Piszecie, że mieliście zadyszkę oczu czytając poprzedni wpis. Kochani, to jeszcze było spokojne targowanie. Niedziela i poniedziałek to była dopiero jazda.
Zacznę od tego, że wysiadł mi żołądek. A wszystko przez to, co miało się dopiero zadziać we wtorek, dlatego zjechałam do Warszawy, targi, chociaż chciałabym, żeby były głównym powodem przyjazdu, niestety były tylko fantastycznym dodatkiem. Taki bonus za cały ten stres, co mnie czekał.
W takich razach prawie zawsze mam objawy psychosomatyczne, różne, tym razem po prostu straszne bóle żołądka. Narastały od soboty, w niedzielę się nasiliły.
A piszę to wszystko, żeby wam uświadomić, jak targi i wszystkie spotkania były dla mnie wielką radością, gigantycznym kopem endorfin, skoro mimo wszystko, miałam naprawdę ubaw i pokonywałam tę niedogodność. Ale też nie sama, i tu pewnie mój anioł stróż zadziałał. Nie mógł mi pomóc w sposób namacalny, to mi zesłał Kazaszę, wspaniałą kobietę, którą poznałam w sieci za sprawą jej bloga o Kazachstanie. Przyszła na targi w niedzielę podpisać książkę, dosięgła mnie wiadomością na FB i udało nam się umówić. Zastała mnie na płycie głównej, siedzącą przy kubku herbaty, i tu mała dygresja - czy te kawy i herbaty na targach musiały być takie wstrętne? Woda to, czy gatunek produktu podstawowego, nie wiem. No więc siedzę nad tą udającą herbatę cieczą i mnie aż telepie, bo mi ten żołądek dokucza. Upał też, bo nie zwyczajna jestem, a w Warszawie w tym czasie średnio 30 stopni. Na zewnątrz gorąco, ja z dreszczami, musiałam włączyć cały zespół motywacyjno-optymistyczny, jakim dysponowałam, zeby się nie rozpłakać. Do tego słabo mi było.
Na to wszystko przychodzi Dorota i mi po kilku minutach rozmowy serwuje listek leku na moje dolegliwości. No powiedzcie sami, ile osób nosi w torebce tabletki akurat na to?
Anioł nie kobieta.
Do tego piękna, interesująca, wspaniała rozmówczyni. Oj, ja to mam szczęście do ludzi.
Niestety musiała uciekać, nie nagadałam się, będę odczuwać niedosyt już zawsze.
I tak mi się pięknie-nie pięknie zaczął ten dzień, który okazał się jednak bardzo, ale to bardzo udany.
W niedzielę nie byłam na targach za długo, a wszystko przez to, że wybierałyśmy się na spotkanie z cyklu Bagaże kultury do Teatru Żydowskiego. Zaczynało się to o 15, więc odpowiednio wcześniej trzeba było się przemieścić. Zdążyłam tylko pomachać z daleka kilku osobom, odwiedzić Agnieszkę na stoisku Europress Polska, gdzie niezmiennie byłam zadziwiona ilością tytułów prasy zagranicznej (w językach obcych), a najbardziej tym, że można kupić magazyn kulinarny Jamiego Oliviera na bieżąco, pojedyncze numery, a u nas tylko prenumerata. No, ale ja to wszystko mam u siebie pod ręką na co dzień, najważniejsze były znowu rozmowy, spotkania i świetne dziewczyny, które z 'moją' Agnieszką w te targi pracowały. Nigdy mi nie dosyć fajnych ludzi wokół.
Zajrzałyśmy to tu, to tam i pognałyśmy z Kaliną na plac Grzybowski. Nigdy nie zapomnę tej drogi, bo dojechałyśmy tramwajem do Nowego Światu, a potem cięłyśmy przez Świętokrzyską w remoncie, stąd kluczyłyśmy między blaszanymi płotami, musiałyśmy się cofać, bo nie raz wylądowałyśmy w 'ślepej uliczce' tego labiryntu. Upał-nagrzana blacha-żołądek-słabość ciała to była straszna mieszanka. Kiedy już dotarłyśmy do teatru, czułam się jakby to był jakiś cud świata klimatyzowany. No i mogłam wreszcie usiąść.
Ale wcześniej zachwyciłam się piękną kamienicą vis a vis teatru. Czy na zdjęciu widać, że tam są portrety na budynku?
Powiększyłam zdjęcie kosztem jakości, żebyście dojrzeli.
Spotkanie bardzo ciekawe, bezczelnie zapożyczę zdjęcie od Kaliny z jej bloga, bo nie mam takiego fajnego
Tyrmand to dla mnie niezwykle ciekawa postać. Wiele się o nim ostatnio mówi i pisze, ale tym razem było trochę inaczej, gdyż obecna na scenie była Barbara Hoff, sama w sobie ciekawa postać, a tu na dodatek żona Tyrmanda i o tej części swojego życiorysu, o nim właśnie, mówiła niezwykle ciekawie. Próbowała obalić niektóre mity z nim związane, trochę krytykowała Urbanka za jego książkę o Tyrmandzie, nie czytałam jeszcze, więc nie wiem, czy to po prostu żałość na to, że on dotknął czegoś kontrowersyjnego, co przez bliskich jest postrzegane inaczej, czy faktycznie Urbanek się tam nie popisał. Muszę to skonfrontować.
Polecam wam ten cykl spotkań, było ich już 10, a w nowym sezonie będą następne. Prowadzi je zawsze pieczołowicie przygotowany Remigiusz Grzela.
Nie miałam czasu podyskutować o tym spotkaniu z Kaliną i jej mamą, która się z nami wybrała, bo już musiałam biec do Polskiego Radia RDC na spotkanie z Teresą Drozdą w audycji Strefa Kultury, którą prowadzi w każdą sobotę i niedzielę.
Bałam się, że nie przedrę się na czas przez miasto, bo w okolicach 18, tak jak moje wejście na antenę, miał się skończyć mecz na stadionie Legii. Spodziewano się zablokowanych ulic, tłumu kibiców, wolałam nie ryzykować niedotarcia do studia.
Podawałam link do podcastu, czyli nagrania tej audycji, które jest do odsłuchania na stronie internetowej, na Facebooku, ale podam i tu, bo wiem, że mam czytelniczki bloga, które nie zaglądają w ogóle na portale społecznościowe.
http://www.rdc.pl/publikacja/strefa-kultury-hrabal-wolek-teatr-w-barach-mlecznych-i-ciekawe-lektury/
z list trzeba wybrać suwaczek drugi od dołu.
Zaproszenie do tej audycji to dla mnie wielka radość, bo bardzo sobie ją cenię i słucham co tydzień, jeśli to tylko możliwe. A jak nie na żywo, to zawsze odsłuchuję nagranych rozmów.
Z powodu wcześniejszego przybycia miałam czas odetchnąć, posiedzieć z kawą w pięknistym, słonecznym w kolorach, pokoju do tego przeznaczonym
Sama audycja - co tu dużo mówić, siebie oceniać jest trudno, ale rozmowa z Teresą to zawsze sama przyjemność, kiedy rozmówca nie pozostaje obojętny, nie jest rozkojarzony, kiedy rezonuje podczas wymiany zdań, to wszystko idzie gładko. Miłe doświadczenie, świetna atmosfera.
No i siedziałam w tym samym fotelu, co Jan Wołek. Może metodą kropelkową, dotykową, siedzeniową czy jakkolwiek, przyswoiłam trochę jego wrażliwości i mądrości :-)
Z Myśliwieckiej (Papryczko! tam jest stoisko Trójkowe w korytarzu, cóż za gadżety) odebrała mnie Agnieszka, wracała z targów i mnie zgarnęła, żeby zabrać mnie do siebie, do Wołomina. A tam znowu rozmowy, pyszne sushi (pierwszy raz jadłam je nie z surową rybą, a w tempurze). Jednym zdaniem to, co pamięta się całe życie, takie spotkania są bezcenne.
A w poniedziałek to się dopiero działo :-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą letnie przyjemności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą letnie przyjemności. Pokaż wszystkie posty
piątek, 6 czerwca 2014
poniedziałek, 2 czerwca 2014
I co dalej? I co dalej?
To już norma, że kiedy jestem w Warszawie i latamy z dziewczynami jak opętane po mieście, wracamy z Dorotą do jej domu późno, rodzina dawno w pieleszach, a my zaczynamy się tłuc po ścianach, a bo herbatka, a jeszcze włączę laptopa, zobaczę oferty na publio, a co jutro na targach będziemy zaliczać itd. Niby ciemna noc, a dla nas dopiero początek. W piątek poszłyśmy spać chyba o 3. Taka sytuacja.
Do soboty na targach trzeba się było przygotować. Najbardziej naładowany atrakcjami dzień. Sama nie wiedziałam, czy nastawić się na zaliczanie kolejnych spotkań z pisarzami, czy na luzie się przechadzać, czy polować na znajomych, czy sobie w łeb strzelić, bo klęska urodzaju zaczęła mnie przerastać.
Leciałam z nóg, ale jeszcze nochala wsadziłam w gazetkę targową i próbowałam bez okularów dojść, kto gdzie i o której. Nie zawsze czytam ubrana w szkła, ale ta gazetka jest wydrukowana (pewnie ze względu na masę tej informacji) tak małą czcionką, że potrzebne mi nie tylko okulary, ale dodatkowo jakieś szkło powiększające by się przydało, takie kupowane przez starszych ludzi do czytania etykiet na lekarstwach.
Chociaż nie powiem, upojenie piwem smakowym nieznacznie pomogło, w tym zakresie, że mi było wszystko jedno i jak tylko załapałam dwie pierwsze litery, zakładałam, że to PAwlikowska Beata na przykład. Nie dochodząc czy to nie przypadkiem PAwlak Romek. Po długości nazwiska koncypowałam.
Oczywiście pierwsze minuty na targach w sobotę zweryfikowały moje chcenia i niechcenia. Wiedziałam, że mam do zaliczenia trzy zdarzenia - spotkanie z Mariuszem Szczygłem, który podpisywał książki na stoisku Czarnego, zakupienie i podpisanie u autora najnowszej powieści Piekary dla mojej córki, a potem po 16 spotkanie z Markiem Dannerem prowadzone przez Remigiusza Grzelę. Reszta czasu była zaklasyfikowana - zobaczymy, co się da, co się zdarzy.
Na takich imprezach trzeba zachować zimną krew. To się po prostu w pale nie mieści, ile tam się dzieje i od razu trzeba się pogodzić z faktem, że nie zaliczy się wszystkiego. Priorytety trzeba określić, a reszta jak Bóg da.
I tak też się stało. Od wejścia pognałam kurcgalopkiem do Mariusza Szczygła. Ustawiłam się w kolejce zrozpaczona, że taka długa, bałam się, że nie zdążę do Piekary po podpis na książce dla Miśki, a to było równie ważne. Dorota mnie postanowiła wesprzeć, chociaż sama miała listę długą jak spektakle Lupy. Ustawiła się pod stoiskiem Olesiejuka, które gościło pisarzy z Fabryki Słów. Okazało się jednak, że pan Piekara był chory i wylądował w szpitalu. Żal. Oczywiście życzymy mu zdrowia, ale nie mogłam się oprzeć natrętnemu poczuciu ściemy, bo raptem kilka godzin wcześniej ukazała się na FB informacja, że Charlotte Link nie przyjedzie na targi, bo jest w szpitalu. A wcześniej inna pisarka, tym razem polska, też ciężko chora odwołała. Rozumiem, że to się mogło zbiec w czasie, ale jak się dostaje takie informacje jedną po drugiej to kojarzy się z tłumaczeniami związanymi z absencją na klasówce z matematyki (umarł mi dziadek - to ile Ty masz tych dziadków Jasiu?)
Tyle dobrego, że mogłam sobie spokojnie do tego Szczygła w kolejce czekać.
Gdybym miała pisać, za co cenię tego człowieka, musiałabym tu strzelić esej na kilka tysięcy słów, powiem więc tylko tyle - każdy z jego fanów, który podszedł do jego stolika, usiadł do podpisania książki, dostał od niego w tym momencie, w tej minucie czy trzech, maksimum uwagi. Już wiem, zawsze wiedziałam, ale to kolejny dowód, dlaczego ludzie mu ufają i pewnie dają się wciągnąć w rozmowę, zwierzenia, może nawet sami się z tym pchają, bo jak tylko się człowiek znajdzie w polu rażenia Szczygła, natychmiast ma ochotę rozebrać się do rosołu emocjonalnie. Wszystko mu powiedzieć. W sumie to przerażające.
