Tak by powiedziała niejedna osoba tu dzisiaj. Dała nam się pogoda we znaki i pełno przeziębionych chodzi teraz, a to oznacza mniej więcej to właśnie, co w tytule, że się czujemy jakby nas coś brało.
Rozśmieszył mnie dzis jeden facet w sklepie. Spotkał kogoś i w jednym zdaniu powiedział, że jest całkiem znośnie, ale natychmiast dodał, że było strasznie zimno w nocy. Irlandczycy, nawet jak spotykają kogoś bardzo znajomego i mogliby sobie darować te gadki o pogodzie, mają to tak we krwi, ze się pohamować nie mogą. A, że pogoda była w tym momencie naprawdę dobra, nie mógł się skarżyć, a to jest obowiązkowe, więc marudził o pogodzie w nocy. Jakby nie spał, a pracował na wysokosciach, haha.
Strasznie śmieszne to było. Tu się skarżą na coś, na co nie powinni i udają, że jest 'grant' wtedy, kiedy faktycznie sytuacja jest do dupy.
Na Patryka przyjechała córka i to jest jedyny plus tego święta, bo poza tym, to ja go w ogóle nie czuję. Nie mogę wzniecić w sobie ekscytacji tego dnia, nie będę przecież udawać, że to moja tradycja. Tym bardziej, że poza większym lub mniejszym paradowaniem (zależy od miasta), jest to raczej święto pijaństwa i obżarstwa, bo zawsze dzieje się w trakcie postu i tu jest dyspensa na jeden dzień. Zresztą, może i kiedyś to było coś wyjątkowego, gdyż ludzie przestrzegali postu, ale teraz nie widzę tego, to i taki 'odpust' nie ma znaczenia wielkiego.
Oby do świąt, znowu towarzystwo z Dublina przyjedzie, kto wie, może nawet przywiozą ze sobą znajomych, wesoło będzie.
Dostałam takie piękne jajka od Doroty, ale nie mam pojęcia jak je ukrochmalić, bo nigdy tego nie robiłam. Dorota zasugerowała google i rady zawarte na różnych forach, ale każdy mówi co innego. Od razu mówię, że wszelkie rady typu płyn Ługa czy inne, nie wchodzą w grę, bo tutaj tego nie kupię. Jakieś domowe sposoby by się przydały. I sprawdzone! Nie chcę jaj zniszczyć :-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wizyty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wizyty. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 21 marca 2013
czwartek, 25 października 2012
Coś się kończy, coś zaczyna, raz jest duże, a raz małe
Najbardziej widzę, że córkę mam już dorosłą, kiedy przychodzą takie dni jak teraz, czyli długi weekend, u nas tzw. bank holiday, potem Halloween, a ona nie może przyjechać, bo pracuje. Skończyły się przerwy szkolne, zaczęło prawdziwe, dorosłe życie.
Sobota, trzynastego, ale kto by się tym przejmował, była wyjątkowo ładna, bezdeszczowa i słoneczna, nawet ciepła, jak na środek października. Jak na zamówienie na jej graduation, czyli uroczyste wręczenie dyplomów, które odbyło się w imponującej Katedrze św. Patryka w Dublinie. Każdy z absolwentów nosił togę i biret, odpowiednie kolorystycznie, dla każdego kierunku inne.
Katedra ma bardzo podniosły klimat, do tego wszyscy ubrani w togi, do tego wykładowcy w paradzie przy akompaniamencie odpowiedniej na tę chwilę pieśni, ubrani też odpowiednio do sprawowanej funkcji, to wszystko nas tak wzruszyło, że nie tylko ja tym razem, ale i mąż, mieliśmy łzy w oczach.
(to tylko głowna nawa, są jeszcze dwie po lewej i po prawej, piękna ta Katedra)
Udało się załatwić bilet dla Marka, partnera córki, strasznie się ucieszyłam, bo niby miały być tylko dwa zaproszenia na absolwenta, ale może ktoś nie odebrał i dali? Mark bardzo jej pomógł w tym ostatnim roku, w pisaniu pracy (nie w sensie treści, ale sprawdzenie gramatyki, pisowni, czy myśli są czytelne), ale też i samą obecnością, że było z kim przedyskutować temat, wiadomo, jak się go porządnie obgada na głos, to wiele rzeczy się w głowie odpowiednio układa. Szkoda by było, gdyby nie mógł być z nami w ten dzień, tym bardziej, że całe studia Michaliny mieszkali razem i on jest tak samo dla niej ważny, jak my.
Bardzo byłam z niej dumna, z jej dyplomów, na które zapracowała przecież sama, a i utrzymywała się na studiach też z bardzo niewielką pomocą naszą, raczej sama i stypendium.
Potem był poczęstunek w Collegu, piękna pogoda wygnała nas na zewnątrz, tam odpiliśmy kawę i wciągnęliśmy kanapeczki, tak tylko, żeby przetrwać do obiadu do szóstej (a my w drodze od szóstej rano, bo dojechać do Dublina musieliśmy). Potem wizyta we włoskiej kafejce/bistro Taste Food Company
A tam pyszna kawa kokosowa, do tego tiramisu i bezowo-truskawkowy deser, jedzone wspólnie z jednego pucharka. Pychoty i miła atmosfera, a do tego spotkaliśmy Anię, córki koleżankę. Fajnych ma ona przyjaciół, lubię się z nimi spotykać.
Wieczór to wizyta w restauracji na uroczystym obiedzie. Michalina ją wybrała, niedaleko Grafton Street, uwielbiam tę część miasta, bo jest taka pełna życia, wokół sklepy, kafejki, ludzie w ogródkach, bo ciepło, śmieją się, nawołują, tu nie widać recesji, nic a nic.
Może w stolicy jej nie ma?
Wydawałoby się, że już wystarczy atrakcji na jeden dzień, ale po obiado-kolacji wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do przyjaciół na resztę wieczoru, spanie i cały kolejny dzień. Wiadomo jak to jest, nagadać się nie można. Wszystko byłoby super, gdyby ostatecznie nie dopadła mnie w nocy grypa jelitowa, co mnie zatrzymało w niewielkim pomieszczeniu na całą noc. Przemarsze wraz z miską w te i we wte, zdawały się nie mieć końca. Już dawno nie byłam tak chora. Okropne. A w poniedziałek miałam lot i dodatkowo martwiłam się, że nie wydobrzeję. W każdym razie jakoś przetrwałam, nawet obiad pod wieczór zjadłam. Straszne tak się pochorować, do tego u kogoś, wiadomo. Dobrze, że byłam z mężem, to on czynił honory gościa, a ja odespałam noc, aż do przyjazdu dzieci do drugiej.
Ale było wesoło, zjechały moje dzieci, były też córki przyjaciół, plus pies i koty domowe, plus koty wizytujące, czyli parka mojej córki (dzieci jednego z kotów gospodarzy) - uwielbiam takie zjazdy. Nie wiem, jak Iza, bo ona biedna sama w kuchni, nie dała sobie pomóc, ja to nie za bardzo, bo mnie patrzenie na jedzenie ruszało, ale mąż ani córka też się tam nie udzielali, bo by im Iza nie dała; zawsze mam w takich razach wyrzuty sumienia.
Wieczorem oglądaliśmy skok Baumgartnera, dla mnie szalenie wzruszające i szokujące. Ja bym nie skoczyła. Obserwowanie go, jak się wznosi, jak potem skacze, nie dość, że mi serce poruszyło, to i refleksyjnie nastroiło. Ziemia taka mała, nasze sprawy takie małe, kłopoty niewidoczne, wszystko zależy od perspektywy i punktu wzniesienia ponad. Dosłownie i w przenośni.
