Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzycznie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 stycznia 2014

Apdejt czyli jak tam sprawy, jak tam zlewy

Gdzieś mi wcięło pasek. Nie taki od spodni, ale nawigacyjny blogspotowy i to tylko w przeglądarce Chrome, bo widzę, że Mozilla Firefox wyświetla, ale z kolei tam jakieś reklamy mi się zaczęły na szczycie ładować, więc zrezygnowałam z używania. Macie na to jakąś radę?

A poza tym wiele się działo, takie doły zaliczałam, że szok.
Najpierw zmarł mój znajomy, który był jedną z pierwszych osób, z jakimi się tu zetknęłam. Ok, stary lekuchno było, ale bez przesady, jak na nasze warunki, w końcu to nie średniowiecze, młodzieniaszek.
Dużo palił, ale poza tym w normie, no dobra - nie jadł i kawę lubił w dużych ilościach, to go pewnie, cuzamen do kupy, zabiło. No i rak, ale nie tylko on. Nie rzucaliśmy się sobie na szyję co tydzień, ale smutno wiedzieć, że go już nie ma.

Miałam krótki wyjazd do Polski, ale zanim jeden wieczór w Dublinie. Tam wymieniłam książkę w Easonie, ale mój palec połamaniec u nogi, nie dał mi nic więcej podziałać, więc kawa i Yamamori najpierw, a potem spotkanie z blogerami irlandzkimi. Sławek to zorganizował, przyklasnęło wielu, ale koniec końców było nas kilka osób. No i dobrze, bo i tak nie da się pogadać ze wszystkimi, szczególnie, że to było na kręglach. Miałam zamiar skopać im tyłki, ale nieczynna stopa to uniemożliwiła, tak więc udałam się tam w celach gadatliwych, to umiem najlepiej.
Po grze udaliśmy się do domu jednego z blogerów, takie spotkania lubię najbardziej, bo można pogadać i posłuchać muzyki, jaką się lubi, a nie jakieś łomoty. Tym razem Peter grał na gitarze do wtóru naszym rozmowom, więc w ogóle czad. Jak za studenckich czasów.

No, a rano wylot do Polski. Stres do kwadratu stresem poganiał, aż doszło do takiego momentu, że myślałam, że wylewu dostanę. Poważnie. Siedziałam na krześle, rozmawiałam z panią pewną urzędniczką i myślałam sobie, żywcem tego na klatę nie wezmę, nie zdzierżę, to już za dużo.
Okazało się, że człowiek to jednak silna bestia nie do zabicia, żyję. Sprawy mamy pokomplikowane są jeszcze bardziej niż były, jakbym nie prostowała, wychodzi odwrotnie albo z czasem znowu się skręca, co najmniej jak włosy prostowane, co w wilgoci w pierścienie się zwijają. Ten efekt jojo jest taki, ze za każdym razem coraz trudniej. Albo sił już nie staje.

Za to nadal kuśtykam i to mnie martwi. Wrociłam wczoraj w nocy, próbowałam prześwietlić nogę dzisiaj, ale mi się nie udało.

Jak zwykle, kiedy mi jest ciężko na duszy, wynajduję sobie piosenki afirmacyjne. Dzisiaj podczas sprzątania słuchałam radia zamiast audiobooka, bo mi się zapodziała gdzieś mp3jka
Ten utwór poniższy usłyszałam w Starbucks podczas kupowania kawy i głupio mi było spytać, co to i kto to, a strasznie mi się podoba - Pharrell Williams Happy - tytuł adekwatny do potrzeb


Kiedy to leci nie mogę przestać kręcić i potrząsać oraz obracać każdą częścią ciała oddzielnie, budzi się we mnie czarna krew.
A jak człowiek się tak wygina i podryguje, to chyba się coś wytwarza, endorfiny chyba nie, bo to za mały wysiłek, a moze? W każdym razie jakoś lżej się robi. Muszę poszukać tego wykonawcy na Spotify.

A tę drugą usłyszałam dziś po raz pierwszy i się do mnie przykleiła na cały dzień.


