czwartek, 9 lutego 2012

Miej serce, miej. Powtarzam - miej!

Jest mi zimno. Jest mi źle. Miałam dzisiaj poważny pomysł, żeby zrobić sobie pełnoziarnistego, a jakże, tosta, ale uwaga ... z bekonem, pieczonym pomidorem, a jak nie bekonem, to kiełbaskami pieczonymi i pomidorem...
Pomarzyć piękna rzecz. Przecież głupia nie jestem.
Zachowuję się jak ten lew na odwyku. Gdzie to było, w Madagaskarze? Lew roślinożerny. Wprawdzie nie muszę jeść samych warzyw, ale dużo. I chuuuudo. Wspomniałam Madagaskar i udałam się na YouTube zobaczyć ulubione najlepsze fragmenty króla Juliana


Miej serce, miej. Powtarzam - miej! Jest obecnie moim ulubionym quotem.

Małżon znosi dietę bardzo dobrze, a ja bym dzisiaj deski na trociny zębami przerobiła z nerwów. Aż musiałam uprzedzić, żeby się do mnie nie zbliżać.

Telepie mnie na widok białego jogurtu z musli. Normalnie dreszczy dostaje i mam jadłowstręt. Nie dlatego, ze niedobry, ale jakoś tak nie zimowy. Owsiankę sobie zrobię jutro.
Niestety mam takie odruchy, że przestać jeść w ogóle. Nie odrzuca mnie od jakiegoś konkretnego jedzenia, tylko ogólnie, co bym nie miała na talerzu, trudno mi się zmusić do pierwszego kęsa.
Przejdzie mi. Uparłam się wczoraj spacerować po plaży z Frankiem, dla formy, dla psiaka, żeby się wybiegał, dla małżona, żeby odstresował ciężki dzień w pracy i mnie przewiało. 
Ale jak posłuchałam Pani Magdy, autorki książki, to mi się od razu lepiej zrobiło. Ona potrafi zarazić entuzjazmem. Cały program można obejrzeć TU
Założę się, że takiej dietetyczki jeszcze nie spotkaliście, ani nie mieliście okazji słuchać. Fantastyczna.
A ponieważ mam dowód na taśmie, że mogę podać przepis na zupę paprykową, o który prosiła Szpilka to proszsz:

Zupa krem z papryki (to jest wersja dietetyczna)
1 czerwona papryka - oczyścić i cebulę też, pokroić drobno, razem dusić na łyżce oliwy na patelni pod przykryciem mniej więcej przez 5 minut. Od czasu do czasu potrząsać, żeby nie przywarło. Czosnek i małą papryczkę chilli (jeśli nie chcecie, żeby było ostre to zrezygnujcie z niej) pokroić w talarki, wrzucić do 1 litra bulionu warzywnego, dodać pomidory z puszki i gotować 10 minut. Dodać paprykę i cebulę, całość zmiksować. Na końcu przyprawić solą i pieprzem. Posypać uprażonymi pestkami dyni. 

A poza tym nie dzieje się nic. Nie jest tak, że piszę tylko o diecie, bo mi życie przesłania. Po prostu w tę pogodę siedzę w domu, nie słucham radia, nie oglądam wiele TV, a jeśli to filmy, co je na dvd dostałam,  czytam dużo i piszę takie tam, no to nic dziwnego, że nie mam nic od powiedzenia. No comments czyli :-)

niedziela, 5 lutego 2012

O klęsce, która na końcu dnia zwycięstwem się okazała.

