Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smaki zycia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smaki zycia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 marca 2012

Wspomnienia smakami stoją. Kaji mi brak

Dzisiaj zrobiłam sobie na śniadanie twarożek z natką pietruszki. Kiedy siekam natkę z utęsknieniem czekam na jej zapach, który po kilku ruchach noża, zaczyna do mnie docierać. Uwielbiam.
Ale nie zawsze tak było. Kiedyś i smak, i zapach  budziły u mnie wstręt. Aż do pewnego poranka, kiedy to przyrządzałyśmy posiłek z moją przyjaciółką Kają.
Przyjaźniłyśmy się od pierwszej klasy liceum i śmiem twierdzić, że dzięki niej, tak miło wspominam ten czas, bo nie ma nic wspanialszego od prawdziwej przyjaźni w nastoletnim życiu, kiedy tyle się dzieje, tyle trzeba obgadać, przemyśleć, obśmiać i zrosić łzami. My przeważnie się śmiałyśmy, ale i ciężkie czasy bywały.
Razem też zafundowałyśmy sobie kiedyś dietę. Nie powiem, całkiem udaną, obie zrzuciłyśmy niewielkie wtedy nadmiary tu i tam.
Moja mama bywało wyjeżdżała na dwa do trzech tygodni na wycieczki, a że mój tata już wtedy  nie żył, w czasie jej nieobecności zawsze mieszkałyśmy razem.

Ale to nie wtedy pokochałam pietruszkę za jej sprawą, to było dużo później, kiedy już jako mężatka, zamieszkałam w Warszawie, a Kaja przyjechała mnie odwiedzić. Wtedy akurat mąż był wyjechany, a my jak za starych czasów, przemieszkałyśmy razem kilka dni. Chodziłyśmy do teatru i do kina, na przekąski do małych restauracyjek, barków raczej. Nagadałyśmy się za wszystkie czasy, wiadomo, jak to stare przyjaciółki, które już nie mają ze sobą codziennego kontaktu, bo się życiowo rozjechały.

I właśnie tego majowego ranka wyszłam do sklepu po świeże pieczywo (miałam na Młynarskiej w Warszawie taką piekarnię, gdzie cuda sprzedawali), a zaraz obok to sklepu firmowego jakiejś mleczarni, po świeży twarożek, bryndzę i masełko. Nie wiem, jak to się stało, ze miałam też do tego natkę, może była w domu, może Kaja poprosiła, zeby kupić, w każdym razie była. I Kaja właśnie posiekała ją drobniutko i posypała sobie kromkę chleba posmarowaną grubo twarogiem. Spróbowałam i eureka. Rozkochałam się w jej smaku i aromacie. Od tej pory, zawsze kiedy siekam pietruszkę do twarogu, wspominam Kaję i ów majowy poranek.

Gdzie te czasy, wydaje się tak dawno. Dlaczego los rzucił nas tak daleko od siebie Kaju? Brak mi Ciebie.

niedziela, 5 lutego 2012

O klęsce, która na końcu dnia zwycięstwem się okazała.

Już o tygodnia wiedzieliśmy, że w polskiej szkole w tę niedzielę, po lekcjach, odbędzie się bal karnawałowy. A jak bal i rodzice, to mieliśmy poważne podejrzenia, chociaż może powinnam powiedzieć nadzieje, że będą domowe wypieki, bo u nas w szkole mamy potrafią piec pyszne ciasta.
Zbywałam te łakomczuchowe odczucia milczeniem i starałam się sama przed sobą nie dopuszczać do siebie tej świadomości.
Kto powiedział, że kobieta w Raju mężczyznę kusiła? To bzdura. Kształtami może tak, ale na pewno nie jabłkiem. Bo jabłkiem kusił Ewę Adam.
Mąż w środę, z iskrą w oku strzelił we mnie tekstem, jak kulą z bazuki - ale w niedzielę to sobie zjemy kawałek ciasta, rozpustę odstawimy. I mi w tyle głowy wyrwał ogromną dziurę.
Odchudzamy się razem, więc i on jest wystawiony na męki spowodowane odstawieniem od tego i owego.
Jak powiedział te słowa, życie już nie było takie łatwe. Liczyłam dni do niedzieli. Furtka do piekła się otworzyła, diabeł kusił.
Kiedy jechałam dziś do szkoły, miałam na uwadze, że zgrzeszę. Zawczasu wynajdywałam sobie usprawiedliwienia, że grzeczna byłam, że się stosowałam, że przecież od tego się nie umiera, nikogo nie krzywdzę, to w końcu nie hazard, nie alkohol i nie narkotyki.