Nie jestem osobą, która umie dojrzeć aurę u innych. Ale gdybym widziała, założę się, że u Mariusza Sczygła byłaby ona w kolorach najlepszych i najpiękniejszych - jakaś złoto-niebiesko-brzoskwiniowa. I jak się człowiek znajduje w jej zasięgu, to wszystko takie się właśnie staje - ciepłe, słoneczne, niebieskie jak letni dzień i aksamitne jak skórka greckiej brzoskwini. Taki jest Mariusz Szczygieł.
Na dodatek mądry i utalentowany.
Monopolista.
Dostałam i ja swoje kilka minut z czasu Pana Mariusza, piękny autograf do kajeciku (specjalny na ten cel przeznaczony Moleskine z kremowymi stronicami), ciepła rozmowa, szkoda, że tak krótko.
Po odejściu od stolika, zygzakami odeszłam w siną dal, całkiem nie wiedząc, co dalej. Już mi przestało na czymkolwiek zależeć. Poważnie.
I dobrze, bo wokół było pandemonium, najazd Hunów na stoiska, nie można było przejść alejką. Z jednej strony świetnie, bo to oznacza, że ludzie czytają, twórców kochają i w ogóle jest świetnie, tylko statystyki kłamią.
No i niech, w ten weekend zajmować się mizerią czytelnictwa i kłopotami wydawnictw niepodobna, w każdy inny dzień, tydzień roku tak, ale nie pod koniec maja.
Dalej na stoisku Zwierciadła znalazłam Ałbenę Grabowską-Grzyb, nie dość, że piękną, to jeszcze utalentowaną pisarkę, która promowała swoją nową powieść Lot nisko nad ziemią. Zachwyciła mnie jej powieść Coraz mniej olśnień (udany tytuł na dodatek) i mam nadzieję na równie udaną lekturę, tym bardziej, że dostałam tę książkę od autorki, niezwykle cenię sobie takie gesty.
A wraz z nią spotkałam tam inną, równie piękną i mądrą pisarkę Agnieszkę Walczak - Chojecką.
Od razu pożałowałam, że nie mam dwuczłonowego nazwiska, jak widać to pomaga pisać :-)
Miło mi było je zobaczyć, uściskać, porozmawiać chwilę. Ałbena była zajęta, ale przekazała mnie w ręce Pani Anny, specjalisty od sprzedaży w Grupie Zwierciadło.
Nawet nie wie, jaką mi przysługę uczyniła. Niezwykle cenię sobie rozmowę z mądrymi ludźmi, którzy słuchają, rezonują, podejmują ciekawą dyskusję, rozumieją w pół słowa i ja ich łapię w lot. Nic nie zgrzyta, nic nie uwiera jak drzazga pod paznokciem, nie ma zniecierpliwienia, nie ma granatów zaczepnych. Swoboda i czysta przyjemność z rozmowy.
I dużo wody, bo tam był niestety upał.
Nie zdziwicie się pewnie, kiedy powiem, że przesiedziałam i przegadałam tam dwie godziny, w ogóle nie czując upływu czasu i już trzeba było iść na spotkanie z Markiem Dannerem. Miałam też nadzieję na kilka minut rozmowy z Remigiuszem Grzelą.
Spotkanie było niezwykle ciekawe, nie znałam książki o masakrze w El Mazote w Salwadorze, ale słyszałam o niej i miałam nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej, zanim po nią sięgnę.
Jak się potem okaże, takich spotkań zanim coś przeczytam, będzie więcej.
Autor okazał się niezwykle ciekawym opowiadaczem, to wcale nie jest takie oczywiste. Wprawdzie mówił po angielsku, ale miał fantastycznego tłumacza, który konsekutywnie przekazał wszystko to, co Mark Danner chciał, niezwykle dokładnie, nawet w tym samym stylu. Żałuję, że nie znam nazwiska, bo bym tu imiennie pochwaliła.
Dla mnie to było trochę trudne do przejścia, bo świetnie znam angielski i musiałam wszystkiego słuchać dwukrotnie, ale po jakimś czasie się rozluźniłam i w czasie, kiedy była wersja polska, miałam czas na rozglądanie się po sali.
Dwa rzędy przede mną siedziała kobieta, która mnie fascynowała swoim zachowaniem. Jakoś takie dziwne pozy przyjmowała. Raz myślałam, że zasnęła, raz, że umarła, a ona na koniec powstała i wypięła się na mnie prawie gołym tyłkiem, jedynie ubranym w niebieskie stringi. Nie wiem, jak ona to uczyniła, że jej się spódnica do pasa przylepiła.
Tak mnie to zaskoczyło, bo tu rozmowa o torturach, masakrze, o tym, jak kobieta widziała śmierć swoich dzieci, czyli mrozi krew w żyłach, a nagle prawie goła dupa. Aż wyrwało mi się bluźniercze w tej sytuacji - o Boże! Magda z Kącika z książkami też to zauważyła i zaczęła się obok mnie śmiać. I odbyło się to na zasadzie - nie patrz na Magdę, uspokój się, nie patrz na Magdę. A ona - nie patrz na Kaśkę, uspokój się, nie patrz na Kaśkę. Bo wyobraźcie to sobie, Mark Danner mówi o takich poważnych sprawach, a my, chyba na zasadzie odreagowania, dostajemy głupawki nie do opanowania na widok czyjegoś tyłka.
W rzędzie przede mną, lekko na lewo siedziała kobieta, która próbowała odwalić show pod tytułem - jestem człowiekiem walczącym i wywalę kawę na ławę. Miała w sobie coś z szaleńca, dopuszczono ją do głosu, ale szybko się zorientowali, że zacznie łapać figury i Remigiusz Grzela zgrabnie sobie z nią poradził. I elegancko, co nie było łatwe w tej sytuacji.
Niestety nie udało mi się porozmawiać z autorem Złodziei koni, trudno. Nie można mieć wszystkiego.
Po tym spotkaniu pognałyśmy na Grochów do Kici Koci na spotkanie blogerów. A tam znowu to samo, czyli osiemset piw smakowych z niezależnych browarów. Dobrze, że ja nie mieszkam w kraju, bo bym musiała na gruponie kupić pakiet na spotkania AA.
Poznałam fajnych ludzi, niektórych pierwszy raz, blogów nie znałam, a niektórzy to byli moi blogowi idole - Kasia Sawicka z Mojej Pasieki i Ela z Kombajnu Zakurzonej. Wzruszyłam się bardzo.
Jak to na takich spędach, trudno było ze wszystkimi pogadać. Tym bardziej, że one szybko poszły i tyle ich widział. Potem doszły dwie super laski, blogerki Iw-od nowa i Inwentaryzacja krotochwili. Więc otarłam łzy. Oczywiście byli też inni ważni dla nas, w tej grupie książkowej, wspomniana Magda i Agnieszka z Książkowo, Iza z Czytadełka. A także pisarki, ale chyba już wymieniać nie będę, bo się na tym na pewno wyłożę. Wiem, że wielu pominęłam, wybaczcie.
Siedzieliśmy w ogrodzie i dobrze Jolanta Kwiatkowska zauważyła, że to całkiem jak na działce u znajomych.
No i znowu powrót do domu Doroty, znowu ten sam rytuał, herbata, coś do jedzenia, plany na drugi dzień, prawie świt nas zastał. A w niedzielę to dopiero się działo.
Do soboty na targach trzeba się było przygotować. Najbardziej naładowany atrakcjami dzień. Sama nie wiedziałam, czy nastawić się na zaliczanie kolejnych spotkań z pisarzami, czy na luzie się przechadzać, czy polować na znajomych, czy sobie w łeb strzelić, bo klęska urodzaju zaczęła mnie przerastać.
Leciałam z nóg, ale jeszcze nochala wsadziłam w gazetkę targową i próbowałam bez okularów dojść, kto gdzie i o której. Nie zawsze czytam ubrana w szkła, ale ta gazetka jest wydrukowana (pewnie ze względu na masę tej informacji) tak małą czcionką, że potrzebne mi nie tylko okulary, ale dodatkowo jakieś szkło powiększające by się przydało, takie kupowane przez starszych ludzi do czytania etykiet na lekarstwach.
Chociaż nie powiem, upojenie piwem smakowym nieznacznie pomogło, w tym zakresie, że mi było wszystko jedno i jak tylko załapałam dwie pierwsze litery, zakładałam, że to PAwlikowska Beata na przykład. Nie dochodząc czy to nie przypadkiem PAwlak Romek. Po długości nazwiska koncypowałam.
Oczywiście pierwsze minuty na targach w sobotę zweryfikowały moje chcenia i niechcenia. Wiedziałam, że mam do zaliczenia trzy zdarzenia - spotkanie z Mariuszem Szczygłem, który podpisywał książki na stoisku Czarnego, zakupienie i podpisanie u autora najnowszej powieści Piekary dla mojej córki, a potem po 16 spotkanie z Markiem Dannerem prowadzone przez Remigiusza Grzelę. Reszta czasu była zaklasyfikowana - zobaczymy, co się da, co się zdarzy.
Na takich imprezach trzeba zachować zimną krew. To się po prostu w pale nie mieści, ile tam się dzieje i od razu trzeba się pogodzić z faktem, że nie zaliczy się wszystkiego. Priorytety trzeba określić, a reszta jak Bóg da.
I tak też się stało. Od wejścia pognałam kurcgalopkiem do Mariusza Szczygła. Ustawiłam się w kolejce zrozpaczona, że taka długa, bałam się, że nie zdążę do Piekary po podpis na książce dla Miśki, a to było równie ważne. Dorota mnie postanowiła wesprzeć, chociaż sama miała listę długą jak spektakle Lupy. Ustawiła się pod stoiskiem Olesiejuka, które gościło pisarzy z Fabryki Słów. Okazało się jednak, że pan Piekara był chory i wylądował w szpitalu. Żal. Oczywiście życzymy mu zdrowia, ale nie mogłam się oprzeć natrętnemu poczuciu ściemy, bo raptem kilka godzin wcześniej ukazała się na FB informacja, że Charlotte Link nie przyjedzie na targi, bo jest w szpitalu. A wcześniej inna pisarka, tym razem polska, też ciężko chora odwołała. Rozumiem, że to się mogło zbiec w czasie, ale jak się dostaje takie informacje jedną po drugiej to kojarzy się z tłumaczeniami związanymi z absencją na klasówce z matematyki (umarł mi dziadek - to ile Ty masz tych dziadków Jasiu?)
Tyle dobrego, że mogłam sobie spokojnie do tego Szczygła w kolejce czekać.
Gdybym miała pisać, za co cenię tego człowieka, musiałabym tu strzelić esej na kilka tysięcy słów, powiem więc tylko tyle - każdy z jego fanów, który podszedł do jego stolika, usiadł do podpisania książki, dostał od niego w tym momencie, w tej minucie czy trzech, maksimum uwagi. Już wiem, zawsze wiedziałam, ale to kolejny dowód, dlaczego ludzie mu ufają i pewnie dają się wciągnąć w rozmowę, zwierzenia, może nawet sami się z tym pchają, bo jak tylko się człowiek znajdzie w polu rażenia Szczygła, natychmiast ma ochotę rozebrać się do rosołu emocjonalnie. Wszystko mu powiedzieć. W sumie to przerażające.
Nie jestem osobą, która umie dojrzeć aurę u innych. Ale gdybym widziała, założę się, że u Mariusza Sczygła byłaby ona w kolorach najlepszych i najpiękniejszych - jakaś złoto-niebiesko-brzoskwiniowa. I jak się człowiek znajduje w jej zasięgu, to wszystko takie się właśnie staje - ciepłe, słoneczne, niebieskie jak letni dzień i aksamitne jak skórka greckiej brzoskwini. Taki jest Mariusz Szczygieł.
Na dodatek mądry i utalentowany.
Monopolista.
Dostałam i ja swoje kilka minut z czasu Pana Mariusza, piękny autograf do kajeciku (specjalny na ten cel przeznaczony Moleskine z kremowymi stronicami), ciepła rozmowa, szkoda, że tak krótko.
