Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjścia wieczorne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjścia wieczorne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Myślałam, że będzie lajtowo. Jakże się pomyliłam!

W niedzielę wieczorem, już po targowo-radiowych emocjach, przy sushi z Zielonki (kto by pomyślał jeszcze niedawno, że japońska kuchnia będzie na stole każdego, kto tego zechce), zeszło ze mnie całe napięcie ostatnich dni. Obie z Agą siedziałyśmy zwinięte trochę jak puste dętki, ona z powodu intensywnej pracy na targach, a ja z powodu intensywnego bywania na tychże, uwierzcie mi, też można się wykończyć.
Zakładałam, że w poniedziałek będzie luzik. Właściwie nic nie miałam w planach poza kilkoma spotkaniami (taki oksymoron sytuacyjny), ale nie miałam pojęcia, kto i kiedy, bo mi po prostu siadła zdolność organizacyjna. Miałam listę ludzi, z którymi chciałam się zobaczyć, ale zgrać to wszystko, nie tak łatwo. Jeden punkt programu był pewny - spotkanie we Wrzeniu Świata w związku z książką pt. 'Czterech' redaktora Grzegorza Chlasty. Aga z Czarnej Owcy nadała, że takowe się odbywa, w smartfona na listę wciągnęliśmy.
No, ale to dopiero o 19-tej. Kupa ciasa, jak mawiał ruski saper.

Rano z Agnieszką zjadłyśmy niespiesznie śniadanie. Kawa, rozmowa, ważne. Ale potem jednak musiałyśmy chybcikiem się zebrać, udawać, że się jest poza czasem, można tylko przez chwilę. Załadowałyśmy się do samochodu i w drogę do Warszawy. Nie wiem jak to wymyśliłam, nie potrafię tego teraz w czeluściach pamięci odgrzebać, że odwiedzę Tosię Kozłowską. Miałyśmy się spotkać w mieście, najlepiej w weekend, ale nie dałam rady, a w poniedziałek to była już operacja logistyczna, bo dzieci, bo szkoła, więc wpadło mi do łba, żeby pojechać do niej. Miałam nadzieję, że to na trasie do pracy Agnieszki. Wszystko wspaniale, z tym, że nie przyszło mi do głowy sprawdzić, która godzina. Najpierw miałyśmy jechać do Warszawy dopiero o 12, ale zmieniły nam się plany, o czym ja już zapomniałam.

I jak jakiś głupek niewychowany, dzwonię do Tosi i pytam, gdzież ona mieszka? Bo jadę :-)
Wytłumaczyła, okazało się, że to niedaleko punktu docelowego Agnieszki, taksówka zawiozła mnie za grosze na miejsce. Ufff. No, ale była 11. Zgroza mnie wzięła, ale już odwrotu nie było.
Antonina Kozłowska to jest absolutnie niezwykła osóbka, nasze rozmowy to była przyjemność w czystej postaci. Nasze spotkanie, jego jakość, to dowód na to, że ludzie nie mają racji, że znajomości fejsowe są gorsze lub wręcz nic nie warte. Myślę, że wszystko zależy od ludzi.
Oczywiście, jak tylko mogłam, podłączałam się komórką do sieci wifi i właśnie u Tosi połączyłam się z innymi osobami, które miałam na liście 'must see'. Nie miałam roamingu na internet, więc wiadomości odbierałam i nadawałam z doskoku, z centrów handlowych i kafejek na przykład. Wszystko wydawało się proste dopóki za oknem piękne słońce, ale kiedy wyszłam od niej, niebo zaciągnęło się chmurami. Wsiadłam do autobusu wiozącego mnie do centrum, im bliżej celu, tym ciemniej i większe chmury, aż gdy wysiadłam, weszłam wprost w rozszalałą burzę i ulewę. Wpadłam do banku, żeby przeczekać. Aż dziw, ze nie otworzyli do mnie ognia, myśląc, że to napad, bo moje wejście było z gatunku tych 'nagłych' delikatnie mówiąc. Z rozwianym włosem i wytrzeszczem oczu, założę się, bowiem strasznie boję się burzy, której na dodatek końca nie było widać.
Zadzwoniłam do Maniczytania czyli Magdy, że chyba nie uda nam się zobaczyć, bo ja się nigdzie nie mogę ruszyć. Dorota czekała na mnie pod Rotundą, ja pod Mariottem, co się wychylam, coraz gorzej leje. Byłam bez kurtki, bez parasola. Co robić? Jednakże Magda uzmysłowiła mi, że jak tylko uda mi się dopaść do podziemi, to tam znajdę przejście do tramwaju jadącego do Galerii Mokotów, ona tam dobije i wreszcie się zobaczymy.
I tak się stało, znalazłyśmy się z Dorotą, nawet nie musiałyśmy czekać na tramwaj, wyjście było trochę traumatyczne, bo wprost w ulewę, która w ogóle nie traciła na sile. Do Galerii wpadłam już jako miss mokrego podkoszulka.
Tam kolejne spotkanie z Magdą właścicielką bloga Maniaczytania. I znowu to samo, będę już nudna, mam szczęście do ludzi, do rozmów, do wymiany energii, dobrze, że się człowiek nie naładowuje prądem, bo w mokrej koszulinie to bym porażenia doznała. Taka sytuacja.
Tam też odebrałam wiadomość o możliwości jeszcze jednego spotkania, tym razem z pisarzem, z mojej listy pt. 'oszalałam, jak tylko przeczytałam' (wcale nie tak długiej, jeśli chodzi o Polaków). A mowa o autorze 'Mr.Pebble i Gruda' Mariuszu Ziomeckim (o książce piszę tu), który był tak łaskaw i się nad czytelniczką na skraju histerii pochylił.
Przeczytałam książkę już jakiś czas temu, a pamiętam, jakby wczoraj, co mi się wcale tak często nie zdarza.  Czytam dużo, ale tylko nieliczne historie zostają ze mną na całe życie. Jest coś takiego, przyznajcie, że człowiek czyta i kurczę czuje każde słowo, każde zdanie, wie, co pisarz chciał powiedzieć. Percepcja wchodzi na zupełnie inny poziom, już nie oko-mózg-emocje, tylko oko-emocje-emocje-emocje-ewentualnie mózg, jeśli się w tę sferę przedrze, czyli przerabiasz to w duszy, w sercu, w każdej komórce zanim się zorientujesz, co się dzieje w ogóle. I tak było z tą opowieścią. Niech Was 900 stron nie przeraża, mogłoby ich być więcej. Po skończeniu książki, mam tak szalenie rzadko, powiedziałam na głos, excuse my French - o ja pierdolę! I zapadłam się w sobie na tydzień. Z żalu, że to już koniec.
A jak już ktoś taką książkę napisze, to ma mój nie-obiektywizm i czytelniczą miłość na zawsze. Dlatego też chciałam spotkać autora, udało nam się umówić po spotkaniu we Wrzeniu.
Zasiedziałyśmy się w Galerii Mokotów, wypadłyśmy jak opętane, wyszukałyśmy taksówkę, korki jak cholera, bo ta ulewa zablokowała miasto. Agnieszka napisała, że chyba nie dojedzie, bo gdzieś utknęła, a ja nie przyjmowałam w ogóle do wiadomości, że mogłabym na to spotkanie nie dojechać na czas. Całą drogę taksówkarz nas bawił opowieściami o misjach wojskowych, w których brał udział, o żonie, dzieciach, braterstwie krwi, ani rannych, ani martwych się nie zostawia. No i wykrakał, bo skręcił w małą uliczkę, że niby szybciej i JEB - przywalił w nas inny samochód. I to z mojej strony, byłoby w moje drzwi, ale pan przytomnie uciekł w bok tak jakoś dziwnie i dzięki temu uderzenie poszło na błotnik zaraz za linią drzwi. Byłam w szoku, pocieszona lekko, że jeśli jestem ranna to on mnie nie zostawi, ale Kalina przytomniejsza, wypadła z samochodu, podała facetowi numer telefonu, jakby trzeba było świadczyć, kto w kogo wjechał (to nie była jego wina) i w te pędy puściła się  przed siebie, a my z Dorotą za nią. Dzięki temu dopadłyśmy do metra, potem tramwaju i resztę per pedes - spóźniłyśmy się tylko kilka minut. Przy czym, jak już tam wpadłyśmy,  wyglądałyśmy jak ofiary gwałtu zbiorowego. Nie powiem, wejście miałyśmy wyśmienite, aż jednej babce spadł z kolan laptop.
Odrobina przesadyzacji nie zaszkodzi :-)


Książkę Grzegorza Chlasty dostałam z Czarnej Owcy dla biblioteki przed samym wyjazdem. Niezwykle ciekawy temat. Z opisu - "opowiada o dziewiczych latach powstawania służb specjalnych w nowej, demokratycznej Polsce. Jednymi z ich współtwórców byli czterej bohaterowie książki - ś.p. Konstanty Miodowicz, Bartłomiej Sienkiewicz, Wojciech Brochwicz oraz Piotr Niemczyk. Grzegorz Chlasta w wywiadach z bohaterami książki stara się dociec na czym polegał z ich strony ten skok na głęboką wodę - wejście w paszczę dotychczasowego lwa i próba uporządkowania rzeczywistości znanej tylko z twarzy opresyjnych funkcjonariuszy SB. Dotychczasowi anarchiści, pacyfiści, działacze opozycji postanowili uczestniczyć - pod okiem wielkich mistrzów - w tworzeniu struktur niezbędnych w każdym demokratycznym państwie. Dlaczego podjęli taką decyzję? Lektura książki to nie tylko zbiór anegdot. To także obraz epoki, w której większość poruszała się po omacku, a jednocześnie chciała popełnić jak najmniej błędów. Bez poznania atmosfery i wyborów tamtych czasów trudno jest zrozumieć aktualną rzeczywistość".