Zapomniałabym opowiedzieć, o mojej drodze do bramki na lotnisku, z tym połamanym palcem zdecydowałam się poprosić o podwózkę. I oni mnie sru na wózek inwalidzki. Najgorsze doświadczenie lokomocyjne w moim życiu. Pcha facet ten wózek, wszyscy się na mnie gapią, a jak czuję się jak w samochodzie jadącym bez mojej kontroli, bo nie mam kierownicy. Okropne, myślałam, że ludzi rozjedziemy. A potem mnie wysadził i podjechał taki mały samochodzik jak na polu golfowym i pognaliśmy rączo do bramki, wszystkiego kilka minut radochy. Oczywiście wzbudza człowiek zainteresowanie, kiedy tak 'z fasonem wozem' podjeżdża, podczas, kiedy reszta się wlokła kilometrami na nogach, ale cóż, ból zwyciężył wstyd.
Ale do samolotu wózkiem i czym tam, sama nie wiem, jak oni to robią - dźwigiem? - nie dałam się już wsadzić. Kuśtykałam dzielnie, a potem przespałam cały lot, jak nigdy.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Let's take a wild run with the dogs tonight in suburbia...

Wieczór w domu. Za oknem pada, mąż właśnie przywiózł syna z siłowni, co jest znakiem, że można zakończyć już dzień aktywny, przebrać się w dresy, władować się pod koc i poczytać. Mąż na jednej kanapie, ja na drugiej, mniejszej sofie. Co mnie podkusiło włączyć wiadomości? Cały dzień nie oglądałam, poczułam niepokój, że może coś... No i wykrakałam. Wybuch na maratonie w Bostonie. Obejrzeliśmy kilka doniesień z miejsca zdarzenia, posłuchaliśmy ekspertów, ale po godzinie już nie mogłam znieść tego, już za dużo nieszczęścia.
Wyłączyliśmy telewizor, gra teraz radio Stare przeboje, czy jakos tak. Leci Pet Shop Boys, mąż 'u siebie' czyta, ja 'u siebie', ale oboje mamy na twarzy szerokie uśmiechy. Bo te stare piosenki niosą za sobą wspomnienia, naszych pierwszych chwil razem, młodości, upalnego lata w Mielnie czy Łebie, albo wypadu na Mazury, albo zimowego wieczoru, kiedy jechaliśmy granatowym dużym fiatem przez centrum Warszawy, muzyka grała, my może byliśmy po kolacji w Europejskim?
Nawet nic do siebie nie powiedzieliśmy, tylko rzuciliśmy okiem jedno na drugie, z tym uśmiechem i wiedzą wielu chwil razem, wielu lat razem, słów już nie trzeba.
Fajne są takie chwile, kiedy całe lata za nami, a człowiek nie żałuje ani jednej minuty i wie, że jeszcze wiele przed nim.
A jeśli nie, to dobrze, że tego nie wiemy. Po co?



czwartek, 7 lutego 2013

Byłam w kosmosie, jestem w siódmym niebie

Znowu Was haniebnie zaniedbuję, ale jakoś mi nie po drodze z blogiem było. Tyle do napisania, jedna wielka radość do podzielenia się z Wami, ale trzymałam język za zębami, bo się bałam powiedzieć, żeby nie zapeszyć. Córka mi dzisiaj dała zielone światło to powiem, ale najpierw napiszę o wyjeździe do teatru.
Co jakiś czas sobie organizujemy takie babskie wyjścia, najpierw posiadówka w restauracji, jedzonko, śmiechy i różne opowiastki, plotek tym razem nic a nic. Szkoooda. Dobra plotka nie jest zła. Poważnie. Dobra plotka, to taka informująca, a nikomu krzywdy nie robiąca.
Potem pognałyśmy do teatru. Jak zwykle siedzimy w restauracji do ostatniego momentu, potem rzucamy się płacić, każda za siebie, więc wyglądamy przy wyjściu, jakbyśmy za komuny po mięso w kolejkę stanęły. Czasu zostaje tylko tyle, żeby się przemieścić, zaparkować i dolecieć do teatru. Tym razem nie było korka, więc spoko. Pogoda piękna, jakby to była prawdziwa wiosna, zresztą Irlandczycy mają przeświadczenie, że ta zaczyna się właśnie 1 lutego, czyli to był ten nasz wyjściowy piątek.
Pachniało wiosną, było cieplutko i obiecująco.
Po spektaklu, o którym napiszę zaraz na Notatkach Coolturalnych, rozjechałyśmy się do domów, późno już było, odwiozłam jeszcze Gosię i heja w trasę do siebie, zupełnie o tej porze pustą drogą, przez góry i bezludzie, w stronę oceanu. Jeszcze jadąc główną ulicą miasta, otworzyłam sobie okno. W radio z płyty popłynęła ta melodia Petera White'a 'Sunny'