Po odejściu od stolika, zygzakami odeszłam w siną dal, całkiem nie wiedząc, co dalej. Już mi przestało na czymkolwiek zależeć. Poważnie.
I dobrze, bo wokół było pandemonium, najazd Hunów na stoiska, nie można było przejść alejką. Z jednej strony świetnie, bo to oznacza, że ludzie czytają, twórców kochają i w ogóle jest świetnie, tylko statystyki kłamią.
No i niech, w ten weekend zajmować się mizerią czytelnictwa i kłopotami wydawnictw niepodobna, w każdy inny dzień, tydzień roku tak, ale nie pod koniec maja.
Dalej na stoisku Zwierciadła znalazłam Ałbenę Grabowską-Grzyb, nie dość, że piękną, to jeszcze utalentowaną pisarkę, która promowała swoją nową powieść Lot nisko nad ziemią. Zachwyciła mnie jej powieść Coraz mniej olśnień (udany tytuł na dodatek) i mam nadzieję na równie udaną lekturę, tym bardziej, że dostałam tę książkę od autorki, niezwykle cenię sobie takie gesty.
A wraz z nią spotkałam tam inną, równie piękną i mądrą pisarkę Agnieszkę Walczak - Chojecką.
Od razu pożałowałam, że nie mam dwuczłonowego nazwiska, jak widać to pomaga pisać :-)
Miło mi było je zobaczyć, uściskać, porozmawiać chwilę. Ałbena była zajęta, ale przekazała mnie w ręce Pani Anny, specjalisty od sprzedaży w Grupie Zwierciadło.
Nawet nie wie, jaką mi przysługę uczyniła. Niezwykle cenię sobie rozmowę z mądrymi ludźmi, którzy słuchają, rezonują, podejmują ciekawą dyskusję, rozumieją w pół słowa i ja ich łapię w lot. Nic nie zgrzyta, nic nie uwiera jak drzazga pod paznokciem, nie ma zniecierpliwienia, nie ma granatów zaczepnych. Swoboda i czysta przyjemność z rozmowy.
I dużo wody, bo tam był niestety upał.
Nie zdziwicie się pewnie, kiedy powiem, że przesiedziałam i przegadałam tam dwie godziny, w ogóle nie czując upływu czasu i już trzeba było iść na spotkanie z Markiem Dannerem. Miałam też nadzieję na kilka minut rozmowy z Remigiuszem Grzelą.
Spotkanie było niezwykle ciekawe, nie znałam książki o masakrze w El Mazote w Salwadorze, ale słyszałam o niej i miałam nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej, zanim po nią sięgnę.
Jak się potem okaże, takich spotkań zanim coś przeczytam, będzie więcej.
Autor okazał się niezwykle ciekawym opowiadaczem, to wcale nie jest takie oczywiste. Wprawdzie mówił po angielsku, ale miał fantastycznego tłumacza, który konsekutywnie przekazał wszystko to, co Mark Danner chciał, niezwykle dokładnie, nawet w tym samym stylu. Żałuję, że nie znam nazwiska, bo bym tu imiennie pochwaliła.
Dla mnie to było trochę trudne do przejścia, bo świetnie znam angielski i musiałam wszystkiego słuchać dwukrotnie, ale po jakimś czasie się rozluźniłam i w czasie, kiedy była wersja polska, miałam czas na rozglądanie się po sali.
Dwa rzędy przede mną siedziała kobieta, która mnie fascynowała swoim zachowaniem. Jakoś takie dziwne pozy przyjmowała. Raz myślałam, że zasnęła, raz, że umarła, a ona na koniec powstała i wypięła się na mnie prawie gołym tyłkiem, jedynie ubranym w niebieskie stringi. Nie wiem, jak ona to uczyniła, że jej się spódnica do pasa przylepiła.
Tak mnie to zaskoczyło, bo tu rozmowa o torturach, masakrze, o tym, jak kobieta widziała śmierć swoich dzieci, czyli mrozi krew w żyłach, a nagle prawie goła dupa. Aż wyrwało mi się bluźniercze w tej sytuacji - o Boże! Magda z Kącika z książkami też to zauważyła i zaczęła się obok mnie śmiać. I odbyło się to na zasadzie - nie patrz na Magdę, uspokój się, nie patrz na Magdę. A ona - nie patrz na Kaśkę, uspokój się, nie patrz na Kaśkę. Bo wyobraźcie to sobie, Mark Danner mówi o takich poważnych sprawach, a my, chyba na zasadzie odreagowania, dostajemy głupawki nie do opanowania na widok czyjegoś tyłka.
W rzędzie przede mną, lekko na lewo siedziała kobieta, która próbowała odwalić show pod tytułem - jestem człowiekiem walczącym i wywalę kawę na ławę. Miała w sobie coś z szaleńca, dopuszczono ją do głosu, ale szybko się zorientowali, że zacznie łapać figury i Remigiusz Grzela zgrabnie sobie z nią poradził. I elegancko, co nie było łatwe w tej sytuacji.
Niestety nie udało mi się porozmawiać z autorem Złodziei koni, trudno. Nie można mieć wszystkiego.
Po tym spotkaniu pognałyśmy na Grochów do Kici Koci na spotkanie blogerów. A tam znowu to samo, czyli osiemset piw smakowych z niezależnych browarów. Dobrze, że ja nie mieszkam w kraju, bo bym musiała na gruponie kupić pakiet na spotkania AA.
Poznałam fajnych ludzi, niektórych pierwszy raz, blogów nie znałam, a niektórzy to byli moi blogowi idole - Kasia Sawicka z Mojej Pasieki i Ela z Kombajnu Zakurzonej. Wzruszyłam się bardzo.
Jak to na takich spędach, trudno było ze wszystkimi pogadać. Tym bardziej, że one szybko poszły i tyle ich widział. Potem doszły dwie super laski, blogerki Iw-od nowa i Inwentaryzacja krotochwili. Więc otarłam łzy. Oczywiście byli też inni ważni dla nas, w tej grupie książkowej, wspomniana Magda i Agnieszka z Książkowo, Iza z Czytadełka. A także pisarki, ale chyba już wymieniać nie będę, bo się na tym na pewno wyłożę. Wiem, że wielu pominęłam, wybaczcie.
Siedzieliśmy w ogrodzie i dobrze Jolanta Kwiatkowska zauważyła, że to całkiem jak na działce u znajomych.
No i znowu powrót do domu Doroty, znowu ten sam rytuał, herbata, coś do jedzenia, plany na drugi dzień, prawie świt nas zastał. A w niedzielę to dopiero się działo.
poniedziałek, 23 września 2013
Malowniczo i roślinnie
Upał, a ja chora od tygodnia. Do tego malowanie, o którym wspominałam.
Mamy już skończoną sypialnię i obie łazienki oraz kuchnię. Myślałam, że nasz pokój był najgorszy, bo duperele, książki, biurko itp, ale kuchnia to był dopiero sajgon.
Nawet nie malowanie, ale pranie zasłonek z 4 okien, prasowanie, mycie kafelków, szafek, przekładanie miliona muszli i kamieni, wydawało mi się, że mamy tylko kilka kwiatków, a tu cała masa doniczek mi się w oczach, w jednym miejscu zmaterializowała. Zwątpiłam, że kiedykolwiek to opanuję.
Ale skończyłam, przy wydatnej pomocy małżona, za co go kocham jeszcze bardziej, bo w takich razach pomaga mi bardzo.
Kolor w sypialni doprowadził mnie do rozpaczy, miał być szarawy róż wpadający w lawendę, ale w dzień jest raczej po prostu lawendowy, a w świetle lampek dopiero wpada w taki kolor, jaki lubię.
Na zdjęciu jest dopiero intensywny, ale aż tak nie wygląda, lampa go wzmocniła. Tak czy tak, nie lubię takiego koloru i nie taki miał być. Nic to, jakoś się przemęczę te dwa lata.
Kuchnia miała być łososiowa i jest, nawiasem mówiąc, stąd do Was teraz nadaję :-)
Inaczej wygląda w słońcu, inaczej wieczorem, co oczywiste, ale zawsze ciepło i słonecznie, o co chodziło. Pasuje do mebli brązowych i do zielonego kredensu, który stoi obok stołu.
Najważniejsze, że jest czysto.
To chyba ostatni rok, w którym dobieram kolory, następne malowanie to już będą tylko jakieś kremy i ecru, magnolia - swoją drogą chyba najlepszy, najbardziej popularny i najczęściej kupowany kolor wszech czasów (bardziej mi się podobało, kiedy prawidłowo było pisać wszechczasów).
Za dużo stresu z tymi kolorami, czy będą takie jak chcę, czy inny odcień? I jak żyć z takim, który mi nie pasuje? Wiem, są próbki, ale Crown ma je dosyć drogie.
U nas dzisiaj letnia pogoda, ostatni zbiór bobu. Będę jeść i czytać nową powieść Chmielewskiej 'Zbrodnia w efekcie', zawsze mi się z nią bób kojarzy, odkąd się dowiedziałam, że obie uwielbiamy go jeść.
Kabaczki w tym roku piękne, ale jak dla mnie mało, bo lubię
Szczególnie z indyczą piersią, pomidorami, cebulą i dużą ilością ziół, dodaję też ze dwa jabłka, takie to letnie danie, najlepsze w towarzystwie gnocci czy też swojskich kopytek.
Wcześniej pokazywałam Wam ogórki, jakie to piękne w tym roku mieliśmy, pierwszy raz takie. Zimno było na początku lata, więc małżon trzymał je w domu 'od ziarenek'. Miałam oranżerię przez miesiąc, haha. Trzy okna całkiem zarośnięte zostały. Ale ogórasy jak marzenie
Na dziś to tyle, idę dalej chorować kurczę. Gardło boli, kaszel, słabizna, a jeszcze wiadomości z Polski nie za dobre, więc tym bardziej mnie rozkłada, bo mi ze stresu odporność spadła. Mówię wam, podłość ludzka nie zna granic, jak się człowiek juz z tym zetknie, to z podziwu ciężko wyjść, jak to jest, że niektórzy wstydu całkiem nie mają na to, co robią.
Mamy już skończoną sypialnię i obie łazienki oraz kuchnię. Myślałam, że nasz pokój był najgorszy, bo duperele, książki, biurko itp, ale kuchnia to był dopiero sajgon.
Nawet nie malowanie, ale pranie zasłonek z 4 okien, prasowanie, mycie kafelków, szafek, przekładanie miliona muszli i kamieni, wydawało mi się, że mamy tylko kilka kwiatków, a tu cała masa doniczek mi się w oczach, w jednym miejscu zmaterializowała. Zwątpiłam, że kiedykolwiek to opanuję.
Ale skończyłam, przy wydatnej pomocy małżona, za co go kocham jeszcze bardziej, bo w takich razach pomaga mi bardzo.
Kolor w sypialni doprowadził mnie do rozpaczy, miał być szarawy róż wpadający w lawendę, ale w dzień jest raczej po prostu lawendowy, a w świetle lampek dopiero wpada w taki kolor, jaki lubię.
Na zdjęciu jest dopiero intensywny, ale aż tak nie wygląda, lampa go wzmocniła. Tak czy tak, nie lubię takiego koloru i nie taki miał być. Nic to, jakoś się przemęczę te dwa lata.
Kuchnia miała być łososiowa i jest, nawiasem mówiąc, stąd do Was teraz nadaję :-)
Inaczej wygląda w słońcu, inaczej wieczorem, co oczywiste, ale zawsze ciepło i słonecznie, o co chodziło. Pasuje do mebli brązowych i do zielonego kredensu, który stoi obok stołu.
Najważniejsze, że jest czysto.
To chyba ostatni rok, w którym dobieram kolory, następne malowanie to już będą tylko jakieś kremy i ecru, magnolia - swoją drogą chyba najlepszy, najbardziej popularny i najczęściej kupowany kolor wszech czasów (bardziej mi się podobało, kiedy prawidłowo było pisać wszechczasów).
Za dużo stresu z tymi kolorami, czy będą takie jak chcę, czy inny odcień? I jak żyć z takim, który mi nie pasuje? Wiem, są próbki, ale Crown ma je dosyć drogie.
U nas dzisiaj letnia pogoda, ostatni zbiór bobu. Będę jeść i czytać nową powieść Chmielewskiej 'Zbrodnia w efekcie', zawsze mi się z nią bób kojarzy, odkąd się dowiedziałam, że obie uwielbiamy go jeść.