Nie zdążyłam jej jeszcze przeczytać, chociaż bardzo jestem jej ciekawa. Pana Grzegorza 'znam' z poranków RDC, których czasami słucham szykując się do pracy. Tym bardziej mus było zobaczyć to spotkanie i dowiedzieć się, 'co autor miał na myśli', zanim zacznę lekturę. Cieszę się, że tam dotarłam, bo było niezwykle ciekawie, emocjonująco, najbardziej dzięki dyskusji. Nie wiem, dlaczego prowadzący skończył spotkanie w umówionym czasie, bo było jeszcze kilka osób, które chciały coś powiedzieć. Czy to mus? Czy tylko tyle może ono trwać, ile umówione z gospodarzem, w tym wypadku Wrzeniem Świata? Nie wiem, ale pozostawiło mnie to z niedosytem.
Siedziałam bokiem na okiennym parapecie z poduszkami, widziałam salę doskonale, również słuchaczy. Jeden z nich był ubrany w czarny garnitur i wyglądał trochę, może to sugestia tematem, na kogoś ze służb specjalnych. Kiedy jedna z babeczek wstała i powiedziała, że była wzruszona lekturą, bo miała wrażenie, że byliśmy w dobrych rękach i to ją niezwykle właśnie poruszyło, ten człowiek, wyglądał na twardziela, służby czy nie, miał łzy w oczach. To z kolei mnie niezwykle wzruszyło. Kto wie, może to właśnie było jedyne podziękowanie, przecież oni niczego na świeczniku nie robią i nie mają okazji do braw i fanfar, jedynie uścisk dłoni szefa. No i maślane spojrzenie jego sekretarki.

Potem to spotkanie z Mariuszem Ziomeckim, czyli powtórzę - mam szczęście do ludzi i oczywiście było niezwykle interesująco, niby nic nowego, bo ciągle piszę, że z kimś się widziałam, ale jestem zawsze wdzięczna za takie chwile w życiu, niczego nie biorę za pewnik, że mi się należy, bo to, że ktoś poświęca swój czas nieznajomemu, albo znajomemu ledwo, bo z sieci, jest zawsze dla mnie wzruszające. Nic więcej nie powiem.
Jak u Hitchcocka, zaczęło się wcale nie tak spokojnie, a potem już było coraz bardziej emocjonująco. Ciekawa byłam, kiedy mi z tych wrażeń odbierze rozum po prostu.

sobota, 31 maja 2014

Powoli, nie na raz, przecież się nie rozerwę

Dostaję pytania o relację z wyjazdu, jak było, jak było? Ano było, lepiej niż mogłam sobie wyobrazić, niż mogłam w ogóle oczekiwać, chociaż czasem myślałam, że się nie uda, bo warszawskie odległości mogą człowieka wykończyć.
Ale od początku. Relację podzielę na tę tu, codzienną o życiu, o moich obserwacjach i na książkową na blogu Notatki Coolturalne (pierwsza w sobotę późną porą).


W piątek, pierwszy dzień mojego pobytu, taki oto obrazek zobaczyłam z balkonu przyjaciółki. Drzewa, jej kwiaty i słońce, ale niestety co za tym idzie skwar niemożebny. A ja do tego nie nawykłam. Od kilkunastu lat mieszkam w klimacie umiarkowanym, raczej mokro, to nic nowego, ale czy wiecie, że ja prawie kurtki nie noszę? Muszę mieć coś od wiatru, od deszczu, ale żadne tam kapoty i kozaki. Bo u nas nie ma upałów w lecie, ale też mrozu w zimie. W każdym razie rzadko kiedy.

Wyszykowałyśmy się, makijaże te sprawy, od razu mnie szlag trafił, że nie udało mi się w żaden sposób kupić tego płynu utrwalającego makijaż na długie godziny, przydałoby się w takich warunkach, a do tego wiedziałam przecież, że nie wrócimy do domu koleżanki aż do późna.
No, ale to szczegół, trzeba być twardym jak Wanda Wasilewska. Wyszłam na ten upał i próbowałam za wszelką cenę zwolnić oddech, myśląc, że to pomoże w obniżeniu temperatury. Nie wiem, jak to wymyśliłam. Szczególnie, że od razu rozpoczęłyśmy rajd, najpierw do tramwaju jednego, potem do drugiego, a po 40 minutach jazdy musiałyśmy jeszcze przejść po placu rozgrzanym jak patelnia, na stadion.


Tam biegałyśmy jak w amoku, o czym już więcej na książkowym blogu może jutro. A wieczorem, według wcześniej przygotowanego planu, wizyta w Faktycznym domu kultury na promocji książki Lesia Beleya i Łukasza Saturczaka o Polakach mieszkających na Ukrainie i Ukraińcach mieszkających w Polsce - pt. Symetria asymetryczna. Magda nas poinformowała o tym spotkaniu i całe szczęście, bo dzięki temu wydostałyśmy się z książko-poju, otrząsnęłyśmy z tego obłędu ogarniającego czytelnika na widok papieru zadrukowanego i wykończonego okładką i zmieniły perspektywę. Od razu lżej było oddychać.
Co nie zmienia faktu, że zapomnieć było trudno, bo targałyśmy siaty z tomiszczami, oczywiście nie podobają mi się książki lekkie jak piórko, z Prószyńskiego na przykład, ale jak już, to grube, papier kredowy, okładki z kamienia, jednym słowem ciężkie mam zainteresowania, jak mawiali pracownicy męża, wnosząc kartony z książkami na 3 piętro podczas przeprowadzki.
Tak się umęczyłyśmy, że jak zobaczyłam Mariusza Szczygła czekającego przy drzwiach, to nawet się nie za bardzo zdziwiłam, co nie zmienia faktu, że zatkawszy mnie z lekka. Tyle miałam do powiedzenia, ale mi ustami nie wyszło.
Stałam wytrzeszczając oczy, a jak już, to jakieś głupoty mi do łba przyszły.
Potem już nie było okazji, więc pozostało mi czekać do soboty, do spotkania z nim na targach.

O samym spotkaniu będzie na blogu kulturalnym, tutaj przejdę dalej, do tego co po.
A mianowicie końcówka dnia była nieplanowana w sensie miejsca, a okazała się niezwykle trafiona.
Na spotkanie do klubu przyszła Karola, moja i męża chrześnica, a zaraz po chciałyśmy jeszcze gdzieś usiąść i wynalazłyśmy, nie bez trudu, bo to jednak początek weekendu, a w Warszawie, jak to we wszystkich stolicach świata, kryzysu nie ma i stolik znaleźć trudno, świetną miejscówkę na rogu Foksal i Nowego Światu w Cavie.