Główna ulica było oświetlona, pełno wokół ludzi, toż to zaczynał się weekend, zmierzali do pubów i dyskotek, a ja z otwartym oknem (zimy łokieć :-), powolutku sunęłam środkiem. Nagle dejavu, wydawało mi się, że jestem w Warszawie, dwadzieścia kilka lat wcześniej, wybieramy się gdzieś z chłopakiem (teraz to już stary mąż, hyhy) i pięknie jest po prostu. Macie tak czasami, że wydaje wam się, że czas się cofnął?
Wprost z oświetlonego miasta, niesioną tą muzyką, nie zauważyłam, kiedy wjechałam w ciemność, a potem w jeszcze głębszą ciemność. A z radia popłynął Mo'Better Blues z mojego ukochanego filmu Spike'a Lee o tym samym tytule. Gra kwartet Branforda Marsalisa (chociaż na klipie jest Denzel Washington, bo on grał rolę trębacza). Świetny film, kto nie widział, niech koniecznie nadrobi.


Coś dziwnego się podziało. Jechałam w całkowitej, najczarniejszej z czarniejszych ciemności, z otwartym oknem, podmuchem na policzku i gwiazdami nad głową. Czułam się, jakbym samochodem płynęła w przestrzeni kosmicznej.
Przez całą drogę grałam tylko te dwie melodie, żadnych słów, pierwsza niezwykle zmysłowa, druga jak kołysanka, obie jak zapewnienie kochanka, że jesteś z nim bezpieczna. I te gwiazdy w ciemności.
Nigdy nie zapomnę tej nocy i tej 'podróży w kosmosie'. Czułam się autentycznie szczęśliwa.

A od poniedziałku wspaniałe wiadomości. Od rana chodziłam jakaś niespokojna, znajoma wirtualna miała operację, więc świeczka, co mi przypomniało, że ostatnio zapomniałam się pomodlić o tę wymarzoną pracę dla Misi, o którą aplikowała niedawno. Tak bardzo życzyłam jej tego, to takie ważne, żeby zawodową drogę zaczynać w niezwykłym miejscu, gdzie wyzwania są radością. Już drugi tydzień czekania na wiadomość się zaczął, niby nadzieja umiera ostatnia, ale zaczęłam się niepokoić. I cud się stał tego dnia, bo córka do mnie po kilku godzinach zadzwoniła z wiadomością, że dostała tę pracę. Jeszcze bałam się na ten temat oddychać, dopiero dziś zaczynamy tak naprawdę się cieszyć, bo to naprawdę była niezwykła oferta i wspaniały start. Dostała się do kwatery głównej Primark, będzie pracować w swoim zawodzie, czyli jako graphic designer w połączeniu z marketingiem i wieloma innymi elementami, wielka różnorodność, nudzić się nie będzie. A do tego kobieta, z którą przyjdzie jej współpracować, wyjątkowo przypadła jej do gustu. Tym razem wszechświat, anioły stróże, wszyscy święci, rodzina w niebiesiach, czy gdzie tam wylądowała, sami najwyżsi i Matka Boska, sprawili się na medal. Tak się cieszę, że usiedzieć nie mogę.

sobota, 28 lipca 2012

Londyn - Donegal, imprezy czas zacząć.