Dopiero około 13 mogłam się dorwać do słodkości. Powstrzymałam się przed kremowymi ciastami i sięgnęłam po chudy placek z jabłuszkiem. Zjadłam mały kawałek i dumna z siebie zaczęłam zapominać o całej reszcie, górach dosłownie, pysznych ciast innego, cięższego kalibru.
Aż do momentu, kiedy mąż wparował do sali (w ogóle jakoś dziwnie innymi ściezkami chodziliśmy dzisiaj) z talerzykiem na którym piętrzył się kawałek kremowego ciasta z galaretką.  Pomyślicie - jeden, to jak się mógł piętrzyć. Ano mógł, był złożony z kilku warstw, galaretki, kremu, wieżowiec rozkoszy można rzec.
Nie było już dla mnie ratunku, udałam się do kantyny i też nałożyłam. Nie było już talerzyków, więc podano mi kilka serwetek i plastikową łyżkę.
Usiadłam przy szkolnym stoliku na stołówce i zaczęłam jeść. Z tej serwetki, ciasto było pyszne, z orzeszkami, makiem, ale zaczęło mi się mazać na tej serwetce papierowej i plastik mi przeszkadzał, wszystko było nie tak.
Wróciłam do sali bibliotecznej, czyli chemicznej zamienionej na bibliotekę, jak co niedziela, z poczuciem 'dobrze spełnionego obowiązku zaplanowanego zgrzeszenia' i mnie zdziwko chapło.
Przecież powinnam być mega szczęśliwa. Powinnam unosić się dwa centymetry, mimo wagi, hehe, nad ziemą. Powinnam, ale zamiast tego mnie zemdliło, wszystko było dla mnie za słodkie i miałam żal, że to było nie tak, jak się spodziewałam. Poza tym czułam się ciężko i dobre samopoczucie, jakie miałam po zjedzeniu lekkiego śniadania, bezpowrotnie zostało utracona. Wcześniej szłam korytarzem wyprostowana jak struna, jakby mi wreszcie przestał ciążyć brzuch, chociaż cudów nie ma, nie schudłam do szkieletu. Po zaledwie dwóch małych kawałkach ciasta, znowu się jakoś zgarbiłam i 'zaciążyłam'.
A wcześniej, jak typowy łasuch na słodkości, tylko bym palce oblizywała. NIGDY nie czułam się źle, po zjedzeniu czegoś z mąki i słodkiego.
Nawet głośno to znajomym powiedziałam, że jestem w szoku, ale nie wiem, za czym tak tęskniłam, za czym łzy jak grochy wylewałam? Mało tego, jeśli kiedykolwiek w przyszłości zdecyduję się zjeść kawałek ciasta, to będzie to na ładnym talerzu, w towarzystwie kawy w porcelanowej filiżance, widelczykiem i co najważniejsze mały kawałek, ale upieczony specjalnie dla mnie, przeze mnie, możliwie zdrowe, lekkie i mało słodkie.
Bo widzicie kochani, zwycięstwem  kończącym ten dzień klęski, było ostateczne przekonanie się, że mi ciężkie, słodkie ciasta do niczego potrzebne nie są. Tylko ci, którzy kochają słodkości, wiedzą, jak trudno w sobie tę świadomość wyrobić. Chociaż nigdy nie jadłam byle g... słodkiego, teraz się okazuje, że nawet pyszne domowe ciasta szkolnych mam,  już nie wszystkie dla mnie. I nie byle jak, na stojaco, bo to nie jest głodu zaspakajanie, tylko przyjemność i jako taka musi mieć oprawę.
Rzekłam.
A jutro dzień wspaniały, bo mamy w menu pastę z twarożku z makrelą i łososia wędzonego nadzianego twarogiem i warzywami. Nie mogę się nacieszyć.
Tych, którzy mają gdzieś takie dylematy przepraszam za kolejne wynurzenia, ale jak bum cyk cyk, dla mnie to była ILUMINACJA DIETETYCZNA.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Dieta rozpoczęta. Niech tu ktoś przyjedzie z karabinem, przystawi mi między oczy i wypali