Jak widać Karola zaniżała średnią, czyli ratowała nasz stolik przed etykietą - stare kobiety wysiadują :-)
Rozmowy w nadchodzącym zmroku, pyszna sałatka z łososiem, piwo z różnymi sokami (uwaliłam się nie powiem), pogoda jak drut, a w tle rozmowy przy innych stolikach, przechodzący ludzie - to lubię najbardziej. Tak mogłabym spędzić całe życie, aż mnie to przeraża. Uważam się za osobę pracowita, ale to chyba jednak jedna wielka ściema, gdyby była możliwość, siedziałabym na dupie tam cały czas. Byle mieć dostęp do sieci, może laptopa ze sobą, podglądać, pisać, omnomnom.
Karola otworzyła mi oczy na kilka spraw, na to jak myślą teraz młodzi ludzie, jakie mają poglądy na związki, na partnerów, niby z córką o tym często rozmawiam, ale trzeba było jednak jakiegoś potwierdzenia, rozszerzenia spektrum, bo jednak ona ma inne spojrzenie z powodu braku stałego związku.
Siedziałam tam z tak wielkim poczuciem radości i absolutnie idealnie szczęśliwej chwili, że nawet nie umiem tego opisać. Wszystko było tego wieczoru idealne, pogoda, miejsce, jedzenie i nawet to piwo, chociaż nie moje ulubione.
Wcześniej targi, spotkanie. Kocham to moje pustkowie, ale teraz myślę, że zdecydowanie za rzadko go opuszczam na rzecz takich własnie chwil.




sobota, 5 kwietnia 2014

Syn na wybiegu, ja w łóżku, niech to szlag

Pisałam już na moich Notatkach Coolturalnych, ale i tu dodam, bo wiem, że nie każdy z Was tam zagląda, że mnie wirus tak skutecznie położył, że jak nadpobudliwy kochanek ciągnie mnie codziennie do łóżka tak wcześnie (czasem zaraz po pracy), że ani nie piszę, ani nie czytam, ani oglądam, ani ani.
Co to za cholerstwo? Gorączki nie mam, ale gardło, ucho, oko łzawi, ogólnie rozbicie. Stres otwiera furtkę dla takich dziwnych wirusowych zajęć terenu, czuję się jak poligon wojskowy, gdzie walczy ten wirus z moim organizmem i nie wiem, co z tego wyniknie. Do lekarza nie poszłam, bo co mu powiem, że mnie wszystko boli?
Nic to, funkcjonować staram się normalnie, do pracy chodzę, nawet na tłumaczenia pojechałam, ale nic więcej, przekraczam próg domu, rzucam torbę, ewentualne zakupy i padam trupem.
W zeszły piątek miałam wyjście do teatru, o czym piszę TU, nie będę się powtarzać.
Przed spektaklem poszłyśmy z Gosią i Iwoną do chińskiej restauracji, gdzie oczywiście, takie moje szczęście, dostałam surową kaczkę i musiałam ją oddać, a jak przyszło zamówić co innego, nie było już na nic czasu poza kurczakiem słodko kwaśnym. Z głodu zjadałam, nie było innego wyjścia, ale wizytę uznaję za nieudane. Nie wrócę już do tej restauracji.
Mimo to wesoło było, bo jak towarzystwo fajne, to jedzenie jest już problemem, czy też przyjemnością drugiej kategorii. Przecież nawet najlepsze jedzenie nie pokryłoby na przykład przykrości z nieudanego towarzystwa, więc z dwojga złego lepsze już to pierwsze.
Za to sztuka była świetna i głównie o tym pamiętam, kiedy myślę o tym dniu.

W czwartek odbywał się u nas pokaz mody, gdzie chodził po wybiegu mój syn. Myślałam, że będzie się potykał i trzymał sztywno i dziwnie, w końcu modelem nie jest, ale wypadł świetnie. Wszyscy chłopcy, jego koledzy, ponieważ nie mają napięcia na to, żeby się szczególnie pięknie pokazać, wyszli na luzie, żartowali, robili sobie grupowe selfie jak na Oskarach i włożyli w te swoje wyjścia dużo humoru i swobody.


Nie mam za dużo zdjęć, bo mi lampy w pysk waliły i nie mogłam niczego sensownego zrobić, potem będę miała ze szkoły więcej. Mam dwa filmiki, ale 'na leżąco', bo je kręciłam w pionie, a teraz w komputerze mam w poziomie, a nie wiem, jak to przekręcić, chyba się nie da.
Kiedy syn wyszedł na wybieg w garniturze, serce mi stanęło, uświadomiłam sobie boleśnie, że z niego już duży facet, coraz mniej mały Wojtuś, cholera, cholera.

O ludzie, idę sobie, bo mi łeb rozsadza. Powinnam włosy umyć, ale chyba nie ustoję. Włączyłam sobie Strefę Kultury w RDC i słucham. Fajna muzyczka, o książkach teraz mówić będą, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej.


sobota, 22 marca 2014

Norton i Lwy uratowały tydzień

Ależ miałam ciężki tydzień. Niby nie cały, bo poniedziałek to u nas przecież dzień św. Patryka, więc wolne, ale wtorek zaczęłam z przytupem - dwunastogodzinnym dyżurem w domu opieki, gdzie mieszkają moi podopieczni z dziennego centrum. W ten dzień nie działał transport, musieli zostać w domu, a tam mieli znowu problemy kadrowe i spytali, czy bym nie chciała pomóc. Co miałam nie chcieć. Szkoda tylko, że nie związane to było z pieniędzmi, tylko godziny mam do odebrania, jak będę potrzebowała, to nie przyjdę do pracy i tak mi oddadzą. A niech tam, przecież gdybym nie polazła, moje ludziaszki by ucierpiały.
Nauczyłam się nowych rzeczy. Nigdy nie sądziłam, ze może to być ekscytujące, a jednak - wysadzania na toaletę ludzi na wózkach inwalidzkich, takich zupełnie nieruchawych (no może troszkę). To jest cała machina, zapinanie pasa specjalnego, potem podczepianie pod taki przenośnik i cała operacja w te i z powrotem. Jeszcze kilka miesięcy temu krzywiłabym się na samą myśl, a teraz rwałam się do pomocy. Życie jest dziwne.
Ugotowałam im też obiad, na kilkanaście osób to nie przelewki, ale dałam radę. Potem jeszcze zrobiłam pizzę domową dla załogi pracującej tego dnia. Ani się obejrzałam, dzień zleciał. A ja leciałam z nóg. Ledwo do domu doszłam, padłam. Nie przyzwyczajona jednak jestem.
Na drugi dzień nagłe tłumaczenie też dla osoby z niedostatkami umysłowymi, znam i lubię, więc przyjemność, ale dojechać trzeba było godzinę w jedną stronę, usypiałam.
Potem znowu niezwykła zajętość w centrum, aż do wieczora byłam na nogach.
W piątek sprzątanie u siebie w domu po pracy i wieczorem wyjście na pożegnanie bibliotekarki, która przechodzi na emeryturę wcześniejszą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że zmienili godzinę tego spotkania i mnie nie powiadomili, a to dziewczyny z mojego klubu książki. Szlag mnie trafił, bo mordą cały dzień po podłodze jeździłam, żeby szybciej, zorganizowałam kwiaty, ubrałam się i pocałowałam klamkę. Foch.
Dzisiaj cały dzień prasowanie. Trzeba czasem nadrobić. Ale nie narzekam, bo miałam okazję obejrzeć nagrane odcinki talk show Grahama Nortona. Cóż za uczta. On ma zawsze wspaniałych gości, jest śmiesznie, bez zadęcia i zupełnie inaczej niż w polskich programach. Dlaczego my tak nie potrafimy? Wojewódzki, zakochany w sobie amator szkolnych tenisówek, to jest raczej show o nim, czasem przerywają mu bezczelni goście, po co oni w ogóle przyszli? A, no tak, ktoś musi lustro trzymać.
Brak mi takiego programu u nas.
Jestem zapędzona, zmęczona, chyba lekko przeziębiona, ale nie jest źle. Podczas jazdy i sprzątania dosłuchałam do końca Lwów STS-u, tak mnie ta lektura nastawiła pozytywnie, uciszyła, ugłaskała treścią, bardzo polecam. O niej TU
A a nagrodę obłędnie pachnie mi taki pięknisty hiacynt na biurku.


piątek, 17 stycznia 2014

Apdejt czyli jak tam sprawy, jak tam zlewy

Gdzieś mi wcięło pasek. Nie taki od spodni, ale nawigacyjny blogspotowy i to tylko w przeglądarce Chrome, bo widzę, że Mozilla Firefox wyświetla, ale z kolei tam jakieś reklamy mi się zaczęły na szczycie ładować, więc zrezygnowałam z używania. Macie na to jakąś radę?

A poza tym wiele się działo, takie doły zaliczałam, że szok.
Najpierw zmarł mój znajomy, który był jedną z pierwszych osób, z jakimi się tu zetknęłam. Ok, stary lekuchno było, ale bez przesady, jak na nasze warunki, w końcu to nie średniowiecze, młodzieniaszek.
Dużo palił, ale poza tym w normie, no dobra - nie jadł i kawę lubił w dużych ilościach, to go pewnie, cuzamen do kupy, zabiło. No i rak, ale nie tylko on. Nie rzucaliśmy się sobie na szyję co tydzień, ale smutno wiedzieć, że go już nie ma.