Sobota, trzynastego, ale kto by się tym przejmował, była wyjątkowo ładna, bezdeszczowa i słoneczna, nawet ciepła, jak na środek października. Jak na zamówienie na jej graduation, czyli uroczyste wręczenie dyplomów, które odbyło się w imponującej Katedrze św. Patryka w Dublinie. Każdy z absolwentów nosił togę i biret, odpowiednie kolorystycznie, dla każdego kierunku inne.
Katedra ma bardzo podniosły klimat, do tego wszyscy ubrani w togi, do tego wykładowcy w paradzie przy akompaniamencie odpowiedniej na tę chwilę pieśni, ubrani też odpowiednio do sprawowanej funkcji, to wszystko nas tak wzruszyło, że nie tylko ja tym razem, ale i mąż, mieliśmy łzy w oczach.
(to tylko głowna nawa, są jeszcze dwie po lewej i po prawej, piękna ta Katedra)
Udało się załatwić bilet dla Marka, partnera córki, strasznie się ucieszyłam, bo niby miały być tylko dwa zaproszenia na absolwenta, ale może ktoś nie odebrał i dali? Mark bardzo jej pomógł w tym ostatnim roku, w pisaniu pracy (nie w sensie treści, ale sprawdzenie gramatyki, pisowni, czy myśli są czytelne), ale też i samą obecnością, że było z kim przedyskutować temat, wiadomo, jak się go porządnie obgada na głos, to wiele rzeczy się w głowie odpowiednio układa. Szkoda by było, gdyby nie mógł być z nami w ten dzień, tym bardziej, że całe studia Michaliny mieszkali razem i on jest tak samo dla niej ważny, jak my.
Bardzo byłam z niej dumna, z jej dyplomów, na które zapracowała przecież sama, a i utrzymywała się na studiach też z bardzo niewielką pomocą naszą, raczej sama i stypendium.
Potem był poczęstunek w Collegu, piękna pogoda wygnała nas na zewnątrz, tam odpiliśmy kawę i wciągnęliśmy kanapeczki, tak tylko, żeby przetrwać do obiadu do szóstej (a my w drodze od szóstej rano, bo dojechać do Dublina musieliśmy). Potem wizyta we włoskiej kafejce/bistro Taste Food Company
A tam pyszna kawa kokosowa, do tego tiramisu i bezowo-truskawkowy deser, jedzone wspólnie z jednego pucharka. Pychoty i miła atmosfera, a do tego spotkaliśmy Anię, córki koleżankę. Fajnych ma ona przyjaciół, lubię się z nimi spotykać.
Wieczór to wizyta w restauracji na uroczystym obiedzie. Michalina ją wybrała, niedaleko Grafton Street, uwielbiam tę część miasta, bo jest taka pełna życia, wokół sklepy, kafejki, ludzie w ogródkach, bo ciepło, śmieją się, nawołują, tu nie widać recesji, nic a nic.
Może w stolicy jej nie ma?
Wydawałoby się, że już wystarczy atrakcji na jeden dzień, ale po obiado-kolacji wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do przyjaciół na resztę wieczoru, spanie i cały kolejny dzień. Wiadomo jak to jest, nagadać się nie można. Wszystko byłoby super, gdyby ostatecznie nie dopadła mnie w nocy grypa jelitowa, co mnie zatrzymało w niewielkim pomieszczeniu na całą noc. Przemarsze wraz z miską w te i we wte, zdawały się nie mieć końca. Już dawno nie byłam tak chora. Okropne. A w poniedziałek miałam lot i dodatkowo martwiłam się, że nie wydobrzeję. W każdym razie jakoś przetrwałam, nawet obiad pod wieczór zjadłam. Straszne tak się pochorować, do tego u kogoś, wiadomo. Dobrze, że byłam z mężem, to on czynił honory gościa, a ja odespałam noc, aż do przyjazdu dzieci do drugiej.
Ale było wesoło, zjechały moje dzieci, były też córki przyjaciół, plus pies i koty domowe, plus koty wizytujące, czyli parka mojej córki (dzieci jednego z kotów gospodarzy) - uwielbiam takie zjazdy. Nie wiem, jak Iza, bo ona biedna sama w kuchni, nie dała sobie pomóc, ja to nie za bardzo, bo mnie patrzenie na jedzenie ruszało, ale mąż ani córka też się tam nie udzielali, bo by im Iza nie dała; zawsze mam w takich razach wyrzuty sumienia.
Wieczorem oglądaliśmy skok Baumgartnera, dla mnie szalenie wzruszające i szokujące. Ja bym nie skoczyła. Obserwowanie go, jak się wznosi, jak potem skacze, nie dość, że mi serce poruszyło, to i refleksyjnie nastroiło. Ziemia taka mała, nasze sprawy takie małe, kłopoty niewidoczne, wszystko zależy od perspektywy i punktu wzniesienia ponad. Dosłownie i w przenośni.
sobota, 8 września 2012
Marzycielka i matka - dień rażdzienja*
No i urodziłam się po raz kolejny. Dzisiaj podobno Dzień Marzyciela, tak mi Mag blogowa powiedziała. To by nawet do mnie pasowało, bo ja z każdym rokiem coraz starsza, a ciągle marzenia mam, nie ustaję.
Dzisiaj też urodziny Matki Boskiej. Nie ma co, w dobrym towarzystwie obchodzę.
Dla mnie obchody zaczęły się minutę po północy, kiedy to dostałam smsa od jeszcze-nie-teściowej mojej córki z pytaniem, czy ja wiem, co się z nimi dzieje? Nie wiedziałam niestety i bardzo mnie to martwiło, a jej sms spowodował taki skok adrenaliny, że aż zaczęło mną telepać. Według naszej wiedzy dzieci powinny były wyjechać z Dublina między 7a8 wieczór, czyli o północy już dawno powinny być w domu, w Donegalu. Ich telefony nie odpowiadały, a my się zaczęłyśmy nakręcać zachodzeniem w głowę, co się stało? Nie muszę chyba dodawać, że miałam w głowie obrazy strasznego wypadku samochodowego i tak dalej, nie będę pisać, bo mi od razu łzy ciurkiem lecą.
Okazało sie, że wyjechali później, akurat byli w strefie, gdzie nie było zasięgu, kiedy dzwoniłyśmy, także przyjechali bez uszczerbku na zdrowiu, cali szczęśliwi i zmęczeni, a ja po raz milionowy już chyba stwierdziłam, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi i nic nie chcę, żeby się tylko nic nie zmieniło (może poza brakiem pracy i pieniędzy, ale to wartość dodana, a nie główna).
Taki podarunek od pana Boga, 'zabrał i oddał', żebym się mogła przekonać, jakiego mam farta w życiu.
Czyli zaczęłam dzień urodzin takim oto podarunkiem - wszystko dobrze.
A do tego córka przyjechała i będziemy dzisiaj świętować, moje urodziny i jej, bo w sierpniu byli w Dublinie i nie mogliśmy razem tego robić. Szaszłyki już nadziane, ciasto teraz robimy, a mam stresa, bo pierwszy raz w życiu robię to ciasto Nigela Slatera, co w filmie jest przedmiotem obsesji jak wykraść przepis macosze, która robi je wyjątkowo dobre i okazałe. Nie mam doświadczenia, ale marzenie, żeby własnej roboty zjeść. To się i bierzemy za bary z tym lemon meringue tart (a u mnie na Notatkach tylko do jutra do końca dnia konkurs o podtekście filmowo-książkowo-kulinarnym związany właśnie z Nigelem Slaterem). Zobaczymy, co z tego wyjdzie?
