Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje sportowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje sportowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 lipca 2014

Ujawniamy podsłuchy z głowy Katarzyny H.


To miało zostać między dwoma kijkami. Długo myśleliśmy, że nie powinniśmy tego ujawniać, ale jednak dobro ogółu potrzebuje takich świadectw. Niech się nikomu nie zdaje, że może bezkarnie kląć i obgadywać dwa zacne adidasy. O nie!

W głowie Katarzyny H. takie oto dzieją się rzeczy podczas chodzenia z kijkami - Nordic Walking czyli. Jak sama nazwa wskazuje, obce siły dresowe mogą być w to zaplątane.
Dla wrażliwych uszu rada - zdecydowanie ominąć fazę pierwszą i ostatnią.

Faza wstępna - dojazd na miejsce spotkania dwóch kijków, trudno się zebrać, długo szukamy butów, a może by tak zostać w domu, podczas seksu też się co nie co spali, więc może jednak zamienić kijki na kijek?
- Gotowa? Nie obijamy się, nie marudzimy czekam w samochodzie.
Wspólnik w zbrodni postanawia za mnie. Jedziemy.

Faza pierwsza - rozgrzewka - kije w rękach, muzyka w uszy. Zaczynamy. Czytelnicy poniżej 18 roku i wrażliwcy nie czytać! Przy tych tekstach wypowiedź Sienkiewicza o kupie kamieni to muzyka sakralna.

O kurwa, ale ten początek drogi stromy. Do chuja pana, kto powiedział, że kobieta powinna być wysportowana, szczupła i twarda w cyckach? Dajcie mi tego skurwysyna, co ustalił te standardy, wykręcę mu jaja i wsadzę w uszy.
Ja pierdolę, jak mnie wszystko boli po wczorajszym marszu. I dlaczego ta droga taka zejebiście długa, wczoraj chyba było jakoś szybciej do tych kamieni.
Walić to, będę jeździć na wózku, opierdalać pączki w ilościach hurtowych, psy husky bedą mnie po mieście wozić.
Tylko spokój.
Wdech wydech, wdech wydech.
Wydłuż krok, ciągnij aż z pośladków. Ramiona, nie zapominaj o ramionach. Rytm, trzymaj rytm, nie zwalniaj. Na chwilę dołącz talię. Nie opierdalaj się kobieto!

Faza druga - reset.
Rytm złapany, krok opanowany. Wdech, wydech.
Ładnie tu, zachodzi słońce, mogłoby nie być tych much, ale da się wytrzymać.
Co to ja chciałam.
Fajna ta piosenka.
Super tak sobie pochodzić. Jutro też tu przyjadę. A może dzisiaj zrobię sobie kilometr ekstra, trzeba wydłużać dystans.
O, a przy tej piosence to się najlepiej idzie. Nikogo nie ma, pośpiewam sobie

I keep going to the river to pray
Cos I need, something that can wash all the pain
And at most, I’m slipping all these demons away
But your ghost, the ghost of you it keeps me awake





Jeszcze raz sobie to puszczę. I tyłkiem pokręcę przy okazji. 
O, pies przysiada, zmęczony biedak. Ile to już kilometrów? Ze 3/4 pewnie. Końca nie widać.
Ciekawe czy Endomondo, czy jak mu tam temu ustrojstwu, działa też dla chodziarzy?
A w ogóle jak to działa?
Tylko po co mi to? 
A co gdyby tak dziwnie pochodzić jak Korzeniewski, ale bym miała dupę wyrobioną. 
No nie wiem, czy on miał atrakcyjny tyłek?
Reset. 
Nie myśl kobieto, śpiewaj i idź. Albo przestań już śpiewać, bo nie oddychasz.
Co to jak chciałam.....

Faza trzecia - dobijanie do bazy
Jeżu, gdzie ten samochód? Daleko jeszcze?
Dlaczego? Dlaczego? - Nie dojdziesz (zanim mnie policzą za prawa autorskie - tekst pochodzi z reklamy Frugo, tam facet idzie z takim pałąkiem przyczepionym do głowy, na końcu którego dynda mu przed nosem butelka soku Frugo, idzie przez lasy, morza, doliny, a tekst jest właśnie taki).
O, jest, nareszcie. 
A jeszcze sobie pośpiewam, skoro już końcóweczka.
A może jeszcze kawałek?
O, patrzcie, mijam samochód, idę w górę. 
Pochodzę sobie jeszcze, a co będę tak siedziała sama, Franek z panem jeszcze po kamieniach łażą. 
Idę, idę. 
Ale fajowo. Jutro też przyjadę.

Faza czwarta i ostatnia. 
O kurwa, ale się schodziłam. 

Jeśli założyć, że przykład zawsze idzie z góry, trzeba uznać, że wszystkie powyższe przekleństwa są winą Sienkiewicza i Belki :-)

Co było do udowodnienia. 






sobota, 31 sierpnia 2013

Latające cycki mało mi oka nie wybiły, a w strefie chlebowej zanotowałam zdziadzienie

Syn prosił, prosił i uprosił - poszłam z nim na koszykówkę. W każdy wtorkowy wieczór odbywają się mecze towarzyskie kobiet, a potem mężczyzn. W lecie, kiedy ludzi ogólnie mniej, bo wyjazdy, bo jakieś tam prace na polach torfowych, gra mieszana drużyna. Ratuj się kto może. Od nastolatek i młodych kobiet, poprzez średnio wiekowe, do facetów walecznych sportowo i tych, co zapomnieli, jak się gra. Do wyboru do koloru.
W tym wszystkim ja - nie grałam w koszykówkę jakieś 28-30 lat, a mówić, że kiedyś ją trenowałam i byłam całkiem, całkiem, to nadużycie w takim wypadku. Przedawnienie może raczej.
Sama nie wiedziałam, czego się po sobie spodziewać. Nie wiedziałam nawet, czy trafię ręką w piłkę po jej odbiciu, haha, a co dopiero z nią biegać. Biegać bez patrzenia na nią, bo to za moich czasów był obciach. Za jakich czasów? Nie pamiętam kochaneczki, chyba jeszcze przed rewolucją październikową.
W każdym razie poszłam.
Syn dał mi trochę poodbijać, postrzelać, zaraz się zorientowałam, że zły stanik założyłam i co podskoczyłam do wbicia piłki do kosza, to mi cycki normalnie widoczność zasłaniały.
Zawsze miałam wytłumaczenie, dlaczego nie trafiam.
Na drugi dzień, nawet jeszcze tego samego wieczora, mogłam się przekonać, gdzie mam wszystkie mięśnie i ścięgna i że nogi może człowiekowi odjąć wcale nie z powodu nieszczęśliwego wypadku.
Do tego nogi wydają też dźwięki podczas chodzenia - auć, auć, auć...
We wtorek znowu idę. Spodobało mi się, mam nadzieję, że moje dawne urazy stawów skokowych się nie odezwą i będę mogła grać z nimi co tydzień. No i, ze wyjdę z domu w noc zimową grać, bo u nas ósma to już noc w grudniu.