Już o tygodnia wiedzieliśmy, że w polskiej szkole w tę niedzielę, po lekcjach, odbędzie się bal karnawałowy. A jak bal i rodzice, to mieliśmy poważne podejrzenia, chociaż może powinnam powiedzieć nadzieje, że będą domowe wypieki, bo u nas w szkole mamy potrafią piec pyszne ciasta.
Zbywałam te łakomczuchowe odczucia milczeniem i starałam się sama przed sobą nie dopuszczać do siebie tej świadomości.
Kto powiedział, że kobieta w Raju mężczyznę kusiła? To bzdura. Kształtami może tak, ale na pewno nie jabłkiem. Bo jabłkiem kusił Ewę Adam.
Mąż w środę, z iskrą w oku strzelił we mnie tekstem, jak kulą z bazuki - ale w niedzielę to sobie zjemy kawałek ciasta, rozpustę odstawimy. I mi w tyle głowy wyrwał ogromną dziurę.
Odchudzamy się razem, więc i on jest wystawiony na męki spowodowane odstawieniem od tego i owego.
Jak powiedział te słowa, życie już nie było takie łatwe. Liczyłam dni do niedzieli. Furtka do piekła się otworzyła, diabeł kusił.
Kiedy jechałam dziś do szkoły, miałam na uwadze, że zgrzeszę. Zawczasu wynajdywałam sobie usprawiedliwienia, że grzeczna byłam, że się stosowałam, że przecież od tego się nie umiera, nikogo nie krzywdzę, to w końcu nie hazard, nie alkohol i nie narkotyki.

Dopiero około 13 mogłam się dorwać do słodkości. Powstrzymałam się przed kremowymi ciastami i sięgnęłam po chudy placek z jabłuszkiem. Zjadłam mały kawałek i dumna z siebie zaczęłam zapominać o całej reszcie, górach dosłownie, pysznych ciast innego, cięższego kalibru.
Aż do momentu, kiedy mąż wparował do sali (w ogóle jakoś dziwnie innymi ściezkami chodziliśmy dzisiaj) z talerzykiem na którym piętrzył się kawałek kremowego ciasta z galaretką.  Pomyślicie - jeden, to jak się mógł piętrzyć. Ano mógł, był złożony z kilku warstw, galaretki, kremu, wieżowiec rozkoszy można rzec.
Nie było już dla mnie ratunku, udałam się do kantyny i też nałożyłam. Nie było już talerzyków, więc podano mi kilka serwetek i plastikową łyżkę.
Usiadłam przy szkolnym stoliku na stołówce i zaczęłam jeść. Z tej serwetki, ciasto było pyszne, z orzeszkami, makiem, ale zaczęło mi się mazać na tej serwetce papierowej i plastik mi przeszkadzał, wszystko było nie tak.
Wróciłam do sali bibliotecznej, czyli chemicznej zamienionej na bibliotekę, jak co niedziela, z poczuciem 'dobrze spełnionego obowiązku zaplanowanego zgrzeszenia' i mnie zdziwko chapło.
Przecież powinnam być mega szczęśliwa. Powinnam unosić się dwa centymetry, mimo wagi, hehe, nad ziemą. Powinnam, ale zamiast tego mnie zemdliło, wszystko było dla mnie za słodkie i miałam żal, że to było nie tak, jak się spodziewałam. Poza tym czułam się ciężko i dobre samopoczucie, jakie miałam po zjedzeniu lekkiego śniadania, bezpowrotnie zostało utracona. Wcześniej szłam korytarzem wyprostowana jak struna, jakby mi wreszcie przestał ciążyć brzuch, chociaż cudów nie ma, nie schudłam do szkieletu. Po zaledwie dwóch małych kawałkach ciasta, znowu się jakoś zgarbiłam i 'zaciążyłam'.
A wcześniej, jak typowy łasuch na słodkości, tylko bym palce oblizywała. NIGDY nie czułam się źle, po zjedzeniu czegoś z mąki i słodkiego.
Nawet głośno to znajomym powiedziałam, że jestem w szoku, ale nie wiem, za czym tak tęskniłam, za czym łzy jak grochy wylewałam? Mało tego, jeśli kiedykolwiek w przyszłości zdecyduję się zjeść kawałek ciasta, to będzie to na ładnym talerzu, w towarzystwie kawy w porcelanowej filiżance, widelczykiem i co najważniejsze mały kawałek, ale upieczony specjalnie dla mnie, przeze mnie, możliwie zdrowe, lekkie i mało słodkie.
Bo widzicie kochani, zwycięstwem  kończącym ten dzień klęski, było ostateczne przekonanie się, że mi ciężkie, słodkie ciasta do niczego potrzebne nie są. Tylko ci, którzy kochają słodkości, wiedzą, jak trudno w sobie tę świadomość wyrobić. Chociaż nigdy nie jadłam byle g... słodkiego, teraz się okazuje, że nawet pyszne domowe ciasta szkolnych mam,  już nie wszystkie dla mnie. I nie byle jak, na stojaco, bo to nie jest głodu zaspakajanie, tylko przyjemność i jako taka musi mieć oprawę.
Rzekłam.
A jutro dzień wspaniały, bo mamy w menu pastę z twarożku z makrelą i łososia wędzonego nadzianego twarogiem i warzywami. Nie mogę się nacieszyć.
Tych, którzy mają gdzieś takie dylematy przepraszam za kolejne wynurzenia, ale jak bum cyk cyk, dla mnie to była ILUMINACJA DIETETYCZNA.