Oglądałam wczoraj inaugurację Olimpiady w Londynie, nastawiona raczej na podsłuchiwanie, czytanie, blogowanie, jak to w piątek wieczór po dosyć ciężkim dniu, wszystko na raz. Piątki mam zawsze bardzo pracowite, bo to i u siebie w domu staram się ogarnąć, ale też i inne cotygodniowe obowiązki akurat w ten dzień przypadają. Na rybkę zawsze mam przed oczami obraz siebie, siedzącej w fotelu z nogami wyżej, z psem obok, z komputerem lub książką na kolanach, czekającą na dobry film (taki obrazek przed oczami cały dzień, byle do wieczora). Wczoraj to miał być koncert piosenek Anny Jantar i Kukulskiego w nowej aranżacji Adama Sztaby i otwarcie Igrzysk właśnie. Koncert był, ale inny, już go widziałam, więc mi mina trochę zrzedła, nie wiem, skąd ta zmiana w programie. Nie żebym jakoś specjalnie za Jantar przepadała, ale to moje dziecięce lata i chętnie bym sobie w nowych wykonaniach to zobaczyła. Nic to, przecież nie na tym koncercie mój wieczór się opierał, po prostu lekki zawód i tyle.
Postanowiłam w takim razie wziąć się wreszcie za opisanie Mr. Pebble i Gruda powieści Mariusza Ziomeckiego, która mi się wybitnie podobała i o której trąbię wszem i wobec, bo widzę, że nie ma takiego PR, na jaki zasługuje, a co za tym idzie, zamiast się ludzie o nią zbijać, nic o niej nie słyszeli. Nigdy nie zrozumiem naszego rynku wydawniczego, gdzie robi się dużo szumu nad wydaniem jakiegoś gniota, a dobra książka sobie cichutko stoi na półce i czeka na uważnego czytelnika, co ją sam z siebie wypatrzy. A nie jest to łatwe, pamiętam z moich niedawnych wizyt w księgarni w Polsce, masa książek, ekspozycja - różnie, w zależności od możliwości księgarni, kolory okładek wala po oczach i człowiek się zniechęca po kilkunastu minutach, bo musiałby grzebać godzinami, żeby coś dla siebie znaleźć. Ja zawsze wiem, co chcę, ale jest też faktor zaskoczenia, na które człowiek ma nadzieję, szczególnie kiedy nie mieszka w kraju i ma wrażenie, ze go coś omija z niewiedzy.
Popisałam sobie, wzruszyłam się na wspomnienie niedawnej lektury, a tu już się zaczęła impreza na stadionie i to z takim hukiem i przytupem, tak ciekawa i widowiskowa, ze się już oderwać nie mogłam. Ach, jak oni to zrobili, a ten znicz na końcu, złączony z ponad 200 pojedynczych, symbolizujących każdy kraj, to już w ogóle majtersztyk.
Padma na FB napisała, że nie ma drugiego takiego kraju, który wplótłby w taką ceremonię tyle odniesień do literatury i ja się z nią zgadzam. Podoba mi się ta ich duma z historii, z ich wkładu w kulturę i historię całego świata. No i poczucie humoru, królowa skacząca z samolotu i Jaś Fasola - setnie się ubawiłam, a i wzruszyłam kilka razy.


A dzisiaj u nas leje (co ja nie powiem?), mąż trochę nie w formie, postanowiłam go dopieścić i piekę sernik, taki wiedeński bez spodu, według przepisu pani Zosi, która mi go dała 30 lat temu i od tego czasu przynajmniej ran na 3-4 miesiące piekę go u siebie, zawsze ją wspominając, niestety już nie żyje.
Dzisiaj w moim miasteczku zaczyna się festiwal, potrwa cały tydzień. Festiwale to specjalność tego kraju, w każdej nawet najmniejsze mieścinie coś tam organizują, jak nie festiwal krewetek, to tańca z przytupem lewą nogą, oczywiście literackie, kulturalne, wędkarskie, sportowe i inne, każda okazja dobra, zęby wypić pint of Guiness. I dobrze, lepiej się bawić i śmiać, niż płakać i smucić. U nas niestety nie ma literackiego (chociaż mamy dni Peadara O'Donnella), wybory Miss za to, chłopy mają na co popatrzeć, chociaż po 10 latach obserwowania festiwalu widzę, ze nie o te laski chodzi, bo wielu nawet nie wie, kto startuje, a o ubaw, dobrą muzykę i bezkarne przebywanie w pubach od świtu do nocy.
Mamy nawet hymn tego festiwalu, zawsze śpiewany na zakończenie, ciemną nocą przy światełkach zapalniczek, piękny, zawsze mi w oczach łzy stają, kiedy go słucham, chyba nikt tak jak Irlandczycy nie potrafi napisać i zaśpiewać pięknie o zwykłych rzeczach, takich jak siedzenie na plaży z dziewczyną na kolanie i butelką wina, i uwielbieniu dla swojego miasteczka. Posłuchajcie, to naprawdę fajna pieśń.