W kwestii drugiej części tytułu, czyli chleba.
Kiedy Polacy tu zjechali, wszystko, co słyszałam wokół jeśli idzie o produkty spożywcze to, że chleb tutejszy, czyli taka wata i puch, jest nie do jedzenia.
Podczas pobytu w gminie kupiłam bochenek chleba w polskim sklepie, wszystkie wydawały mi się podejrzanie lekkie jak na rozmiar, ale pani powiedziała, ze ten, co trzymam w ręku to najpopularniejszy rodzaj, znika w mig.

Ale mieliśmy ubaw z mężem, kiedy go rozpakowaliśmy do jedzenia. Owszem znika w mig, ale chyba jak się na nim usiądzie. Wstaniesz i nic nie ma, biała plama. Lekki, bo w środku wata konkursowa, nawet Brits&Irish nie są w stanie takiego g... wyprodukować. Przylepia się do podniebienia, nie trzyma formy, ma smak wacików do zmywania makijażu i w ogóle jest do kitu. Najbardziej dziwi mnie jego popularność. Dziadostwo jakieś.
Paradoksalnie najlepszy chleb i przypominający nasz, sprzedaje Lidl. Jeden biały, drugi ciemny z ziarnami dyni. Ma też taki niskoglutenowy z ziarnami, ciemny. Całe szczęście.
Najlepszy jest swój, domowy, ale nie zawsze mam ochotę piec, to trzeba mieć wenę, nie lubię obowiązku wstawiania chleba co drugi, trzeci dzień, bo co, jak mam coś fajniejszego do roboty od pieczenia? Chleb zmuszany nie jest już taki magiczny.

Kupiłam też niedawno sok w sklepie irlandzkim, ale polska półka. Na opakowaniu napisane Garden, potem na dole 100% i coś jeszcze, ale nie dojrzałam. Założyłam, że sok pomarańczowy i grapefruitowy taki dobrótki, a on jakiś sztuczny, mąż wyczytał jakieś gumy tam, składniki dziwne, najmniej soku, a to 100% to było smaku z koncentratu, cokolwiek to ma znaczyć. I jeszcze zalecenie, żeby o otwarciu szybko wypić. Dwa litry!
Mąż polewał, dworował sobie z nas, że pić trzeba, bo napisali, że dobry, czuć tę gumę z dętki itp. Ukarał mnie, nie przeczytałam nalepki i mam za swoje.

poniedziałek, 24 września 2012

Gula w gardle, sraczka słowna, a w sercu żółto zielono.

Zmiana letnio jesienna mnie jakoś rozłożyła na łopatki. Od połowy września zdecydowanie czuć już jesień, powietrze jest ostrzejsze, słońca mniej, plucha (cóż za niespodzianka :-), a najgorsze, że to wszystko za wcześnie. Zwykle wrzesień jest piękny, ledwo dzieci postawią nogę za progiem szkoły, a natychmiast robi się ciepło, plażowo, pięknie po prostu. W tym roku babie lato nie przybyło. Szkoda.
Ma to też konsekwencje finansowe, bo grzanie musieliśmy włączyć wcześniej niż zwykle.

Poza tym 'gardło blogowe' mnie boli, mam gulę, chociaż wiele do powiedzenia, nie przechodzi mi. W ciągu dnia często myślę sobie - o, o tym koniecznie muszę napisać na bogu, podzielę się tą myślą, ciekawe, co dziewczyny na to, albo zapisuję na karteczkach o przepisach, filmach czy zasłyszanej myśli, którymi też koniecznie chcę się podzielić. A kiedy siadam do komputera, czas rozłazi mi się jak gacie z PDT,  myśli wydaja się głupie i nie warte zawracania Wam głowy.

Poza tym mam wrażenie, że za dużo spędzam czasu przed ekranem komputera, do tego bezproduktywnie, niczego wiekopomnego nie wymyśliłam, ani nie stworzyłam, a naczytam się jakiś durnych wiadomości za stu. Książek mniej czytam, pod koniec dnia nie mam się czym pochwalić, nie mam z czego być dumna. A kiedy postanawiam zdecydowanie wyłączyć komputer i do niego nie zaglądać, okazuje się, że czasu jest dużo, dzień dłuższy jakby i tyle zrobione.
Przeczytałam w Wysokich Obcasach, że internet jest świetny i użyteczny, ale jednocześnie nie ma drugiej takie rzeczy, która jest w stanie przytrzymać cię kilka godzin w samych gaciach, gapiącego się jak sroka w gnat. Lubię swoje życie blogowe i internetowe, poznałam tu fantastycznych ludzi, ale muszę ograniczyć śmieciowe przeglądanie sieci, a do tego doszło, ze mam wrażenie, że nie panuję nad tym zupełnie. Już nie.
Córka ostatnio była, robiłam wpis urodzinowy, myślałam, ze zajęło mi to tylko kilkanaście minut, a córka powiedziała, ze jej przykro, bo ona przyjechała, ja tak gadam o tym, że tęsknię, a jak ona już jest, to ja z nosem w komputerze. Popłakałam się, bo miała rację. Chciałam być grzeczna, odpowiedzieć natychmiast na życzenia, zrobiło się z tego długie siedzenie z nosem w laptopie. Postanowienie mam takie, że muszę znaleźć złoty środek i pozbyć się tego uczucia, że mnie coś omija, kiedy mnie tu nie ma. Nie mogę stać się facetem siedzącym w pubie cały dzień, tylko dlatego, że lubię piwo i rozmowy z kumplami.