Słowo stało się ciałem, mam nadzieję, że coraz mniejszym w rozmiarze - odchudzanie rozpoczęte.
Trochę niefortunnie, bo w jadłospisie dzisiaj ryba, a ja nie za bardzo miałam ochotę na nią. Próbowałam się zmusić, ale skończyło się tak, że się spłakałam jak bóbr nad talerzem z warzywami z wody, rybą, na widok której mnie cofało, tak długo się zbierałam do jedzenia, ze mi te warzywa wystygły, ryby i tak nie ruszyłam i skończyło się na vegetariańskim posiłku posolonym łzami. Do tego w sałatce lanczowej miałam mozzarellę light, która też mi ostatnio nie podchodzi (nie, że light, ale mozzarella ogólnie). Nauczka taka, ze trzeba w tej diecie jednak rezygnować z tego, co nam nie podchodzi, mogłam sobie te warzywa zrobić inaczej i rybę odstawić zupełnie.
No nic, nie rezygnuję, taka głupia to nie jestem, ale radosne odchudzanie to chyba oksymoron jednak.

Wczoraj kupiłam sobie rower. Właściwie zarezerwowałam,  a teraz kombinuję, skąd pieniądze, wprawdzie przeceniony o połowę, ale jednak.  Taki dokładnie jak na zdjęciu.  W stylu vintage, siodełko i rączki w brązowej skórze.  Jak widać kolor pastelowo niebieski, ma brązowe esy floresy, jakby kwiaty narysowane, a błotniki, tego nie widać, kolor waniliowy. Pięknisty jest.
Nie jeździłam od hm,hm -dziestu lat, mam nadzieję, że sobie rąk i nóg nie połamię. Mam natomiast zamiar rozsmakować się w przejażdżkach rowerowych z mężem i synem oraz psem prowadzonym przy rowerze. Franek, pies mój zwariowany,  ma niespożyte pokłady energii, nie będzie miał nic przeciwko temu.
Ale najpierw muszę się od nowa nauczyć jeździć na rowerze. Podobno tego się nigdy nie zapomina. Zobaczymy.

Córka w domu, ale już jedzie w środę. Dziesięć dni przeleciało nie wiadomo kiedy. Wiadomo, kiedy nie chcemy, czas zapieprza jak szalony.

piątek, 13 stycznia 2012

Garibaldka dobra na wszystko.


Wspomniałam Wam o grach planszowych. Przy okazji przypomniałam sobie o innej ulubionej rozrywce tego typu, a mianowicie o Garibaldce. Jest to pasjans z elementami rywalizacji dla dwóch osób. Nie wiem skąd go znam, dziwne, ale moja pamięć nie zarejestrowała tego. Natomiast pamiętam, jak w nią grałam. 
Z mamą w dużym pokoju, przy niskim stole, siadałyśmy na dwóch fotelach na przeciwko siebie i przy dobrej kawce grałyśmy kilka partyjek.
Potem nauczyłam przyjaciółkę szkolną Kaję. W licealnych czasach trzymałyśmy się razem, kilka razy zamieszkałyśmy ze sobą na 2 tygodnie, kiedy moja mama wyjeżdżała na wycieczki. Siadałyśmy wieczorami na dywanie i do piosenek Bronki Beat oraz Alphaville, rozgrywałyśmy partię Garibaldki. 
Z moją ciocią, kiedy ją wizytowałam w USA. W jej ogrodzie w Północnej Karolinie, w towarzystwie jej psa, owczarka niemieckiego, popijając litry prawidziwej, amerykańskiej lemioniady domowej roboty. 
Z przyjaciółką Beatą, w trudnych dla nas obu czasach, kiedy pieniędzy niet, dół finansowy jak Kanion Kolorado, mężowie w pracy, a my w domu z małymi dziećmi, montowałyśmy obiad z dwóch jajek i sosu pieczarkowego, a potem grałyśmy, a ile było śmiechu!
Ja w ogóle lubię pasjanse, ale układane na żywo.  Mam to chyba po mojej prababci Michalinie (moja córka ma za to po niej imię), pamiętam jak w nieskazitelnie białej bluzce z milionem szczypanek (takie malutenieńkie zakładeczki, sama szyła), z papierosem w fifce przed  moim urodzeniem (tego oczywiście nie mogę pamiętać), a po już tylko z filiżanką herbaty, siadała do stołu i rozpoczynała misterium układania kart. Zapach tasowanej talii, ich wygląd i atmosfera tych wieczorów, na zawsze wryła mi się w pamięć.  Kupiłam taką samą talię, jak ona używała, na szczęście PIATNIK nie zarzuca produkcji starych wzorów, dokładając jedynie nowe. 
To jest talia Liście Dębu

A to komplet kart luksusowych dla Pań, nieco węższych. Swietny pomysł. 