piątek, 3 lutego 2012

Zamiecie, zamieszki, domieszki

Ale się porobiło. Od dwóch dni mamy 'zamieszki' w radio, prasie, a może i w TV, ale nie oglądałam irlandzkiej, to nie wiem - o pewnej takiej 'Magdzie' (imię zmienione), która była bohaterką, a właściwie jedną z, artykułu w Gazecie Wyborczej, który to artykuł przetłumaczyli i wydrukowali w podobnej do GW gazecie irlandzkiej - Irish Independent. Problem w tym, że tłumaczenie było tendencyjne i nieakuratne i zrobili z niej babkę wysysającą system pomocy społecznej i żerującą na niej bezczelnie.
Najpierw Polacy się oburzyli, że jak ona mogła i jak to źle o nas świadczy. Ja też. Potem okazało się, że oryginalny tekst nie bardzo przypomina ten angielski i wszyscy się wkurzyli na taką zagrywkę.
Nawet Ambasador Polski w Dublinie wysłał list do wydawcy. Na drugi dzień niektóre media prostowały historię, nawet rzeczona Magda udzieliła wywiadu do radia, które ją poprzedniego dnia przeciągnęło pod kilem. Można go posłuchać TU

Głowa mi pęka od tego. Polacy muszą się tłumaczyć przed Irlandczykami, wciąż ktoś cię pyta o to i patrzą na nas jak na pasożyty. A niektórzy są życzliwi. I tak uważam, że mleko się wylało, większość tych sprostowań już nie usłyszała.

Jakby tego było mało, Wisława Szymborska zmarła. Przykro mi bardzo. Wydaje mi się, że nie zdajemy sobie sprawy, mimo, że niby tak, jak wielką była poetką. Z czasem jej wielkość będzie rosła. Mam nadzieję, że rozumiecie co mam na myśli.
I mała Magda się znalazła, niestety nie żyje. Tak mi z tym źle. Biedulka. Ale i matki mi szkoda. Pomijam kwestię tego, co zrobiła, czy w szoku, czy nie, czy zdawała sobie sprawę, czy nie - będzie musiała z tym żyć i to jest straszne. No chyba, że to nie był wypadek i zamordowała, to wtedy cofnę te słowa.
No i na koniec afera 'aborcyjna' z panią Marią Czubaszek w roli głównej. Wiem, że ona ma wielu fanów, ale ja niestety nie mogę przyklasnąć tym, którzy się tak za nią ujmują. I nie o jej wybory tu chodzi. Gdyby miała trochę przyzwoitości, nie mówiłaby o usuwaniu ciąży, to jej prywatna sprawa. Too much information. I czego ona chce? Oklasków? A pieski ze schroniska przygarnęła i im życie dobre podarowała. Ten wywiad pozostawił u mnie niesmak. Ma prawo do swoich wyborów, chociaż lepiej by było zapobiegać niż usuwać, ale nie musi o tym rozpowiadać. Bez przesady. I ta niechęć do dzieci, rozumiem, nie każdy musi lubić, ale ona tak o tym rozmawia, jakby to jakieś ohydne i niestosowne było je mieć i dzieckiem być. Żałosne to jakieś. Nie to, co mówi, a to jak mówi.

Dzisiaj strasznie zimno, mam nadzieję, że zamiecie nas ominą i nie będzie śniegu takiego, jak zeszłego roku. 