Pamiętacie, jak mówiłam Wam o bratanicach Jane Austen w Donegalu? Na Notatkach Coolturlanych jest fotorelacja z wizyty w domu, w którym tu mieszkały.

W Siedlcach w zeszły weekend odbył się festiwal Pióro i pazur, gdzie zjechały świetne pisarki, były nagrody, konkursy, spotkania. Smutno mi bardzo. Mieszkałam tam pięć lat i nic takiego nie było, ledwo wyjechałam, a tam zaczyna się dzieje. Nie dość, że lubię tam być, bo czas spędzony na Podlasiu był udany i szczęśliwy, więc tęsknię, za ludźmi też, nawet bardziej, a jak jeszcze tak sercu bliskie imprezy się dzieją, to ja juz w ogóle w rozpaczy.

Wczoraj był finał rozgrywek futbolu gaelickiego, taka odmiana piłki nożnej, ale bramka ma dwie tyczki na górze i tam strzały, między te tyczki, też się liczą, tylko mniej, do tego można, a nawet trzeba, chwytać piłkę rękami. Ten sport jest tu najbardziej popularny, ale uwaga, jeśli ktoś mysli, ze na tym można zarobić, to się myli. Od dziecka trenujący i trenerzy nic z tego nie mają, ze piłkę kopią. Trener normalnie pracuje, a  w wolnym czasie zajmuje się drużynami. Na przykład ten, który doprowadził do finału i zwycięstwa drużynę Donegalu, jest nauczycielem WF w szkole. Bezpłatnie poświęcają wieczory, weekendy, swój czas i energię. Potem sponsorzy dają pieniądze na wyjazdy czy hotele, ale dalej chłopaki muszą zarabiać gdzie indziej. Nie ma kontraktów reklamowych, przynajmniej ja nie widuję, mieszkań, gratyfikacji, tylko pasja, oddanie drużynie i po prostu sportowy duch. Chłopaki wczoraj wygrali, pierwszy raz od 20 lat, Donegal po prostu oszalał, Dublin był cały w zielonych i żółtych kolorach, a ludzie tutaj mają chrypę od wczorajszych wrzasków i radosnych okrzyków. Dzisiaj wracają, na całej długości w Donegalu ludzie będą wiwatować na ich cześć. Ja się wczoraj popłakałam jak zobaczyłam starych facetów we łzach. A to wszystko sport amatorski i nieopłacany. Działacze tacy, których w Polsce nie znamy, jeśli tacy są, giną w ciżbie brzuchatych panów, którzy już dawno nie pamiętają, o co w tym wszystkim chodzi. 

Na dzisiaj tyle, milczę, milczę, a potem sraczka słowna.
Pozdrawiam

niedziela, 29 lipca 2012

Kilka słów, w olimpijskim skrócie

Takie wpisy jak o Olimpiadzie, o Euro budzą wiele emocji, oprócz głosów zachwytów, taki jak mój, zaraz o tym, że ucisk imperialistyczny, że za głośno i za ciasno, że lud chce chleba i igrzysk to je ma, durny lud, że to wszystko to na żer głupków, a ci, co bardziej świadomie świat pojmują, wiedzą, że to zasłona dymna, z czym to się je. Poza tym konotacje historyczne podczas otwarcia niepełne, bo powinni byli opowiedzieć o wyzysku i jakim kosztem to wszystko, ta ich duma, osiągnięta.

Powiem tak, raz i więcej ani się bronić nie będę, ani przekonywać nikogo.
Ja widzę takie sportowe zmagania oczami tysięcy wolontariuszy, którzy w mozole, codziennie to wszystko obsługują i czerpią z tego radość i dumę. O nich myślę.

Kiedy Olimpiada i zmagania sportowe - mam przed oczami sportowców, którzy krew i pot wylewali, żeby się tam dostać i powalczyć o medal. O ich trudzie, o pasji, o dniach i miesiącach na treningach spędzonych myślę. Wiem, co mówię, bo kiedyś chodziłam na siłownię do ośrodka treningów olimpijskich dla ciężarowców i widziałam, co dla nich każdy taki trening oznaczał, jaki mieli cel - przed oczami, za każdym razem, kiedy już nie było sił - pięć kółek olimpijskich i obraz siebie, najpierw w pochodzie na otwarcie, a potem może i na podium.

Widzę łzy i rozpacz, kiedy jednak się okazuje, że podołać się nie dało. Widzę Chinki, które martwieją na samą myśl o tym, co będzie, jak przegrają. Oczywiście można powiedzieć - ha, a nie mówiłam, polityka wkracza do sportu. Może i tak, ale podczas samej konkurencji jest tylko sportowiec, jego możliwości i chęć wygrania. Oczywiście, głupia nie jestem, wiem, że NRD-owcy zmuszali biegaczki do zajścia w ciążę dla zwiększenia wydolności organizmu (jak to się dzieje w pierwszych tygodniach), wiem, że Rumuni też tresowali Nadię Comaneci na swój sposób, ale pamiętać będę całe życie jej występy na Olimpiadzie i to jak wygrywała. Kilka lat wtedy miałam.


Nie mieszam sportu z polityką, bo wiem, że nic nie poradzę na wiele zjawisk, a walka o zmiany zajmuje wiele lat. One następują, ale nic nie da, że będę bojkotować Olimpiadę dziś. Moskwa się odbyła, a ZSRR upadł w swoim czasie, nic nie dało nieoglądanie zmagań w roku 1980. W Chinach w zeszłym roku były protesty, tak wiem, słuszne, ale wierzę w to, że Chiny w swoim czasie się też odmienią, a ja jutro spokojnie obejrzę kolejną dyscyplinę z udziałem sportowców z tego kraju, bo to ich święto, a nie czas na protesty.