Rano miałam kolejny prezent, czyli śniadanie na tacy i mój ulubiony program w TVN24- Drugie Śniadanie Mistrzów wróciło po wakacyjnej przerwie. A wieczorem program o książkach, na tym samym kanale, Xięgarnia. Hop sa sa.
Syn mi przygotował ucztę jak dla górnika, pewnie myśli, że mamunia musi dużo jeść, bo im więcej matki tym mniej, haha
No to idę piec i gotować, a wieczorem balanga z dzieciakami, może w coś pogramy?
*a to pewnie zrozumiałe tylko dla mojego i okolicznych roczników
Marta swoim komentarzem mi przypomniała o czymś, o czym pamiętam codziennie, ale zapomniałam napisać tu dzisiaj, że jak nie być szczęśliwym, skoro wokół ma się tak fantastycznych ludzi, czy to w realu, czy gdzieś daleko, ale w sieci na wyciągnięcie ręki. Dostałam dzisiaj fantastyczną kartkę od Izy z Dublina, dziękuję siostro moja. A i tam gdzieś w różnych innych miastach, jest jeszcze kilka sióstr serca mojego. I co z tego, że ja nie mam rodzeństwa, z którym się wychowywałam, skoro mi obrodziło w życiu dorosłym. Niczego nie można żałować, natomiast trzeba widzieć dobrodziejstwa, które do nas w każdym momencie życia napływają. Dziękuję Wam kochani, że jesteście.
Jaki fajny prezencik mi Marta linkiem wysłała
Dzisiaj też urodziny Matki Boskiej. Nie ma co, w dobrym towarzystwie obchodzę.
Dla mnie obchody zaczęły się minutę po północy, kiedy to dostałam smsa od jeszcze-nie-teściowej mojej córki z pytaniem, czy ja wiem, co się z nimi dzieje? Nie wiedziałam niestety i bardzo mnie to martwiło, a jej sms spowodował taki skok adrenaliny, że aż zaczęło mną telepać. Według naszej wiedzy dzieci powinny były wyjechać z Dublina między 7a8 wieczór, czyli o północy już dawno powinny być w domu, w Donegalu. Ich telefony nie odpowiadały, a my się zaczęłyśmy nakręcać zachodzeniem w głowę, co się stało? Nie muszę chyba dodawać, że miałam w głowie obrazy strasznego wypadku samochodowego i tak dalej, nie będę pisać, bo mi od razu łzy ciurkiem lecą.
Okazało sie, że wyjechali później, akurat byli w strefie, gdzie nie było zasięgu, kiedy dzwoniłyśmy, także przyjechali bez uszczerbku na zdrowiu, cali szczęśliwi i zmęczeni, a ja po raz milionowy już chyba stwierdziłam, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi i nic nie chcę, żeby się tylko nic nie zmieniło (może poza brakiem pracy i pieniędzy, ale to wartość dodana, a nie główna).
Taki podarunek od pana Boga, 'zabrał i oddał', żebym się mogła przekonać, jakiego mam farta w życiu.
Czyli zaczęłam dzień urodzin takim oto podarunkiem - wszystko dobrze.
A do tego córka przyjechała i będziemy dzisiaj świętować, moje urodziny i jej, bo w sierpniu byli w Dublinie i nie mogliśmy razem tego robić. Szaszłyki już nadziane, ciasto teraz robimy, a mam stresa, bo pierwszy raz w życiu robię to ciasto Nigela Slatera, co w filmie jest przedmiotem obsesji jak wykraść przepis macosze, która robi je wyjątkowo dobre i okazałe. Nie mam doświadczenia, ale marzenie, żeby własnej roboty zjeść. To się i bierzemy za bary z tym lemon meringue tart (a u mnie na Notatkach tylko do jutra do końca dnia konkurs o podtekście filmowo-książkowo-kulinarnym związany właśnie z Nigelem Slaterem). Zobaczymy, co z tego wyjdzie?
Rano miałam kolejny prezent, czyli śniadanie na tacy i mój ulubiony program w TVN24- Drugie Śniadanie Mistrzów wróciło po wakacyjnej przerwie. A wieczorem program o książkach, na tym samym kanale, Xięgarnia. Hop sa sa.
Syn mi przygotował ucztę jak dla górnika, pewnie myśli, że mamunia musi dużo jeść, bo im więcej matki tym mniej, haha
No to idę piec i gotować, a wieczorem balanga z dzieciakami, może w coś pogramy?
*a to pewnie zrozumiałe tylko dla mojego i okolicznych roczników
Marta swoim komentarzem mi przypomniała o czymś, o czym pamiętam codziennie, ale zapomniałam napisać tu dzisiaj, że jak nie być szczęśliwym, skoro wokół ma się tak fantastycznych ludzi, czy to w realu, czy gdzieś daleko, ale w sieci na wyciągnięcie ręki. Dostałam dzisiaj fantastyczną kartkę od Izy z Dublina, dziękuję siostro moja. A i tam gdzieś w różnych innych miastach, jest jeszcze kilka sióstr serca mojego. I co z tego, że ja nie mam rodzeństwa, z którym się wychowywałam, skoro mi obrodziło w życiu dorosłym. Niczego nie można żałować, natomiast trzeba widzieć dobrodziejstwa, które do nas w każdym momencie życia napływają. Dziękuję Wam kochani, że jesteście.
Jaki fajny prezencik mi Marta linkiem wysłała
wtorek, 7 sierpnia 2012
Ach co to był za śluuuub... oraz cały weekend cuzamen do kupy
Przeważnie tak jest, że jak nie mam ochotę na jakieś wyjście, to się wyjątkowo udaje, a jak szykuję się i czekam z niecierpliwością wiele dni, to potem okazuje się ono rozczarowujące. Tym razem wybitnie nie chciało mi się na to wesele iść, ociągałam się tak, że mało się nie spóźniłam na wyjazd, koleżanka mnie samochodem odbierała i gdyby nie jej obsuwa kilkunastominutowa, czekałaby na mnie. Wprawdzie do kościoła przyjechałyśmy za późno, ale panna młoda jeszcze później, więc walec wyrównał, hehe.
Oczywiście podczas ślubu wbijałam sobie paznokcie w dłonie, tak mi się płakać chciało, szczególnie, kiedy ojciec prowadził córkę do ołtarza, a tam już czekał na nią mąż 'to be'.
Na szczęście nie zrobiłam z siebie idiotki urządzając histerię a'la płaczka grecka, bo siedząca obok Anne Marie cały czas mnie trącała łokciem i robiła miny, co mnie bawiło, więc balans był zachowany, łzy nie trysnęły.
Potem przypomniało mi się, że przecież to wesele odbywa się w hotelu, który był wybudowany przez Lorda Georga Hilla, męża siostrzenicy Jane Austen, w połowie dziewiętnastego wieku, mam misję do wykonania, czyli kilka zdjęć do wpisu na ten temat (będzie za jakiś czas na Notatkach Coolturlanych), więc od razu mnie entuzjazm ogarnął i już mi się bardziej chciało niż nie chciało.
Pogoda była piękna, to pomaga.
Tak wygląda główny budynek hotelu, ten najpierwszy, dzisiaj.