Miałam krótki wyjazd do Polski, ale zanim jeden wieczór w Dublinie. Tam wymieniłam książkę w Easonie, ale mój palec połamaniec u nogi, nie dał mi nic więcej podziałać, więc kawa i Yamamori najpierw, a potem spotkanie z blogerami irlandzkimi. Sławek to zorganizował, przyklasnęło wielu, ale koniec końców było nas kilka osób. No i dobrze, bo i tak nie da się pogadać ze wszystkimi, szczególnie, że to było na kręglach. Miałam zamiar skopać im tyłki, ale nieczynna stopa to uniemożliwiła, tak więc udałam się tam w celach gadatliwych, to umiem najlepiej.
Po grze udaliśmy się do domu jednego z blogerów, takie spotkania lubię najbardziej, bo można pogadać i posłuchać muzyki, jaką się lubi, a nie jakieś łomoty. Tym razem Peter grał na gitarze do wtóru naszym rozmowom, więc w ogóle czad. Jak za studenckich czasów.

No, a rano wylot do Polski. Stres do kwadratu stresem poganiał, aż doszło do takiego momentu, że myślałam, że wylewu dostanę. Poważnie. Siedziałam na krześle, rozmawiałam z panią pewną urzędniczką i myślałam sobie, żywcem tego na klatę nie wezmę, nie zdzierżę, to już za dużo.
Okazało się, że człowiek to jednak silna bestia nie do zabicia, żyję. Sprawy mamy pokomplikowane są jeszcze bardziej niż były, jakbym nie prostowała, wychodzi odwrotnie albo z czasem znowu się skręca, co najmniej jak włosy prostowane, co w wilgoci w pierścienie się zwijają. Ten efekt jojo jest taki, ze za każdym razem coraz trudniej. Albo sił już nie staje.

Za to nadal kuśtykam i to mnie martwi. Wrociłam wczoraj w nocy, próbowałam prześwietlić nogę dzisiaj, ale mi się nie udało.

Jak zwykle, kiedy mi jest ciężko na duszy, wynajduję sobie piosenki afirmacyjne. Dzisiaj podczas sprzątania słuchałam radia zamiast audiobooka, bo mi się zapodziała gdzieś mp3jka
Ten utwór poniższy usłyszałam w Starbucks podczas kupowania kawy i głupio mi było spytać, co to i kto to, a strasznie mi się podoba - Pharrell Williams Happy - tytuł adekwatny do potrzeb


Kiedy to leci nie mogę przestać kręcić i potrząsać oraz obracać każdą częścią ciała oddzielnie, budzi się we mnie czarna krew.
A jak człowiek się tak wygina i podryguje, to chyba się coś wytwarza, endorfiny chyba nie, bo to za mały wysiłek, a moze? W każdym razie jakoś lżej się robi. Muszę poszukać tego wykonawcy na Spotify.

A tę drugą usłyszałam dziś po raz pierwszy i się do mnie przykleiła na cały dzień.


Zapomniałabym opowiedzieć, o mojej drodze do bramki na lotnisku, z tym połamanym palcem zdecydowałam się poprosić o podwózkę. I oni mnie sru na wózek inwalidzki. Najgorsze doświadczenie lokomocyjne w moim życiu. Pcha facet ten wózek, wszyscy się na mnie gapią, a jak czuję się jak w samochodzie jadącym bez mojej kontroli, bo nie mam kierownicy. Okropne, myślałam, że ludzi rozjedziemy. A potem mnie wysadził i podjechał taki mały samochodzik jak na polu golfowym i pognaliśmy rączo do bramki, wszystkiego kilka minut radochy. Oczywiście wzbudza człowiek zainteresowanie, kiedy tak 'z fasonem wozem' podjeżdża, podczas, kiedy reszta się wlokła kilometrami na nogach, ale cóż, ból zwyciężył wstyd.
Ale do samolotu wózkiem i czym tam, sama nie wiem, jak oni to robią - dźwigiem? - nie dałam się już wsadzić. Kuśtykałam dzielnie, a potem przespałam cały lot, jak nigdy.

sobota, 16 listopada 2013

Najwyraźniej moje przyciąganie dotyczy robót domowych

Sobota. Czytam wpisy znajomych na FB, mają ciekawe życie, restauracje, zakupy, wybierają się do kina na Papuszę, wyjazdy na jakieś spotkania, emocje, a ja jak co tydzień sprzątanie, pranie, prasowanie, wypolerowanie kabiny prysznicowej, potem mycie łba, bo rano w niedzielę zaiwaniam do biblioteki...
Fajnie, nie mogę się skarżyć, ale czasem mi jakoś tak serce łka, że to takie rutynowe, co tydzień to samo, że takie fajne życie kawiarniano-lanczowe, które lubię i zawsze lubiłam, mnie omija.
Każda sytuacja ma swoje plusy i minusy, mieszkanie na odludziu też, ale czasem po prostu taki wkruw człowieka ogarnia i żal.
Momentami tylko.
W czwartek za to miałam emocje do kwadratu, haha. Takie wiejskie.
Najpierw wylądowałam w pracy i dowiedziałam się, że jeśli czuję się na siłach, moze bym poprowadziła samochód przewożący ludzi, taki nasz służbowy. Jechaliśmy do miasteczka ok pół godziny jazdy od naszego, na próbę przedstawienia świątecznego. Nasi pensjonariusze biorą w nim udział i co tydzień jeździmy na te przygotowania. Zawsze towarzyszyłam im jako asystent, ale pierwszy raz miałam ich przewozić.
Nie mam odwagi siadać za kierownicę obcego samochodu i jechać, tak ad hoc. Nie jest to w mojej naturze, bo nie lubię zmian, a do tego wiadomo, w takim obcym aucie to nie wiadomo, gdzie co jest, inaczej wszystko poustawiane, a tu trzeba jeszcze kilka osób przewieźć takim większym, to już w ogóle. ale z jakiegoś powodu, dla mnie niezrozumiałego, bez żadnego wahania powiedziałam, że nie ma sprawy.
I zapakowałam moje mordy kochane i powiozłam z sukcesem na tę próbę.
A tam się wyskakaliśmy, naśmialiśmy, śpiewy były i tańce :-)
Zaraz jak wróciłam, odstawiłam samochód do domu dla męża i wsiadłam do samochodu koleżanki, gdzie na mnie już czekała cała ekipa babeczek z poprzedniej pracy i pognałyśmy, tym razem godzinę jazdy w jedną stronę, na 'a wake' czyli czuwanie w domu zmarłej (z nią w trumnie w roli głównej), gdyż zmarła matka kobiety, która też z nami pracowała. Gdybym nie pojechała, to by było wieeelkie faux pa.
Tam wiadomo, herbata, kawa, ciastko, porozmawiać o zmarłej, pocieszyć tych, co pozostali, nie jest to łatwe, przynajmniej dla mnie, ale czułam się pewniej wsparta obecnością reszty dziewczyn.
W samochodzie, w jedną i w drugą stronę, było wiele gadania, wymiany informacji, ploteczki, wiadomo, trzeba wiedzieć, czy obcych w mieście nie ma.
Jak tylko przyjechałam do domu, w biegu zjadłam zupę i do samochodu, godzina jazdy w jedną stronę, tym razem inną, zawieźć Wojtka na trening koszykówki, a my z mężem do kina na Gravity czyli przyciąganie ziemskie. Coś trzeba robić, kiedy on biega z piłką.
Film po prostu fenomenalny, czułam się jakbym tam była, w kosmosie dryfowała w skafandrze, bo to było 3D. Sandra Bullock dała radę, a nie było to łatwe, bo jednak sama musiała unieść ten film. Boski George Clooney też był, ale tylko przez chwilę. Muzyki prawie nie słychać, taka 'niewidoczna' jest, bo w przestrzeni kosmicznej jest cicho, i tylko ta kobieta. Co za wspaniały pomysł!
Koniecznie na niego idźcie, jeśli będziecie mieli okazję.


Nawet jak tylko trailer oglądam, to przestaję oddychać. Polecam z całego serca.

A w weekend już spokój, sprzątanie, pranie ... najwidoczniej to przyciągam najbardziej :-)
Zwariować można

poniedziałek, 4 listopada 2013

Fotel nad przepaścią, a w hotelu goło i wesoło

No to jestem z powrotem. Tęskniłam. Myślę, że już się w miarę wyrobiłam i postaram się dzisiaj uzupełnić historię wyjazdu, a potem przejdę do spraw bieżących.
Nie wiem, dlaczego się tłumaczę. Może dlatego, że czytaliśmy ostatnio moje stare pamiętniki, które prowadziłam odkąd miałam 11 lat i tam też ciągle pisałam, że przepraszam, że nie piszę systematycznie. Syn się głośno zdziwił, na to córka wytłumaczyła mu, że nie ma w tym logiki, z jakiegoś powodu człowiek czuje się w obowiązku tłumaczyć pamiętnikowi, dlaczego nie pisze.
Jeśli ktoś tu zajrzał ostatnio, wiecie, że na Notatkach Coolturalnych są wpisy, Tu i Tu, które rozpoczynają historię mojego pobytu w Polsce. Dzisiaj podzielę wpisy na osobiste - bardziej 'nie-książkowe' i o samym festiwalu. Jeden tu wpisuję, drugi tam. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się o moich przygodach medialno-bankietowych, zapraszam na blog książkowy.