Nie odbieram innym prawa do swojego zdania, wyjaśniam tylko swoje. Osiągnęłam taki stan umysłu, że staram się nie niańczyć w sobie zgorzknienia i skwaszenia, cieszę się każdym dniem, srebrnym medalem naszej zawodniczki, dobrą książką, miłym blogowaniem i spacerem w przerwie między kolejnymi ulewami. Olimpiada to wielkie święto sportowców, to wielka myśl za tym idąca - żeby narody w pokoju potrafiły ze sobą rywalizować w różnych konkurencjach. Na czas Olimpiad przerywano konflikty zbrojne, czasem do nich już nie wracano. Ta idea mi się podoba i już.
A jeśli komuś podoba się uważać, że jestem durnym ludzikiem w maszynie propagandy olimpijskiej, trudno, jego prawo.

sobota, 28 lipca 2012

Londyn - Donegal, imprezy czas zacząć.

Oglądałam wczoraj inaugurację Olimpiady w Londynie, nastawiona raczej na podsłuchiwanie, czytanie, blogowanie, jak to w piątek wieczór po dosyć ciężkim dniu, wszystko na raz. Piątki mam zawsze bardzo pracowite, bo to i u siebie w domu staram się ogarnąć, ale też i inne cotygodniowe obowiązki akurat w ten dzień przypadają. Na rybkę zawsze mam przed oczami obraz siebie, siedzącej w fotelu z nogami wyżej, z psem obok, z komputerem lub książką na kolanach, czekającą na dobry film (taki obrazek przed oczami cały dzień, byle do wieczora). Wczoraj to miał być koncert piosenek Anny Jantar i Kukulskiego w nowej aranżacji Adama Sztaby i otwarcie Igrzysk właśnie. Koncert był, ale inny, już go widziałam, więc mi mina trochę zrzedła, nie wiem, skąd ta zmiana w programie. Nie żebym jakoś specjalnie za Jantar przepadała, ale to moje dziecięce lata i chętnie bym sobie w nowych wykonaniach to zobaczyła. Nic to, przecież nie na tym koncercie mój wieczór się opierał, po prostu lekki zawód i tyle.
Postanowiłam w takim razie wziąć się wreszcie za opisanie Mr. Pebble i Gruda powieści Mariusza Ziomeckiego, która mi się wybitnie podobała i o której trąbię wszem i wobec, bo widzę, że nie ma takiego PR, na jaki zasługuje, a co za tym idzie, zamiast się ludzie o nią zbijać, nic o niej nie słyszeli. Nigdy nie zrozumiem naszego rynku wydawniczego, gdzie robi się dużo szumu nad wydaniem jakiegoś gniota, a dobra książka sobie cichutko stoi na półce i czeka na uważnego czytelnika, co ją sam z siebie wypatrzy. A nie jest to łatwe, pamiętam z moich niedawnych wizyt w księgarni w Polsce, masa książek, ekspozycja - różnie, w zależności od możliwości księgarni, kolory okładek wala po oczach i człowiek się zniechęca po kilkunastu minutach, bo musiałby grzebać godzinami, żeby coś dla siebie znaleźć. Ja zawsze wiem, co chcę, ale jest też faktor zaskoczenia, na które człowiek ma nadzieję, szczególnie kiedy nie mieszka w kraju i ma wrażenie, ze go coś omija z niewiedzy.
Popisałam sobie, wzruszyłam się na wspomnienie niedawnej lektury, a tu już się zaczęła impreza na stadionie i to z takim hukiem i przytupem, tak ciekawa i widowiskowa, ze się już oderwać nie mogłam. Ach, jak oni to zrobili, a ten znicz na końcu, złączony z ponad 200 pojedynczych, symbolizujących każdy kraj, to już w ogóle majtersztyk.
Padma na FB napisała, że nie ma drugiego takiego kraju, który wplótłby w taką ceremonię tyle odniesień do literatury i ja się z nią zgadzam. Podoba mi się ta ich duma z historii, z ich wkładu w kulturę i historię całego świata. No i poczucie humoru, królowa skacząca z samolotu i Jaś Fasola - setnie się ubawiłam, a i wzruszyłam kilka razy.


A dzisiaj u nas leje (co ja nie powiem?), mąż trochę nie w formie, postanowiłam go dopieścić i piekę sernik, taki wiedeński bez spodu, według przepisu pani Zosi, która mi go dała 30 lat temu i od tego czasu przynajmniej ran na 3-4 miesiące piekę go u siebie, zawsze ją wspominając, niestety już nie żyje.
Dzisiaj w moim miasteczku zaczyna się festiwal, potrwa cały tydzień. Festiwale to specjalność tego kraju, w każdej nawet najmniejsze mieścinie coś tam organizują, jak nie festiwal krewetek, to tańca z przytupem lewą nogą, oczywiście literackie, kulturalne, wędkarskie, sportowe i inne, każda okazja dobra, zęby wypić pint of Guiness. I dobrze, lepiej się bawić i śmiać, niż płakać i smucić. U nas niestety nie ma literackiego (chociaż mamy dni Peadara O'Donnella), wybory Miss za to, chłopy mają na co popatrzeć, chociaż po 10 latach obserwowania festiwalu widzę, ze nie o te laski chodzi, bo wielu nawet nie wie, kto startuje, a o ubaw, dobrą muzykę i bezkarne przebywanie w pubach od świtu do nocy.
Mamy nawet hymn tego festiwalu, zawsze śpiewany na zakończenie, ciemną nocą przy światełkach zapalniczek, piękny, zawsze mi w oczach łzy stają, kiedy go słucham, chyba nikt tak jak Irlandczycy nie potrafi napisać i zaśpiewać pięknie o zwykłych rzeczach, takich jak siedzenie na plaży z dziewczyną na kolanie i butelką wina, i uwielbieniu dla swojego miasteczka. Posłuchajcie, to naprawdę fajna pieśń.


