton. O dziwo na drugi dzień wstaliśmy dosyć wcześnie, bo przed 9tą. I znowu pogaduchy w kuchni, o życiu,  książkach i różnych ciekawych rzeczach i wyjazd na zakupy, bo poprzedniego wieczoru okazało się, że zamiast koszuli nocnej i spodenek wzięłam dwie pary dołów, a góry żadnej. Kupiłam dwie koszule dla siebie, jedną dla mamy, zahaczyłyśmy jeszcze o Body Shop, gdzie odwaliłyśmy histerię na punkcie ich zapachów (strasznie fajowe) i pognałyśmy do domu, bo za niedługo miał się zacząć wieczorny koncert chórów kościelnych w najpiękniejszym chyba kościele w Europie. Mowa oczywiście o kategorii nowoczesnych, bo te stare katedry i kościółki to oczywiście zupełnie inna. Kościół w Laytown ma fasadę z 1800 któregoś roku, do której dobudowano nowoczesną resztę. Kościół jest okrągły, a ściana za ołtarzem jest cała przeszklona i wychodzi na otwarte morze i na plażę. Za oknem stoi prosty drewniany, gigantyczny krzyż. Wrażenie jest niesamowite, niezależnie od pogody, czy jest piękne słońce, czy sztorm, czuć wielkość Boga i jego stworzenia. I euforię, bo widok, który mają wierni podczas mszy, zapiera dech w piersiach. Niesamowite. Architektem jest Liam McCormack, nie żyjący już, pochodził z Derry. W Donegalu wiem o dwóch kościołach jego projektu, oba niepowtarzalne, też nawiązujące do otaczającej je przyrody.
Pobyt u Izy bardzo mnie wyciszył, czułam się u niej jak u mamy, nie dlatego, że taka stara, ale dlatego, że taka dobra, jak powinna być każda mama. Uspokoiłam się na tyle, że jadąc na drugi dzień do Polski, o dziwo zniknął ucisk w sercu i nerwicowe bóle, które mam normalnie wszędzie.
No, a teraz jestem już u mamy. Rano dopadły mnie wszelkie objawy psychosomatyczne, które zwykle mam tutaj, bóle nóg (dodatkowo mi puchną), krew z nosa, poszła mi żyłka w oku, bóle głowy i ogólne skołowacenie. I tak pewnie już do końca.
Za to spotkałam już, na chwilę, bo na chwilę, ale jednak, moich ukochanych przyjaciół, Hanię, Dorotę i Piotra i powiem Wam tak, że gdyby mi ktoś powiedział - wszelkie problemy finansowe i każde inne znikną, jeśli wyzbędziesz się przyjaciół, to bym na ten układ nie poszła, bo co życie jest warte, bez wspaniałych ludzi wokół. I nie jest to egzaltacja, ani żadna inna ‘przesadyzacja’.

I tym optymistycznym akcentem 'zakańczam' i upraszam o afirmowanie wszelkiego dobrego. Całusy     