Syn w tym roku pomaga przy organizacji festiwalu, będzie jako wolontariusz go obsługiwał. Fajny tydzień przed nim.

wtorek, 19 czerwca 2012

Śpiewać każdy może

Trochę lepiej, lub trochę gorzej, a ja niestety...nie mam talentu do tego. Ale kto by się tym przejmował w domu? Kto mi zabroni? Kiedy jestem sama, śpiewam tańczę, wyginam śmiało ciało.
Od wczoraj, to już wiecie, z Miką Urbaniak mi czas muzyczny leci. Przyczepiło się do mnie to Follow you i śpiewam w kuchni, pod prysznicem, w ogrodzie przechadzając się między kwiatami, ręką małżona ku uciesze żony sadzonymi - wszędzie. Fajnie mi z tą piosenką.
Rano odebrałam niepokojącego maila, od razu mi mina zrzedła. Musiałam jechać do urzędu pracy, jeszcze bardziej mi zrzedła. A potem zakupy. Nie lubię, więc zrzedła do cna.
Chodzę między ogórkami i słoikami i myślę - Kaśka ratuj się, nie dawaj się smutkowi.
Tak się w sobie zapadłam w tych myślach, że straciłam poczucie miejsca i czasu. Łatwo było, bo mało ludzi w sklepie się kręciło w tym czasie.
Wpadłam na pomysł, żeby dzisiaj zrobić naleśniki z mąki pełnoziarnistej z nadzieniem z chudego twarogu, grillowanej cukinii, cebuli i czegoś tam jeszcze, nie określiłam do końca. Do tego zupa krem pomidorowo-selerowo-paprykowa. Tak się zapaliłam do pomysłu kulinarnego, że wybierając warzywa, (przypominam nie pamiętam, gdzie jestem), zaczęłam śpiewać w głos, kręcąc do rytmu kuprem.

How in the sky, with no wings for me to fly, I will follow youuuuuuuu
or in the see with no air for me to breath I will follow youuuuuuuu...

A ponieważ nigdzie nie ma słów tej piosenki w sieci, albo nie miałam wystarczająco dużo cierpliwości, żeby je znaleźć, bo wiadomo, milion stron by trzeba było przelecieć, część znam, część nucę i dodaję jakieś 'łubadu, tralala, mmmm'
I zaraz mi się przypomina kawałek z książki Urszuli Dudziak, gdzie wspomina o zapisywaniu fonetycznym tekstów piosenek i do tego śpiewu i tańca dodatkowo zaczynam szczerzyć zęby w uśmiechu.

A jeszcze jest na tej płycie inna fajna piosenka na poprawę humoru - Don't speak too loud. Tyż pikna i skoczna. Tyż nie znam tekstu, co nie przeszkadza mi śpiewać

 no no no, nanana, I just want to feel your tender kiss, don't make a sound, lalala.

O dziwo pamiętam melodię do jednej i drugiej.
I tak chodze po sklepie, jaja do kosza -

szupada, szupadu I will follow youuuuuu, how can I (tu już nie pamiętam, czyli lalala, nanana).

I w pewnym momencie zauważyłam zdziwiony wzrok kobiety rozkładającej towar na półki i drugiej, stojącej obok półki z chlebem, która zamarła w pół ruchu, z ciastkiem nadzianym jabłkami, zawieszonym nad brązowa torebką. Tylko dziecko nie dziwiło się niczemu i podrygiwało w rytm (może za dużo powiedziane :-) melodii.

Nie ma to jak zrobić z siebie widowisko. Od razu mi się humor poprawił, śmiejąc się w głos, udając, że nic się nie stało i ja tak przecież codziennie o tej porze (a wy nie? mówił mój udający zdziwnienie wzrok), pognałam do kasy.

Teraz siedzę przy komputerze, ze słuchawkami na uszach, małżon drzemie przed telewizorem, znużyły go potyczki dziennikarzy z Grzegorzem Lato. A ja oczywiście mam Mikę w odtwarzaczu i słuchawki wi-fi.
Przestraszyłam się, bo nagle wpadł do pokoju z gałami na wierzchu, pomyślałam, że coś się stało. Zrywam słuchawki z głowy, a on - Jezu, tak strasznie jęczałaś, że się aż obudziłem.