Nie mogłam uwierzyć, że ledwie wylądowałam w Warszawie, a tyle się wydarzyło, głównie w sferze emocji, w głowie, bo ja wszystko jakoś tak sensorycznie odbieram, nadwrażliwość okrutna, cieszę się jak dziecko, jakbym wszystkiego pierwszy raz doświadczała. Zresztą nie jest to takie dalekie od prawdy, może i mieszkałam w stolicy, ale nie było wtedy wielu miejsc, klimatycznych kawiarenek, teatrów, więc były to faktycznie dziewicze wrażenia.
Warszawa się zmienia, niby to wszyscy wiedzą, ale dla kogoś, kto wydeptywał tam ścieżki lata całe i wyjechał, a teraz wraca i próbuje odnaleźć siebie - młodszą, szaloną, piękną i smukłą - co jest oczywiście średnio możliwe (piszę średnio, bo w głowie dzieją się rzeczy, które naukowcom się nie śniły), ta zmiana jest uderzająca. Moja Warszawa końca lat osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych prawie nie istnieje. Wyszłyśmy z Dorotą i Anią z Dedalusa, patrzyłam oszołomiona na Chmielną, dla mnie Rutkowskiego (chociaż w ramach buntu nazywaliśmy ją Chmielną :-), na Szpitalną, gdzie chadzałam do Laurenta strzyc włosy, a zaraz obok na przepyszną wątróbkę z buraczkami przygotowywaną przez dwie panie w barze obiadowym, teraz pewnie powiedzielibyśmy 'lanczówce'. Na rogu była kawiarnia Kaktusowa bodajże, a teraz jakaś przeraźliwa z wyglądu sieciówka. Wszystko płynie.
W piątek wyjazd do Siedlec na Festiwal Literatury Kobiecej Pióro i Pazur. Z samego ranka umówiona byłam z Anią, pojechałyśmy jej samochodem. Już sama droga to wiele wspomnień, włącznie z tym pierwszym, nocnym przejazdem znad morza na Podlasie, gdzie czekało na nas wynajęte mieszkanie, nowe życie. Dawno to było.
Wydawałoby się, że jechałyśmy niespiesznie, chociaż zapewne Ania trzymała tempo, jako pasażer miałam komfort niepilnowania licznika i drogi. Tym bardziej odczułam szalone przyspieszenie, które zaraz po przyjeździe nastąpiło. Ledwo zameldowałyśmy się w hotelu, już musiałam lecieć do dentysty. Jeśli ktoś chciałby poznać osobę, która potrafi bezkonkurencyjnie schrzanić sobie miłe chwile, to zapraszam do mnie. Wymyśliłam, że zęba naprawię w czasie krótkiego pobytu w Polsce. Długa historia, przyjaciółka dentystka zachorowała, przyjąć mnie nie mogła, posłała do kolegi naprzeciwko szpitala na Starowiejskiej. Fajna klinika, przemiła obsługa, dentysta również też, ale co z tego, skoro dla mnie takie wizyty zawsze kończą się stresem, bólem i informacją, że nie da rady, a przynajmniej nie tak w krótkim czasie. I tym razem nie było inaczej. W każdym razie pan zrobił takie fiku miku (oszczędzę Wam szczegółów, chociaż mnie korci, żeby się tu wywnętrzyć i poskarżyć na swoją niedolę), że wyszłam od niego już nie taka sama. Obolała czyli. I to się wcale nie miało zmienić w dniach kolejnych.
Po wyjściu plan był taki, żeby dotrzeć do hotelu (przypominam, że pęcherze na nogach, bo nowe buty itd), więc powolutku, zamiatając noga, spacerkiem turysty, przeszłam przez centrum do hotelu. Nowe sklepy, nowe miejsca, jedynie ulica Bohaterów Getta jakby wyjęta z moich wspomnień, zupełnie niezmieniona, nawet stary sklep z lampami i kantor w tym samym miejscu. Fajnie, wreszcie coś znajomego. Zakupy drobne, ale radujące każdą babkę, jakiś krem, lakier do paznokci, gazetka, książka, sam mniód.
Hotel. Nazywa się Janusz, od imienia właściciela. Nowoczesny wygląd, ale atmosfera rodem z małych, familiarnych hotelików europejskich, co uważam za idealne połączenie. Nie jestem osobą światową. Jeżdżę wprawdzie po Europie byłam w Stanach, mieszkam zagranicą, ale nie stać mnie na wypasione hotele, rzadko się w nich zatrzymuję. Ale jak już, cieszę się jak dziecko nowym piórnikiem. Ania pojechała zwiedzać, miałam więc komfort kąpania się i łażenia w gaciach po pokoju, spokojnego suszenia włosów (powiedzmy, bo te suszarki przybite gwoździem do ściany nie są łatwe w użyciu), pogrzebania w walizce, wywalenia wszystkiego na wszelkie powierzchnie płaskie, jakie tam były pod ręką. Włączyłam sobie telewizor, szukałam TVN24, co uświadomiło mi moje uzależnienie od wiadomości, znalazłam TVP Info, tyż piknie. Pogoda jak drut, słońce niesamowite, po prostu żyć nie umierać. Gdyby to nie było ryzykowne dla wszystkich trzech pięter hotelu, o łóżku nie wspomnę, skakałabym po nim jak Meryl Streep w Mamma Mia.
Wyszykowałam się jakoś, bo wiecie, w amoku radosnym zorganizowanie się wcale nie jest takie łatwe i wynurzyłam się z pokoju w celu obiadowania. A potem miały być spotkania, na co cieszyłam się bardzo.
Tylko ten ząb. Why me? Wszystko we mnie krzyczało. Czekałam na ten wyjazd od lutego, tak się cieszyłam, a teraz posuwałam po mieście z rozwierconą dziurą i poczuciem, że 'mnie się krzywda dzieje panie Popiołek'.
Poza tym po raz pierwszy odczułam przepaść pokoleniową na fotelu. Gdzie indziej już mi się zdarzało, ale na fotelu dentystycznym jeszcze nie. Otóż przyjmował mnie bardzo młody człowiek. Niewątpliwie nowocześnie wykształcony, kompetentny i w ogóle 'miszczu', ale co on wie o ... dawnych praktykach? Nic. A jak nie wie, nie zrozumie dlaczego stare baby boją się dentysty i chcą znieczulenie. Dlaczego myślą, że się da coś zrobić, bo jak człowiek lata tyle lat na księżyc, to dlaczego nie da się zęba wyleczyć tak, jak sobie tego wyobrażają? Że kiedyś ortodonta to była osoba, która głównie wyrywała zęby, żeby zrobić miejsce, moje przednie, które urosły jeden na drugi po prostu mi spiłowali, nałożyli koncajsy i git. I takie tam kombatanckie wspominki. Pan na 'styropianie nie spał, nie wie, w czym rzecz.
Za to onieśmiela, bo mówi mądre rzeczy, które od razu oznaczają, że cokolwiek ma się w gębie, jest nie w porządku. Tam wyrwać, tam zrobić, tam za głęboko, tam za szeroko, Jezusie!!! A ja cały czas do dentysty latam! Do tego jakaś nowa maniera się narodziła, jak u fryzjera, że cokolwiek zrobił dentysta poprzedni, jest do niczego. Nie tak wprost, ale wiecie, mowa ciała i półsłówka robią swoje.
Stres i jeszcze raz stres.
Pan zrobił co mógł. Widział mnie jeszcze kolejnego dnia, specjalnie wcześniej przyszedł, ładnie z jego strony i w ogóle mi pomógł, nie jego wina, że mi się przez lata wyrobiły kompleksy dentystyczne i nie umiem się tego wyzbyć.
Na drugą, równoleglą część zapraszam do Notatek Coolturalnych
Powoli wygrzebuję się z tych zaległości wrażeniowych :-)

czwartek, 7 lutego 2013

Byłam w kosmosie, jestem w siódmym niebie

Znowu Was haniebnie zaniedbuję, ale jakoś mi nie po drodze z blogiem było. Tyle do napisania, jedna wielka radość do podzielenia się z Wami, ale trzymałam język za zębami, bo się bałam powiedzieć, żeby nie zapeszyć. Córka mi dzisiaj dała zielone światło to powiem, ale najpierw napiszę o wyjeździe do teatru.
Co jakiś czas sobie organizujemy takie babskie wyjścia, najpierw posiadówka w restauracji, jedzonko, śmiechy i różne opowiastki, plotek tym razem nic a nic. Szkoooda. Dobra plotka nie jest zła. Poważnie. Dobra plotka, to taka informująca, a nikomu krzywdy nie robiąca.
Potem pognałyśmy do teatru. Jak zwykle siedzimy w restauracji do ostatniego momentu, potem rzucamy się płacić, każda za siebie, więc wyglądamy przy wyjściu, jakbyśmy za komuny po mięso w kolejkę stanęły. Czasu zostaje tylko tyle, żeby się przemieścić, zaparkować i dolecieć do teatru. Tym razem nie było korka, więc spoko. Pogoda piękna, jakby to była prawdziwa wiosna, zresztą Irlandczycy mają przeświadczenie, że ta zaczyna się właśnie 1 lutego, czyli to był ten nasz wyjściowy piątek.
Pachniało wiosną, było cieplutko i obiecująco.
Po spektaklu, o którym napiszę zaraz na Notatkach Coolturalnych, rozjechałyśmy się do domów, późno już było, odwiozłam jeszcze Gosię i heja w trasę do siebie, zupełnie o tej porze pustą drogą, przez góry i bezludzie, w stronę oceanu. Jeszcze jadąc główną ulicą miasta, otworzyłam sobie okno. W radio z płyty popłynęła ta melodia Petera White'a 'Sunny'