Kabaczki w tym roku piękne, ale jak dla mnie mało, bo lubię
Szczególnie z indyczą piersią, pomidorami, cebulą i dużą ilością ziół, dodaję też ze dwa jabłka, takie to letnie danie, najlepsze w towarzystwie gnocci czy też swojskich kopytek.
Wcześniej pokazywałam Wam ogórki, jakie to piękne w tym roku mieliśmy, pierwszy raz takie. Zimno było na początku lata, więc małżon trzymał je w domu 'od ziarenek'. Miałam oranżerię przez miesiąc, haha. Trzy okna całkiem zarośnięte zostały. Ale ogórasy jak marzenie
Na dziś to tyle, idę dalej chorować kurczę. Gardło boli, kaszel, słabizna, a jeszcze wiadomości z Polski nie za dobre, więc tym bardziej mnie rozkłada, bo mi ze stresu odporność spadła. Mówię wam, podłość ludzka nie zna granic, jak się człowiek juz z tym zetknie, to z podziwu ciężko wyjść, jak to jest, że niektórzy wstydu całkiem nie mają na to, co robią.
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Weekend na ogonie postawiony, ale za to gęsto było od drzew, a iskry leciały i łzy się lały, jak nie przymierzając przy PMS
A właściwie dlaczego nie przymierzając, właśnie, ze to jest PMS. Chyba, bo jak wiecie mając Mirenę, nie bardzo wiem. Ale musiał on ci to być, bo jestem na zmianę albo wkurzona, albo płaczliwa. Co ja się napłakałam w ostatnie trzy dni. Pokazali wyniesienie trumien z Powązek, tych ekshumowanych z grobów zbiorowych, ja w bek, jak rozmawiali z kobietą więzioną lata całe w powojennej Polsce, znowu łzy polałam, pokazali dzisiaj w 'Domu' jak matka opuszczała gospodarstwo w Sierpuchowie, bo mąż zmarł, tak szlochałam, ze myślałam, ze mi serce stanie. To nienormalne, przecież ja widziałam ten film milion razy. Mąż to widzi i tylko do Wojtka hasło rzuca - babcia Sabinka. Jego mama, Sabina właśnie, też tak popłakuje, jak przyjedziemy, jak wyjeżdżamy, jak coś się w rodzinie dzieje, babcia płacze. I ja chyba też to mam.
Iskry lecą, bo jak nie płaczę, to się wściekam, az mnie to samą męczy. Do tego czuję się niezrozumiana, niekochana, nic nie warta i ogólnie odpad. No, czy nie typowy PMS?
Weekend na ogonie stał, bo okazało się, że Franciszek ma tam ranę, poznałam tylko po tym, że jest wyjątkowo zainteresowanym jednym miejscem, pod włosami nie było widać, a do tego nie daje sobie tego obejrzeć, ani mnie, ani mężowi, od razu zęby na wierzch, zapakowałam go do samochodu i do weterynarza. Trzymał go syn, trzymałam ja, pysk miał zawiązany a i tak ledwo dawaliśmy sobie z nim radę. Pierwszy raz taka akcja. Po ogoleniu ogona okazało się, że rana jest, rozjątrzona, do tego ropa, więc zastrzyki, antybiotyki w tabletkach, maści - psu na budę, ale nie na fankowy ogon, bo nie daje sobie posmarować, a jak już, to zlizuje, chociaż ma tę obrożę niby, lampę taką, ale jakoś się tak wygina jak jogin i zawsze sobie ten ogon, długi do tego, pod nos wetknie. Co my z nim tu mamy. Wściekamy się na niego, bo taki agresywny z tym ogonem, a zaraz potem płaczemy, czy gorzej nie będzie. Trzy godziny go dzisiaj drapałam i głaskałam, żeby uwagę od ogona odwrócić.
Na spacer go zabraliśmy, tym razem pojechaliśmy w miejsce nam nieznane do Ards Forest Park. Blisko nas, ale nigdy tam nie byliśmy, nikt nam nie powiedział, dopiero Ewa z Tomkiem, kiedy nas wizytowali wspomnieli o tym, a mężowi zaraz się przypomniało, że faktycznie jakiś las niedaleko jest. A trzeba Wam wiedzieć, że w naszej części Donegalu lasów jak na lekarstwo, drzewo swego czasu było potrzebne, to powycinali w pień i teraz kamień na kamieniu. No, ale tam las aż miło, mąż jak w domu się poczuł, bo przecież u nich lasy piękne, gęste i zasobne.
Dla nas taki widok to rzadkość
A to Franiu, wyjątkowo bez 'lampy', widać ogolony ogon, a taki miał pióropusz śliczny na końcu
W życiu nie sądziłam, ze mi kiedykolwiek lasu będzie brakować
Dostałam wyróżnienie blogowe, mam napisać siedem rzeczy, których o mnie nie wiecie. Hm, po tylu latach blogowania nie wiem, czy siedem znajdę. Ale coś tam napiszę, no i obrazek wkleję, bo to jakby medal. Nie zapomniałam, jedynie myślę i za ogonem latam, stąd to opóźnienie
Iskry lecą, bo jak nie płaczę, to się wściekam, az mnie to samą męczy. Do tego czuję się niezrozumiana, niekochana, nic nie warta i ogólnie odpad. No, czy nie typowy PMS?
Weekend na ogonie stał, bo okazało się, że Franciszek ma tam ranę, poznałam tylko po tym, że jest wyjątkowo zainteresowanym jednym miejscem, pod włosami nie było widać, a do tego nie daje sobie tego obejrzeć, ani mnie, ani mężowi, od razu zęby na wierzch, zapakowałam go do samochodu i do weterynarza. Trzymał go syn, trzymałam ja, pysk miał zawiązany a i tak ledwo dawaliśmy sobie z nim radę. Pierwszy raz taka akcja. Po ogoleniu ogona okazało się, że rana jest, rozjątrzona, do tego ropa, więc zastrzyki, antybiotyki w tabletkach, maści - psu na budę, ale nie na fankowy ogon, bo nie daje sobie posmarować, a jak już, to zlizuje, chociaż ma tę obrożę niby, lampę taką, ale jakoś się tak wygina jak jogin i zawsze sobie ten ogon, długi do tego, pod nos wetknie. Co my z nim tu mamy. Wściekamy się na niego, bo taki agresywny z tym ogonem, a zaraz potem płaczemy, czy gorzej nie będzie. Trzy godziny go dzisiaj drapałam i głaskałam, żeby uwagę od ogona odwrócić.
Na spacer go zabraliśmy, tym razem pojechaliśmy w miejsce nam nieznane do Ards Forest Park. Blisko nas, ale nigdy tam nie byliśmy, nikt nam nie powiedział, dopiero Ewa z Tomkiem, kiedy nas wizytowali wspomnieli o tym, a mężowi zaraz się przypomniało, że faktycznie jakiś las niedaleko jest. A trzeba Wam wiedzieć, że w naszej części Donegalu lasów jak na lekarstwo, drzewo swego czasu było potrzebne, to powycinali w pień i teraz kamień na kamieniu. No, ale tam las aż miło, mąż jak w domu się poczuł, bo przecież u nich lasy piękne, gęste i zasobne.
Dla nas taki widok to rzadkość
A to Franiu, wyjątkowo bez 'lampy', widać ogolony ogon, a taki miał pióropusz śliczny na końcu
W życiu nie sądziłam, ze mi kiedykolwiek lasu będzie brakować
Dostałam wyróżnienie blogowe, mam napisać siedem rzeczy, których o mnie nie wiecie. Hm, po tylu latach blogowania nie wiem, czy siedem znajdę. Ale coś tam napiszę, no i obrazek wkleję, bo to jakby medal. Nie zapomniałam, jedynie myślę i za ogonem latam, stąd to opóźnienie
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Egzekucja odłożona, ale nie odwołana, za to ryb ci u nas dostatek
Wstałam raniutko, umyłam łeb, najadłam się gotowa na głodowanie kilku dniowe, no dobra, jednodniowe, ale jednak. Pojechałam z duszą na ramieniu i lekko rozluźnionymi ze strachu kiszkami na wizytę do dentysty i co? Nico. Mało nie zeszłam byłam na fotelu oczekując ekstrakcji, znieczulenie dostałam, ale nie zadziałało. Mam zapalenie i ono jeszcze nie zeszło na tyle, żeby się znieczulić wystarczająco do wyrywania zęba. Moja pani dentystka powiedziała, że nie będzie rwać, ustaliła wizytę w przyszlym tygodniu i tyle mnie widzieli.
Pół dnia z drętwą gębą chodziłam, wszystko straciło czucie, tylko nie dziąsło naokoło zęba. No ja zwariuję, znowu czekanie, nerwy, aż mnie to już śmieszy, bo w końcu stara baba jestem i nie powinnam już tak panikować.
Wczoraj syn i mąż byli na rybach i przywieźli prawie trzydzieści, a podobno drugie tyle oddali komuś tam. Ale mieli połów. Moje ukochane makrele prosto z morza. Mniam
Na koniec dnia wiadomość świetlista, córka ma szanse, na razie takie malutkie, ale jednak, na zatrudnienie. Nie będę Was szczegółami zanudzać, ale już tak całkiem za nic pracować nie będzie, a może z czasem i dostanie etat. Jakbym wiedziala, ze to pomoze, to bym sobie dała tego zęba na żywca wyrwać.
Panika odłożona, ale jeszcze o tym usłyszycie, nie upiecze Wam się, hehe.
Pół dnia z drętwą gębą chodziłam, wszystko straciło czucie, tylko nie dziąsło naokoło zęba. No ja zwariuję, znowu czekanie, nerwy, aż mnie to już śmieszy, bo w końcu stara baba jestem i nie powinnam już tak panikować.
Wczoraj syn i mąż byli na rybach i przywieźli prawie trzydzieści, a podobno drugie tyle oddali komuś tam. Ale mieli połów. Moje ukochane makrele prosto z morza. Mniam
Na koniec dnia wiadomość świetlista, córka ma szanse, na razie takie malutkie, ale jednak, na zatrudnienie. Nie będę Was szczegółami zanudzać, ale już tak całkiem za nic pracować nie będzie, a może z czasem i dostanie etat. Jakbym wiedziala, ze to pomoze, to bym sobie dała tego zęba na żywca wyrwać.
Panika odłożona, ale jeszcze o tym usłyszycie, nie upiecze Wam się, hehe.
niedziela, 19 sierpnia 2012
Przyszła kryska na Matyska, piłka była wielce pożądana, a łodzie też odchodzą na emeryturę
W tym wypadku Matyskiem jest mój ząb o imieniu szóstka dolna lewa
Ale mam jazdę. Najpierw lekko bolał mnie ząb. W ogóle nie jestem do tego przyzwyczajona, bo w miarę na bieżąco mam sprawdzaną paszczękę i nigdy nie doprowadzam do tego, żeby ból. Najpierw myślałam, że go czymś uraziłam, może mi coś wlazło, więc się pastwiłam niciami i innymi sprzęciorkami, żeby ewentualnie usunąć problem. Po dwóch dniach jednak musiałam pogodzić się z faktem, że dentysta mile widziany i jakoś się dostałam, chociaż u nas bez umawiania się jest ciężko.
No i co, ząb Matysek idzie precz jutro. Z rana mam się stawić na egzekucję. On był kiedyś tam dawno leczony kanałowo, na zasadzie kupienia mu kilku lat, wytrzymał coś ze 12 albo trochę więcej.
O mamusiu, jak ja się boję.
Z bólem zawalczyłam przeciwbólowymi jak dla konia, z zapaleniem antybiotykiem, chodzę skołowana, bo te leki są mocne i czuję się trochę jak na haju, ale najbardziej boję się jutro tego rwania, bo to ząb z tyłu, korzenie poza tym na zdjęciu objawiły się pozawijane czy coś tam, będzie m-a-s-a-k-r-a, do tego ja się nie najlepiej znieczulam.
O Bożeńciu litościwy, ratunku.
Panika
A tak w ogóle to nic wielkiego się nie dzieje, bo jak boli to wszystko wisi. Rozumiecie co mam na myśli.