piątek, 27 kwietnia 2012

Ryba podstępnie zaatakaowała twaróg, a horror walizowy trwa

Na wstępie chciałam przeprosić Kate i Cezara, bo to wspaniali ludzie i ich wizyta zasługuje na oddzielny, długaśny wpis, ale niestety podziało się tak jak podziało, zbiegło się to wszystko z moim wyjazdem i kicha.
Przyjechali do mnie w zeszłym tygodniu, ponad 3 godziny w samochodzie się tłukli. Nawet nie pamiętam jak się poznaliśmy, na pewno korespondencyjnie jakoś, Kate czyta moje felietony i się odezwała, chyba mailowo. W każdym razie od słowa do słowa, dwa lata temu pierwszy raz spotkaliśmy się w realu, a w tym roku była powtórka. Jak zwykle - Kaśka ja Cię zabiję - wjechała do domu z ciastem i siatami, a tam same produkty dla 'biednych' odchudzaczy, czyli przyprawy różniste Fit Up Kamisu, z błonnikiem, kiełkami itp, do tego dodatki do mleka, maca, ciemna czekolada, ryżowe i owsiane ciasteczka, dżem bez cukru dla łakomczucha, czego tam nie było. Ciasto natomiast buraczane, przepyszne. Kate przepis miałaś wysłać!
[dygresja - chudnę!!!! Cały czas trzymam się wytycznych z książki Makarowskiej, i po kilogramie, powolutku gubię kilogramy. Niesamowite. Nie pamiętam, kiedy jadłam ziemniaki i mi ich nie brakuje. Ryżu i makaronu też prawie nie jadam, a jeśli to ciemne. Chleb tylko rano na śniadanie, ciemny. Wszystko to, co mi przeszkadzało powoli przestaje byc dla mnie ważne, zmienia się styl żywienia na stałe, to cud - koniec dygresji]
Pojechaliśmy na plażę, trochę pozwiedzać z okien samochodu, ale najważniejszy punkt programu to jednak pogaduchy, wymiana myśli, energii.
Oczywiście nie obyło się bez utrudnień, bo u mnie zawsze musi być i śmieszno, i straszno. Akurat w ten dzień musiałam wyskoczyć do szkoły Wojtka na spotkanie z nauczycielami po ogloszeniu wyników próbnego egzaminu Junior Cert. Godzina, ponad nawet, z tego spotkania stracona. Mąż mnie godnie zastępował. Dzięki Kate i Cezarowi za wizytę.
No, ale to już przeszłość, niestety. Teraz w sypialni leży częściowo spakowana waliza i mnie straszy. Terror walizowy normalnie. Nienawidzę tego widoku, nie w takich okolicznościach. Sciągam uprane ciuchy, szykuję do prasowania i segreguję do zabrania, ale wszystko we mnie krzyczy, że nie chcę jechać.
Jednocześnie wiem, ze się nakręcam sama, że nie jest tak źle, ale wiecie jak to jest - w ciemnym pokoju wszystko straszy, nawet nasza ukochana lalka zamienia się potwora. No i ja tak mam, zgasiłam światło w głowie i się boję. Tego, co tam zastanę, decyzji, które będę musiała podjąć, mojego poczucia klęski jako córki, wyrzutów sumienia, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i faktycznym stanem rzeczy. Tak, mną też rządzą stereotypy, chciałabym żeby było tak, jak u Mostowiaków, ale nie jest to możliwe.
Teraz czuję wyrzuty, a jak mama zacznie na mnie krzyczeć, to się będę kulić w sobie i liczyć do dziesięciu. Kalms już spakowany, mam nadzieję, że pomoże
Teraz wyglądam tak

 (uwielbiam 'paczizmy')

Głowę mam już gdzieś hen na wysokościach w samolocie, lęk też bierze górę i nawet fakt, że na końcu mam wspaniałe spotkania, że w rodzinnym mieście też mam ukochanych przyjaciół i ciekawych znajomych, których spieszę się zobaczyć, nie pomaga. No cóż. Muszę poszukać włącznika światła, oswoić strachy. To, co nie znane, zawsze gorzej wygląda.
Ciekawe ile jeszcze 'małych katastrof' sobie tutaj zgotuję, czego zapomnę? Na dobry początek tej masakry sowicie doprawiłam poranny twarożek, który miał mi poprawić humor, przyprawą naturalną do ... ryb. Mężowi się nie przyznam. Zjadłam i teraz mi się rybą odbija, haha. A na obiad ... ryba. Potwory z morza atakują.
Jutro olimpiada szkół polonijnych w Dublinie, gdzie zgodziłam się pisać test z angielskiego. W swoim stanie ducha dostanę chyba ze 20%, oto przepis na popis.
Wieczorem córka zaprosiła mnie do japońskiej restauracji, mojej ukochanej Yamamori. Ja to mam szczęście.
Kochane dziewczyny i kochane chłopaki - nie będzie mnie dwa tygodnie. Nie sądzę, żebym miała dojście do komputera na tyle, żebym mogła tu pisać, komentować czy Was czytać. Zajrzę jeszcze wieczorem zobaczyć, czy są jakieś komentarze, a potem wio.
Mam nadzieję, że na mnie tu zaczekacie i nie 'wszystek umrę'.
Trzymajcie kciuki.

