Syn prosił, prosił i uprosił - poszłam z nim na koszykówkę. W każdy wtorkowy wieczór odbywają się mecze towarzyskie kobiet, a potem mężczyzn. W lecie, kiedy ludzi ogólnie mniej, bo wyjazdy, bo jakieś tam prace na polach torfowych, gra mieszana drużyna. Ratuj się kto może. Od nastolatek i młodych kobiet, poprzez średnio wiekowe, do facetów walecznych sportowo i tych, co zapomnieli, jak się gra. Do wyboru do koloru.
W tym wszystkim ja - nie grałam w koszykówkę jakieś 28-30 lat, a mówić, że kiedyś ją trenowałam i byłam całkiem, całkiem, to nadużycie w takim wypadku. Przedawnienie może raczej.
Sama nie wiedziałam, czego się po sobie spodziewać. Nie wiedziałam nawet, czy trafię ręką w piłkę po jej odbiciu, haha, a co dopiero z nią biegać. Biegać bez patrzenia na nią, bo to za moich czasów był obciach. Za jakich czasów? Nie pamiętam kochaneczki, chyba jeszcze przed rewolucją październikową.
W każdym razie poszłam.
Syn dał mi trochę poodbijać, postrzelać, zaraz się zorientowałam, że zły stanik założyłam i co podskoczyłam do wbicia piłki do kosza, to mi cycki normalnie widoczność zasłaniały.
Zawsze miałam wytłumaczenie, dlaczego nie trafiam.
Na drugi dzień, nawet jeszcze tego samego wieczora, mogłam się przekonać, gdzie mam wszystkie mięśnie i ścięgna i że nogi może człowiekowi odjąć wcale nie z powodu nieszczęśliwego wypadku.
Do tego nogi wydają też dźwięki podczas chodzenia - auć, auć, auć...
We wtorek znowu idę. Spodobało mi się, mam nadzieję, że moje dawne urazy stawów skokowych się nie odezwą i będę mogła grać z nimi co tydzień. No i, ze wyjdę z domu w noc zimową grać, bo u nas ósma to już noc w grudniu.
W kwestii drugiej części tytułu, czyli chleba.
Kiedy Polacy tu zjechali, wszystko, co słyszałam wokół jeśli idzie o produkty spożywcze to, że chleb tutejszy, czyli taka wata i puch, jest nie do jedzenia.
Podczas pobytu w gminie kupiłam bochenek chleba w polskim sklepie, wszystkie wydawały mi się podejrzanie lekkie jak na rozmiar, ale pani powiedziała, ze ten, co trzymam w ręku to najpopularniejszy rodzaj, znika w mig.
Ale mieliśmy ubaw z mężem, kiedy go rozpakowaliśmy do jedzenia. Owszem znika w mig, ale chyba jak się na nim usiądzie. Wstaniesz i nic nie ma, biała plama. Lekki, bo w środku wata konkursowa, nawet Brits&Irish nie są w stanie takiego g... wyprodukować. Przylepia się do podniebienia, nie trzyma formy, ma smak wacików do zmywania makijażu i w ogóle jest do kitu. Najbardziej dziwi mnie jego popularność. Dziadostwo jakieś.
Paradoksalnie najlepszy chleb i przypominający nasz, sprzedaje Lidl. Jeden biały, drugi ciemny z ziarnami dyni. Ma też taki niskoglutenowy z ziarnami, ciemny. Całe szczęście.
Najlepszy jest swój, domowy, ale nie zawsze mam ochotę piec, to trzeba mieć wenę, nie lubię obowiązku wstawiania chleba co drugi, trzeci dzień, bo co, jak mam coś fajniejszego do roboty od pieczenia? Chleb zmuszany nie jest już taki magiczny.
Kupiłam też niedawno sok w sklepie irlandzkim, ale polska półka. Na opakowaniu napisane Garden, potem na dole 100% i coś jeszcze, ale nie dojrzałam. Założyłam, że sok pomarańczowy i grapefruitowy taki dobrótki, a on jakiś sztuczny, mąż wyczytał jakieś gumy tam, składniki dziwne, najmniej soku, a to 100% to było smaku z koncentratu, cokolwiek to ma znaczyć. I jeszcze zalecenie, żeby o otwarciu szybko wypić. Dwa litry!