Główna ulica było oświetlona, pełno wokół ludzi, toż to zaczynał się weekend, zmierzali do pubów i dyskotek, a ja z otwartym oknem (zimy łokieć :-), powolutku sunęłam środkiem. Nagle dejavu, wydawało mi się, że jestem w Warszawie, dwadzieścia kilka lat wcześniej, wybieramy się gdzieś z chłopakiem (teraz to już stary mąż, hyhy) i pięknie jest po prostu. Macie tak czasami, że wydaje wam się, że czas się cofnął?
Wprost z oświetlonego miasta, niesioną tą muzyką, nie zauważyłam, kiedy wjechałam w ciemność, a potem w jeszcze głębszą ciemność. A z radia popłynął Mo'Better Blues z mojego ukochanego filmu Spike'a Lee o tym samym tytule. Gra kwartet Branforda Marsalisa (chociaż na klipie jest Denzel Washington, bo on grał rolę trębacza). Świetny film, kto nie widział, niech koniecznie nadrobi.


Coś dziwnego się podziało. Jechałam w całkowitej, najczarniejszej z czarniejszych ciemności, z otwartym oknem, podmuchem na policzku i gwiazdami nad głową. Czułam się, jakbym samochodem płynęła w przestrzeni kosmicznej.
Przez całą drogę grałam tylko te dwie melodie, żadnych słów, pierwsza niezwykle zmysłowa, druga jak kołysanka, obie jak zapewnienie kochanka, że jesteś z nim bezpieczna. I te gwiazdy w ciemności.
Nigdy nie zapomnę tej nocy i tej 'podróży w kosmosie'. Czułam się autentycznie szczęśliwa.

A od poniedziałku wspaniałe wiadomości. Od rana chodziłam jakaś niespokojna, znajoma wirtualna miała operację, więc świeczka, co mi przypomniało, że ostatnio zapomniałam się pomodlić o tę wymarzoną pracę dla Misi, o którą aplikowała niedawno. Tak bardzo życzyłam jej tego, to takie ważne, żeby zawodową drogę zaczynać w niezwykłym miejscu, gdzie wyzwania są radością. Już drugi tydzień czekania na wiadomość się zaczął, niby nadzieja umiera ostatnia, ale zaczęłam się niepokoić. I cud się stał tego dnia, bo córka do mnie po kilku godzinach zadzwoniła z wiadomością, że dostała tę pracę. Jeszcze bałam się na ten temat oddychać, dopiero dziś zaczynamy tak naprawdę się cieszyć, bo to naprawdę była niezwykła oferta i wspaniały start. Dostała się do kwatery głównej Primark, będzie pracować w swoim zawodzie, czyli jako graphic designer w połączeniu z marketingiem i wieloma innymi elementami, wielka różnorodność, nudzić się nie będzie. A do tego kobieta, z którą przyjdzie jej współpracować, wyjątkowo przypadła jej do gustu. Tym razem wszechświat, anioły stróże, wszyscy święci, rodzina w niebiesiach, czy gdzie tam wylądowała, sami najwyżsi i Matka Boska, sprawili się na medal. Tak się cieszę, że usiedzieć nie mogę.

niedziela, 7 października 2012

The importance of being out czyli wychodne całkiem nie na serio

Córka przyjechała na tydzień. Jeżu, jakie święto. Mąż wziął wolne z myślą o tym przyjeździe. Tak się cieszymy tu wszyscy. Pierwszy raz od nie wiem, jak długiego czasu jest to więcej niż dwa dni, ten jej pobyt.
No, ale nie mogłam tutaj wcześniej wpaść, bo jak wiecie ostatnim razem córka mi zarzuciła siedzenie w sieci, kiedy ona jest, co nam kradło czas. I miała rację. Moje postanowienie - ona w dom, internet w planach na po-wizycie.
Ale Miśka pojechała wieczorem na karty do jeszcze-nie-zięcia i jeszcze-nie-teściów. To ja do komputera. Poczytałam, popisałam odpowiedzi na komentarze na Notatkach Coolturalnych, bo tam się dyskusja wytworzyła pod ostatnim wpisem i trzeba było czas poświęcić. Nadrabiam i czytam na zapas.

Wczoraj byłam z kilkoma dziewczynami w teatrze na sztuce Oskara Wilda The Importance of Being Earnest (po polsku Bądźmy poważni na serio, alternatywnie Brat marnotrawny, tłumaczenie według Wikipedii). Najpierw poszłyśmy do fajnej knajpki w Letterkenny - Yellow Pepper, tam wiadomo, gadki, śmiechy, chichy, dobre jedzonko, tak do dwudziestej prawie. W mieście nie wiadomo dlaczego straszne korki, ledwo zdążyłyśmy do teatru. Ta sztuka to komedia, do tego naprawdę śmieszna, chociaż klasyka, a z tym wiadomo, czasem się starzeją i już takich salw śmiechu nie budzą. Tutaj wręcz przeciwnie, co chwila cała sala 'ryła' jak na komedii o kacu w pewnym dużym mieście, czyli jak coś dobre, to się nie zesycha. To wyjscie było wyjątkowo miłe z tego względu, że udało nam się zebrać aż w siedem dziewczyn, to wyczyn, bo dziewczyny pracują, albo mają małe dzieci, albo jedno i drugie, mężowie natomiast nie zawsze mogą zostać, bo też pracują, i tak to jest, na pewno wiecie, nie muszę tłumaczyć. A tu taka niespodzianka - rachu ciachu, zebrałyśmy się i szuuu, w miasto. Nie pierwszy to raz i na pewno nie ostatni.

Ta sztuka była też sfilmowana, widziałam raz, ale po tym wieczorze, koniecznie muszę powtórzyć



Jutro dzieci moje, czyli córka i jeszcze nie zięć (czyli moje własne i jedno z 'uzysku'), robią nam niespodziewankę i zabierają gdzieś starych z okazji rocznicy ślubu. Ona przypada na środę, ale z jakiegoś powodu wyjazd musi być jutro. Zobaczymy co to? Lubię takie czekanie i zastanawianie się.

Michalina upiekła dzisiaj brownie (w celu zabrania na wieczór hazardu) i drożdżówki z serem i jagodami. Czy ktoś wie, gdzie sprzedają silną wolę, bo u mnie w magazynie zabrakło? Nawet zdjęcia nie zrobię, bo się ruszać nie mogę.

O Matko Bosko, to już w pół do drugiej u mnie, muszę się położyć, bo jutro na tę niespodziankę zombie zamiast matki do samochodu będą musieli zapakować.




sobota, 28 lipca 2012

Londyn - Donegal, imprezy czas zacząć.