Ja w ogóle lubię pasjanse, a najbardziej układane na żywo. Mam to chyba po mojej prababci Michalinie (moja córka ma po niej imię), pamiętam jak w nieskazitelnie białej bluzce z milionem szczypanek (takie malunieńkie zakładeczki, sama szyła), z papierosem w szklanej fifce, zasiadała do stolu z filiżanką herbaty i kartami i zaczynała misterium ich układania. Zapach tasowanej talii, jej wygląd i atmosfera tych wieczorów pozostaną na zawsze w mojej pamięci. Zresztą mam taką talię jakiej ona używała, na szczeście Piatnik nadal je produkuje. Poza tymi, używam też węższych, specjalnie dla kobiet, specjalna wersja, rónież Piatnik, bo jestem wierna tej firmie, a oni z kolei hołdują również tradycji i nie pozbywają się starych wzorów, dokładając jedynie nowe. W Polsce można kupić je również na Merlinie.

Miałam kiedyś pasjansa w komputerze. Z tym z kolei wiąże się inne wspomnienie - pierwszy w życiu komputer, z wielkim monitorem (takim klockiem) w kolorze szaro białym, myszka z kulką też szaro biała. Siarczysta zima w Polsce, kawa w kubku-filiżance w zielone kwiatki i odkrywanie nieznanego świata komputerowo. Miałam wgranych kilkadziesiąt pasjansów, ale trzeba było sformatować twardy dysk i nigdy ich nie odzyskałam. A takie fajne były i karty można było śliczne wybrać. Nigdy potem już nie miałam takich dobrych pasjansów.


Jeśli macie przyjaciółkę albo dziecko troszkę starsze,  z którymi chcielibyście spędzić miło czas, polecam pasjans dla dwóch osób -  Garibaldkę, jest świetna.