Mąż polewał, dworował sobie z nas, że pić trzeba, bo napisali, że dobry, czuć tę gumę z dętki itp. Ukarał mnie, nie przeczytałam nalepki i mam za swoje.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry. Pokaż wszystkie posty
sobota, 31 sierpnia 2013
piątek, 4 stycznia 2013
Po raz kolejny wysadzona z Osadników
Córka w domu, jeszcze tylko kilka dni więc korzystamy i gramy w Osadników z Catanu jak szaleni. Wraz z wersją podstawową, dostałam na urodziny też dodatek żeglarski i teraz mamy nie tylko lądy, ale i morza, a do tego kilka scenariuszy gier, bo wraz z wodą i statkami, są możliwości na rozkładanie wysp w różnych konfiguracjach i to bardzo urozmaica grę. Wojtek cały czas wygrywa skubany. Nie wiem, jak on to robi, ale Miśce udało się tylko raz, a jego wygrane nader często mają miejsce na jeden krok przede mną, kiedy ja już się szykuję do zadania ostatecznego ciosu. Wrrrr.
Dzisiaj szło mi jak nigdy, zbudowałam szlak wodno - lądowy jak złoto, popatrzcie sami - pomarańczowa jestem. Na koniec przyżarło mi z kartami i miałam więcej niż trzeba, żeby wygrać. Ale jeden ruch przede mną Wojtek zakończył i tyle z tego miałam.
Nic to, zawsze jest kolejna gra i kolejna szansa.
W czasie świąt odsłuchałam audiobooka Łukasza Grassa o jego przygotowaniach do triathlonu, ale nie tylko, również o wypaleniu zawodowym, potrzebie zmian i o tym, że ruch i sport pomagają uporządkować inne aspekty życia. Polecam Wam bardzo, bo mnie ona zmotywowała i jak tylko doleczę nogę, zaczynam się sportować. O książce szerzej piszę na Notatkach Coolturalnych
Powoli wszystko wraca do normy sprzed świąt. Ostatnie kawałki piernika od Marcinów zjadamy, choinka się obsypuje i na dniach ją rozbierzemy, niby szkoda, ale powrót do rutyny dnia codziennego też jest fajny, przecież święta nie mogą trwać wiecznie
Dzisiaj szło mi jak nigdy, zbudowałam szlak wodno - lądowy jak złoto, popatrzcie sami - pomarańczowa jestem. Na koniec przyżarło mi z kartami i miałam więcej niż trzeba, żeby wygrać. Ale jeden ruch przede mną Wojtek zakończył i tyle z tego miałam.
Nic to, zawsze jest kolejna gra i kolejna szansa.
W czasie świąt odsłuchałam audiobooka Łukasza Grassa o jego przygotowaniach do triathlonu, ale nie tylko, również o wypaleniu zawodowym, potrzebie zmian i o tym, że ruch i sport pomagają uporządkować inne aspekty życia. Polecam Wam bardzo, bo mnie ona zmotywowała i jak tylko doleczę nogę, zaczynam się sportować. O książce szerzej piszę na Notatkach Coolturalnych
Powoli wszystko wraca do normy sprzed świąt. Ostatnie kawałki piernika od Marcinów zjadamy, choinka się obsypuje i na dniach ją rozbierzemy, niby szkoda, ale powrót do rutyny dnia codziennego też jest fajny, przecież święta nie mogą trwać wiecznie
wtorek, 5 czerwca 2012
Osadnicy miast i wsi łączcie się
U nas długi weekend, nie tak jak w Polsce, ale jednak. Co jakiś czas w Irlandii mamy tak zwane 'bank holidays' czyli wolne poniedziałki. Nie wiem, skąd się wzięła nazwa, tubylcy mówią, że stąd, że banki w ten dzień zamknięte, a jak banki to i reszta, ale nie jestem przekonana. Z drugiej strony nie jest to dla mnie aż tak istotne, żeby grzebać w źródłach i się tego dowiadywać. Jeśli ktoś z tutaj mieszkających wie i ma ochotę się tym podzielić, napiszcie.
Czyli sobota (zależy u kogo), niedziela i poniedziałek wolny. Znaczy, można gdzieś pojechać, można przyjąć gości. A jak jeszcze pogoda dopisuje, to już w ogóle pełnia szczęścia.
I tak się właśnie stało, było w miarę ładnie, chociaż u nas nad oceanem trochę wietrznie, za to bez deszczu, na co utyskuje mój mąż, który płacze nad swoimi roślinkami w ogrodzie, bo tutaj jak trzy dni nie pada, to fatalnie dla gleby, a jak tydzień to klęska urodzaju.
Przyjechali do nas znajomi sztuk dwa dorosłe i sztuk dwa dzieci. Nawieźli jedzenia, my przygotowaliśmy drugie tyle, teraz za to płacę jadłowstrętem, bo nie od dziś wiadomo, ze jak się je w towarzystwie, je się za dużo i tak było w moim przypadku. A po wprowadzeniu diety, ja już nie jestem w stanie (chociaż głowa o tym czasem nie pamięta, ale żołądek i w ogóle system trawienny szybko przypomina) i teraz za to płacę. Nie mogę patrzeć na jedzenie, haha. Koniec dygresji, bo miało być o znajomych.