Nikt nie docenia mojego talentu wokalnego. No nikt.
Jutro polski big beat - Ania Rusowicz. Na zakupy nie idę.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

I will follow you... lala, mmmm

Dziwny ten dzień. Zimno, to lato jest do niczego. Jak się robi ciepło, to zaraz wyłażą takie małe muszki (midges), które gryzą i wchodzą w każdą dziurę, nawet w oczodoły, nie wiadomo już, co lepsze. W każdym razie lata nie ma.

Ale zapach jest, taki jak w chłodniejszy polski dzień, mimo wszystko letni. Ziemia pachnie i gdzieś tam ścięta trawa też, bardzo intensywnie i jakoś tak 'wiejsko', chociaż ja na wsi nie jestem chowana, więc to tylko przypuszczenie. Albo tak, jak kiedyś na łące, gdzie jechaliśmy z dzieciakami rowerami, a potem się odpoczywało leżąc na plecach, obserwując ptaki i gadając o głupotach, wymyślaliśmy jakieś śmieszne historyjki i było jak w raju. Do domu wpadaliśmy tylko po to, żeby wziąć pajdę chleba ze śmietaną i cukrem. Albo z mielonką i ogórkiem, takim z krzaka sprzedawanym na wtorkowym lub piątkowym rynku. A śmietana też taka, że nóż w niej stał. I ścierką jechała, hehe.

Naszły mnie wspomnienia z dzieciństwa, bo czytam Mr. Pebble i Gruda, gdzie z każdej kartki wyziera przeszłość przaśna nasza PRL-owska. Ta, której nie pamiętam i ta doskonale mi znana.
I tak mnie na rozmyślania nad nadmiarem i przepychem tych czasów napadły. Naprawdę uważam, że 'less is more' czyli mniej znaczy więcej i zaczynam się zastanawiać, co by tu ograniczyć, odgruzować, zubożyć, żeby zrobić trochę miejsca, również w głowie.
My mówimy - bieda straszna teraz. Grzeszymy.
Gdy byliśmy młodzi, człowiek pożądał niby telefonu z okna do okna, z bloku do bloku, który był pokazany w jakiejś gazetce dla młodzieży, takiej o majsterkowaniu, dwie puszki i drut i będziemy mogły się z koleżanką komunikować wieczorami. Siedziałyśmy, ja w swoim oknie, ona w swoim i marzyłyśmy o rozmowie, a tylko mogłyśmy na siebie patrzeć. A matka by już z domu nie puściła. Telefon? Zapomnij. Nie o rachunki chodziło, nie miało się go w domu, albo był, ale w korytarzu na dole. Całymi dniami człowiek bawił się na podwórku, na rowerze lub u koleżanki w ogrodzie. Na książki się polowało, magnetofon szpulowy był rarytasem, kolorowy telewizor Rubin też (my kupiliśmy nasz na dożynki koszalińskie w 1975 r.). Żadne z nas nie było nigdy znudzone, sfrustrowane czy nabzdyczone. Czekaliśmy po prostu na kolejny dzień i na możlwość wspólnej zabawy, a to w szkołę,  a to w zbijaka, w gumę, milion ich było.

Rano, kiedy ścielę łóżko, niebezpiecznie blisko jednej jego strony mam regał z książkami. Akurat z wieży leciała piosenka z nowej płyty Miki Urbaniak Follow you. Fantastyczna jest ta dziewczyna. Sięgnęłam po książkę jej mamy, Urszuli Dudziak, o  jej życiu, początkach, śpiewaniu, ludziach, których poznała i się tak zachwyciłam, ze cały ranek Miki Urbaniak słuchałam, a 'Urszulę' czytałam.

                                       mama z córką - (fot. Krzysztof Opaliński) z portalu Polki.pl

Dzisiaj tak mogę, akurat mam czas, raz Dudziak, raz Mr.Pebble, rozerwana na strzępy, bo obie wyjątkowo. A o nadmiarze mówię, bo mam tyle książek do przeczytania, które mnie wołają, już natychmiast, do tego sieć, do tego filmy, muzyka, znajomi, informacje (nadmiar, dzisiaj postanowiłam nie słuchać, nie oglądać), dzieci, wrażenia, uśmiech, łzy - za dużo, bombardowana jestem tym wszystkim, nie mam czasu się zatrzymać. Less is more - powtarzam sobie (czytając dwie książki na raz, hehe).