Ale poczułam się w obowiązku i upiekłam ciasto na piknik sobotni, gdzie sprzedawaliśmy wypieki i dochody poszły na naszą polska szkołę. Najpierw myślałam, że nie dam rady, ale antybiotyk i 'haj-tabletki' zdziałały cuda i wprawdzie przepis widziałam podwójnie, ale jakos do pieca blachą trafiłam.
Dzisiaj spacer, bo wiadomo, ta ostaaaatnia niedziela z zębem szóstką, trzeba się pocieszyć.
Mąż znalazł boję gumowa i bawili się z Franciszkiem traktując ją jak piłkę. Franek się zakochał, nie odstępuje jej na krok
Najpierw chwilę grali, ale mąż zdecydował iść do domu i piłkę-boję położył na stole, Franek postanowił jej popilnować, jednocześnie spoglądając w stronę domu w oczekiwaniu na powrót pana
No i się doczekał, rzucanie, szczekanie, radość wielka, gra w piłkę nigdy się Frankowi nie nudzi
Tyle, ze u niego powinno to się nazywać gra w piłkę zębową, a nie nożną, bo stara się chwycić zębami i ją raczej nosić niż popychać nosem
Pan do domu, piłka-boja na stół, tym razem Franciszek postanowił nie siedzieć pod stołem, podskoczył i znalazł się na, a co
No to pan powiesił na karmiku, bo się bał, że Franek wreszcie zdoła przebić ją zębami, oj nie spodobało mu się to i szczekał głośno - piłko natychmiast schodz tu na dół
A może uda mi się doskoczyć, jak na stół? O kurczę, chyba jednak nie
Spacerowałam po plaży, a raczej piasku, który podczas przypływu jest dnem oceanu przy brzegu i wdychałam intensywnie powietrze. Nie wiem dlaczego zapach wody przywodził na myśl deszczowe dni w Koszalinie za moich młodzieńczych lat. Skąd to porównanie, powiedzieć nie umiem. Właściwie to ja lubię deszcz, byle by nie zacinał złośliwie za kołnierz, nie budził dreszczy, czyli taki letni, albo jak człowiek przygotowany i ma parasol i odpowiednie odzienie. W tym miejscu stoją wraki łodzi rybackich, akurat dobry klimat przed wieczornym seansem filmu Miasto z morza, na podstawie powieści Fleszarowej-Muskat 'Tak trzymać'. Oglądałam sobie te łodzie z bliska, myślałam o tym, jak to ludzie kiedyś na nich zarabiali na życie, jak trudzili się przy połowach, opierali złej pogodzie i zdradliwemu wichrowi, tęsknili za dziewczyną, która czekała w porcie. A teraz stoją takie bezużyteczne i bez duszy, smutne, ale dumne.
Ale mam jazdę. Najpierw lekko bolał mnie ząb. W ogóle nie jestem do tego przyzwyczajona, bo w miarę na bieżąco mam sprawdzaną paszczękę i nigdy nie doprowadzam do tego, żeby ból. Najpierw myślałam, że go czymś uraziłam, może mi coś wlazło, więc się pastwiłam niciami i innymi sprzęciorkami, żeby ewentualnie usunąć problem. Po dwóch dniach jednak musiałam pogodzić się z faktem, że dentysta mile widziany i jakoś się dostałam, chociaż u nas bez umawiania się jest ciężko.
No i co, ząb Matysek idzie precz jutro. Z rana mam się stawić na egzekucję. On był kiedyś tam dawno leczony kanałowo, na zasadzie kupienia mu kilku lat, wytrzymał coś ze 12 albo trochę więcej.
O mamusiu, jak ja się boję.
Z bólem zawalczyłam przeciwbólowymi jak dla konia, z zapaleniem antybiotykiem, chodzę skołowana, bo te leki są mocne i czuję się trochę jak na haju, ale najbardziej boję się jutro tego rwania, bo to ząb z tyłu, korzenie poza tym na zdjęciu objawiły się pozawijane czy coś tam, będzie m-a-s-a-k-r-a, do tego ja się nie najlepiej znieczulam.
O Bożeńciu litościwy, ratunku.
Panika
A tak w ogóle to nic wielkiego się nie dzieje, bo jak boli to wszystko wisi. Rozumiecie co mam na myśli.
Ale poczułam się w obowiązku i upiekłam ciasto na piknik sobotni, gdzie sprzedawaliśmy wypieki i dochody poszły na naszą polska szkołę. Najpierw myślałam, że nie dam rady, ale antybiotyk i 'haj-tabletki' zdziałały cuda i wprawdzie przepis widziałam podwójnie, ale jakos do pieca blachą trafiłam.
Dzisiaj spacer, bo wiadomo, ta ostaaaatnia niedziela z zębem szóstką, trzeba się pocieszyć.
Mąż znalazł boję gumowa i bawili się z Franciszkiem traktując ją jak piłkę. Franek się zakochał, nie odstępuje jej na krok
Najpierw chwilę grali, ale mąż zdecydował iść do domu i piłkę-boję położył na stole, Franek postanowił jej popilnować, jednocześnie spoglądając w stronę domu w oczekiwaniu na powrót pana
No i się doczekał, rzucanie, szczekanie, radość wielka, gra w piłkę nigdy się Frankowi nie nudzi
Tyle, ze u niego powinno to się nazywać gra w piłkę zębową, a nie nożną, bo stara się chwycić zębami i ją raczej nosić niż popychać nosem
Pan do domu, piłka-boja na stół, tym razem Franciszek postanowił nie siedzieć pod stołem, podskoczył i znalazł się na, a co
No to pan powiesił na karmiku, bo się bał, że Franek wreszcie zdoła przebić ją zębami, oj nie spodobało mu się to i szczekał głośno - piłko natychmiast schodz tu na dół
A może uda mi się doskoczyć, jak na stół? O kurczę, chyba jednak nie
Spacerowałam po plaży, a raczej piasku, który podczas przypływu jest dnem oceanu przy brzegu i wdychałam intensywnie powietrze. Nie wiem dlaczego zapach wody przywodził na myśl deszczowe dni w Koszalinie za moich młodzieńczych lat. Skąd to porównanie, powiedzieć nie umiem. Właściwie to ja lubię deszcz, byle by nie zacinał złośliwie za kołnierz, nie budził dreszczy, czyli taki letni, albo jak człowiek przygotowany i ma parasol i odpowiednie odzienie. W tym miejscu stoją wraki łodzi rybackich, akurat dobry klimat przed wieczornym seansem filmu Miasto z morza, na podstawie powieści Fleszarowej-Muskat 'Tak trzymać'. Oglądałam sobie te łodzie z bliska, myślałam o tym, jak to ludzie kiedyś na nich zarabiali na życie, jak trudzili się przy połowach, opierali złej pogodzie i zdradliwemu wichrowi, tęsknili za dziewczyną, która czekała w porcie. A teraz stoją takie bezużyteczne i bez duszy, smutne, ale dumne.
czwartek, 19 lipca 2012
Słońce na nosie
Od dłuższego czasu, gdzieś tak z początkiem recesji,
odmawiam sobie skutecznie, towarów luksusowych.
Nie jest to takie uciążliwe, jakby się wydawało. Jak wiecie ostatnio powtarzam z uporem maniaka - ‘less is
more’, im mniej kupuję, wydaję na przyjemności, tym bardziej każda drobnostka
mnie raduje. A prezenty to już w ogóle, z ołówka automatycznego wyjątkowej
urody cieszę się, jak z firmowej pomadki powiększającej usta. Drobiazgi poprawiają
humor, a rzeczy wielkie to już w ogóle potrafią wprawić mnie w stupor, tak jak
na przykład wyjazd, spotkania i zakupy na targach książki, o których do tej
pory rozmyślam z błogim i nieobecnym wyrazem twarzy.
Wkrótce idę na wesele do młodej Irlandki, z którą pracowałam, z jej matką zresztą też. Na moich oczach dojrzewała, wchodziła w dorosły świat pierwszej posady i stałego związku, a teraz – 10 lat później – będę świadkiem jej zamążpójścia. Jestem wzruszona, nawet bardzo, jakby to był ktoś bliski, ale uczucia nie mają nic do rzeczy, jeśli idzie o kupienie kreacji, zamurowało mnie, kiedy zobaczyłam ceny. Pomyślałam, że to jednak przesada, żeby kupować kieckę za setki euro, przecież to nawet nie moja rodzina. Pod tym względem to ja strasznie chytra jestem, nie ma mowy, żebym kupiła coś na raz, jeśli kiecka, to obskoczyłabym w niej wiele imprez, ale problem w tym, że ja nie chodzę ostatnio nigdzie, a jeśli, to na pewno nie na takie wydarzenia, żeby długa suknia, etola i takie tam bezsensowności. Oczywiście chciałabym być heroiną z papierosem w długiej lufce, z giętką kibicią w sukni bez pleców, ale ani warunki fizyczne nie te, ani finansowe, ani chyba czasy też niesprzyjające takiej postawie. Wyszłoby na to, że zgrywam się na kogoś, kim nie jestem, a to po prostu żałosne. Takie oto myślowe meandry pokonywałam, kiedy przechadzałam się między wieszakami w TK Maxx. A tam chłam pomiędzy cudeńkami lub odwrotnie, kto bywa w sklepach tej sieci, to wie. Znalazłam za grosze spodnie, tak piękne, powłóczyste, udające długą spódnicę, z jedwabiu w kwiaty, że aż się zacukałam, od razu stanęła mi przed oczami Rita Hayworth. Rozmiar S. Nigdy w życiu nie osiągnęłabym takiego rozmiaru, chyba, że w ciężkiej chorobie, a tego sobie, ani nikomu nie życzę. Mam nadzieję, że znajdą godną ‘nosicielkę’, bo były wyjątkowej urody i do tego za bezcen. Zaraz za nimi wisiała bluzka cudo, a że spodnie S, to myślałam, że ona też nie dla mnie. Tylko, że w TK Max jak w lumpeksie, wszystko jest wymieszane i teraz duże rozmiary wiszą z małymi, a do tego wiadomo, ludzie też porzucają ciuchy byle gdzie. I cud się stał owego dnia, bo rzeczona bluzka, w fantastyczne czerwone kwiaty przypominające mi maki, lejąca się, ściągnięta w biodrach i za małe pieniądze, była mojego rozmiaru i do tego tak elegancka, że może być nie tylko na wesele, ale i na jakieś mniej wyjątkowe wyjście, do teatru na przykład (chociaż szczerze mówiąc, dla mnie wyjście do teatru jest bardziej wyjątkowe niż na wesele). Tak byłam szczęśliwa, że się ubrałam na czekającą mnie imprezę za małe pieniądze, że pognałam ‘w nagrodę’ na stoisko z torebkami, bo to moja choroba, nic tylko bym je kupowała. Oczywiście sobie obiecałam, że tylko popatrzę. Nie doszłam tam jednak, bo zatrzymałam się przy ścianie z okularami. Przymierzyłam chyba z 10 par, w każdej wyglądałam durniej od poprzedniej. Już tak mam, że albo mnie okulary upiększają, albo robią ze mnie spuchniętą pszczołę, pijanego traktorzystę, gapowatego księgowego lub oczadziałą małpkę kapucynkę. No dobra, przyznam się, specjalnie wybierałam takie niedorzeczne, żeby się trochę pośmiać. Aż tu zauważyłam piękne złotawo-rude okulary Sonii Rykiel, droższe od pozostałych, ale bez przesady, nie tak jakbym je kupowała w jej salonie za setki euro. Ale i tak wydawało mi się to lekką przesadą, okulary to okulary, po co od razu SR? Założyłam na nos i wszelkie logiczne argumenty - dlaczego NIE powinnam ich kupować - pozostały gdzieś w sferze niebytu. Nie dość, że oprawka konweniuje z moim kolorem włosów, nie dość, że wystarczyło założyć, żebym się poczuła wyjątkowo kobieco, to jeszcze wrażenia wzrokowe były takie, jakbym się naćpała. Nagle wydało mi się, że w sklepie jest słonecznie, jasno i do tego bardziej kolorowo.