Oglądałam wczoraj inaugurację Olimpiady w Londynie, nastawiona raczej na podsłuchiwanie, czytanie, blogowanie, jak to w piątek wieczór po dosyć ciężkim dniu, wszystko na raz. Piątki mam zawsze bardzo pracowite, bo to i u siebie w domu staram się ogarnąć, ale też i inne cotygodniowe obowiązki akurat w ten dzień przypadają. Na rybkę zawsze mam przed oczami obraz siebie, siedzącej w fotelu z nogami wyżej, z psem obok, z komputerem lub książką na kolanach, czekającą na dobry film (taki obrazek przed oczami cały dzień, byle do wieczora). Wczoraj to miał być koncert piosenek Anny Jantar i Kukulskiego w nowej aranżacji Adama Sztaby i otwarcie Igrzysk właśnie. Koncert był, ale inny, już go widziałam, więc mi mina trochę zrzedła, nie wiem, skąd ta zmiana w programie. Nie żebym jakoś specjalnie za Jantar przepadała, ale to moje dziecięce lata i chętnie bym sobie w nowych wykonaniach to zobaczyła. Nic to, przecież nie na tym koncercie mój wieczór się opierał, po prostu lekki zawód i tyle.
Postanowiłam w takim razie wziąć się wreszcie za opisanie Mr. Pebble i Gruda powieści Mariusza Ziomeckiego, która mi się wybitnie podobała i o której trąbię wszem i wobec, bo widzę, że nie ma takiego PR, na jaki zasługuje, a co za tym idzie, zamiast się ludzie o nią zbijać, nic o niej nie słyszeli. Nigdy nie zrozumiem naszego rynku wydawniczego, gdzie robi się dużo szumu nad wydaniem jakiegoś gniota, a dobra książka sobie cichutko stoi na półce i czeka na uważnego czytelnika, co ją sam z siebie wypatrzy. A nie jest to łatwe, pamiętam z moich niedawnych wizyt w księgarni w Polsce, masa książek, ekspozycja - różnie, w zależności od możliwości księgarni, kolory okładek wala po oczach i człowiek się zniechęca po kilkunastu minutach, bo musiałby grzebać godzinami, żeby coś dla siebie znaleźć. Ja zawsze wiem, co chcę, ale jest też faktor zaskoczenia, na które człowiek ma nadzieję, szczególnie kiedy nie mieszka w kraju i ma wrażenie, ze go coś omija z niewiedzy.
Popisałam sobie, wzruszyłam się na wspomnienie niedawnej lektury, a tu już się zaczęła impreza na stadionie i to z takim hukiem i przytupem, tak ciekawa i widowiskowa, ze się już oderwać nie mogłam. Ach, jak oni to zrobili, a ten znicz na końcu, złączony z ponad 200 pojedynczych, symbolizujących każdy kraj, to już w ogóle majtersztyk.
Padma na FB napisała, że nie ma drugiego takiego kraju, który wplótłby w taką ceremonię tyle odniesień do literatury i ja się z nią zgadzam. Podoba mi się ta ich duma z historii, z ich wkładu w kulturę i historię całego świata. No i poczucie humoru, królowa skacząca z samolotu i Jaś Fasola - setnie się ubawiłam, a i wzruszyłam kilka razy.


A dzisiaj u nas leje (co ja nie powiem?), mąż trochę nie w formie, postanowiłam go dopieścić i piekę sernik, taki wiedeński bez spodu, według przepisu pani Zosi, która mi go dała 30 lat temu i od tego czasu przynajmniej ran na 3-4 miesiące piekę go u siebie, zawsze ją wspominając, niestety już nie żyje.
Dzisiaj w moim miasteczku zaczyna się festiwal, potrwa cały tydzień. Festiwale to specjalność tego kraju, w każdej nawet najmniejsze mieścinie coś tam organizują, jak nie festiwal krewetek, to tańca z przytupem lewą nogą, oczywiście literackie, kulturalne, wędkarskie, sportowe i inne, każda okazja dobra, zęby wypić pint of Guiness. I dobrze, lepiej się bawić i śmiać, niż płakać i smucić. U nas niestety nie ma literackiego (chociaż mamy dni Peadara O'Donnella), wybory Miss za to, chłopy mają na co popatrzeć, chociaż po 10 latach obserwowania festiwalu widzę, ze nie o te laski chodzi, bo wielu nawet nie wie, kto startuje, a o ubaw, dobrą muzykę i bezkarne przebywanie w pubach od świtu do nocy.
Mamy nawet hymn tego festiwalu, zawsze śpiewany na zakończenie, ciemną nocą przy światełkach zapalniczek, piękny, zawsze mi w oczach łzy stają, kiedy go słucham, chyba nikt tak jak Irlandczycy nie potrafi napisać i zaśpiewać pięknie o zwykłych rzeczach, takich jak siedzenie na plaży z dziewczyną na kolanie i butelką wina, i uwielbieniu dla swojego miasteczka. Posłuchajcie, to naprawdę fajna pieśń.


Syn w tym roku pomaga przy organizacji festiwalu, będzie jako wolontariusz go obsługiwał. Fajny tydzień przed nim.

czwartek, 5 lipca 2012

Jakby co, wskoczę na wilka i pognam w nieznane

Dzisiaj małżon wywlókł mnie z domu na ryby. To znaczy on na ryby, ja poczytać, pies pohasać.
Wszystko się zgadza, tylko, że wybraliśmy się jak matoły.
Zarządził ten wyjazd 'teraz natychmiast', bo godzina przed najwyższym przypływem i ryby biorą. A tam jedzie się dwadzieścia minut. Buty w zęby, książkę pod pachę i heja.
Zapomniałam, że lepiej się słucha książek niż czyta w takie słońce. Do tego trzeba było gębę wysmarować, bo jak taki deszcz non stop, to przecież ja w ogóle nie nawykła do blasku mocnego słonecznego prosto w pysk przez ponad godzinę.
Okularów nie wzięłam, na szczęście jakieś szarpaki w samochodzie miałam.
Jak już dowlekliśmy się do skał okazało się, że nie mam siedzonka, czyli takiej poduszki pierdzącej pod tyłek, żeby sobie swobodnie na kamieniach siedzieć.
Malżon z kijem na skały pognał jak, nie przymierzając, kozica jakaś, pies też hyc hyc, a ja zaczęłam szukać jakiejś miejscówki. Widok cudny, oczywiście aparat został w domu.
Rozsiadłam się na wyglądającej dobrze półce skalnej, ale miałam kolano jedno pod brodą. Przesunęłam się na kolejną, jakoś dziwnie skręcona byłam, na trzeciej dopiero zaznałam jakiej takiej wygody.
Poczytałam, nawet mi się tak rajsko, sielsko, anielsko zrobiło, bo co chwila Frank do mnie przybiegał z językiem na wierzchu i kazał się głaskać - podrzucał moją dłoń pyskiem wysoko, mając nadzieję, że jak spadnie ponownie, to na jego kark i będę go miziać. Pachniał słoną wodą. Słońce w oczach. Takie intymne momenty z psiakiem nad oceanem. Serce przy sercu. Fajnie.
Książka arcy ciekawa, to się nie zorientowałam, że mnie pysk piecze. Jak znam życie, jutro wstanę i będę miała czerwone policzki i białe koła po okularach wokół oczu. Czoło oczywiście też białe. I wilka, bo pod tyłkiem tylko cienki ręczniczek. Znacie ten kawał o ułanach? Poruczniku na koń! Ale ja mam wilka. To na wilka.
A tak na poważnie, pomyślałam trochę też na tych skałach i muszę przyznać, że taki wieczór nad samym oceanem z psem i książką to jest absolutny luksus. Jak na to tak spojrzeć, ile by mi pieniędzy nie brakowało, jestem bogata.

niedziela, 20 maja 2012

Jak to wszystko poukładać? Spróbuję

Nie potrafię sobie tego wszystkiego poukładać tak, zeby Wam sensownie opisać, jakie mną emocje targały i dlaczego.
Po pierwsze sprawa mamy. Nie będę wchodziła w szczegóły, bo kogo to obchodzi, powiem tylko, że ledwo sobie dawałam psychicznie radę. Kondycja mamy, psychiczna, podyktowana jest jej stanem po udarze. Nie bardzo dawałam sobie radę z jej wybuchami złości i agresji, nie mogąc z nią logicznie rozmawiać, a jedynie mogąc unikać tych ataków jak się da. Kiedy już następowały, a przeważnie było to wtedy, kiedy jednym słowem próbowała mi wytłumaczyć coś, czego za Chiny nie mogłam pojąć, bo za tym jednym kryła się historia cała zrozumiała tylko dla niej jednej, nie miałam innego wyjścia jak przeczekiwać, chować się gdzieś w kącie. Trudne bardzo.
Ratowało mnie to, że przeważnie wieczorem (ale nie codziennie) miałam spotkania z przyjaciółmi czy znajomymi, zawsze przemiłe i ciekawe, często zakrapiane. Nie piję zwykle, ale wtedy pozwalałam sobie na kieliszek czy dwa wina, żeby jakoś odreagować. Poza tym w miłym towarzystwie, przy wspaniałym jedzonku, nie ma to jak napitek właściwy.