A słucham Miki na zmianę z Imeldą May. Obie fenomenalne. I te książki wyjątkowe. W takich momentach jestem szczęśliwa.

niedziela, 17 czerwca 2012

Syndrom odstawienia idę 'rozjechać' na rowerze, a syn poległ na technice

Franciszku Smudo, co zrobiłeś z moją lubą, Franciszku Smuuuuuudo, co zrobiłeś z moją lubą - tak chodzi po domu i śpiewa mój mąż, na melodię Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało....
A stało się i ja teraz właśnie przechodzę syndrom odstawienia. Wczoraj nic nie powiedziałam, kiedy przegrali, bo się musiałam pozbierać. Wieczorem, jakby nigdy nic, napisałam notkę o nowej powieści Fryczkowskiej, poczytałam i udałam się na spoczynek. A rano zobaczyłam piłkarzy, którzy wyszli do kibiców, takich na maksa przygnębionych i się popłakałam. Na to małżon zareagował powyższą piosenką, co mnie najpierw rozsierdziło, ale potem jednak rozbawiło i mi łzy szybko obeschły.
Co jakiś czas TV pokazuje fragmenty ukazujące reakcje kibiców po zdobytych golach w poprzednich meczach i tego mi tylko brak, tego haju, na który sami, wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice, wszyscy się wznieśliśmy. Teraz mi żal tego uczucia, wrzasku milionów gardeł, który zagłuszałam własnym. Ja nie jestem jakoś szczególnie wylewna, a oglądając te gole darłam się najgłośniej z całej rodziny, aż się moje chłopaki ze mnie śmiali.
Nie, nie mam w sobie złości, bo to tylko sport, a ja kibicem jestem 'niedzielnym' a raczej Eurowo Mundialowym. Nie, nie będę teraz psów wieszać na reprezentacji i trenerze, bo tak to już jest, że byli słabsi i cudów nie ma.
Nie będę się teraz mądrzyć, ani mądrzących słuchać, nie przyznam racji Tomaszewskiemu, bo mnie jego postawa mierzi.
Ale to powiem - strasznie zawiodłam się na kibicach wychodzących z meczu, którzy reagowali złością. Smutek tak, bezsilność i zawód jak najbardziej, ale agresja? Po co? Zazdrościłam wtedy postawy kibiców irlandzkich. Oni w przegranej nie widzą końca świata, bo swoją wartość jako narodu upatrują w każdym sobie, a klęskę potrafią przekuć w siłę. I nie biorą tak wszystkiego na serio. 
Co mówili, kiedy dziennikarz ich informował, ze wszyscy stawiają na Hiszpanię? Tylko trzeźwi mogliby tak sądzić! Cóż za piękna odpowiedź.
Polacy potrzebują sukcesu, bo my swoją wartość tylko w tym widzimy - w sukcesach. Nie widzimy małych kroków i małych błogosławieństw, które do tego sukcesu, czasem przez lata całe, wiodą. W wielu Polakach drzemie mały pisowiec - roszczeniowy, wiecznie nabzdyczony i agresywny. I wskazujący winnych palcem daleko odsuniętym od siebie. 
Cieszę się, że ostatnie kilka dni miałam naprawdę pełne radości i nadziei, wiedziałam, że naszej drużynie daleko do mistrzów, ale świadomie tę wiedzę od siebie odsuwałam, bo tak mi było dobrze. To tak jak z jedzeniem słodyczy, wiesz, że niezdrowe, ale dają tyle radości w momencie jedzenia, ze sobie czasem, od święta, na nie pozwalasz. 
Nasi piłkarze wyglądali na zestresowanych, przetrenowanych i pod niemożliwą do udźwignięcia psychicznie presją. Nie mieli na twarzach wypisanego gladiatora. Nie ma co napadać na Smudę, bo nie on jeden zawinił i wskazywanie na niego jest zamiataniem problemu pod dywan. 