środa, 25 kwietnia 2012

Przedwyjazdowe emocje, nagłe podarki, nudno nie jest

Kochani, przepraszam, że Was tak haniebnie porzuciłam, nie zaglądam tutaj i nie piszę, ale przygotowania do wyjazdu trwają i niestety są bardzo czasochłonne. Na FB czasem wpadam, bo tam można na chwilę, zerknąć i uciekać, a blogom trzeba poświęcić czas, poczytać, napisać, odpisać na komentarze, nie da się na chybcika. Wybaczcie mi, że do Was nie zaglądam, nie zapomniałam, ale masakrycznie nie mam czasu. To tyle tytułem wstępu.
Ostatnie dni są jak psychiczny rollercoaster - raz na górze, raz na dole, aż rzygać się chce. Od piątku się zaczęło. Najpierw mama znowu wylądowała w szpitalu, wiadomo, nerwy, telefony, rozmowy z lekarzami. Przepraszam wszystkie wspaniałe dziewczyny, uczące się na lekarki, albo już pracujące w tym zawodzie blogerki, ale muszę to powiedzieć - niektórzy Wasi koledzy po fachu to żenada. Nie zawodowo, bo tego ocenić przez telefon nie mogłam, zresztą nie podejrzewam, ale komunikacja z rodziną, rozmowa, podejście do pacjenta, to po prostu obciach. Zobaczyłam różnicę, kiedy wreszcie trafiłam na normalnego lekarza, nie tylko pracownika szpitala, ale i człowieka. Wszystko mi wytłumaczył, pełną informację dostałam i trwało to krócej niż te złośliwe rozmówki i tłumaczenia innych, że nie mają ze mną czasu rozmawiać. Nawet się przedstawił, co mnie wbiło w fotel, bo poprzedni panowie na moje pytanie, z kim rozmawiam, odkładali słuchawkę. Ja wiem, że praca lekarza jest ciężka i stresująca, ale styl i klasa komunikacji z pacjentami i ich bliskimi nie zajmuje więcej czasu niż odzywki na granicy chamstwa, lekceważenie i brak dobrego wychowania. Przecież lekarz to nie dresiarz jakiś, można od niego wymagać, że będzie trzymał poziom. Czy nie?
Jakoś się udało sytuację opanować, mama wróciła do domu.
Kolejne dni gonitwa albo ślęczenie przy komputerze. Nie będzie mnie dwa tygodnie, więc wiele spraw trzeba pozałatwiać tak, żeby moja nieobecność nie oznaczała zawalenia spraw ani terminów. Cały czas robię listy, co kupić, gdzie pojechać, a to samochód do NCT, a to klucze do biblioteki, bo mam zastępstwo za siebie podczas mojej nieobecności, upominki dla znajomych i bliskich w Polsce (drobne, bo oczywiście kasy brak), coś tam trzeba napisać, coś wysłać, zadzwonić, pojechać, pomóc, uprać, spakować niezliczoną ilość niezbędnych rzeczy, czyli mały MediaMarkt jak to określił Witkowski w Drwalu - ładowarki, szczoteczki elektryczne, przełączniki do gniazdek, komórka na Polskę, baterie, aparat fotograficzny itp. Kable, kable i jeszcze raz kable. Leki - wykupić, odliczyć na wyjazd, przepakować, bo w tych blisterach za dużo miejsca zajmują, zajęło mi to godzinę. Mąż się śmiał ze mnie, jakby było z czego.
Milion spraw i rzeczy do spamiętania. Notes pęka od numerów telefonów i listy rzeczy do załatwienia. Wymiana maili trwa, ustalanie, uzgadnianie, wiadomo jak to jest.
Czasem jest mi smutno, stresa mam wielkiego, nawet jak piszę, to mam taki mętlik w głowie, że mi trudno zdania klecić. Łapię momenty, które mnie wydobywają z otchłani tego stresu. Wygrałam książkę na FB u Marii Ulatowskiej, zaraz potem okazało się, że też drugą do mnie poleci. Inna pisarka powiadomiła mnie o wysłaniu swojej nowej powieści, a to na sto procent będzie hit, więc radość równie wielka. Zadzwoniła córka, że dostała praktykę na lato w bardzo dobrym studiu graficznym, co zwiększa bardzo jej szanse na zdobycie dobrej pracy - myślałam, że zemdleję ze szczęscia. Kilka dni potem dowiedziała się, że jej pisemna praca dyplomowa jest tak dobra, że może brać udział w konkursie międzynarodowym. Duma, chociaż nie ma w tym mojej zasługi, ale dziecko przecież moje, krew moja, to się podłączę do 'świętowania'.
I tak dobre momenty przeplatają się ze stresującymi, po prostu życie.
Jestem wdzięczna za każdy taki promyk słońca, za każdy przejaw życzliwości, a doświadczam tego dużo ostatnio, aż nie wiem, czy zasługuję.
O wizycie Kate i jej męża jeszcze chciałam opowiedzieć, ale to już może jutro.