Jesli idzie o moje odchudzanie, nie zarzuciłam - odmówiłam sobie polskich ciast i wspaniałych cukierasków, ciasteczek i innych obiektów pożądania. Znajomi gotują wspaniale i nie było ziemniaków czy chleba w nadmiarze, natomiast pieczone mięsa, różne indyjskie dania, grillowane mięso z sałatkami, a i owszem. Najpierw u Doroty, a potem u Mileny, po raz pierwszy i drugi w życiu zjadłam oliwki i strasznie w nich zagustowałam. Nie wiem, jak to się stało, ale mi zasmakowały. Rukola z ziarnami słonecznika, suszonymi pomidorami, odrobiną oliwek (Dorota ratuj, co tam jeszcze było?), jest przepyszna. U Hani za to jadłam takie dziwy z kuchni orientalnej, że szok. Natychmiast przestaję wymieniać, bo jeszcze kogoś ominę, a to by było niesprawiedliwe, a pamięć jednak jest zawodna.
No więc w ciągu dnia napięcie do granic wytrzymałości. W tym czasie w Polsce odbywały się nabożeństwa majowe i chodziłam do kościoła, prosić o cierpliwość, mądrość, poza tym modlitwa dawała mi ukojenie, powtarzana jak mantra działała jak medytacja. Pomogło. Spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i znajomymi, a także z rodziną męża (mojej już nie mam, oprócz mamy),  dawały siłę do przebrnięcia przez kolejny dzień. Niesamowite jak człowiek człowiekowi może pomóc, nawet o tym nie wiedząc.

Koszalin, moje rodzinne miasto. Wydawałoby się, że nie zmienił się wcale, a jednak tak. Oczywiście poznaję w nim to miasto, które mnie 'nosiło', kiedy byłam tu w szkole, ale rozbudowane jednak, jaśniejące, z nowymi sklepami (na miejsce starych, szkoda czasem), jak to pewnie wszędzie, stare miesza się z nowym, miasto żyje. Wzruszenie. Najpierw kiedy poszłam do Katedry, gdzie byłam u I Komunii. Potem, kiedy mijałam moje liceum, do którego uwielbiałam chodzić. Nie odważyłam się pójść zobaczyć mojego rodzinnego domu, od kilku lat w innych rękach. Bałam się, że mi serce pęknie. No i cmentarz. Tam sobie i popłakałam,  porozmawiałam z prababcią, babcią i tatą, poczułam się jak w rodzinie. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale jakoś tak nie sama byłam, chociaż przecież wiem, ze oni nie żyją. Może mi pomagają? Nie wiem, ale faktycznie dużo rzeczy udało mi się załatwić, wszystko szło jak z płatka, a nie powinno. W sensie takim, że tam, gdzie spodziewałam się przeszkód, coś się takiego zawsze zadziało, że udawało się zdążyć, dodzwonić, uzyskać podpis, dojechać itp. Trzy razy znalazłam na swojej drodze pióro. Moja prababcia zwykłą mawiać, że jak znajdziesz pióro, znaczy twój Anioł Stróż je zgubił, jest w pobliżu. Jedno znalazłam w Koszalinie, jedno w Siedlcach, jedno w Warszawie, zawsze wtedy coś mi się udawało, a było blisko, żeby nie. Mówcie, co chcecie, ale kurczę, ten Anioł musiał być obok.



Na koniec pobytu, kiedy już wszystko wydawało się zamknięte i dopięte, zadzwonili ze szpitala w Irlandii, że mąż ma się stawić tamtego wieczora na oddział, bo mogą go przyjąć na planowa operację, na którą czekał rok, ze względu na to, że ktoś inny musiał zrezygnować (gorączka czy coś). I sto telefonów, załatwianie mężowi wolnego, potem co z synem, co z psem, kto pojedzie, kto wróci. Dzięki znajomym udało się to jakoś dograć, dzieckiem mi się zajęli, psem nawet (a Franio jak wiecie trudny jest do okiełznania), nawet mi Gosia diagnozę postawiła, dlaczego ten mój Jack Russel taki niesforny i dała kilka rad, jak go spacyfikować. Czyli 2w1, pomoc i porada. No, czyż ja nie mam szczęścia do ludzi?

Już w pociągu do Warszawy, nocnym, sypialnym, miałam szczęście, że nikt nie dokupił biletu i byłam sama w przedziale. Rozmawiałam przez telefon kilka godzin, a to ktoś zadzwonił do mnie, a to ja do, polska komórka, irlandzka komórka, kiedy wreszcie przestałam odbierać i wydzwaniać, już mnie bolały uszy, ręka, gardło, język i w ogóle wszystko, usłyszałam za ścianą (one w pociągach w końcu bardzo cienkie) - o Boże, wreszcie przestała gadać - ktoś westchnął z ulgą, haha. I miał rację. Ale to nie ploty były, a ustalanie planu na kolejne dni, bo przede mną były trzy dni pobytu w Raju, jak mi się wtedy wydawało i słusznie. Najpierw spotkania w Siedlcach, a potem Targi Książki w Warszawie zakończone wizytą u przyjaciółki w stolicy. Ale o tym, to już następnym razem.

czwartek, 16 lutego 2012

Teatralnie, poszpitalnie, nie-pączkowo i latająco

Po kolei - mama pojechała do domu, ale z tego, co rozmawiałam, jest nieźle. Leki tylko kosztowały jak za zboże, ale dla wszystkich, którzy mieszkają w Polsce to chyba nic nowego.

Teatr okazał się strzałem w dziesiątkę. Wprawdzie miałam marny ubaw, bo martwiłam się mamą i z torebki wysyłałam smsy, lepiej by mi było w ogóle nie pójść, ale po pierwsze - w domu były urodziny syna i byłoby mi  jeszcze gorzej zebrać myśli w rozgardiaszu i grupie prawie dziesięciu nastolatków, a po drugie bilet to mój prezent walentynkowy, nie dało się tego spektaklu obejrzeć inaczej, a prezent to prezent.
Sztuka była wystawiona przez znaną trupę teatralną Rough Magic Theatre Company, tytuł Plaza Suite. Jeden pokój w hotelu, trzy pary tam zamieszkujące, trzy historie, jedna cecha wspólna - o życiu, o związkach i śmiesznie. Nie dlatego, że były jakieś gagi, że się ktoś na skórce od banana przewrócił, ale dlatego, że dialogi były pełne humoru, chociaż dotykały ważkich tematów. Tak też można, a nawet trzeba.
Córka kupiła bilety na ten sam spektakl, ci sami wykonawcy, ale grany w Dublinie. U nas bilety 20, w stolicy 36 najtańszy.

Zobaczcie filmik reklamujący spektakl



Tego dnia zaliczyłam swój pierwszy sukces dietetyczny. Przed spektaklem usiadłyśmy we włoskiej restauracji na przekąskę. Wcześniej nie miałam nic w ustach oprócz chwytanych w pośpiechu owoców i śniadania. Zanim zorganizowałam przyjęcie synowi, zanim podzwoniłam w sprawie mamy, już musiałam jechać do Letterkenny, to prawie godzina drogi. Usiadłam w restauracji, przejrzałam kartę i powiedziałam sobie - dobra, stres wielki, nic nie jadłam, do łózka idę za kilka godzin, zjem pizzę. Comfort eating mi się włączyło. Trwałam w tym postanowieniu, aż do przyjścia kelnerki. Kiedy przyszło do zamawiania poprosiłam o... kurczaka w lekkim sosie cytrynowym, a zamiast ziemniaków czy frytek - sałata z lekkim dressingiem.
Siedziałam potem i sobie w brodę plułam - dostanę pewnie tradycyjnie (bo ja zawsze zamawiam najgorsze danie w danym miejscu) jakieś g.. którego nie zjem i padnę trupem.
Moja decyzja została nagrodzona jednak przez los, bo na talerzu dostałam strasznie smacznego kurczaka z grilla, polanego nie jakimś ciężkim sosidłem, a dużą ilością świeżo wyciśniętego wraz z miąższem soku z cytryny zmieszanego z łyżką lub dwiema sklarowanego masła, sałata też była świetnie i lekko przyprawiona. Fantastyczny posiłek, lekki i mieszczący się w ramach mojego dnia diety, bo właśnie powinnam jeść pierś drobiową. Wygrałam z własną słabością do zajadania stresów i było mi z tym dobrze.
A dzisiaj NIE zjadłam pączka, ani faworka (pewnie dlatego, ze go nie miałam), ale też i nie szukałam. Wprawdzie byłam w sklepie i miałam taką myśl, żeby zahaczyć o stoisko z pączkami i wyjąć jednego i w ukryciu skonsumować, ale w porę stwierdziłam, ze to by było jednak żałosne i wpędziłoby mnie w dół bez dna.
I to też było zatrzymanie się przed zajedzeniem stresu, bo wczoraj w nocy kupiłam bilety do Polski i przeżywam to cały czas.  Moje wizyty w kraju zawsze są trudne, przykre i wykańczające mnie nerwowo na tyle, że leczę je jeszcze wiele tygodni po powrocie. Nic to, w garść się trzeba wziąć.
Strasznie trudno być dorosłym.