A tu tylne wejście i moje kuleżanki weselne :-)
Nie lubię wesel irlandzkich z tego względu, że ślub przeważnie odbywa się o 13tej, a potem ludzie mogą robić co chcą do obiadu,który nie wiadomo nigdy, o której będzie podany, zwyczajowo o 17tej, ale to różnie bywa, więc wszyscy i tak jadą do hotelu, bo tam się przeważnie odbywają takie imprezy i siedzą tam ludzie o suchym pysku prawie do nocy. Dostają wprawdzie herbatę/kawę/szampana i jakiegoś scona, czyli bułeczkę słodką, ale to wszystko. Śniadanie jadłam o ósmej, potem biegałam jak kot z pęcherzem, żeby po 12tej wyjechać, a o siódmej dostaliśmy dopiero przystawki. O 22giej skończył się obiad, a o 24tej podano finger food czyli przekąski. Dlaczego nie podali tego w ciągu dnia? Upiłam się błyskawicznie, bo najpierw zaliczyłam kieliszek szampana, potem drugi, bo Dolly z pustym żołądkiem nie chciała, a potem Maria stwierdziła, że przecież prowadzi i też pić nie będzie. Oczywiście mi przeszło po jakimś czasie, ale tak z pół godziny siedziałam z zezem zbieżnym, bo mnie poziom alkoholu w głodnej krwi zaatakował.
Obiad był pyszny, to nas uratowało i dodało animuszu. Nie piłyśmy wiele, po dwa wina jeszcze, do obiadu, ale za to tańczyć nam się zachciało. I to nie przy najnowszych przebojach, ale przy tradycyjnych irlandzkich piosenkach, a taniec nazywa się ceili dancing. Nie umiem znaleźć tego na YT, ale polega to na tym, że weselnicy ustawiają się w dwóch kolumnach po cztery rzędy po cztery osoby w rzędach i robi się różne dziwne rzeczy, jak łączenia w pary lub w czwórki, karuzele, tańce w parach, przejścia trochę jak w naszym polonezie, a zabawy przy tym co nie miara, bo zawsze sie znajdzie ktoś, czytaj ja, kto nie ma zielonego pojęcia, co robić i mu się mylą figury. Myślicie, że się przejmowałam błędami? A gdzież tam, brykałam jak kłapouchy z Kubusia Puchatka.
Najlepsze są takie fokowe irlandzkie piosenki na weselach, a ponieważ następnego dnia drużyna Gaelic football z Donegalu grała ćwierć finał w Dublinie, to ta piosenka była właśnie najpopularniejsza
I tak dokicałyśmy do północy, o tej porze orkiestra skończyła i zaczęli dyskotekę, a my po angielsku, to znaczy irlandzku, do domu.
Wiedziałam, że w niedzielę mamy gości córki i nie chciałam przegiąć.
Rano wszyscy zaspaliśmy, więc kiedy Michalina dostała telefon, ze zaraz u nas będą, dantejskie sceny się działy, głowami się zderzaliśmy w drodze do łazienki. Udało się doprowadzić do ładu zanim zjechali. Zasiedliśmy do stołu, bo my bez śniadania, a oni tylko na kawę, a potem wyruszyliśmy na plażę, z Franiem oczywiście. Okazało się w międzyczasie, że jeszcze jedna para przyjaciół dojedzie, ale zrobiło się wesoło, do tego dopisała pogoda, a rano wcale nie było to takie oczywiste.
Jakże miło było gościć przyjaciół córki, tyle o nich opowiadała, wreszcie mogłam imiona do twarzy dołączyć, jak mówią Irlandczycy. Ferajna świetna, i pogadać, i pośmiać się można, tyle entuzjazmu, fajnych ma córka znajomych. Na drugi dzień popłynęli łódką, ale ja już nie dałam rady, a późno się dowiedziałyśmy, tylko syn i mąż dali radę dołączyć do nich
Mimo, że dużo było biegania w ten weekend, odpoczęłam bardzo psychicznie, nabrałam sił. A może trochę 'wampirzyłam' i energii z młodych zabrałam? Dobrze, że poniedziałek był u nas też świętem, oni pojechali na klify, a my trochę odsapnęliśmy, chociaż ja jak zwykle buczałam, kiedy dzieci pojechały, bo i Wojtek z Misią odjechał, spędzi tydzień w Dublinie.
Oczywiście podczas ślubu wbijałam sobie paznokcie w dłonie, tak mi się płakać chciało, szczególnie, kiedy ojciec prowadził córkę do ołtarza, a tam już czekał na nią mąż 'to be'.
Na szczęście nie zrobiłam z siebie idiotki urządzając histerię a'la płaczka grecka, bo siedząca obok Anne Marie cały czas mnie trącała łokciem i robiła miny, co mnie bawiło, więc balans był zachowany, łzy nie trysnęły.
Potem przypomniało mi się, że przecież to wesele odbywa się w hotelu, który był wybudowany przez Lorda Georga Hilla, męża siostrzenicy Jane Austen, w połowie dziewiętnastego wieku, mam misję do wykonania, czyli kilka zdjęć do wpisu na ten temat (będzie za jakiś czas na Notatkach Coolturlanych), więc od razu mnie entuzjazm ogarnął i już mi się bardziej chciało niż nie chciało.
Pogoda była piękna, to pomaga.
Tak wygląda główny budynek hotelu, ten najpierwszy, dzisiaj.
A tu tylne wejście i moje kuleżanki weselne :-)
Nie lubię wesel irlandzkich z tego względu, że ślub przeważnie odbywa się o 13tej, a potem ludzie mogą robić co chcą do obiadu,który nie wiadomo nigdy, o której będzie podany, zwyczajowo o 17tej, ale to różnie bywa, więc wszyscy i tak jadą do hotelu, bo tam się przeważnie odbywają takie imprezy i siedzą tam ludzie o suchym pysku prawie do nocy. Dostają wprawdzie herbatę/kawę/szampana i jakiegoś scona, czyli bułeczkę słodką, ale to wszystko. Śniadanie jadłam o ósmej, potem biegałam jak kot z pęcherzem, żeby po 12tej wyjechać, a o siódmej dostaliśmy dopiero przystawki. O 22giej skończył się obiad, a o 24tej podano finger food czyli przekąski. Dlaczego nie podali tego w ciągu dnia? Upiłam się błyskawicznie, bo najpierw zaliczyłam kieliszek szampana, potem drugi, bo Dolly z pustym żołądkiem nie chciała, a potem Maria stwierdziła, że przecież prowadzi i też pić nie będzie. Oczywiście mi przeszło po jakimś czasie, ale tak z pół godziny siedziałam z zezem zbieżnym, bo mnie poziom alkoholu w głodnej krwi zaatakował.
Obiad był pyszny, to nas uratowało i dodało animuszu. Nie piłyśmy wiele, po dwa wina jeszcze, do obiadu, ale za to tańczyć nam się zachciało. I to nie przy najnowszych przebojach, ale przy tradycyjnych irlandzkich piosenkach, a taniec nazywa się ceili dancing. Nie umiem znaleźć tego na YT, ale polega to na tym, że weselnicy ustawiają się w dwóch kolumnach po cztery rzędy po cztery osoby w rzędach i robi się różne dziwne rzeczy, jak łączenia w pary lub w czwórki, karuzele, tańce w parach, przejścia trochę jak w naszym polonezie, a zabawy przy tym co nie miara, bo zawsze sie znajdzie ktoś, czytaj ja, kto nie ma zielonego pojęcia, co robić i mu się mylą figury. Myślicie, że się przejmowałam błędami? A gdzież tam, brykałam jak kłapouchy z Kubusia Puchatka.
Najlepsze są takie fokowe irlandzkie piosenki na weselach, a ponieważ następnego dnia drużyna Gaelic football z Donegalu grała ćwierć finał w Dublinie, to ta piosenka była właśnie najpopularniejsza
I tak dokicałyśmy do północy, o tej porze orkiestra skończyła i zaczęli dyskotekę, a my po angielsku, to znaczy irlandzku, do domu.