wtorek, 30 sierpnia 2011

Strachy na lachy


Matka nigdy nie przestaje się martwić, a matka chorego dziecka jest równie chora z rozpaczy, jak nie bardziej. I nie ważne, czy to jest małe dziecko, czy duże, kiedy cierpi, każde ma twarz malucha w potrzebie. Moja córka skarżyła się na ból, najpierw śmialiśmy się, że przesadza, że księżniczka nasza kochana, że na ziarnku grochu, a potem zrobiło się poważnie, aż pewnej nocy spędziliśmy z nią na telefonie kilka godzin, w czasie których oczekiwała na wizytę u chirurga w szpitalu, a zaraz potem, dalej prawie non stop na łączach, bo nie mogliśmy do niej natychmiast pojechać, towarzyszyliśmy w całym tym procesie przyjmowania do szpitala, pierwszych badań, aż do momentu jej wjazdu na salę operacyjną. Myślałam, że mi mózg oczami wyparuje. Bo ja jestem raczej z tych przejmujących się na wszystkie możliwe zapasy i jeszcze dalej. Nawet jak się nie ma czym przejmować, to się przejmuję, że coś za spokojnie jest i tylko pozornie nie ma się czym przejmować, bo coś zaraz zza rogu wyskoczy i nas zaskoczy. Pojechało dziecko na operację, a ja w płacz - jeszcze im się tam nie wybudzi, albo wpadnie w śpiączkę, albo będzie miała powikłania po… - wiadomo, oglądało się wszystkie sezony Ostrego Dyżuru i Grey’s Anatomy, to się wie. Oczywiście nic się nie stało, wszystko poszło jak należy i już po kilku godzinach rozmawiałam z dzieckiem, czyli obudziła się jak należy. Nie, żeby z sensem mówiła, ale najważniejsze, że mówiła i jej rura nic nie uszkodziła i chociaż wie, jak się nazywa. Uffff. Mąż udawał, że się nie przejmuje, jak to mężczyźni, ale też się martwił. Dyskutowaliśmy, aż uradziliśmy, że nie ma co – trzeba wsiadać w samochód i jechać do Dublina. Tym bardziej, że następnego dnia jej urodziny były i taki pech, zamiast imprezy, szpital. Śmiałam się później, że żadna z jej przyjaciółek nie przebije jej 21-dynki, na to córka powiedziała, że i owszem, bo żadna nie miała darmowego strzału z morfiny. Śmiechy chichy, a wszystko z tej ulgi, że już po wszystkim.
Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy, utrzymując wszystko w tajemnicy, spiskując z jej chłopakiem, zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu. Mieliśmy nadzieję, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, córka będzie wypisana do domu, żeby dalszą rekonwalescencję odbywać już u siebie, wiadomo, teraz nikogo nie trzymają w szpitalach za długo. Ale jeśli tak, to obiad urodzinowy i ciasto będą musiały być podane w domu, bo jubilatka nie będzie się nadawała do żadnego wyjścia. No, więc zakupy, szykowanie, marynowanie mięsa, prep sosu i tak dalej, żeby tam już tylko wstawić, zamieszać i gotowe. Tortu nie odważyłam się robić do przewiezienia, bo wiadomo, jak tutaj jest, raz upały, raz zimno, nie wiadomo było, na co trafi, mógłby nie dojechać, ale mrożony dlaczego nie? Okazało się zresztą, że chłopak córki zrobił fantastyczny Baileys Cheesecake i ten mój kupny produkt zbladł jak kurczę na jego tle. Trzeba nas było widzieć rano, kiedy się ładowaliśmy do samochodu, prezenty, gary, pakunki, a na to wszystko pies z dodatkami, czyli jego miski, jedzenie i smycz. Bo nasz Franio koniecznie też musiał z nami, jak odwiedziny, to odwiedziny, jak urodziny, to w towarzystwie całej rodziny, włączając psa.
Wyjechaliśmy o siódmej rano, żeby na jedenastą najpóźniej wylądować w szpitalu. Zaraz po ósmej zadzwoniła córka, bo jej smutno było, niewiele myśląc odebrałam, a ona usłyszała szum samochodu, a jakże i pyta – a gdzie jedziecie? Słyszę nadzieję w głosie, już jej chciałam wygadać, ze do niej, kiedy poczułam kuksańce męża, żebym nie wymiękła. Nie umiem kłamać, a już na pewno nie na zawołanie, ostatnim rzutem na taśmę mówię – jedziemy do kościoła. Córkę zamurowało, my w niedzielę do kościoła na dziewiątą? Za późno zdałam sobie sprawę ze zbyt daleko idącego nieprawdopodobieństwa tego kłamstwa, musiałam brnąć dalej – pogrzeb jest - wyrzuciłam z siebie jednym tchem, aż mi go zabrakło - nauczycielka z podstawówki zmarła, to akurat była prawda. Uwierzyła. A było blisko. Dojechaliśmy szybko, bo w niedzielę ruch mały, rozpakowaliśmy się i pognaliśmy do szpitala. Niczego się nie spodziewała, wiedziała, ze na drugi dzień brat do niej przyjedzie, żeby jej pomagać, ale nas już straciła nadzieję widzieć. Radości było co niemiara – jej, że nas zobaczyła, i naszej, że widzimy ją całą i mimo bólu, zadowoloną. No i łzy wzruszenia, że się nią tak wszyscy zajęli, pielęgniarki i współtowarzyszki z sali. Nie raz słyszałam, jak się ludzie skarżą na służbę zdrowia tutaj, ale ja złego słowa nie powiem, bo personel średni był tam fantastyczny, pomocny, miły, delikatny i kompetentny. I nie był to żaden prywatny szpital, ani nawet jakiś nowoczesny państwowy, raczej odwrotnie, stary i przeładowany ludźmi i pracą. Widać było cięcia i to, że jest ekonomicznie ciężko, pielęgniarki uwijały się jak w ukropie, ale miały zawsze dla każdego miłe słowo, uśmiech pod ręką i chwilę uwagi, kiedy jej było trzeba. A inne panie na sali, mimo, że same chore i obolałe, wciąż dopytywały czy jej czegoś nie trzeba, a kiedy szła na operację, wstały ją uściskać i zapewnić o modlitwach i wsparciu duchowym. I powiedzcie sami, jak tego kraju nie kochać?