Syn w tym roku pomaga przy organizacji festiwalu, będzie jako wolontariusz go obsługiwał. Fajny tydzień przed nim.

wtorek, 3 lipca 2012

Piłkarskie finały, kocie podchody (dobrze, że nie odchody), a na talerzu raj

O ludzie, jak ja się spłakałam po meczu z Włochami. Bo ja jestem kibic na 100%, albo nic i czytam książkę, albo całym sercem i nogami. Wymyśliłam sobie, że Hiszpanom już wystarczy tych tytułów, już biorą je za normę, cieszą się, ale nie tak, jakby Włosi szaleli, gdyby dostali. A jeśli już nie nasi, to niebieskim kibicowałam i jak daleko zaszliśmy! Do samego finału.
Cały dzień sobie z synem delikatnie 'dogryzaliśmy' - masz tu synku chrupki na wieczór, jakoś ci muszę osłodzić przegraną Twojej drużyny; masz tu mamuś ciastko z jabłkami, jak będziesz w rozpaczy po przegranej, to sobie zjesz. I tak cały dzień.
Przyszła ta godzina, zasiedliśmy, małżon z książką zdrajca. Emocje wielkie, u nas, bo u męża różnie, ale jednak odłożył książkę po jakimś czasie, nie zdzierżył. Po dwóch golach już wiedziałam, że nic z tego. Stracili power, gołym okiem to było widać. Przerwa, siedzę nabzdyczona, syn pyta - mama, gniewasz się na mnie? Musiałam mieć straszną minę skoro się dziecko przestraszyło, że go matka wydziedziczy.

Potem to już była masakra, kiedy znieśli jednego zawodnika, a było już po trzech zmianach i nikogo nie mogli wprowadzić, Włosi grali w 10, a do tego podłamani. Hiszpanie to już bili leżącego, nie mogłam na to patrzeć. Po odgwizdaniu końca, wszyscy wiedzą 4:0, jak te stare chłopy zaczęli płakać to mnie też łzy stanęły u bram, ale jak odbierali medale i Hiszpanie przystąpili do złotych, nie łzy mnie tak 'odtamiły', ale wzrok Buffona i takie rozmarzenie w oczach - co by było, gdybyśmy my tam teraz stali. Kurczę, łzy mi leciały jakby mi ktoś kurek otworzył do podlewania ogrodu. Mąż się śmiał, że lepiej niech ja stanę pod krzakiem z różami, przynajmniej jakiś pożytek z tego będzie.

Jeszcze cały poniedziałek przeżywałam, te ich wyjazdy, przyjazdy i komentarze, ale już zakończyłam to definitywnie, bo bez przesady, mam swoje życie, sama jestem zaskoczona, ze tak przeżywam. To chyba bardziej żal za emocjami i tym Euro w ogóle, a nie za drużyną konkretną.

I ta cholerna polityka, która się 'wreszcie' przebiła i szaleje po kanałach - nienawidzę, wkurzają mnie i mam nadzieję, że wszyscy, którzy od tego odpoczywali długo, już nie mają w sobie zgody na to całe bagno i słuchanie o tym.

A w weekend była Misia z kotami. W sobotę nas oba budrysy odwiedziły, a w niedzielę tylko na chwilkę. Takie cudowne dzieciaki.

Tutaj jeszcze w Dublinie, chodziły po wannie, kiedy córka brała kąpiel. Całkiem jak mali ludzie, nie lubią być same i idą za córką, gdziekolwiek by ona nie była. Tosia, ta druga, się skąpała i biedna, zmęczona Michalina, musiała wyłazić z wanny, suszyć ją i dopiero mogła wrócić i dokończyć ablucje. A tak lubi polezeć z książką.



 przerzucił się na rozkrok, bo mu się wydawało tak bezpieczniej

 Tosia spokojnie, łapka za łapką

 A tu pod 'drzewem' storczykowym sobie siedzi Tosieńka

 Pussling się zmęczył i u męża postanowił sobie poleżeć. Małżon się zwierzętami nie zachwyca, lubi, ale tutiulał nie będzie, ale jak przychodzi co do czego, to wszystkie u niego zawsze zalegają na spanie
Ma dobre fluidy. Jak mnie coś boli, zawsze mnie jego dotyk leczy. Taki domowy Kaszpirowski. Odinadcać, dwienatcać...


A na koniec zdjęcie  z cyklu przyjemne odchudzanie. Zrobiliśmy obiad weekendowy - piersi z kurczaka pieczone pod szynką prosciutto, z pomidorami pieczonymi i rukolą. Takie było pyszne, że w niedzielę też zrobiliśmy. Korzystaliśmy z tego przepisu z taką różnicą, ze zamiast cukru do pomidorów, daliśmy do miseczki dwie łyżki oliwy, dwie figowego octu balsamicznego, czosnku i ziół (mam świeże oregano z ogrodu). Michalina to wynalazła. To jest tak dobre, że trudno słowami opisać.
Rukola jest samiuteńka, bez dodatków w sensie innej sałaty czy warzyw, jedynie z dressingiem własnego wyrobu z odrobiny oleju, musztardy, octu jabłkowego i przypraw.

sobota, 30 czerwca 2012

Casoletti do bojuuuuu!!!

Ale się przedwczoraj naśmialiśmy podczas meczu. Wojtek i małżon kibicowali Niemcom, a ja Włochom. Nie tylko wczoraj, już wcześniej zdecydowałam, że oprócz polskiej reprezentacji, to jest 'moja' drużyna. Bo nikt w nich nie wierzył, bo wszyscy rozprawiali o Hiszpanii, o Niemcach, jaka to przyszłościowa i świetna drużyna, o Portugalii i że Ronaldo się przebudził.
A ja na Włochów stawiałam. Szkoda, ze w zakładach nie brałam udziału, ale jak znam swoje szczęście, to gdybym to zrobiła, oni by przepadli.
Kilka lat temu poczyniłam zakład z chłopakami z pracy (pracowałam z samymi mężczyznami) i postawiłam na Francję, nikt nie wierzył i wygrali, a potem poprawili drugim tytułem. Także powinniście mnie słuchać, bo ja stawiam niby na szare konie, ale oko mam ;-)

Zaczął się mecz, trochę jeszcze siedziałam przy komputerze, ale mecz był tak dobry, ze odstawiłam go do kuchni i oddałam się szaleństwu kibicowania. Dość powiedzieć, że mam do dzisiaj chrypę i ból gardła, zdarłam go sobie jak nic. Nauczycielka to by była ze mnie słaba :-), w sensie emisji głosu i następstw tejże, bo w innym to nie wiem, nie próbowałam.