Wiedziałam, że w niedzielę mamy gości córki i nie chciałam przegiąć.
Rano wszyscy zaspaliśmy, więc kiedy Michalina dostała telefon, ze zaraz u nas będą, dantejskie sceny się działy, głowami się zderzaliśmy w drodze do łazienki. Udało się doprowadzić do ładu zanim zjechali. Zasiedliśmy do stołu, bo my bez śniadania, a oni tylko na kawę, a potem wyruszyliśmy na plażę, z Franiem oczywiście. Okazało się w międzyczasie, że jeszcze jedna para przyjaciół dojedzie, ale zrobiło się wesoło, do tego dopisała pogoda, a rano wcale nie było to takie oczywiste.
Jakże miło było gościć przyjaciół córki, tyle o nich opowiadała, wreszcie mogłam imiona do twarzy dołączyć, jak mówią Irlandczycy. Ferajna świetna, i pogadać, i pośmiać się można, tyle entuzjazmu, fajnych ma córka znajomych. Na drugi dzień popłynęli łódką, ale ja już nie dałam rady, a późno się dowiedziałyśmy, tylko syn i mąż dali radę dołączyć do nich
Mimo, że dużo było biegania w ten weekend, odpoczęłam bardzo psychicznie, nabrałam sił. A może trochę 'wampirzyłam' i energii z młodych zabrałam? Dobrze, że poniedziałek był u nas też świętem, oni pojechali na klify, a my trochę odsapnęliśmy, chociaż ja jak zwykle buczałam, kiedy dzieci pojechały, bo i Wojtek z Misią odjechał, spędzi tydzień w Dublinie.
wtorek, 3 lipca 2012
Piłkarskie finały, kocie podchody (dobrze, że nie odchody), a na talerzu raj
O ludzie, jak ja się spłakałam po meczu z Włochami. Bo ja jestem kibic na 100%, albo nic i czytam książkę, albo całym sercem i nogami. Wymyśliłam sobie, że Hiszpanom już wystarczy tych tytułów, już biorą je za normę, cieszą się, ale nie tak, jakby Włosi szaleli, gdyby dostali. A jeśli już nie nasi, to niebieskim kibicowałam i jak daleko zaszliśmy! Do samego finału.
Cały dzień sobie z synem delikatnie 'dogryzaliśmy' - masz tu synku chrupki na wieczór, jakoś ci muszę osłodzić przegraną Twojej drużyny; masz tu mamuś ciastko z jabłkami, jak będziesz w rozpaczy po przegranej, to sobie zjesz. I tak cały dzień.
Przyszła ta godzina, zasiedliśmy, małżon z książką zdrajca. Emocje wielkie, u nas, bo u męża różnie, ale jednak odłożył książkę po jakimś czasie, nie zdzierżył. Po dwóch golach już wiedziałam, że nic z tego. Stracili power, gołym okiem to było widać. Przerwa, siedzę nabzdyczona, syn pyta - mama, gniewasz się na mnie? Musiałam mieć straszną minę skoro się dziecko przestraszyło, że go matka wydziedziczy.
Potem to już była masakra, kiedy znieśli jednego zawodnika, a było już po trzech zmianach i nikogo nie mogli wprowadzić, Włosi grali w 10, a do tego podłamani. Hiszpanie to już bili leżącego, nie mogłam na to patrzeć. Po odgwizdaniu końca, wszyscy wiedzą 4:0, jak te stare chłopy zaczęli płakać to mnie też łzy stanęły u bram, ale jak odbierali medale i Hiszpanie przystąpili do złotych, nie łzy mnie tak 'odtamiły', ale wzrok Buffona i takie rozmarzenie w oczach - co by było, gdybyśmy my tam teraz stali. Kurczę, łzy mi leciały jakby mi ktoś kurek otworzył do podlewania ogrodu. Mąż się śmiał, że lepiej niech ja stanę pod krzakiem z różami, przynajmniej jakiś pożytek z tego będzie.
Jeszcze cały poniedziałek przeżywałam, te ich wyjazdy, przyjazdy i komentarze, ale już zakończyłam to definitywnie, bo bez przesady, mam swoje życie, sama jestem zaskoczona, ze tak przeżywam. To chyba bardziej żal za emocjami i tym Euro w ogóle, a nie za drużyną konkretną.
I ta cholerna polityka, która się 'wreszcie' przebiła i szaleje po kanałach - nienawidzę, wkurzają mnie i mam nadzieję, że wszyscy, którzy od tego odpoczywali długo, już nie mają w sobie zgody na to całe bagno i słuchanie o tym.
A w weekend była Misia z kotami. W sobotę nas oba budrysy odwiedziły, a w niedzielę tylko na chwilkę. Takie cudowne dzieciaki.
Tutaj jeszcze w Dublinie, chodziły po wannie, kiedy córka brała kąpiel. Całkiem jak mali ludzie, nie lubią być same i idą za córką, gdziekolwiek by ona nie była. Tosia, ta druga, się skąpała i biedna, zmęczona Michalina, musiała wyłazić z wanny, suszyć ją i dopiero mogła wrócić i dokończyć ablucje. A tak lubi polezeć z książką.
przerzucił się na rozkrok, bo mu się wydawało tak bezpieczniej
Tosia spokojnie, łapka za łapką
A tu pod 'drzewem' storczykowym sobie siedzi Tosieńka
Pussling się zmęczył i u męża postanowił sobie poleżeć. Małżon się zwierzętami nie zachwyca, lubi, ale tutiulał nie będzie, ale jak przychodzi co do czego, to wszystkie u niego zawsze zalegają na spanie
Ma dobre fluidy. Jak mnie coś boli, zawsze mnie jego dotyk leczy. Taki domowy Kaszpirowski. Odinadcać, dwienatcać...
A na koniec zdjęcie z cyklu przyjemne odchudzanie. Zrobiliśmy obiad weekendowy - piersi z kurczaka pieczone pod szynką prosciutto, z pomidorami pieczonymi i rukolą. Takie było pyszne, że w niedzielę też zrobiliśmy. Korzystaliśmy z tego przepisu z taką różnicą, ze zamiast cukru do pomidorów, daliśmy do miseczki dwie łyżki oliwy, dwie figowego octu balsamicznego, czosnku i ziół (mam świeże oregano z ogrodu). Michalina to wynalazła. To jest tak dobre, że trudno słowami opisać.
Rukola jest samiuteńka, bez dodatków w sensie innej sałaty czy warzyw, jedynie z dressingiem własnego wyrobu z odrobiny oleju, musztardy, octu jabłkowego i przypraw.
Cały dzień sobie z synem delikatnie 'dogryzaliśmy' - masz tu synku chrupki na wieczór, jakoś ci muszę osłodzić przegraną Twojej drużyny; masz tu mamuś ciastko z jabłkami, jak będziesz w rozpaczy po przegranej, to sobie zjesz. I tak cały dzień.
Przyszła ta godzina, zasiedliśmy, małżon z książką zdrajca. Emocje wielkie, u nas, bo u męża różnie, ale jednak odłożył książkę po jakimś czasie, nie zdzierżył. Po dwóch golach już wiedziałam, że nic z tego. Stracili power, gołym okiem to było widać. Przerwa, siedzę nabzdyczona, syn pyta - mama, gniewasz się na mnie? Musiałam mieć straszną minę skoro się dziecko przestraszyło, że go matka wydziedziczy.