Dzisiaj u nas Dzień Ojca. Rano syn postanowił puścić nam muzykę jego zdaniem najbardziej odpowiednią, wybrał z półki jedną z kaset magnetofonowych i poległ, bo nie potrafił jej włączyć. Miotał się przy wieży (specjalnie kupiliśmy taką, żeby można było słuchać też kaset), mąż go instruował i trochę cierpliwość stracił, a syn, ostoja spokoju, rzekł - ta technika jest już poza mną. Dotarło boleśnie do męża, w jakim roku się urodził on, a w jakim syn. I jaki to skok cywilizacyjny. Do tej pory mamy na półce, w charakterze eksponatu vintage, ale działa, oryginalnego walkmana Sony, z dwoma wejściami na słuchawki, którego słuchaliśmy na pierwszych randkach idąc za rękę po parku. Sade słuchaliśmy. I Captain of my heart zespołu Double. To były czasy.





Kaśka, wyjdziesz na rower! tak krzyczała koleżanka pod oknem, kiedy miałam jeszcze zielonego składaka i byłam w podstawówce.
No to idę, rozjedziemy to poczucie odstawienia, nie damy się marazmowi. Trzeba patrzeć w przyszłość, nie oglądać się za siebie. To pozostawię działaczom, hehe

czwartek, 22 grudnia 2011

The Irish Times wziął mnie z zaskoczenia, a Roisin Ingle całkiem tam była

Pisałam Wam o imprezie gwiazdkowej, na której się wynudziłam (już taka jestem, impreza nic temu nie winna), przy okazji tego wpisu przypomniało mi się, że przed wyjściem z tego kilkugwiazdkowego hotelu zakosiłam Magazyn The Irish Times.


Nikomu tym krzywdy nie zrobiłam, bo to już noc była, następnego dnia wylądowałby w kominku do spalenia, ustępując miejsca The Times na niedzielę. Zapomniałam tego dnia kupić, chociaż w soboty akurat staram się pamiętać, bo w tymże magazynie na stronie trzeciej zawsze jest felieton mojej ulubionej Roisin Ingle. Czytam ja odkąd tu przyjechałam (piszę o tym TU, jeszcze na bloxie), z przerwą na czas, kiedy ona zniknęła po urodzeniu bliźniaków. Ale jak to czasem bywa, przylazłam do domu, szmyrngnęłam w kąt i przypomniałam sobie dopiero teraz. Zrobiłam kawkę i zasiadłam do czytania. Lubię tak.


Przeczytałam felieton, kawa jeszcze w kubku, trzeba zobaczyć co tam jeszcze w Magazynie piszą, przewracam strony i co widzę??? Znajomą twarz, ale jeszcze nie zatrybiłam, jak bardzo znajomą.



Czytam wywiad, z kimś mi się kojarzy, ale nazwisko było na samej górze, a na dole żadnego przedstawienia postaci, jedynie, ale o Polce, więc patrzę na zdjęcie i aż mi serce wyskoczyło z zawiasów, wsadzam nos w gazetę, bo ja ślepa, ale z tych ślepych, co maja okulary, ale ich nigdy nie noszą (Kaśka, naucz się je wtryniać na nos, sama siebie upominam),


a jakże, moja Ania kochana jak malowana. Wiem, wiem, że ona żadna moja Ania, nawet przecież jej osobiście nie znam, ale ja na emigracji, Polska do mnie przyjechała, to sobie będę przywłaszczać i uzurpować, a co.
Anna Maria Jopek w Irlandii, to już wiedziałam, ale że wywiad z nią w najbardziej prestiżowym dzienniku, bo The Irish Times do takich się zalicza, będzie zamieszczony, zobaczę, tego nie wymyśliłabym nigdy.
Natychmiast spuchłam z dumy i teraz się turlam taka po kuchni, bo gotowanie rozpoczęte.

Bigos w tym roku robię pierwszy raz tak, jak nigdy wcześniej nie. Zamiast kapusty wigilijnej, prawdziwy taki z mięsem. Czy ktoś ma rady jakieś?

Ja tu o bigosach jakiś, ale muszę koniecznie sobie puścić coś z Sobremesy. Ta piosenka jest całkiem nie swiąteczna, ale jaka energetyczna. Można tańczyć wokół bigosu, haha