Zaczęło się słabiutko, w sensie atmosfery kibica w naszej domowej 'fan-zone'.

Dygresja: swoją drogą jak strasznie to słowo brzmi po polsku, musiałabym napisać 'domowej fanzonie' brrrrr). Kiedy koleżanka użyła tego słowa na swoim blogu, myślałam, ze to jakiś regionalizm, jak na przykład 'fanzolisz' ale nie, to po prostu spolszczona wymowa.

Wracając do meczu - jak zobaczyliśmy jak dobrze grają Włosi, jak Niemcom tyłki cały czas podgryzają, zupełnie jak mały Pussling jeszcze mniejszej Tośce (kociaki mojej córki), to się zaczęło - ja do Niemców 'skuś baba na dziada' (co to niby ma znaczyć tak swoją drogą?), a chłopaki - Niemcy do booooju - co mnie tak rozśmieszyło, że mało brakowało, a byłoby nieszczęście, bo leciałam do toalety, a zapomniałam, że sobie nogi kremem nasmarowałam. Niemcy do boju? Polacy śpiewają? A my w rodzinie wcale nie jesteśmy obojętni na sprawę wojny, więc na tym obrazku widać, że jednak świat się zmienia i my się zmieniamy i nasze stosunki międzynarodowe się zmieniają, a jak tak, to pewnie w obie strony i oni już nas też pewnie nie widzą jako wojennych poddanych. 

Ale od polityki trzymajmy się z daleka, cenię sobie ten czas rozgrywek również dlatego, że polityka niewidoczna i nie słyszalna, a jak się przedziera, to narazie słabiutko. Dzięki Bogu.

Jak strzelili gola tak się darłam z rękami w górze, jakby to Polacy strzelili. Wojtek mówi, ze mu zaprzyjaźnioną dziewczynkę Tosię przypominałam wyrazem twarzy. Na pewno nie tym lwim okrzykiem.
Syn z mężem nos na kwintę - Nic się nie stało, Niemcy nic się nie stało, mąż śpiewa. a ja - tylko pękło ciało i Włosi są w finaleeeeeee. 
Po drugim golu to już była feria piosenek piłkarskich i okrzyków, ja znowu 'tosine' ręce do góry i mina rozanielona połączona z okrzykiem 'starego kibola na żylecie Legii'.
Mąż chodził kiedyś z Darkiem na żyletę, pewnie mi coś przez 'zasiedzenie obok' zostało.

Syn w rozpaczy, małżon ubawiony naszym przekomarzaniem się. Syn do mnie - jak taka jesteś fanka drużyny włoskiej, proszę wymień mi trzech zawodników.  A ja oczywiście ni hu hu, żadnego nie znam. Patrzę na niego wzrokiem znawcy i mówię - proszę bardzo Buffon (kiedyś mi się zdarzyło wykrzyknąć Bubel łap), Barotelli i... tu się zawiesiłam, bo przecież nie znam, ale myślę, trzeba trzymać fason - Casoletti.  Syn - Casoletti? Casoletti???? Nie ma takiego piłkarza w tej drużynieeeeee!!!!!!!!!!
Ja na to - jak to nie,może dzisiaj siedzi na ławce rezerwowych, ale na pewno jest, może miał słabszy sezon i dlatego nie gra.
Syn na moje dictum, że ma wymienić Niemców, poza Podolskim, Klose, Swajnsztajgerem, który jest tak aktywny, że go cały czas wymieniaja komentatorzy. I co? Wymienił, cholera.

 Gabriel Bouys/AFP/Getty Images (http://sportsillustrated.cnn.com)

Potem poszedł sobie do kuchni po coś do picia, nie ma go i nie ma, wraca nic nie mówi, myślę, smutno mu. Aż mi się głupio zrobiło i przycichłam z tym swoim kibicowaniem, bo mi się go żal zrobiło.
A on co zrobił? Skorzystał z mojego laptopa, gdzie Fejs włączony i wpisał w moje statusy - 'Ich liebe Germany', albo ' Moim najbardziej ulubionym piłkarzem włoskim jest Casoletti, chociaż ich w sumie nie lubię' i takie tam różne. Ja wcześniej pisałam o Włochach, Forza Italia itp, więc znajomi trochę sie pogubili w moich zeznaniach. Przejął kompa diabeł wcielony i mi taki kawał zrobił. A wiedział, ze jak sobie te nogi nakremowałam, to się nie ruszę, szczególnie po akcji pt. taniec na lodzie w drodze do ubikacji.

Podczas tego meczu małżon po raz pierwszy nalał synowi do szklanki piwa i razem spożywali. Szklanka była wysoka i wąska, więc może z 200 ml tam tego płynu było, ale liczy się fakt, syn już zawsze będzie pamiętał, że pierwsze piwo z ojcem pił podczas Euro, kiedy grali Niemcy z Włochami. 

Syn najbardziej kibicuje Hiszpanii, a ja już podczas ich pierwszego meczu, bo grali razem wcześniej na tym Euro, od razu Włochom. Będzie się w niedziele działo, oj będzie.
Z tego powodu postanowiłam złamać nieco dietę i zrobiłam ciasto drożdżowe z truskawkami i kruszonką. A co, święto :-) Problem w tym, że nieskromnie powiem, ze robię najlepszą drożdżówkę na kuli ziemskiej, ja po-pro-stu mam talent, i chyba nie doczeka jutrzejszego dnia. Nic to, czekanie też się liczy.