Potem to już była masakra, kiedy znieśli jednego zawodnika, a było już po trzech zmianach i nikogo nie mogli wprowadzić, Włosi grali w 10, a do tego podłamani. Hiszpanie to już bili leżącego, nie mogłam na to patrzeć. Po odgwizdaniu końca, wszyscy wiedzą 4:0, jak te stare chłopy zaczęli płakać to mnie też łzy stanęły u bram, ale jak odbierali medale i Hiszpanie przystąpili do złotych, nie łzy mnie tak 'odtamiły', ale wzrok Buffona i takie rozmarzenie w oczach - co by było, gdybyśmy my tam teraz stali. Kurczę, łzy mi leciały jakby mi ktoś kurek otworzył do podlewania ogrodu. Mąż się śmiał, że lepiej niech ja stanę pod krzakiem z różami, przynajmniej jakiś pożytek z tego będzie.
Jeszcze cały poniedziałek przeżywałam, te ich wyjazdy, przyjazdy i komentarze, ale już zakończyłam to definitywnie, bo bez przesady, mam swoje życie, sama jestem zaskoczona, ze tak przeżywam. To chyba bardziej żal za emocjami i tym Euro w ogóle, a nie za drużyną konkretną.
I ta cholerna polityka, która się 'wreszcie' przebiła i szaleje po kanałach - nienawidzę, wkurzają mnie i mam nadzieję, że wszyscy, którzy od tego odpoczywali długo, już nie mają w sobie zgody na to całe bagno i słuchanie o tym.
A w weekend była Misia z kotami. W sobotę nas oba budrysy odwiedziły, a w niedzielę tylko na chwilkę. Takie cudowne dzieciaki.
Tutaj jeszcze w Dublinie, chodziły po wannie, kiedy córka brała kąpiel. Całkiem jak mali ludzie, nie lubią być same i idą za córką, gdziekolwiek by ona nie była. Tosia, ta druga, się skąpała i biedna, zmęczona Michalina, musiała wyłazić z wanny, suszyć ją i dopiero mogła wrócić i dokończyć ablucje. A tak lubi polezeć z książką.
przerzucił się na rozkrok, bo mu się wydawało tak bezpieczniej
Tosia spokojnie, łapka za łapką
A tu pod 'drzewem' storczykowym sobie siedzi Tosieńka
Pussling się zmęczył i u męża postanowił sobie poleżeć. Małżon się zwierzętami nie zachwyca, lubi, ale tutiulał nie będzie, ale jak przychodzi co do czego, to wszystkie u niego zawsze zalegają na spanie
Ma dobre fluidy. Jak mnie coś boli, zawsze mnie jego dotyk leczy. Taki domowy Kaszpirowski. Odinadcać, dwienatcać...
A na koniec zdjęcie z cyklu przyjemne odchudzanie. Zrobiliśmy obiad weekendowy - piersi z kurczaka pieczone pod szynką prosciutto, z pomidorami pieczonymi i rukolą. Takie było pyszne, że w niedzielę też zrobiliśmy. Korzystaliśmy z tego przepisu z taką różnicą, ze zamiast cukru do pomidorów, daliśmy do miseczki dwie łyżki oliwy, dwie figowego octu balsamicznego, czosnku i ziół (mam świeże oregano z ogrodu). Michalina to wynalazła. To jest tak dobre, że trudno słowami opisać.
Rukola jest samiuteńka, bez dodatków w sensie innej sałaty czy warzyw, jedynie z dressingiem własnego wyrobu z odrobiny oleju, musztardy, octu jabłkowego i przypraw.
wtorek, 5 czerwca 2012
Osadnicy miast i wsi łączcie się
U nas długi weekend, nie tak jak w Polsce, ale jednak. Co jakiś czas w Irlandii mamy tak zwane 'bank holidays' czyli wolne poniedziałki. Nie wiem, skąd się wzięła nazwa, tubylcy mówią, że stąd, że banki w ten dzień zamknięte, a jak banki to i reszta, ale nie jestem przekonana. Z drugiej strony nie jest to dla mnie aż tak istotne, żeby grzebać w źródłach i się tego dowiadywać. Jeśli ktoś z tutaj mieszkających wie i ma ochotę się tym podzielić, napiszcie.
Czyli sobota (zależy u kogo), niedziela i poniedziałek wolny. Znaczy, można gdzieś pojechać, można przyjąć gości. A jak jeszcze pogoda dopisuje, to już w ogóle pełnia szczęścia.
I tak się właśnie stało, było w miarę ładnie, chociaż u nas nad oceanem trochę wietrznie, za to bez deszczu, na co utyskuje mój mąż, który płacze nad swoimi roślinkami w ogrodzie, bo tutaj jak trzy dni nie pada, to fatalnie dla gleby, a jak tydzień to klęska urodzaju.
Przyjechali do nas znajomi sztuk dwa dorosłe i sztuk dwa dzieci. Nawieźli jedzenia, my przygotowaliśmy drugie tyle, teraz za to płacę jadłowstrętem, bo nie od dziś wiadomo, ze jak się je w towarzystwie, je się za dużo i tak było w moim przypadku. A po wprowadzeniu diety, ja już nie jestem w stanie (chociaż głowa o tym czasem nie pamięta, ale żołądek i w ogóle system trawienny szybko przypomina) i teraz za to płacę. Nie mogę patrzeć na jedzenie, haha. Koniec dygresji, bo miało być o znajomych.
Oni mają tak cudne dzieci, że one są zupełnie 'nieinwazyjne', co się w ogóle nie zdarza w przyrodzie, ale im tak. Kiedy się z nimi spędza czas, to sama przyjemność jest, a jak człowiek chce się zająć trochę innymi sprawami, to one sie świetnie potrafią bawić ze sobą. Trudno w to uwierzyć, ale przez te dwa dni, co u nas byli, ani razu nie było płaczu, marudzenia, histerii, nawet takiej mini.
A czym dorośli chcieli się zająć? Pewnie myślicie, że balanga, pół czystej na stół i heja. Ano wcale nie. Owszem piwko było i różowe winko też, ale po upchaniu jedzenia do lodówy, na stół wjeżdżały gry planszowe, a najbardziej jedna, druga tylko na trochę.
Graliśmy w Osadników z Catanu (Settlers of Catan)
W wiele gier grałam, wiadomo, człowiek zawsze zachwyca się nowym odkryciem, ale ta jest naprawdę świetna. Zdobywa się wioski, buduje drogi, wymienia wioski na miasta, zbiera kamienie, zboże, owce, drewno i cegły, to wszystko jest potem środkiem płatniczym, kostka rządzi wszystkim, no i kombinować trzeba, zeby zyskać, a nie stracić. Przy czym śmiechu jest co niemiara, pogadać też można, pożartować, szczególnie, kiedy odbywa się handel wymienny. Cudna jest. Bardzo polecam.
Graliśmy jednego wieczora, graliśmy drugiego, rozsądek kolegi i decyzja o ich wyjeździe do domu, odwiodła nas od chęci grania dzień trzeci. Jednak powrót do życia musi być, hehe.
Takie wizyty uświadamiają mi, że pal sześć nietrafione znajomości, nie trzeba martwić się tym, że w koszu pięknych owocnych związków międzyludzkich, znajdzie się jedna śliwka robaczywka, gdyby się człowiek opancerzał, zamykał na piękne przyjaźnie, na nowe znajomości, byłby o niebo uboższy. Nie narażając się na zawód, odcinałby się też od fantastycznych prezentów od losu w formie świetnych znajomych wokół. I tak w ostatecznym rozrachunku 'prawdziwki' wygrywają, a muchomory, chociaż wydają się sobie tak atrakcyjne, koniec końców zjada własny jad.
