wtorek, 3 lipca 2012

Piłkarskie finały, kocie podchody (dobrze, że nie odchody), a na talerzu raj

O ludzie, jak ja się spłakałam po meczu z Włochami. Bo ja jestem kibic na 100%, albo nic i czytam książkę, albo całym sercem i nogami. Wymyśliłam sobie, że Hiszpanom już wystarczy tych tytułów, już biorą je za normę, cieszą się, ale nie tak, jakby Włosi szaleli, gdyby dostali. A jeśli już nie nasi, to niebieskim kibicowałam i jak daleko zaszliśmy! Do samego finału.
Cały dzień sobie z synem delikatnie 'dogryzaliśmy' - masz tu synku chrupki na wieczór, jakoś ci muszę osłodzić przegraną Twojej drużyny; masz tu mamuś ciastko z jabłkami, jak będziesz w rozpaczy po przegranej, to sobie zjesz. I tak cały dzień.
Przyszła ta godzina, zasiedliśmy, małżon z książką zdrajca. Emocje wielkie, u nas, bo u męża różnie, ale jednak odłożył książkę po jakimś czasie, nie zdzierżył. Po dwóch golach już wiedziałam, że nic z tego. Stracili power, gołym okiem to było widać. Przerwa, siedzę nabzdyczona, syn pyta - mama, gniewasz się na mnie? Musiałam mieć straszną minę skoro się dziecko przestraszyło, że go matka wydziedziczy.

Potem to już była masakra, kiedy znieśli jednego zawodnika, a było już po trzech zmianach i nikogo nie mogli wprowadzić, Włosi grali w 10, a do tego podłamani. Hiszpanie to już bili leżącego, nie mogłam na to patrzeć. Po odgwizdaniu końca, wszyscy wiedzą 4:0, jak te stare chłopy zaczęli płakać to mnie też łzy stanęły u bram, ale jak odbierali medale i Hiszpanie przystąpili do złotych, nie łzy mnie tak 'odtamiły', ale wzrok Buffona i takie rozmarzenie w oczach - co by było, gdybyśmy my tam teraz stali. Kurczę, łzy mi leciały jakby mi ktoś kurek otworzył do podlewania ogrodu. Mąż się śmiał, że lepiej niech ja stanę pod krzakiem z różami, przynajmniej jakiś pożytek z tego będzie.

Jeszcze cały poniedziałek przeżywałam, te ich wyjazdy, przyjazdy i komentarze, ale już zakończyłam to definitywnie, bo bez przesady, mam swoje życie, sama jestem zaskoczona, ze tak przeżywam. To chyba bardziej żal za emocjami i tym Euro w ogóle, a nie za drużyną konkretną.

I ta cholerna polityka, która się 'wreszcie' przebiła i szaleje po kanałach - nienawidzę, wkurzają mnie i mam nadzieję, że wszyscy, którzy od tego odpoczywali długo, już nie mają w sobie zgody na to całe bagno i słuchanie o tym.

A w weekend była Misia z kotami. W sobotę nas oba budrysy odwiedziły, a w niedzielę tylko na chwilkę. Takie cudowne dzieciaki.

Tutaj jeszcze w Dublinie, chodziły po wannie, kiedy córka brała kąpiel. Całkiem jak mali ludzie, nie lubią być same i idą za córką, gdziekolwiek by ona nie była. Tosia, ta druga, się skąpała i biedna, zmęczona Michalina, musiała wyłazić z wanny, suszyć ją i dopiero mogła wrócić i dokończyć ablucje. A tak lubi polezeć z książką.



 przerzucił się na rozkrok, bo mu się wydawało tak bezpieczniej

 Tosia spokojnie, łapka za łapką

 A tu pod 'drzewem' storczykowym sobie siedzi Tosieńka

 Pussling się zmęczył i u męża postanowił sobie poleżeć. Małżon się zwierzętami nie zachwyca, lubi, ale tutiulał nie będzie, ale jak przychodzi co do czego, to wszystkie u niego zawsze zalegają na spanie
Ma dobre fluidy. Jak mnie coś boli, zawsze mnie jego dotyk leczy. Taki domowy Kaszpirowski. Odinadcać, dwienatcać...


A na koniec zdjęcie  z cyklu przyjemne odchudzanie. Zrobiliśmy obiad weekendowy - piersi z kurczaka pieczone pod szynką prosciutto, z pomidorami pieczonymi i rukolą. Takie było pyszne, że w niedzielę też zrobiliśmy. Korzystaliśmy z tego przepisu z taką różnicą, ze zamiast cukru do pomidorów, daliśmy do miseczki dwie łyżki oliwy, dwie figowego octu balsamicznego, czosnku i ziół (mam świeże oregano z ogrodu). Michalina to wynalazła. To jest tak dobre, że trudno słowami opisać.
Rukola jest samiuteńka, bez dodatków w sensie innej sałaty czy warzyw, jedynie z dressingiem własnego wyrobu z odrobiny oleju, musztardy, octu jabłkowego i przypraw.

14 komentarzy:

  1. Mecz piękny ( nasi wygrali )
    Koty piękne ( nie nasze )
    Jedzonko piękne ( będzie nasze )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja ci dam nasi, haha. Wasi czyli.
      Jedzonko jest ....do zjedzenia. Smakowite nad wyraz

      Usuń
  2. Normalnie w ten sam weekend miałam dokładnie ten sam obiad z tego samego przepisu. Zbieg okoliczności, czy przeznaczenie?:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porozumienie dusz międzykontynentalne do tego

      Usuń
  3. koty cudowne;) uwielbiam takie maluchy!

    a talerz smakowicie wygląda i aż chce się odchudzać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. żono, to jest potrawa dla wszystkich, po prostu odchudzacze tez mogą

      Usuń
  4. I ja kibicowałam włoskiej drużynie, no ale wyszło jak wyszło. Do dzisiaj mam przeczucie, ze gdyby nie te okropne białe, powiewające gacie, to by lepiej biegali. Koty przeurocze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale sie uśmiałam z tych gaci, no tak, powiewaly i teraz mają za swoje

      Usuń
  5. Kociaki przesłodkie!
    A ten przepis chyba sama w weekend wypróbuję, bo wygląda bajecznie! :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wygląda bajecznie, a smakuje jeszcze bajeczniej

      Usuń
  6. Maaamo, jakie bosssskie kociaki. O jedzonku nie wspomnę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boskie szwagroskie, ja tak na nie mówię, bo nie moje. Jedzonko mniamuśne

      Usuń
  7. a tak po oparciach chodzi mój koto-pies shih-tzu i jeszcze na oparciach drzemie ze zwisającymi łapkami:)
    Koty urocze:)) A na talerzu... bajecznie apetycznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń

Musiałam wyłączyć komentowanie anonimowe, bo mnie zawalił spam. Przepraszam.