Oni mają tak cudne dzieci, że one są zupełnie 'nieinwazyjne', co się w ogóle nie zdarza w przyrodzie, ale im tak. Kiedy się z nimi spędza czas, to sama przyjemność jest, a jak człowiek chce się zająć trochę innymi sprawami, to one sie świetnie potrafią bawić ze sobą. Trudno w to uwierzyć, ale przez te dwa dni, co u nas byli, ani razu nie było płaczu, marudzenia, histerii, nawet takiej mini.
A czym dorośli chcieli się zająć? Pewnie myślicie, że balanga, pół czystej na stół i heja. Ano wcale nie. Owszem piwko było i różowe winko też, ale po upchaniu jedzenia do lodówy, na stół wjeżdżały gry planszowe, a najbardziej jedna, druga tylko na trochę.
Graliśmy w Osadników z Catanu (Settlers of Catan)
W wiele gier grałam, wiadomo, człowiek zawsze zachwyca się nowym odkryciem, ale ta jest naprawdę świetna. Zdobywa się wioski, buduje drogi, wymienia wioski na miasta, zbiera kamienie, zboże, owce, drewno i cegły, to wszystko jest potem środkiem płatniczym, kostka rządzi wszystkim, no i kombinować trzeba, zeby zyskać, a nie stracić. Przy czym śmiechu jest co niemiara, pogadać też można, pożartować, szczególnie, kiedy odbywa się handel wymienny. Cudna jest. Bardzo polecam.
Graliśmy jednego wieczora, graliśmy drugiego, rozsądek kolegi i decyzja o ich wyjeździe do domu, odwiodła nas od chęci grania dzień trzeci. Jednak powrót do życia musi być, hehe.
Takie wizyty uświadamiają mi, że pal sześć nietrafione znajomości, nie trzeba martwić się tym, że w koszu pięknych owocnych związków międzyludzkich, znajdzie się jedna śliwka robaczywka, gdyby się człowiek opancerzał, zamykał na piękne przyjaźnie, na nowe znajomości, byłby o niebo uboższy. Nie narażając się na zawód, odcinałby się też od fantastycznych prezentów od losu w formie świetnych znajomych wokół. I tak w ostatecznym rozrachunku 'prawdziwki' wygrywają, a muchomory, chociaż wydają się sobie tak atrakcyjne, koniec końców zjada własny jad.
Gośku, Marcinie, Igo i Tosiu - dzięki za piękny weekend i świetną zabawę.
Czyli sobota (zależy u kogo), niedziela i poniedziałek wolny. Znaczy, można gdzieś pojechać, można przyjąć gości. A jak jeszcze pogoda dopisuje, to już w ogóle pełnia szczęścia.
I tak się właśnie stało, było w miarę ładnie, chociaż u nas nad oceanem trochę wietrznie, za to bez deszczu, na co utyskuje mój mąż, który płacze nad swoimi roślinkami w ogrodzie, bo tutaj jak trzy dni nie pada, to fatalnie dla gleby, a jak tydzień to klęska urodzaju.
Przyjechali do nas znajomi sztuk dwa dorosłe i sztuk dwa dzieci. Nawieźli jedzenia, my przygotowaliśmy drugie tyle, teraz za to płacę jadłowstrętem, bo nie od dziś wiadomo, ze jak się je w towarzystwie, je się za dużo i tak było w moim przypadku. A po wprowadzeniu diety, ja już nie jestem w stanie (chociaż głowa o tym czasem nie pamięta, ale żołądek i w ogóle system trawienny szybko przypomina) i teraz za to płacę. Nie mogę patrzeć na jedzenie, haha. Koniec dygresji, bo miało być o znajomych.
Oni mają tak cudne dzieci, że one są zupełnie 'nieinwazyjne', co się w ogóle nie zdarza w przyrodzie, ale im tak. Kiedy się z nimi spędza czas, to sama przyjemność jest, a jak człowiek chce się zająć trochę innymi sprawami, to one sie świetnie potrafią bawić ze sobą. Trudno w to uwierzyć, ale przez te dwa dni, co u nas byli, ani razu nie było płaczu, marudzenia, histerii, nawet takiej mini.
A czym dorośli chcieli się zająć? Pewnie myślicie, że balanga, pół czystej na stół i heja. Ano wcale nie. Owszem piwko było i różowe winko też, ale po upchaniu jedzenia do lodówy, na stół wjeżdżały gry planszowe, a najbardziej jedna, druga tylko na trochę.