Mąż na mnie krzywo patrzył, kiedy się uparłam je kupić i wymieniłam wszystkie możliwe źródła dorobienia pieniędzy, żeby zrekompensować taki wydatek. Wyszliśmy na zewnątrz, pousuwałam te wszystkie wisiadła i nalepki, założyłam i mnie zatkało po raz drugi, zaraz dałam mężowi na nos i jego też zamurowało. Słońce w nich przestaje razić, ale paradoksalnie wrażenia wzrokowe są takie, jakby było bardzo słonecznie, kolorowo, bajkowo wręcz i nawet w cienistych plamach, gdzie kolory tracą na wyrazistości, w tych okularach wszystko wydaje się barwniejsze i piękniejsze niż jest; chociaż się nie umawialiśmy, co do tego, mąż też stwierdził, że tak muszą się czuć ludzie upaleni trawą. Nie oddał mi ich, tylko całą drogę prowadził z nimi na nosie. Co zwróciłam głowę w jego kierunku, widziałam faceta w damskich okularach i to mnie bardzo bawiło; kto by pomyślał, nie trzeba było ich nosić, żeby mieć dobry humor. Już mi nie straszne lekko pochmurne dni, z tymi okularami na nosie, mam swoje prywatne słońce non stop.
Wkrótce idę na wesele do młodej Irlandki, z którą pracowałam, z jej matką zresztą też. Na moich oczach dojrzewała, wchodziła w dorosły świat pierwszej posady i stałego związku, a teraz – 10 lat później – będę świadkiem jej zamążpójścia. Jestem wzruszona, nawet bardzo, jakby to był ktoś bliski, ale uczucia nie mają nic do rzeczy, jeśli idzie o kupienie kreacji, zamurowało mnie, kiedy zobaczyłam ceny. Pomyślałam, że to jednak przesada, żeby kupować kieckę za setki euro, przecież to nawet nie moja rodzina. Pod tym względem to ja strasznie chytra jestem, nie ma mowy, żebym kupiła coś na raz, jeśli kiecka, to obskoczyłabym w niej wiele imprez, ale problem w tym, że ja nie chodzę ostatnio nigdzie, a jeśli, to na pewno nie na takie wydarzenia, żeby długa suknia, etola i takie tam bezsensowności. Oczywiście chciałabym być heroiną z papierosem w długiej lufce, z giętką kibicią w sukni bez pleców, ale ani warunki fizyczne nie te, ani finansowe, ani chyba czasy też niesprzyjające takiej postawie. Wyszłoby na to, że zgrywam się na kogoś, kim nie jestem, a to po prostu żałosne. Takie oto myślowe meandry pokonywałam, kiedy przechadzałam się między wieszakami w TK Maxx. A tam chłam pomiędzy cudeńkami lub odwrotnie, kto bywa w sklepach tej sieci, to wie. Znalazłam za grosze spodnie, tak piękne, powłóczyste, udające długą spódnicę, z jedwabiu w kwiaty, że aż się zacukałam, od razu stanęła mi przed oczami Rita Hayworth. Rozmiar S. Nigdy w życiu nie osiągnęłabym takiego rozmiaru, chyba, że w ciężkiej chorobie, a tego sobie, ani nikomu nie życzę. Mam nadzieję, że znajdą godną ‘nosicielkę’, bo były wyjątkowej urody i do tego za bezcen. Zaraz za nimi wisiała bluzka cudo, a że spodnie S, to myślałam, że ona też nie dla mnie. Tylko, że w TK Max jak w lumpeksie, wszystko jest wymieszane i teraz duże rozmiary wiszą z małymi, a do tego wiadomo, ludzie też porzucają ciuchy byle gdzie. I cud się stał owego dnia, bo rzeczona bluzka, w fantastyczne czerwone kwiaty przypominające mi maki, lejąca się, ściągnięta w biodrach i za małe pieniądze, była mojego rozmiaru i do tego tak elegancka, że może być nie tylko na wesele, ale i na jakieś mniej wyjątkowe wyjście, do teatru na przykład (chociaż szczerze mówiąc, dla mnie wyjście do teatru jest bardziej wyjątkowe niż na wesele). Tak byłam szczęśliwa, że się ubrałam na czekającą mnie imprezę za małe pieniądze, że pognałam ‘w nagrodę’ na stoisko z torebkami, bo to moja choroba, nic tylko bym je kupowała. Oczywiście sobie obiecałam, że tylko popatrzę. Nie doszłam tam jednak, bo zatrzymałam się przy ścianie z okularami. Przymierzyłam chyba z 10 par, w każdej wyglądałam durniej od poprzedniej. Już tak mam, że albo mnie okulary upiększają, albo robią ze mnie spuchniętą pszczołę, pijanego traktorzystę, gapowatego księgowego lub oczadziałą małpkę kapucynkę. No dobra, przyznam się, specjalnie wybierałam takie niedorzeczne, żeby się trochę pośmiać. Aż tu zauważyłam piękne złotawo-rude okulary Sonii Rykiel, droższe od pozostałych, ale bez przesady, nie tak jakbym je kupowała w jej salonie za setki euro. Ale i tak wydawało mi się to lekką przesadą, okulary to okulary, po co od razu SR? Założyłam na nos i wszelkie logiczne argumenty - dlaczego NIE powinnam ich kupować - pozostały gdzieś w sferze niebytu. Nie dość, że oprawka konweniuje z moim kolorem włosów, nie dość, że wystarczyło założyć, żebym się poczuła wyjątkowo kobieco, to jeszcze wrażenia wzrokowe były takie, jakbym się naćpała. Nagle wydało mi się, że w sklepie jest słonecznie, jasno i do tego bardziej kolorowo.
Mąż na mnie krzywo patrzył, kiedy się uparłam je kupić i wymieniłam wszystkie możliwe źródła dorobienia pieniędzy, żeby zrekompensować taki wydatek. Wyszliśmy na zewnątrz, pousuwałam te wszystkie wisiadła i nalepki, założyłam i mnie zatkało po raz drugi, zaraz dałam mężowi na nos i jego też zamurowało. Słońce w nich przestaje razić, ale paradoksalnie wrażenia wzrokowe są takie, jakby było bardzo słonecznie, kolorowo, bajkowo wręcz i nawet w cienistych plamach, gdzie kolory tracą na wyrazistości, w tych okularach wszystko wydaje się barwniejsze i piękniejsze niż jest; chociaż się nie umawialiśmy, co do tego, mąż też stwierdził, że tak muszą się czuć ludzie upaleni trawą. Nie oddał mi ich, tylko całą drogę prowadził z nimi na nosie. Co zwróciłam głowę w jego kierunku, widziałam faceta w damskich okularach i to mnie bardzo bawiło; kto by pomyślał, nie trzeba było ich nosić, żeby mieć dobry humor. Już mi nie straszne lekko pochmurne dni, z tymi okularami na nosie, mam swoje prywatne słońce non stop.
niedziela, 15 lipca 2012
Daj mi nogę, daj mi nogę, daj mi nogę...
Ja ci nogi dać nie mogę, dać nie mogę... tarara tarara.
Cały dzień chodzę i to spiewam pod nosem. Rano włączyłam telewizję, bo się okazało, że mi w mp3 bateria siadła i podczas sprzątania nie mogłam książki słuchać, a nie lubię jak jest cicho w domu. No, nie lubię i już. Muzyki słucham ostatnio dosyć dużo, ale nie mogłam tym razem włączyć, bo syn na górze swoje piosenki puszczał. Na moje nieszczęście akurat zaczynał się na Jedynce serial Dom. To jest chyba najlepsza nasza produkcja. Za każdym razem, kiedy go nadają, a to przecież co roku, jak nie częściej, wydaje mi się, że już mnie nie zainteresuje, a kończy się zwykle tym, że przysiadam na półdupku i oglądam cały odcinek, ba, mało tego, śledzę kolejne. I tym razem nie było inaczej, zamiast odkurzać, siedziałam z zestawem ścierkowo-pędzelkowo-miotełkowym i przeżywałam, jakby to było moje pierwsze tego serialu doświadczanie. Doprawdy nie potrafię tego wytłumaczyć.
Ale to nie koniec, kiedy zdenerwowana opóźnieniem w porządkach, zerwałam się do roboty (to już Domu napisy były), podczas czynności okołopilotowych, czyli krótko mówiąc czyszczenia wokół guzików patyczkiem do uszu (kurczę, skąd się tyle brudu tam bierze), przełączyło mi się na Dwójkę, a tam 'Daleko od szosy'. I w tym przypadku siedziałam jak przyklejona do ekranu, a do tego dołączył do mnie mój syn i też się oderwać nie mógł. Imaginujecie to sobie? To, że kobita 40+ ogląda to jeszcze normalne, ale że 16-latek śledzi za zainteresowaniem losy Leszka, to już chyba nieczęste.
Trochę mu musiałam tłumaczyć różne rzeczy z tamtej rzeczywistości, ale jak widać historia chłopaka z małej wsi, który miał marzenia, trafia do ludzi nie tylko pamiętających tamte czasy i serial. Miłe rodzinne przedpołudnie spędzone na wspomnieniach (ja) i odkrywaniu czegoś o kraju swojego pochodzenia (syn).
Coś dzisiaj chora jestem, chyba grypa żołądkowa. Mdli mnie, skurcze żołądka, a przede wszystkim strasznie słaba jestem. Ale chorować to ja nie umiem. Bo nie tylko posprzątałam, ale i prasowanie odwaliłam, niewielkie, ale jednak. Już mnie denerwował kosz i deska w pokoju, a stały tam od kilku dni, od czasu, kiedy mi nagle, bez uprzedzenia, w połowie prasowania wielkiej góry ciuchów (jak zwykle wtedy oglądam sobie seriale lub filmy i wcale mi się nie nudzi, nawet to lubię) przestało działać żelazko. Bezczelność. Małżon rozebrał, ale je zaraz ubrał i powiedział, że skończyło się i już nic z niego nie będzie. Kilkanaście lat bezawaryjnej służby, miało prawo. Jak ja nie lubię kupować nowych sprzętów do domu wtedy, kiedy mam takie, z których jestem nad wyraz zadowolona! Na dodatek nie bardzo mam teraz pieniądze na nieprzewidziane wydatki, na przewidziane też nie J
Tego dnia i tak miałam jechać do gminy, to od razu wpadłam do kilku sklepów pooglądać nowe żelazka i ewentualnie kupić. Miałam skitrane trochę grosza, widać tam na górze już było od jakiegoś czasu wiadomo, że mi sprzęt walnie. Moja prababcia Michalina zwykła mówić, ze jesteśmy za biedne, żeby kupować byle co. Mam zakodowane, że jak coś do domu, to ma być dobrej jakości, bo wtedy mi dobrze służy. Poprzednie żelazko to był Azur Philipsa. Tym razem postanowiłam, że pozostanę przy tej marce, po obejrzeniu katalogu Argosa ze zdziwieniem skonstatowałam, że Azury są nadal produkowane, nawet w kilku wersjach, a dodatkowo okazało się, że w Argosie jest wyprzedaż i to, które mogłoby być, kosztuje połowę ceny. Ale było też inne, niestety nieprzecenione, ale za to najnowsze z automatycznym stand-by, parą typu Ionic , cokolwiek to znaczy i innymi wodotryskami. Moje serce było za tym nowoczesnym, ale to w ofercie było niewiele inne, a całe pięć dych tańsze (euro nie złotówek). Pomyślałam, że jednak bez przesady, żelazko to żelazko, w końcu nie podtrzymuje czynności życiowych, a pięćdziesiątak drogą nie chodzi i wzięłam jednak to tańsze. Dumna byłam z tej bohaterskiej decyzji.
Oto moje stare białe, odchodzi na emeryturę, a niebieskie wchodzi na zastępstwo. Powinnam się cieszyć, ale jakoś mi smutno, lubiłam tego mojego staruszka, poręczne było i wyjątkowo dobre
Dzisiaj postanowiłam wypróbować. Odłączył mi się przedłużacz z gniazdka i zanim się zorientowałam, że to było przyczyną awarii, myślałam, że mi ono przestało w połowie prasowania działać, zdążyłam się wkurzyć, posłać kilkanaście ch… (to jest h czy ch bo nigdy nie wiem?), k… i innych bardziej wysublimowanych hm hm, o ile można o nich tak powiedzieć. W każdym razie przypomniał mi się serial IT Crowd, gdzie panowie od komputerów zawsze zadają pytanie czy wtyczka jest dobrze osadzona w gniazdku i czy pani próbowała wyłączyć i włączyć sprzęt, schyliłam się i okazało się, że ‘ojej, jaki pan mądry’ wtyczka. Bo to zawsze jest coś w tym rodzaju, haha.