CASOLETTI DO BOJU :-)


piątek, 22 czerwca 2012

Limonczellowe znieczulenie działa, a widok od pasa w dół jest znacznie ważniejszy

Franek rozwleka po całym domu pudełka, które mu daję do wylizania. A to po śmietanie, a to jogurcie, czasem puszka po rybie. 'Myje je dokładnie, a potem wiadomo, do śmieci nie zanosi. Mąż nadepnął na pudełko plastikowe i połamał je na kawałeczki. Nie wszystko wyzbierał, co się w świetle dziennym okazało, postanowiłam pozbierać i jeden z ostrych odłamków plastiku zadziobał mnie pod paznokciem, miałam tam rankę, która pod koniec dnia, mimo, że nie była jakoś szczególnie zajątrzona, bolała okropnie. W sumie ból rozniósł się spod paznokcia na cały palec. W takich razach mąż mówi - do wrzątku z tym. Wiem, ze to pomaga i nie opierałam się, ale stałam nad tym wrzątkiem i jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić momentu zanurzenia palca w nim, takiego bolącego palca!
Małżon obok dodaje mi otuchy, a w ręku trzyma kieliszek (piękny, zgrabny i niewielki, z ręcznie rżniętego kryształu, który kupiłam w sklepie ze starociami za 2 euro i używam do takich napitków) cały wypełniony słodkim i mocnym Limoncello (włoskim likierem cytrynowym), który udało mi się kupić na dniu włoskim w Lidlu (oni mają czasem takie smaczki, ze szok). Ja palec do wrzątku, potem wrzask, a mąż mi limoncello w pysk. I znowu, palec-wrzątek-limoncello w pysk. Tak się zaczęliśmy z tego śmiać, że mnie od razu przestało boleć.
Upił mnie, bo mi wiele nie trzeba.
Palec przestał rwać, na drugi dzień nie było śladu po rance.
Metodę polecam.

Wczoraj wysłuchałam pani sędziny piłkarskiej, która spytana, czy zwraca uwagę na przystojnych piłkarzy portugalskich, z dziwną miną (nie kontrolowała wyrazu twarzy najwyraźniej), odpowiedziała, że dla niej nieważne jakie mają fryzury i jak wyglądają, jako sędzina zwraca uwagę raczej na to, co prezentują od pasa w dół. No pewnie, co tam będzie o fryzurach rozprawiać, wiadomo, nie włosy określają mężczyznę, tylko to co na dole.
A ja myślałam, ze też to, co ma we łbie.
Piłkarz też.

niedziela, 17 czerwca 2012

Syndrom odstawienia idę 'rozjechać' na rowerze, a syn poległ na technice

Franciszku Smudo, co zrobiłeś z moją lubą, Franciszku Smuuuuuudo, co zrobiłeś z moją lubą - tak chodzi po domu i śpiewa mój mąż, na melodię Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało....
A stało się i ja teraz właśnie przechodzę syndrom odstawienia. Wczoraj nic nie powiedziałam, kiedy przegrali, bo się musiałam pozbierać. Wieczorem, jakby nigdy nic, napisałam notkę o nowej powieści Fryczkowskiej, poczytałam i udałam się na spoczynek. A rano zobaczyłam piłkarzy, którzy wyszli do kibiców, takich na maksa przygnębionych i się popłakałam. Na to małżon zareagował powyższą piosenką, co mnie najpierw rozsierdziło, ale potem jednak rozbawiło i mi łzy szybko obeschły.
Co jakiś czas TV pokazuje fragmenty ukazujące reakcje kibiców po zdobytych golach w poprzednich meczach i tego mi tylko brak, tego haju, na który sami, wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice, wszyscy się wznieśliśmy. Teraz mi żal tego uczucia, wrzasku milionów gardeł, który zagłuszałam własnym. Ja nie jestem jakoś szczególnie wylewna, a oglądając te gole darłam się najgłośniej z całej rodziny, aż się moje chłopaki ze mnie śmiali.
Nie, nie mam w sobie złości, bo to tylko sport, a ja kibicem jestem 'niedzielnym' a raczej Eurowo Mundialowym. Nie, nie będę teraz psów wieszać na reprezentacji i trenerze, bo tak to już jest, że byli słabsi i cudów nie ma.
Nie będę się teraz mądrzyć, ani mądrzących słuchać, nie przyznam racji Tomaszewskiemu, bo mnie jego postawa mierzi.
Ale to powiem - strasznie zawiodłam się na kibicach wychodzących z meczu, którzy reagowali złością. Smutek tak, bezsilność i zawód jak najbardziej, ale agresja? Po co? Zazdrościłam wtedy postawy kibiców irlandzkich. Oni w przegranej nie widzą końca świata, bo swoją wartość jako narodu upatrują w każdym sobie, a klęskę potrafią przekuć w siłę. I nie biorą tak wszystkiego na serio. 
Co mówili, kiedy dziennikarz ich informował, ze wszyscy stawiają na Hiszpanię? Tylko trzeźwi mogliby tak sądzić! Cóż za piękna odpowiedź.
Polacy potrzebują sukcesu, bo my swoją wartość tylko w tym widzimy - w sukcesach. Nie widzimy małych kroków i małych błogosławieństw, które do tego sukcesu, czasem przez lata całe, wiodą. W wielu Polakach drzemie mały pisowiec - roszczeniowy, wiecznie nabzdyczony i agresywny. I wskazujący winnych palcem daleko odsuniętym od siebie. 
Cieszę się, że ostatnie kilka dni miałam naprawdę pełne radości i nadziei, wiedziałam, że naszej drużynie daleko do mistrzów, ale świadomie tę wiedzę od siebie odsuwałam, bo tak mi było dobrze. To tak jak z jedzeniem słodyczy, wiesz, że niezdrowe, ale dają tyle radości w momencie jedzenia, ze sobie czasem, od święta, na nie pozwalasz. 
Nasi piłkarze wyglądali na zestresowanych, przetrenowanych i pod niemożliwą do udźwignięcia psychicznie presją. Nie mieli na twarzach wypisanego gladiatora. Nie ma co napadać na Smudę, bo nie on jeden zawinił i wskazywanie na niego jest zamiataniem problemu pod dywan. 