Graliśmy w Osadników z Catanu (Settlers of Catan)
W wiele gier grałam, wiadomo, człowiek zawsze zachwyca się nowym odkryciem, ale ta jest naprawdę świetna. Zdobywa się wioski, buduje drogi, wymienia wioski na miasta, zbiera kamienie, zboże, owce, drewno i cegły, to wszystko jest potem środkiem płatniczym, kostka rządzi wszystkim, no i kombinować trzeba, zeby zyskać, a nie stracić. Przy czym śmiechu jest co niemiara, pogadać też można, pożartować, szczególnie, kiedy odbywa się handel wymienny. Cudna jest. Bardzo polecam.
Graliśmy jednego wieczora, graliśmy drugiego, rozsądek kolegi i decyzja o ich wyjeździe do domu, odwiodła nas od chęci grania dzień trzeci. Jednak powrót do życia musi być, hehe.
Takie wizyty uświadamiają mi, że pal sześć nietrafione znajomości, nie trzeba martwić się tym, że w koszu pięknych owocnych związków międzyludzkich, znajdzie się jedna śliwka robaczywka, gdyby się człowiek opancerzał, zamykał na piękne przyjaźnie, na nowe znajomości, byłby o niebo uboższy. Nie narażając się na zawód, odcinałby się też od fantastycznych prezentów od losu w formie świetnych znajomych wokół. I tak w ostatecznym rozrachunku 'prawdziwki' wygrywają, a muchomory, chociaż wydają się sobie tak atrakcyjne, koniec końców zjada własny jad.
Gośku, Marcinie, Igo i Tosiu - dzięki za piękny weekend i świetną zabawę.
poniedziałek, 9 stycznia 2012
Ciekawe za-grania
Od dawien dawna lubię gry planszowe. Tak jak lubię pasjansa układanego na stole. Po prostu urodziłam się w czasie, kiedy o komputerowych grach nikt nie słyszał, ba, nawet nie przeczuwano ich powstania, toteż wybór był tylko jeden. Natomiast Chińczyka, warcaby i inne gry znali wszyscy. Grali w nie rodzice z dziećmi, dzieci z dziećmi, młodzież też, bo zaczęły się pojawiać też takie dla dorosłych. Nie wiem, czy Wam wspominałam, że po obiedzie graliśmy - tata, mama i ja - w karty, w tysiąca, o to, kto zmywa naczynia. Ech, to były czasy.
Ucieszyłam się, że rusza portal Lubimy Planszówki, będzie można się więcej dowiedzieć o nowościach na rynku. Niedawno koleżanka dała mi namiar na fajny sklep, gdzie można je kupić i nawet wysyłają za granicę - nazywa się Panszóweczka.pl
Nie myślcie, że ja tu coś reklamuję, nie, po prostu cieszę się, że moja miłość do gier planszowych wchodzi w nowy etap, nowe gry, kolejne godziny spędzone z rodziną przy stole z dobrym drinkiem w ręku i z głową zaprzątniętą nową zagadką. Nie tylko ja lubię, ale i syn, córka, jeszcze-nie-zięć, małżon, a co się przy tym naśmiejemy !!! Oj, mówię Wam czasami trzeba przerywać grę.
Moje dzieciaki dorastają, mają swoje życie, lubię te nieliczne momenty, kiedy mamy czas tylko dla siebie.
A kiedy przyjdą wnuki, będę z nimi grać w gry dla małych dzieci. Już się nie mogę doczekać.
A tę grę kupię sobie wkrótce, już o niej kiedyś słyszałam i za sprawą koleżanki przypomniałam sobie, że chcę ją mieć
Ucieszyłam się, że rusza portal Lubimy Planszówki, będzie można się więcej dowiedzieć o nowościach na rynku. Niedawno koleżanka dała mi namiar na fajny sklep, gdzie można je kupić i nawet wysyłają za granicę - nazywa się Panszóweczka.pl
Nie myślcie, że ja tu coś reklamuję, nie, po prostu cieszę się, że moja miłość do gier planszowych wchodzi w nowy etap, nowe gry, kolejne godziny spędzone z rodziną przy stole z dobrym drinkiem w ręku i z głową zaprzątniętą nową zagadką. Nie tylko ja lubię, ale i syn, córka, jeszcze-nie-zięć, małżon, a co się przy tym naśmiejemy !!! Oj, mówię Wam czasami trzeba przerywać grę.
Moje dzieciaki dorastają, mają swoje życie, lubię te nieliczne momenty, kiedy mamy czas tylko dla siebie.
A kiedy przyjdą wnuki, będę z nimi grać w gry dla małych dzieci. Już się nie mogę doczekać.
A tę grę kupię sobie wkrótce, już o niej kiedyś słyszałam i za sprawą koleżanki przypomniałam sobie, że chcę ją mieć
Subskrybuj:
Posty (Atom)