Gośku, Marcinie, Igo i Tosiu - dzięki za piękny weekend i świetną zabawę.
Czyli sobota (zależy u kogo), niedziela i poniedziałek wolny. Znaczy, można gdzieś pojechać, można przyjąć gości. A jak jeszcze pogoda dopisuje, to już w ogóle pełnia szczęścia.
I tak się właśnie stało, było w miarę ładnie, chociaż u nas nad oceanem trochę wietrznie, za to bez deszczu, na co utyskuje mój mąż, który płacze nad swoimi roślinkami w ogrodzie, bo tutaj jak trzy dni nie pada, to fatalnie dla gleby, a jak tydzień to klęska urodzaju.
Przyjechali do nas znajomi sztuk dwa dorosłe i sztuk dwa dzieci. Nawieźli jedzenia, my przygotowaliśmy drugie tyle, teraz za to płacę jadłowstrętem, bo nie od dziś wiadomo, ze jak się je w towarzystwie, je się za dużo i tak było w moim przypadku. A po wprowadzeniu diety, ja już nie jestem w stanie (chociaż głowa o tym czasem nie pamięta, ale żołądek i w ogóle system trawienny szybko przypomina) i teraz za to płacę. Nie mogę patrzeć na jedzenie, haha. Koniec dygresji, bo miało być o znajomych.
Oni mają tak cudne dzieci, że one są zupełnie 'nieinwazyjne', co się w ogóle nie zdarza w przyrodzie, ale im tak. Kiedy się z nimi spędza czas, to sama przyjemność jest, a jak człowiek chce się zająć trochę innymi sprawami, to one sie świetnie potrafią bawić ze sobą. Trudno w to uwierzyć, ale przez te dwa dni, co u nas byli, ani razu nie było płaczu, marudzenia, histerii, nawet takiej mini.
A czym dorośli chcieli się zająć? Pewnie myślicie, że balanga, pół czystej na stół i heja. Ano wcale nie. Owszem piwko było i różowe winko też, ale po upchaniu jedzenia do lodówy, na stół wjeżdżały gry planszowe, a najbardziej jedna, druga tylko na trochę.
Graliśmy w Osadników z Catanu (Settlers of Catan)
W wiele gier grałam, wiadomo, człowiek zawsze zachwyca się nowym odkryciem, ale ta jest naprawdę świetna. Zdobywa się wioski, buduje drogi, wymienia wioski na miasta, zbiera kamienie, zboże, owce, drewno i cegły, to wszystko jest potem środkiem płatniczym, kostka rządzi wszystkim, no i kombinować trzeba, zeby zyskać, a nie stracić. Przy czym śmiechu jest co niemiara, pogadać też można, pożartować, szczególnie, kiedy odbywa się handel wymienny. Cudna jest. Bardzo polecam.
Graliśmy jednego wieczora, graliśmy drugiego, rozsądek kolegi i decyzja o ich wyjeździe do domu, odwiodła nas od chęci grania dzień trzeci. Jednak powrót do życia musi być, hehe.
Takie wizyty uświadamiają mi, że pal sześć nietrafione znajomości, nie trzeba martwić się tym, że w koszu pięknych owocnych związków międzyludzkich, znajdzie się jedna śliwka robaczywka, gdyby się człowiek opancerzał, zamykał na piękne przyjaźnie, na nowe znajomości, byłby o niebo uboższy. Nie narażając się na zawód, odcinałby się też od fantastycznych prezentów od losu w formie świetnych znajomych wokół. I tak w ostatecznym rozrachunku 'prawdziwki' wygrywają, a muchomory, chociaż wydają się sobie tak atrakcyjne, koniec końców zjada własny jad.
Gośku, Marcinie, Igo i Tosiu - dzięki za piękny weekend i świetną zabawę.
wtorek, 10 kwietnia 2012
Pół dnia uprawiałam sport, ciekawe ile spaliłam? A poza tym trochę Wielkanocnie jeszcze
Starałam się nie jeść za dużo w te święta. Przynajmniej nie to, co zakazane. Różnie mi to wychodziło, raz twarda byłam jak Wasilewska, raz grzeszna jak Magdalena (co podobno taka nie była, ale ją wrobili na użytek). Generalnie nie wypadło to źle. Swój chleb upiekłam, orkiszowy, pół-pełnoziarnisty, bułek nie było.
Najgorszy dla diety był pomysł z upieczeniem sconesów, do których okazało się, ze mamy trochę śmietanki, pozostałej po pieczeniu sernika i ją zaraz ubiliśmy. Dwie łyżeczki zjadłam, do tego konfitury.
Sconesy piekłyśmy poza programem, żeby pokazać Gosi, co u nas w gościach była, jak to się robi.
Córka wystąpiła w roli prezenterki.
Święta wypadły wspaniale. W sobotę przyjechał Mark, Miśki partner, po mszy rezurekcyjnej, która u nas jest o 21-szej, graliśmy w karty popijające Ginger Joe i West Coast Coolera. Rano przygotowaliśmy gremialnie śniadanie, bez pośpiechu go spozyliśmy, a po 14tej przyjechały Marciny z Igą i Tosią, szalenie kochańskimi dzieciakami. Jakbym miała gwarancję, że moje kolejne dzieci by takie były, to bym sobie normalnie na starość jeszcze jedno urodziła. Ale pewności nie ma cholerka, to się zadowalam, do czasu wnuków, Tosiakiem i Igulcem. Przed świętami dostałam od nich takiego oto zająca
Michalina posiała rzeżuchę, a od Gosi dostaliśmy pisanki, dla każdego po jednej.
Na początku wydawało się, że nie będziemy mieli jak pojechać na plażę, bo pogoda była pod psem, ale się przejaśniło i mimo wiatru, zdecydowaliśmy się na spacer. Metrowa Tosia uczyła się od dwumetrowego Wojtka rzucać piłkę psu. Gdybyście nie wiedzieli, to jest Wojtek Tosi. Albo Tosia Wojtka :-)
Pies ganiał za piłką do czasu, kiedy zobaczył skały na końcu plaży, skacze po nich jak kozica, mimo uwielbienia dla okrągłego przedmiotu w kolorze jaskrawej zieleni, musiał tam pobiec chociaż na chwilę.
A po skończonym spacerku, jeszcze przed pójściem do samochodu, pan i jego pies odpoczywają na ławeczce.
Udana to była wizyta, dom pełen ludzi, jedni w pokoju, inni w kuchni, jedzenie, pieczenie, rozmowy, śmiechy i gwar, tak sobie wyobrażam dobrze spędzone święta. A wieczorem zasiadłam jeszcze dokończyć 'Bratnie dusze' Hanny Cygler, powieść w sam raz na taki wieczór.
W poniedziałek miałam zamiar utonąć w lekturze kolejnej książki, tym razem Ziomeckiego Mr Pebble i Gruda, która od pierwszych stron złapała mnie w swoje szpony, ale moje dzieci zaproponowały mi partyjkę golfa. Na Wii podłączonym do telewizora. Luuudzie, że ja tego wcześniej nie odkryłam. Najpierw się bałam, ze nie będę umiała, bo ja nigdy w nic nie grałam na konsolach, ani nawet w komputerze. Ale po jakimś czasie wyczułam, jak działa kontroler i nawet dawałam radę. Potem przerzuciliśmy się na tenisa, ale nam coś nie wychodziło. Trochę graliśmy w kręgle, a skończyliśmy na koszykówce. Ale ubaw. Wszystko mnie boli. Nie wiem, kiedy minęło kilka godzin, Wojtek mówi, że pięć, ale ja myślę, że zaledwie trzy. Co ja mówię, zaledwie. Trzy godziny skakania, machania, kręcenie biodrami i co tam jeszcze. Wiecie, wielkiego spadku wagi z tego nie będzie, ale co przeponę śmiechem poćwiczyłam to moje. A i endorfin założę się, wydzieliło się całkiem sporo.