czwartek, 8 marca 2012

Wspomnienia smakami stoją. Kaji mi brak

Dzisiaj zrobiłam sobie na śniadanie twarożek z natką pietruszki. Kiedy siekam natkę z utęsknieniem czekam na jej zapach, który po kilku ruchach noża, zaczyna do mnie docierać. Uwielbiam.
Ale nie zawsze tak było. Kiedyś i smak, i zapach  budziły u mnie wstręt. Aż do pewnego poranka, kiedy to przyrządzałyśmy posiłek z moją przyjaciółką Kają.
Przyjaźniłyśmy się od pierwszej klasy liceum i śmiem twierdzić, że dzięki niej, tak miło wspominam ten czas, bo nie ma nic wspanialszego od prawdziwej przyjaźni w nastoletnim życiu, kiedy tyle się dzieje, tyle trzeba obgadać, przemyśleć, obśmiać i zrosić łzami. My przeważnie się śmiałyśmy, ale i ciężkie czasy bywały.
Razem też zafundowałyśmy sobie kiedyś dietę. Nie powiem, całkiem udaną, obie zrzuciłyśmy niewielkie wtedy nadmiary tu i tam.
Moja mama bywało wyjeżdżała na dwa do trzech tygodni na wycieczki, a że mój tata już wtedy  nie żył, w czasie jej nieobecności zawsze mieszkałyśmy razem.

Ale to nie wtedy pokochałam pietruszkę za jej sprawą, to było dużo później, kiedy już jako mężatka, zamieszkałam w Warszawie, a Kaja przyjechała mnie odwiedzić. Wtedy akurat mąż był wyjechany, a my jak za starych czasów, przemieszkałyśmy razem kilka dni. Chodziłyśmy do teatru i do kina, na przekąski do małych restauracyjek, barków raczej. Nagadałyśmy się za wszystkie czasy, wiadomo, jak to stare przyjaciółki, które już nie mają ze sobą codziennego kontaktu, bo się życiowo rozjechały.

I właśnie tego majowego ranka wyszłam do sklepu po świeże pieczywo (miałam na Młynarskiej w Warszawie taką piekarnię, gdzie cuda sprzedawali), a zaraz obok to sklepu firmowego jakiejś mleczarni, po świeży twarożek, bryndzę i masełko. Nie wiem, jak to się stało, ze miałam też do tego natkę, może była w domu, może Kaja poprosiła, zeby kupić, w każdym razie była. I Kaja właśnie posiekała ją drobniutko i posypała sobie kromkę chleba posmarowaną grubo twarogiem. Spróbowałam i eureka. Rozkochałam się w jej smaku i aromacie. Od tej pory, zawsze kiedy siekam pietruszkę do twarogu, wspominam Kaję i ów majowy poranek.

Gdzie te czasy, wydaje się tak dawno. Dlaczego los rzucił nas tak daleko od siebie Kaju? Brak mi Ciebie.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Choroby odchodzą, książka przyszła, córka pojawia się i znika, a zima nie może się zdecydować

Ten weekend był cudny. Przyjechała córka.
Byłam u jednego lekarza, który powiedział, że nic mi nie jest. Cud irlandzkiej służby zdrowia polega na tym, że tyle czekamy na wizytę u specjalisty, że się choroby same leczą, haha.
Zadzwoniła do mnie pielęgniarka chirurga i zaprosiła na wycięcie cysty. Ucieszyłam się, mam termin na czwartek, ale problem taki, że jej już nie mogę znaleźć. Pod skórą była, duża i sprawiała kłopoty, ale po miesiącu antybiotyków i kolejnym czekania na termin wycięcia, wchłonęła się. Problem taki, że ona wraca do dwa lata. A i teraz czuję lekki ból w środku, ale cysty już nie. I co ja mam zrobić? Pojadę, ale boję się, że mnie opitoli, że mu tyłek zawracam i z niczym przychodzę.
Ja chcę do Leśniej Góry :-(