piątek, 24 czerwca 2011

Przyjemności okupione ciężką pracą smakują jak najlepsze frykasy

Jestem tak zmęczona, tak dostałam dzisiaj w kość,że nie mogę ruszać ani ręką, ani nogą. Od rana w biegu, z jednego zajęcia, wpadła do domu, przebrałam się, na zakupy, do kafejki, o 5 koniec, na zakupy kolejne, w domu byłam o wpół do siódmej, a wyszłam rano.
Nienawidzę zakupów, ale jak trzeba to trzeba. Najpierw mnie mąż wysłał do Builders Providers. Ten sklep w naszym mieście jest strasznie dziwny, jedyny, który zamyka na lunch, a wieczorem o 5.30. A jak sie już tam człowiek cudem dostanie, to problem cokolwiek kupić, bo albo jest tylko w dużych puszkach (a ja potrzebuję małe), w ogóle nie wiadomo, co gdzie leży, panowie tam pracujący w ogóle nie chcą rozmawiać z kobietami (sklep z nazwy jest dostarczycielem materiału dla budowlańców, ale traktujemy go też jak DIY - do it yourself, czyli dla domorosłych majsterkowiczów, stolarzy, hydraulików itp), jak się już uparłam, to jakoś się zmusili, żeby mi pomóc, i tak na nic, bo z 3 rzeczy udało mi się kupić tylko jedną - dwie listwy drewniane (pół godziny to zajęło) - no nic tylko sobie w łeb strzelić.
W kafejce zapieprz, bo w piątek oprócz obsługi ludzi trzeba powyrzucać wszystko, co nie przetrwa przez weekend i pomyć pojemniki. W tym tygodniu byłyśmy dwie, w zeszłym jedna zachorowała i musiałam to wszystko sama zrobić. Czyli powinnam właściwie powiedzieć, że pryszcz. Faktycznie było łatwiej, ale pogoda taka deszczowa i mnie kości dodatkowo łamią strasznie.
Po pracy pędem do sklepu po weekendowe sprawunki, głównie żywność. Niby miałam kartkę, ale jednak trzeba było pogłówkować, bo nie wymyśliłam, co będę gotować w te wolne dni. Błąd.
W Lidlu pieką teraz nowy chleb, razowy w kształcie trójkąta (kromki po ukrojeniu są trójkątne), z chrupiącą skórką, również przez to, ze jest wysypany drobnymi ziarnami. Fenomenalny. Moje modły zostały wysłuchane, mamy chleb nie tylko świeżo pieczony, ale też i zdrowy.
Cieszę się na te wolne dni, chociaż mam kilka rzeczy do zrobienia, ale w zaciszu domowym, z kawą w ulubionym kubku i z muzyczką w tle, nie wydaje mi się to takie straszne. Lubię ten moment, kiedy wiem, że ciężki dzień już za mną.

środa, 22 czerwca 2011

Próba kostiumowa całkiem nieźle się udała

Syn od półtora tygodnia u córki w Dublinie, miał byc tam tylko siedem dni, ale sobie przedłużył przepustkę. Zastanawiałam się nie raz, jak to będzie, kiedy i syn, w ślad za córką, opuści gniazdo i pojedzie najpierw na studia, a potem już na stałe się wyprowadzi? Za każdym razem lałam łzy z rozpaczy i trochę pewnie też ze strachu, jak to ja sobie ułożę zycie bez 'osób trzecich' które mi tak bardzo zajmowały uwagę przez tyle lat? Tyle pytań. Syn pojechała, niedziela to była, niedobrze, za dużo czasu na myślenie, to i sobie pochlipywałam po kątach, w ukryciu przed mężem. Tego dnia chodziłam podenerwowana, od słowa do słowa, na dodatek się pokłóciliśmy. Oj niedobrze się zapowiadało.
Ale ochłonęliśmy po nagłej zmianie warunków życia i reszta tygodnia nawet nam się jakoś fajnie ułożyła. Dużo czasu spędziliśmy razem, ale i oddzielnie, ja przy komputrze, mąż w ogrodzie. Razem sobie książki czytaliśmy ramię w ramię, spacery, gotowaliśmy razem obiad, spacery - jak młode małżeństwo.
Już się nie boję lat bez dzieci, bo przecież one nie znikają bezpowrotnie, cały czas jesteśmy w kontakcie, dzwonimy, chociaż syn nie jest 'telefoniczny' i to ja musiałam do niego przekręcić raz i drugi, za to córka prawie codziennie do mnie przekręci w drodze do domu z uczelni lub z pracy. Wiem, co u nich, czuję ich obecność, chociaż nie namacalną.
Natomiast przekonałam się po raz n-ty  i doceniam dzis jeszcze bardziej, jaki ten mój mąż fajny facet i że nie boję się z nim starzeć, nie boję się zostać z nim tylko we dwoje. Na chwilę 'przebraliśmy' się za bezdzietne małżeństwo i całkiem całkiem nam ta próba kostiumowa wyszła. A jak jeszcze pomyślę, że tylko krótki czas potrwa nasza 'wolność' po wyjeździe dzieci, bo przecież zaraz pojawią się wnuki i znowu pojawią się w domu małe dzieci, jeśli nie codziennie, to na pewno często, to już w ogóle ocieram ostatecznie łzy, bo jeszcze tyle przede mną