Najgorszy dla diety był pomysł z upieczeniem sconesów, do których okazało się, ze mamy trochę śmietanki, pozostałej po pieczeniu sernika i ją zaraz ubiliśmy. Dwie łyżeczki zjadłam, do tego konfitury.
Sconesy piekłyśmy poza programem, żeby pokazać Gosi, co u nas w gościach była, jak to się robi.
Córka wystąpiła w roli prezenterki.
Święta wypadły wspaniale. W sobotę przyjechał Mark, Miśki partner, po mszy rezurekcyjnej, która u nas jest o 21-szej, graliśmy w karty popijające Ginger Joe i West Coast Coolera. Rano przygotowaliśmy gremialnie śniadanie, bez pośpiechu go spozyliśmy, a po 14tej przyjechały Marciny z Igą i Tosią, szalenie kochańskimi dzieciakami. Jakbym miała gwarancję, że moje kolejne dzieci by takie były, to bym sobie normalnie na starość jeszcze jedno urodziła. Ale pewności nie ma cholerka, to się zadowalam, do czasu wnuków, Tosiakiem i Igulcem. Przed świętami dostałam od nich takiego oto zająca
Michalina posiała rzeżuchę, a od Gosi dostaliśmy pisanki, dla każdego po jednej.
Na początku wydawało się, że nie będziemy mieli jak pojechać na plażę, bo pogoda była pod psem, ale się przejaśniło i mimo wiatru, zdecydowaliśmy się na spacer. Metrowa Tosia uczyła się od dwumetrowego Wojtka rzucać piłkę psu. Gdybyście nie wiedzieli, to jest Wojtek Tosi. Albo Tosia Wojtka :-)
Pies ganiał za piłką do czasu, kiedy zobaczył skały na końcu plaży, skacze po nich jak kozica, mimo uwielbienia dla okrągłego przedmiotu w kolorze jaskrawej zieleni, musiał tam pobiec chociaż na chwilę.
A po skończonym spacerku, jeszcze przed pójściem do samochodu, pan i jego pies odpoczywają na ławeczce.
Udana to była wizyta, dom pełen ludzi, jedni w pokoju, inni w kuchni, jedzenie, pieczenie, rozmowy, śmiechy i gwar, tak sobie wyobrażam dobrze spędzone święta. A wieczorem zasiadłam jeszcze dokończyć 'Bratnie dusze' Hanny Cygler, powieść w sam raz na taki wieczór.
W poniedziałek miałam zamiar utonąć w lekturze kolejnej książki, tym razem Ziomeckiego Mr Pebble i Gruda, która od pierwszych stron złapała mnie w swoje szpony, ale moje dzieci zaproponowały mi partyjkę golfa. Na Wii podłączonym do telewizora. Luuudzie, że ja tego wcześniej nie odkryłam. Najpierw się bałam, ze nie będę umiała, bo ja nigdy w nic nie grałam na konsolach, ani nawet w komputerze. Ale po jakimś czasie wyczułam, jak działa kontroler i nawet dawałam radę. Potem przerzuciliśmy się na tenisa, ale nam coś nie wychodziło. Trochę graliśmy w kręgle, a skończyliśmy na koszykówce. Ale ubaw. Wszystko mnie boli. Nie wiem, kiedy minęło kilka godzin, Wojtek mówi, że pięć, ale ja myślę, że zaledwie trzy. Co ja mówię, zaledwie. Trzy godziny skakania, machania, kręcenie biodrami i co tam jeszcze. Wiecie, wielkiego spadku wagi z tego nie będzie, ale co przeponę śmiechem poćwiczyłam to moje. A i endorfin założę się, wydzieliło się całkiem sporo.
wtorek, 12 lipca 2011
Tajemnicze, a zaraz potem telefoniczne, rewolucje.
Zniknęłam, bo w weekend była córka i przecież nie będę wtedy w sieci siedzieć, a w niedzielę była Tajemnica (relacja TU) i tym bardziej nie było czasu na internet.
Kiedy moje starsze dzieczko przybywa, mogę zapomnieć o odchudzaniu. Najpierw upiekła sconesy, najlepszy jakie w życiu jadłam, potem obie upiekłyśmy sernik z rabarbarem i wiadomo, nasz ulubiony. Nawarzyłam wielki gar zupy gulasz Bogracz, bo miałam nadzieję poczęstować Tajemnicę i jej rodzinkę, ale oni skubaniutcy wcale nie chceli nic jeść, dobrze, że dziecię zabrało dwa słoiki do Dublina. Zupa wprawdzie węgierska (a do niej zrobiłam własne kluseczki osipetke rolowane w rękach i wyglądające jak miniaturowe gnocci w tej gulaszowej zupie), ale my nie lubimy ostrego, więc starałam się, żeby było takie w sam raz. Nie było. Myślałam, że mi język wypaliło na ament.
Tak wypoczęłam psychicznie, że dzisiaj bez stresu (o dziwo) poszłam do pracy. Wysłali mnie w ciągu dnia do banku, wracając weszłam do sklepu i znalazłam telefon, który mi pasuje. Wreszcie. Trochę to dzięki Dublinii, bo ona pokazała na swoim blogu taki sam, różowy jedynie, a ja się na niego czaiłam, czaiłam, to kiedy zobaczyłam u niej, uruchomiłam się jakoś w kierunku podjęcia decyzji o nowym zakupie. Swój mam już od 6 lat, czas go wymienić. Nie lubię takich akcji, mogłabym ze starym chodzić, gdyby nie to, że już słabowity, bo już wiekowy jednak.
Jutro idę sobie sprawić ten
Kiedy moje starsze dzieczko przybywa, mogę zapomnieć o odchudzaniu. Najpierw upiekła sconesy, najlepszy jakie w życiu jadłam, potem obie upiekłyśmy sernik z rabarbarem i wiadomo, nasz ulubiony. Nawarzyłam wielki gar zupy gulasz Bogracz, bo miałam nadzieję poczęstować Tajemnicę i jej rodzinkę, ale oni skubaniutcy wcale nie chceli nic jeść, dobrze, że dziecię zabrało dwa słoiki do Dublina. Zupa wprawdzie węgierska (a do niej zrobiłam własne kluseczki osipetke rolowane w rękach i wyglądające jak miniaturowe gnocci w tej gulaszowej zupie), ale my nie lubimy ostrego, więc starałam się, żeby było takie w sam raz. Nie było. Myślałam, że mi język wypaliło na ament.
Tak wypoczęłam psychicznie, że dzisiaj bez stresu (o dziwo) poszłam do pracy. Wysłali mnie w ciągu dnia do banku, wracając weszłam do sklepu i znalazłam telefon, który mi pasuje. Wreszcie. Trochę to dzięki Dublinii, bo ona pokazała na swoim blogu taki sam, różowy jedynie, a ja się na niego czaiłam, czaiłam, to kiedy zobaczyłam u niej, uruchomiłam się jakoś w kierunku podjęcia decyzji o nowym zakupie. Swój mam już od 6 lat, czas go wymienić. Nie lubię takich akcji, mogłabym ze starym chodzić, gdyby nie to, że już słabowity, bo już wiekowy jednak.
Jutro idę sobie sprawić ten
Subskrybuj:
Posty (Atom)