Tym razem córka czas spędziła głównie z synem, chociaż udało nam się trochę pobyć razem w sobotę w dzień, wieczorem już wybyłam na imprezkę taneczną, ale o tym w oddzielnym felietonie, bo i tak dla gazety muszę napisać.
Napisałam na blogu książkowym o książkach, których sobie z różnych względów nie kupię w tym roku pod choinkę (jeśli macie ochotę, poczytajcie TU)
Ale mnie córka nakrzyczała. Że jej powinnam była nie mówić, że ma nic nie kupować, ze moje słowa wzięła poważnie (chodziło wyłącznie o książki), a powinna była bardziej znać matkę i wiedzieć, ale ją zmyliłam. No cóż, sama siebie zmyliłam. Okazało się, że mi brak tych emocji czytelniczych, co wybrać, czego oczekiwać z niecierpliwością? I sobie urządziłam seans dwugodzinny buszowania w okładkach, taki erzac.
Dostałam z tego wszystkiego od Kate jedną z tych wymienionych i mi teraz głupio, bo ten post naprawdę nie miał być żebraczy, tylko tak sobie chciałam na sucho powybierać. Jak tylko otworzyłam kopertę i zobaczyłam krwistoczerwoną okładkę i Donoghue na szczycie, od razu wiedziałam, że to TA. Schowałam, zakleiłam, będzie jak znalazł, dosłownie, pod choinką.
Dzięki Kate.

U nas pierwsze zwiastuny zimy, a to grad popada, a to deszcz ze śniegiem. Mam nadzieję, że w tym roku nie bedzie pluchy przez cały czas.
Idę myć łeb, bo znowu jadę do lekarza. Skan brzucha tym razem. Nic mi nie jest, kiedyś trochę narzekałam, ale patrz paragraf pierwszy, diagnostyka choroby dawno zapomnianej trwa. Korzystam jednak, bo nie wiadomo, kiedy znowu się dopcham, a nuż widelec tam coś jednak jest?