Powiem tylko, ze uwielbiam żelazka Philipsa. A przy okazji ze zdziwieniem zauważyłam, że większość moich różnych sprzęciorków jest Philipsa, niezamierzenie zupełnie. I telewizor, i mp3, i oba dvd (jedno z nagrywarką i dyskiem twardym), dziwne, bo nie firma, a za każdym razem parametry, decydowały o wyborze każdego z nich. Widać, że nam z Philipsem po drodze.
I żeby nie było wątpliwości oświadczam, że nie jest to wpis w żaden sposób sponsorowany i linkowany. Po prostu dzielę się z Wami swoimi obserwacjami, dlaczego nie mielibyśmy tego robić bezinteresownie?
P.S. Wpis ukazuje się dzisiaj, chociaż napisany wczoraj, internet mi padł i dopiero teraz udało nam się naprawić
czwartek, 5 lipca 2012
Jakby co, wskoczę na wilka i pognam w nieznane
Dzisiaj małżon wywlókł mnie z domu na ryby. To znaczy on na ryby, ja poczytać, pies pohasać.
Wszystko się zgadza, tylko, że wybraliśmy się jak matoły.
Zarządził ten wyjazd 'teraz natychmiast', bo godzina przed najwyższym przypływem i ryby biorą. A tam jedzie się dwadzieścia minut. Buty w zęby, książkę pod pachę i heja.
Zapomniałam, że lepiej się słucha książek niż czyta w takie słońce. Do tego trzeba było gębę wysmarować, bo jak taki deszcz non stop, to przecież ja w ogóle nie nawykła do blasku mocnego słonecznego prosto w pysk przez ponad godzinę.
Okularów nie wzięłam, na szczęście jakieś szarpaki w samochodzie miałam.
Jak już dowlekliśmy się do skał okazało się, że nie mam siedzonka, czyli takiej poduszki pierdzącej pod tyłek, żeby sobie swobodnie na kamieniach siedzieć.
Malżon z kijem na skały pognał jak, nie przymierzając, kozica jakaś, pies też hyc hyc, a ja zaczęłam szukać jakiejś miejscówki. Widok cudny, oczywiście aparat został w domu.
Rozsiadłam się na wyglądającej dobrze półce skalnej, ale miałam kolano jedno pod brodą. Przesunęłam się na kolejną, jakoś dziwnie skręcona byłam, na trzeciej dopiero zaznałam jakiej takiej wygody.
Poczytałam, nawet mi się tak rajsko, sielsko, anielsko zrobiło, bo co chwila Frank do mnie przybiegał z językiem na wierzchu i kazał się głaskać - podrzucał moją dłoń pyskiem wysoko, mając nadzieję, że jak spadnie ponownie, to na jego kark i będę go miziać. Pachniał słoną wodą. Słońce w oczach. Takie intymne momenty z psiakiem nad oceanem. Serce przy sercu. Fajnie.
Książka arcy ciekawa, to się nie zorientowałam, że mnie pysk piecze. Jak znam życie, jutro wstanę i będę miała czerwone policzki i białe koła po okularach wokół oczu. Czoło oczywiście też białe. I wilka, bo pod tyłkiem tylko cienki ręczniczek. Znacie ten kawał o ułanach? Poruczniku na koń! Ale ja mam wilka. To na wilka.
A tak na poważnie, pomyślałam trochę też na tych skałach i muszę przyznać, że taki wieczór nad samym oceanem z psem i książką to jest absolutny luksus. Jak na to tak spojrzeć, ile by mi pieniędzy nie brakowało, jestem bogata.
Wszystko się zgadza, tylko, że wybraliśmy się jak matoły.
Zarządził ten wyjazd 'teraz natychmiast', bo godzina przed najwyższym przypływem i ryby biorą. A tam jedzie się dwadzieścia minut. Buty w zęby, książkę pod pachę i heja.
Zapomniałam, że lepiej się słucha książek niż czyta w takie słońce. Do tego trzeba było gębę wysmarować, bo jak taki deszcz non stop, to przecież ja w ogóle nie nawykła do blasku mocnego słonecznego prosto w pysk przez ponad godzinę.
Okularów nie wzięłam, na szczęście jakieś szarpaki w samochodzie miałam.
Jak już dowlekliśmy się do skał okazało się, że nie mam siedzonka, czyli takiej poduszki pierdzącej pod tyłek, żeby sobie swobodnie na kamieniach siedzieć.
Malżon z kijem na skały pognał jak, nie przymierzając, kozica jakaś, pies też hyc hyc, a ja zaczęłam szukać jakiejś miejscówki. Widok cudny, oczywiście aparat został w domu.
Rozsiadłam się na wyglądającej dobrze półce skalnej, ale miałam kolano jedno pod brodą. Przesunęłam się na kolejną, jakoś dziwnie skręcona byłam, na trzeciej dopiero zaznałam jakiej takiej wygody.
Poczytałam, nawet mi się tak rajsko, sielsko, anielsko zrobiło, bo co chwila Frank do mnie przybiegał z językiem na wierzchu i kazał się głaskać - podrzucał moją dłoń pyskiem wysoko, mając nadzieję, że jak spadnie ponownie, to na jego kark i będę go miziać. Pachniał słoną wodą. Słońce w oczach. Takie intymne momenty z psiakiem nad oceanem. Serce przy sercu. Fajnie.
Książka arcy ciekawa, to się nie zorientowałam, że mnie pysk piecze. Jak znam życie, jutro wstanę i będę miała czerwone policzki i białe koła po okularach wokół oczu. Czoło oczywiście też białe. I wilka, bo pod tyłkiem tylko cienki ręczniczek. Znacie ten kawał o ułanach? Poruczniku na koń! Ale ja mam wilka. To na wilka.
A tak na poważnie, pomyślałam trochę też na tych skałach i muszę przyznać, że taki wieczór nad samym oceanem z psem i książką to jest absolutny luksus. Jak na to tak spojrzeć, ile by mi pieniędzy nie brakowało, jestem bogata.
wtorek, 3 lipca 2012
Piłkarskie finały, kocie podchody (dobrze, że nie odchody), a na talerzu raj
O ludzie, jak ja się spłakałam po meczu z Włochami. Bo ja jestem kibic na 100%, albo nic i czytam książkę, albo całym sercem i nogami. Wymyśliłam sobie, że Hiszpanom już wystarczy tych tytułów, już biorą je za normę, cieszą się, ale nie tak, jakby Włosi szaleli, gdyby dostali. A jeśli już nie nasi, to niebieskim kibicowałam i jak daleko zaszliśmy! Do samego finału.
Cały dzień sobie z synem delikatnie 'dogryzaliśmy' - masz tu synku chrupki na wieczór, jakoś ci muszę osłodzić przegraną Twojej drużyny; masz tu mamuś ciastko z jabłkami, jak będziesz w rozpaczy po przegranej, to sobie zjesz. I tak cały dzień.
Przyszła ta godzina, zasiedliśmy, małżon z książką zdrajca. Emocje wielkie, u nas, bo u męża różnie, ale jednak odłożył książkę po jakimś czasie, nie zdzierżył. Po dwóch golach już wiedziałam, że nic z tego. Stracili power, gołym okiem to było widać. Przerwa, siedzę nabzdyczona, syn pyta - mama, gniewasz się na mnie? Musiałam mieć straszną minę skoro się dziecko przestraszyło, że go matka wydziedziczy.
Potem to już była masakra, kiedy znieśli jednego zawodnika, a było już po trzech zmianach i nikogo nie mogli wprowadzić, Włosi grali w 10, a do tego podłamani. Hiszpanie to już bili leżącego, nie mogłam na to patrzeć. Po odgwizdaniu końca, wszyscy wiedzą 4:0, jak te stare chłopy zaczęli płakać to mnie też łzy stanęły u bram, ale jak odbierali medale i Hiszpanie przystąpili do złotych, nie łzy mnie tak 'odtamiły', ale wzrok Buffona i takie rozmarzenie w oczach - co by było, gdybyśmy my tam teraz stali. Kurczę, łzy mi leciały jakby mi ktoś kurek otworzył do podlewania ogrodu. Mąż się śmiał, że lepiej niech ja stanę pod krzakiem z różami, przynajmniej jakiś pożytek z tego będzie.
Jeszcze cały poniedziałek przeżywałam, te ich wyjazdy, przyjazdy i komentarze, ale już zakończyłam to definitywnie, bo bez przesady, mam swoje życie, sama jestem zaskoczona, ze tak przeżywam. To chyba bardziej żal za emocjami i tym Euro w ogóle, a nie za drużyną konkretną.
I ta cholerna polityka, która się 'wreszcie' przebiła i szaleje po kanałach - nienawidzę, wkurzają mnie i mam nadzieję, że wszyscy, którzy od tego odpoczywali długo, już nie mają w sobie zgody na to całe bagno i słuchanie o tym.
A w weekend była Misia z kotami. W sobotę nas oba budrysy odwiedziły, a w niedzielę tylko na chwilkę. Takie cudowne dzieciaki.
Tutaj jeszcze w Dublinie, chodziły po wannie, kiedy córka brała kąpiel. Całkiem jak mali ludzie, nie lubią być same i idą za córką, gdziekolwiek by ona nie była. Tosia, ta druga, się skąpała i biedna, zmęczona Michalina, musiała wyłazić z wanny, suszyć ją i dopiero mogła wrócić i dokończyć ablucje. A tak lubi polezeć z książką.
przerzucił się na rozkrok, bo mu się wydawało tak bezpieczniej
Tosia spokojnie, łapka za łapką
A tu pod 'drzewem' storczykowym sobie siedzi Tosieńka
Pussling się zmęczył i u męża postanowił sobie poleżeć. Małżon się zwierzętami nie zachwyca, lubi, ale tutiulał nie będzie, ale jak przychodzi co do czego, to wszystkie u niego zawsze zalegają na spanie
Ma dobre fluidy. Jak mnie coś boli, zawsze mnie jego dotyk leczy. Taki domowy Kaszpirowski. Odinadcać, dwienatcać...
A na koniec zdjęcie z cyklu przyjemne odchudzanie. Zrobiliśmy obiad weekendowy - piersi z kurczaka pieczone pod szynką prosciutto, z pomidorami pieczonymi i rukolą. Takie było pyszne, że w niedzielę też zrobiliśmy. Korzystaliśmy z tego przepisu z taką różnicą, ze zamiast cukru do pomidorów, daliśmy do miseczki dwie łyżki oliwy, dwie figowego octu balsamicznego, czosnku i ziół (mam świeże oregano z ogrodu). Michalina to wynalazła. To jest tak dobre, że trudno słowami opisać.
Rukola jest samiuteńka, bez dodatków w sensie innej sałaty czy warzyw, jedynie z dressingiem własnego wyrobu z odrobiny oleju, musztardy, octu jabłkowego i przypraw.
Cały dzień sobie z synem delikatnie 'dogryzaliśmy' - masz tu synku chrupki na wieczór, jakoś ci muszę osłodzić przegraną Twojej drużyny; masz tu mamuś ciastko z jabłkami, jak będziesz w rozpaczy po przegranej, to sobie zjesz. I tak cały dzień.
Przyszła ta godzina, zasiedliśmy, małżon z książką zdrajca. Emocje wielkie, u nas, bo u męża różnie, ale jednak odłożył książkę po jakimś czasie, nie zdzierżył. Po dwóch golach już wiedziałam, że nic z tego. Stracili power, gołym okiem to było widać. Przerwa, siedzę nabzdyczona, syn pyta - mama, gniewasz się na mnie? Musiałam mieć straszną minę skoro się dziecko przestraszyło, że go matka wydziedziczy.
Potem to już była masakra, kiedy znieśli jednego zawodnika, a było już po trzech zmianach i nikogo nie mogli wprowadzić, Włosi grali w 10, a do tego podłamani. Hiszpanie to już bili leżącego, nie mogłam na to patrzeć. Po odgwizdaniu końca, wszyscy wiedzą 4:0, jak te stare chłopy zaczęli płakać to mnie też łzy stanęły u bram, ale jak odbierali medale i Hiszpanie przystąpili do złotych, nie łzy mnie tak 'odtamiły', ale wzrok Buffona i takie rozmarzenie w oczach - co by było, gdybyśmy my tam teraz stali. Kurczę, łzy mi leciały jakby mi ktoś kurek otworzył do podlewania ogrodu. Mąż się śmiał, że lepiej niech ja stanę pod krzakiem z różami, przynajmniej jakiś pożytek z tego będzie.