Dzisiaj u nas Dzień Ojca. Rano syn postanowił puścić nam muzykę jego zdaniem najbardziej odpowiednią, wybrał z półki jedną z kaset magnetofonowych i poległ, bo nie potrafił jej włączyć. Miotał się przy wieży (specjalnie kupiliśmy taką, żeby można było słuchać też kaset), mąż go instruował i trochę cierpliwość stracił, a syn, ostoja spokoju, rzekł - ta technika jest już poza mną. Dotarło boleśnie do męża, w jakim roku się urodził on, a w jakim syn. I jaki to skok cywilizacyjny. Do tej pory mamy na półce, w charakterze eksponatu vintage, ale działa, oryginalnego walkmana Sony, z dwoma wejściami na słuchawki, którego słuchaliśmy na pierwszych randkach idąc za rękę po parku. Sade słuchaliśmy. I Captain of my heart zespołu Double. To były czasy.





Kaśka, wyjdziesz na rower! tak krzyczała koleżanka pod oknem, kiedy miałam jeszcze zielonego składaka i byłam w podstawówce.
No to idę, rozjedziemy to poczucie odstawienia, nie damy się marazmowi. Trzeba patrzeć w przyszłość, nie oglądać się za siebie. To pozostawię działaczom, hehe

sobota, 16 czerwca 2012

Litry melisy nie pomogą. Pussling i Tosia już w domu.

Kilka godzin do meczu,miejsca sobie nie mogę znaleźć. Czuję, jakby moje serce nie znajdowało się w klatce piersiowej, a na wierzchu, gdyż z byle powodu szklą mi się oczy -  kiedy widzę kibiców, kiedy widzę gigantyczną flagę uszytą do rozwinięcia na stadionie podczas śpiewania hymnu dzisiaj, jak mówią o piłkarzach, kiedy pokazują małe dzieci szykujące się na wieczorne emocje... W tle mam włączony telewizor i cały czas słucham o piłce. Nie przeszkadza mi jej nadmiar w TV, a wręcz odwrotnie, cieszę się, ze nie ma tam grama polityki, ani Palikota z Biedroniem u boku, ani Kaczyńskiego, ani Tuska, nieważne moje preferencje polityczne, w ogóle nie chcę ich oglądać i cieszę się, że nikomu nie brakuje tych tematów, że nikt się nie upomina. Prowokacja Kory, czy jakkolwiek to nazwać, bo nie wiem, jaka tam prawda w końcu zatriumfuje, też zniknęła w mediach, czyli nawet 60 gramów jej psa nie przebiło się na pierwsze miejsca. Za to dużo jest radości, poczucia sukcesu, i takiego, że się Euro jakoś odbywa bez szwanku, że obcokrajowcy się dobrze u nas czują, że dzieje się wiele dobrego, około-piłkarskiego, co odczują nawet ci, którzy nie bardzo się tym emocjonują, ale i występ naszej drużyny daje wiele wzruszeń i satysfakcji. Oby tak dalej.

Nie wiem, czy zauważyliście, ale dziadowska piosenka Koko Euro Spoko, która wybitnie mi się nie podoba, ku mojemu zaskoczeniu i wielkie radości (znowu), w ogóle jest nieobecna w telewizji, nie śpiewają jej kibice, nie epatują nas clipami w TV, a już sie martwiłam, że mnie będą nią męczyć. Panie z Jarzębiny czy innej Kaliny, podobno są oburzone, ze tak się dzieje. Spodziewały się sławy. Nie winię ich za to, zaśpiewały jak umiały, ale bez przesady, hymn kibiców to to nie jest i być nie może.

A poza tym nie daję się, wysyłam kolejne CV. Jest dużo miejsc pracy, ale dla kelnerów i barmanów, a ja nie mam doświadczenia w tym kierunku i nie chcę już kolejnego zdobywać, bez przesady, szukam nadal w swoich dziedzinach.

Córka wczoraj wieczorem przywiozła do domu kotki, które wzięła od mojej przyjaciółki Izy mieszkającej w okolicach Dublina. Już je widziałam, niedługo po urodzeniu, ale teraz po kilku tygodniach są tak urodziwe, że aż mi żal, że nie mam okazji tam pojechać i je trochę potulić, pomiędolić i ukochać.
Chłopiec i dziewczynka, jemu nadali imię Pussling, a samiczce Tosia. Pussling w skrócie Ling, jest imieniem kota Marka, którego miał, kiedy był małym chłopcem. Pussling jakby wiedział, że jest bardziej Marka, bo się z nim nie rozstaje. Tosia będzie bardziej Michaliny, chociaż wiadomo, że oba są ich i kochane są oba, ale wiadomo, jakiś podział się naturalnie utworzy, bo każde z nich będzie chciało mieć przynajmniej jednego kota na kolanach, haha.


Cieszę się ich radością, że mają swoje zwierzaki, tak marzyli o kotach.
Gdyby ktoś był zainteresowany, Iza ma ich jeszcze kilka, mogę dać namiary. 

Poza tym skończyłam słuchać Gry o Tron na audiobooku (piszę o tym tutaj)
Jestem pogrążona w rozpaczy, bo drugiej już nie ma tak zrealizowanej i będzie trzeba papierowo czytać, co normalnie nie byłoby nieszczęściem, gdyby nie to, że ten akurat audiobook jest zrobiony wyjątkowo. No cóż, takie życie, że jak coś jest bardzo dobre, to nie można mieć tego w nadmiarze, bo przestaje być wyjątkowe. Teraz słucham Lato nagich dziewcząt Fleszarowej-Muskat w wykonaniu Ewy Kasprzyk. Tyż piknie. I książka dobra, stara dobra proza polska.

A wczoraj seans kinowy, najpierw Róża, potem Gliniarz film irlandzki. Oba świetne każdy na swój sposób, będzie o nich na Notatkach Coolturalnych. Na Róży byłam nieustannie wstrząśnięta. Ważny film. Gliniarz na odreagowanie, śmieszny, ale też bardzo prawdziwy. Wiem, co mówię.

Idę sobie, bo mi mózg z emocji paruje i myśli zebrać nie mogę.