środa, 2 listopada 2011

Sól z beczki, czasem solą w oku


Czy możecie powiedzieć, że znacie się na ludziach? Brawo dla tego, kto powie, że nie. Przynajmniej jest szczery i zna swoje ograniczenia. W przeciwieństwie do mnie. Jakiś czas temu byłam tak zadufana w sobie, że myślałam, że nic mnie nie zaskoczy, jestem taka mądra, doświadczona i ‘wiekowa’ (w cudzysłowie, kobieta nigdy nie przyznaje się do wieku), że po kilku spotkaniach wiem, kto jaki jest, mam rentgen w oczach po prostu. Życie weryfikuje takie durne myślenie, czasem boleśnie, czasem śmiesznie. Przypominam sobie o tym w różnych sytuacjach.
Weźmy reality show. Wcześniej Big Brothera, Bar (widziałam tylko pierwszy), Agenta czy ten na bezludnej wyspie, jak mu tam było, nie pamiętam?. Oglądałam je, może nie namiętnie, ale z wielkim zaciekawieniem. Jeśli już zaczęłam, konsekwentnie każdy odcinek. A dlaczego? Nie dla podglądactwa w czystym tego słowa znaczeniu, a raczej dla prywatnych badań nad naturą ludzką. Oglądając można było bezkarnie ćwiczyć rozpoznawanie dobrych i złych. Wtedy to właśnie odkryłam, że chociaż mam mniemanie, że dużo wiem, okazuje się, że nie wiem, że nic nie wiem. Wszyscy ludzie, którzy na początku tych programów wydawali mi się świetni, zabawni i interesujący, okazywali się młotkami wcielonymi i do tego bez klasy. A cisi, z pozoru nudni, wydawało się nijacy, z czasem nabierali kolorów i okazywali się prawdziwkami. Zawsze mi wtedy było wstyd. Pamiętam to, jak siedziałam czerwona jak piwonia obserwując swoich ulubieńców, którzy robią z siebie durniów, a czerwieniłam się jeszcze bardziej, kiedy ci przeze mnie niedoceniani okazywali się wręcz fantastyczni. I to nie w znaczeniu zabawiaczy i show menów, ale w takim czysto ludzkim.
W życiu realnym, ileż to razy myślałam, że dałabym sobie rękę uciąć, że ta czy inna osoba zachowa się tak a tak, że jest świetna, że jest lojalna, że ona to nigdy w życiu, sto procent gwarancji i takie tam inne żenujące oświadczenia. Wtedy mąż mój osobisty zwykle mówi, że moja naiwność nie zna granic. Zawsze się wtedy denerwuję, ale fakty mówią same za siebie -  wielokrotnie nie mam racji. Zatrważająco wielokrotnie. Albo ja jestem do niczego, jeśli chodzi o znawstwo natury ludzkiej, albo ludzie są aż tak nieprzewidywalni.
Najgorzej rzecz się ma, kiedy przyjaciel zawiedzie. Nie miałam jeszcze takiej sytuacji, jeśli idzie o tych najstarszych, najbardziej wypróbowanych (chyba bym zeszła na zawał), ale kilka osób, których zbyt pospiesznie uznałam za przyjaciół, bliskich znajomych powiedzmy, tak mnie sromotnie zawiodło, albo zachowali się tak skandalicznie wobec kogoś innego, że mi klapki z hukiem spadły z oczu i nasze relacje uległy nieodwracalnej degradacji. Z drugiej strony, równie bolesne jest, kiedy ktoś mało nas znający, ale powiedzmy z kręgu znajomych znajomych, działa przeciwko nam, nie mając żadnej wiedzy czy przesłanek opartych na faktach, do psucia komuś opinii i brużdżenia. Znacie to? Doświadczyliście? Jeśli tak, łączę się w bólu, a jeśli nie – wszystko przed Wami, statystycznie każdemu musi się to, chociaż raz w życiu przydarzyć.
Oczywiście są większe i mniejsze tragedie, czasem aż się nie chce wspominać, a czasem huczy o tym prasa. Jak na przykład przypadek agenta Tomka, który rozkochiwał w sobie kobiety, omotał je, a potem okazywało się, że jest funkcjonariuszem czegoś tam. Niby jego praca, ale z punktu widzenia ludzkiego – zdrada. Ałć, boli. A do tego trzeba cierpieć na oczach setek tysięcy ludzi. Albo sprawa Krzysztofa Piesiewicza – ok, dziwnie wygląda ten biały proszek wciągany nosem na zdjęciach, faktycznie głupio trochę, że gdzieś tam go widzieli przebranego w babskie ciuchy, ale nie zmienia to faktu, że każdy ma jakieś tam swoje dziwactwa, jeśli robi coś niezgodnego z prawem, ustalą to odpowiednie organa, a zdrada jest zdradą. Strasznie go musiało boleć, że to kobieta, którą darzył atencją czy może jakiś dobry znajomy wpędzili go w kłopoty. I pewnie bolało na równi z żalem za utraconą reputacją albo i bardziej.
Tak to już jest, że jeśli wszystko w porządku w rodzinie, jeśli mamy oparcie w przyjaciołach, to wszystko inne dajemy radę jakoś pokonać i przezwyciężyć. Ale jeśli coś zaczyna szwankować na tym polu, jeśli wkrada się fałsz albo nielojalność, rani jak cholera i trudno nam się po tym pozbierać. Inna rzecz, że czasem źle oceniamy ludzi z naszego otoczenia, czyli wracam do paragrafu pierwszego. Ileż to razy nie doceniamy jednych, przeceniamy innych, a pomyłki szybko wychodzą na jaw i człowiek zostaje z tą wiedzą zaskoczony i ogłupiały – jak na morzu kołek. Cała mądrość polega na umiejętności oddzielania ziarna od plew. I na ograniczonym zaufaniu do ludzi i do swoich osądów. Nie bez kozery mówi się, że beczkę soli trzeba zjeść, żeby kogoś poznać, a biorąc pod uwagę, że sól niezdrowa, trzeba jej mało używać, wieki to zajmuje. Może być, że idziesz, idziesz i nigdy nie dojdziesz.