Jeszcze cały poniedziałek przeżywałam, te ich wyjazdy, przyjazdy i komentarze, ale już zakończyłam to definitywnie, bo bez przesady, mam swoje życie, sama jestem zaskoczona, ze tak przeżywam. To chyba bardziej żal za emocjami i tym Euro w ogóle, a nie za drużyną konkretną.
I ta cholerna polityka, która się 'wreszcie' przebiła i szaleje po kanałach - nienawidzę, wkurzają mnie i mam nadzieję, że wszyscy, którzy od tego odpoczywali długo, już nie mają w sobie zgody na to całe bagno i słuchanie o tym.
A w weekend była Misia z kotami. W sobotę nas oba budrysy odwiedziły, a w niedzielę tylko na chwilkę. Takie cudowne dzieciaki.
Tutaj jeszcze w Dublinie, chodziły po wannie, kiedy córka brała kąpiel. Całkiem jak mali ludzie, nie lubią być same i idą za córką, gdziekolwiek by ona nie była. Tosia, ta druga, się skąpała i biedna, zmęczona Michalina, musiała wyłazić z wanny, suszyć ją i dopiero mogła wrócić i dokończyć ablucje. A tak lubi polezeć z książką.
przerzucił się na rozkrok, bo mu się wydawało tak bezpieczniej
Tosia spokojnie, łapka za łapką
A tu pod 'drzewem' storczykowym sobie siedzi Tosieńka
Pussling się zmęczył i u męża postanowił sobie poleżeć. Małżon się zwierzętami nie zachwyca, lubi, ale tutiulał nie będzie, ale jak przychodzi co do czego, to wszystkie u niego zawsze zalegają na spanie
Ma dobre fluidy. Jak mnie coś boli, zawsze mnie jego dotyk leczy. Taki domowy Kaszpirowski. Odinadcać, dwienatcać...
A na koniec zdjęcie z cyklu przyjemne odchudzanie. Zrobiliśmy obiad weekendowy - piersi z kurczaka pieczone pod szynką prosciutto, z pomidorami pieczonymi i rukolą. Takie było pyszne, że w niedzielę też zrobiliśmy. Korzystaliśmy z tego przepisu z taką różnicą, ze zamiast cukru do pomidorów, daliśmy do miseczki dwie łyżki oliwy, dwie figowego octu balsamicznego, czosnku i ziół (mam świeże oregano z ogrodu). Michalina to wynalazła. To jest tak dobre, że trudno słowami opisać.
Rukola jest samiuteńka, bez dodatków w sensie innej sałaty czy warzyw, jedynie z dressingiem własnego wyrobu z odrobiny oleju, musztardy, octu jabłkowego i przypraw.
niedziela, 19 czerwca 2011
Jestem w raju, kiedy nie ma mnie w piekle
Pierwszy taki ciepły dzień w Donegalu, na tyle w każdym razie, żeby wyjść na zewnątrz i posiedzieć. Słońce ostre, więc wypróbowaliśmy nasz nowy parasol za całe 9 euro lub coś koło tego (Aldi's finest), sprawuje się conajmniej tak dobrze, jakby kosztował 30, haha.
W planach miałam dzisiaj tylko czytanie, ale kiedy przypomniałam sobie, ze wczoraj w ogóle nie sprawdziłam, czy jest kolejny odcinek Downtown Abbey na TVN Style (moja miłość do kostiumowych seriali nie zna granic), to zaraz pognałam do komputera sprawdzić, czy jest powtórka. A jak już tu zajrzałam, to wiadomo, na maile odpisać trzeba, na FB sprawdzić, czy obcych w mieście nie ma, poczytać Was troszeczku... Mąż zmontował ten stół i parasol, co bym reszty dnia w domu nie spędziła. Daję sobie jeszcze chwilę i już biorę się za książkę, bo końcówka i jej ciekawa jestem.
Pies leży w plamie słońca obok mnie na trawniku, czuję pod ręką, kiedy go co chwilę głaszczę po łbie kontrolnie, jak jego biało rude futro się nagrzewa, a on mi tu dźwiękowe dodatki do muzyki zapewnia, bo mruczy i buczy co chwila ze szczęścia. Radio mąż włączył w shed'ie czyli komórce naszej przy domu (niebieska :-). Ma tam prąd, jak każdy mężczyzna majsterkujący (nie żeby jakieś stołki tam wyrabiał, po prostu potrafi wszystko naprawić, dorobić i przystosować, a do tego potrzebny warsztat), dźwięki audycji dochodzą z oddali i czuję się jak kiedyś na plaży w Mielnie, kiedy ktoś miał ze sobą radio tranzystorowe i Lato z Radiem niosło się wokół. Melodia poleczki radioletniej do tej pory, pewnie już zawsze, wyciska ze mnie łzy wzruszenia na wspomnienie dzieciństwa i szczęśliwych letnich dni, jeszcze z tatą i nierzadko z dalsza rodziną wizytującą nasze tereny w lecie. Kanapki z jajkiem, zdjęcia z małpką, lody Bambino, frytki w torebkach papierowych nakładane z aluminiowej miski w barku obok wejścia na plażę nr 2, gofry, ludzie w kosiumach, nagie dzieci w chusteczkach na głowach, z piskiem goniące fale, kosze wiklinowe, za które trzeba było słono płacić, las parawanów, gra w karty na kocu, kopanie dołków głębokości ramienia (i jak to się dzieje, że tam jest woda??? dziecięce zdziwienie) ryby z ulubionej smażalni późnym wieczorem - tęsknię.
Piję Irish Coffee i to kłóci się z tymi wspomnieniami, bo o takich rzeczach wtedy nikt nie słyszał, ale co tam, kawa pyszna, przecież nie polecę teraz parzyć po turecku do termosu, żeby miec realia :-)
Takie dni w domu, kiedy wprawdzie utyskuję, że nic się nie dzieje, ze adrenaliny brak, tak naprawdę dają mi siłę do zmierzenia się z kolejnym tygodniem w pracy, która mi wcale, ale to wcale nie przynosi radości ani satysfakcji. Codziennie idę tam z dobrym, optymistycznym nastawieniem, bo mam nadzieję, na jakiś przełom. Usilnie znajduję dobre strony sytuacji, ze to na krótko, że nowe doświadczenie, że jak się nauczę robić kawę, to ja im pokażę, to będzie najlepsza kawa w mieście... Ale zaraz po kilku minutach wiem, że nic się nie zmieni, że atmosfera w pracy do niczego, że i tak nikt nie docenia starań, a dwie gwiazdy robią za gwiazdy, chociaż ani tu, ani tym bardziej gdzie indziej, gwiazdami nie są i nigdy nie będą. Nie ma nic gorszego jak miernota przekonana o swojej wyjątkowości. Ja chcę do normalnych ludzi!!!!
Syn od tygodnia u córki w Dublinie, miał wrócić jutro, ale przedłuża do środy. Fajnie tam mają, chodzą do kina, na wystawy, jakieś zakupy, no i to, co tygrysy lubia najbardziej - wypady do fajnych restauracyjek, a to chińskiej, a to meksykańskiej, a to najlepsze burgery w mieście, zazdroszczę im, bo ja dieta. Na zdjęciu widać moje słodycze, czyli garść malin i winogrona. Jestem z siebie dumna. Wczoraj zrobiłam dietetycznego kurczaka Marengo, który był pysznościowy (duża zasługa oleju chilli w ilości całe dwie łyżki, na którym smażyłam pierś, a potem dusiłam cebulę i pieczarki), jakoś dajemy radę. Slowly but surely jak mawiają tutaj, czyli powoli, ale niezmiennie do celu.
A poza tym nie dzieje się nic.
W planach miałam dzisiaj tylko czytanie, ale kiedy przypomniałam sobie, ze wczoraj w ogóle nie sprawdziłam, czy jest kolejny odcinek Downtown Abbey na TVN Style (moja miłość do kostiumowych seriali nie zna granic), to zaraz pognałam do komputera sprawdzić, czy jest powtórka. A jak już tu zajrzałam, to wiadomo, na maile odpisać trzeba, na FB sprawdzić, czy obcych w mieście nie ma, poczytać Was troszeczku... Mąż zmontował ten stół i parasol, co bym reszty dnia w domu nie spędziła. Daję sobie jeszcze chwilę i już biorę się za książkę, bo końcówka i jej ciekawa jestem.
Pies leży w plamie słońca obok mnie na trawniku, czuję pod ręką, kiedy go co chwilę głaszczę po łbie kontrolnie, jak jego biało rude futro się nagrzewa, a on mi tu dźwiękowe dodatki do muzyki zapewnia, bo mruczy i buczy co chwila ze szczęścia. Radio mąż włączył w shed'ie czyli komórce naszej przy domu (niebieska :-). Ma tam prąd, jak każdy mężczyzna majsterkujący (nie żeby jakieś stołki tam wyrabiał, po prostu potrafi wszystko naprawić, dorobić i przystosować, a do tego potrzebny warsztat), dźwięki audycji dochodzą z oddali i czuję się jak kiedyś na plaży w Mielnie, kiedy ktoś miał ze sobą radio tranzystorowe i Lato z Radiem niosło się wokół. Melodia poleczki radioletniej do tej pory, pewnie już zawsze, wyciska ze mnie łzy wzruszenia na wspomnienie dzieciństwa i szczęśliwych letnich dni, jeszcze z tatą i nierzadko z dalsza rodziną wizytującą nasze tereny w lecie. Kanapki z jajkiem, zdjęcia z małpką, lody Bambino, frytki w torebkach papierowych nakładane z aluminiowej miski w barku obok wejścia na plażę nr 2, gofry, ludzie w kosiumach, nagie dzieci w chusteczkach na głowach, z piskiem goniące fale, kosze wiklinowe, za które trzeba było słono płacić, las parawanów, gra w karty na kocu, kopanie dołków głębokości ramienia (i jak to się dzieje, że tam jest woda??? dziecięce zdziwienie) ryby z ulubionej smażalni późnym wieczorem - tęsknię.
Piję Irish Coffee i to kłóci się z tymi wspomnieniami, bo o takich rzeczach wtedy nikt nie słyszał, ale co tam, kawa pyszna, przecież nie polecę teraz parzyć po turecku do termosu, żeby miec realia :-)
Takie dni w domu, kiedy wprawdzie utyskuję, że nic się nie dzieje, ze adrenaliny brak, tak naprawdę dają mi siłę do zmierzenia się z kolejnym tygodniem w pracy, która mi wcale, ale to wcale nie przynosi radości ani satysfakcji. Codziennie idę tam z dobrym, optymistycznym nastawieniem, bo mam nadzieję, na jakiś przełom. Usilnie znajduję dobre strony sytuacji, ze to na krótko, że nowe doświadczenie, że jak się nauczę robić kawę, to ja im pokażę, to będzie najlepsza kawa w mieście... Ale zaraz po kilku minutach wiem, że nic się nie zmieni, że atmosfera w pracy do niczego, że i tak nikt nie docenia starań, a dwie gwiazdy robią za gwiazdy, chociaż ani tu, ani tym bardziej gdzie indziej, gwiazdami nie są i nigdy nie będą. Nie ma nic gorszego jak miernota przekonana o swojej wyjątkowości. Ja chcę do normalnych ludzi!!!!
Syn od tygodnia u córki w Dublinie, miał wrócić jutro, ale przedłuża do środy. Fajnie tam mają, chodzą do kina, na wystawy, jakieś zakupy, no i to, co tygrysy lubia najbardziej - wypady do fajnych restauracyjek, a to chińskiej, a to meksykańskiej, a to najlepsze burgery w mieście, zazdroszczę im, bo ja dieta. Na zdjęciu widać moje słodycze, czyli garść malin i winogrona. Jestem z siebie dumna. Wczoraj zrobiłam dietetycznego kurczaka Marengo, który był pysznościowy (duża zasługa oleju chilli w ilości całe dwie łyżki, na którym smażyłam pierś, a potem dusiłam cebulę i pieczarki), jakoś dajemy radę. Slowly but surely jak mawiają tutaj, czyli powoli, ale niezmiennie do celu.
A poza tym nie dzieje się nic.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