Doniesienia z frontu walki 

Już mnie chcica na wszystko, co tłuste, dużo i słodko opuściła. Do następnego razu, hehe. Trzymam się. Dzisiaj na obiad był morszczuk (pysznego nam się udało kupić) z surówką z kapusty kiszonej, według przepisu z książki pani Magdy, fantastyczna. I pierwszy raz w życiu zrobiłam i zjadłam zupę krem selerową. Ja nigdy nie lubiłam selera. Wot siurpryza. Pani Magda zaleca branie Magnezu z witaminą B6, zmniejsza łaknienie, szczególnie na słodycze. Zresztą sami posłuchajcie.
Znalazłam w sieci rozmowy z autorką książki, która jak się okazało, jest częstym gościem w Dzień Dobry TVN. Oto pierwszy link, gdzie jest filmik, kliknijcie w środek ekranu, zacznie się odtwarzać. Ciekawy i pouczający. Dzisiaj o podjadaniu

środa, 1 lutego 2012

Nie wszystek jestem

Znajoma Irlandka przyjechała z wakacji zimowych w Zakopanem i co przywiozła dla mnie? Kubek pięknościowy, z napisem Dla super koleżanki. Zakopane. Hehe, dobrze, że ciupagi nie targała przez całą Europę. A do tego CAŁA TORBA cukierków WAWEL!!! Moich ulubionych, Michaszki pomarańczowe (nie znałam), kawowe (nie znałam), z białą czekoladą (dane mi było spróbować), mieszankę krakowską z galaretką, Trufle, Krówki. Samo wymienianie mi sprawiło przyjemność. Oczywiście nie tknęłam, tylko mi dwie wpadły przypadkiem do ust :-) Nie miałam sumienia mówić jej, ze się odchudzam.

No, ale żeby nie było tylko o tym wagi zrzucaniu (chociaż kryzysy przychodzą i odchodzą i wciąż walczę z chęcią wtranżolenia buły z szynką i serem żółtym), poskarżę się Wam w sekrecie na inny temat.
Wiem, że młodziak nie jestem, ale bez przesady, bitwy pod Grunwaldem nie pamiętam. Ostatnio miałam dwie sytuacje, które mnie wbiły w podłogę. Koleżanka na wieść o zamówieniu przeze mnie pewnej książki do biblioteki, kiedy jej powiedziałam, że się strasznie cieszę, bo ta powieść dzieje się na przestrzeni czasów, od wojny z bolszewikami 1920, poprzez II wojnę, komunę, Solidarność i tak do współczesności, ona do mnie wypaliła - no tak, dla ciebie radocha, bo ty pamiętasz te czasy, Gomułki itd. Jest mi życzliwa, tego jestem pewna, więc to nie złośliwość, ani chęć dogryzienia, czyli co? Wyglądam na taką, co pamięta towarzysza Wiesława? Może jeszcze starsza od niego byłam? Oburzenie w rozmowie telefonicznej powstrzymałam, potem się z tego naśmiewałam, ale teraz, bo nie jem tej buły z serem, z żalu wyciągam takie kwiatki na 'warsztat'.
I drugi, równie 'bolesny', hehe
Koleżanka chwali się wspaniałymi Allegrowymi zdobyczami kryminałów Dominika Damiana - czyli Adama Bahdaja, który pod tym pseudonimem je pisał -  i mówi - nic nie wiedziałam, że on pisał takie powieści pod tym nazwiskiem, dla Ciebie to pewnie normalne, bo to Twoje czasy, ale ja nie. Czujecie, on je pisał w latach 1959-64, zanim mój ojciec poznał mamę, a tu dowiaduję się, że to moje klimaty, bo pewnie je czytałam na bieżąco (tak nie powiedziała, ale ja się nurzam w rozpaczy i sobie dopowiadam).
Czy ja o czymś nie wiem? Może ja Dorian Grey jestem, albo Benjamin Button?

Doniesienia z frontu odchudzeniowego

Po pierwsze musze się oduczyć gadać o tym do Was bez przerwy, przynajmniej w części pierwszej przemilczać. Po drugie, mam kryzys, stąd to gadulstwo, bo im więcej mówię, tym trudniej przestać dietowanie, bo obciach.
No i zdjęcia robię różniste, żeby sobie przypomnieć, że jedzonko proponowane w tej diecie jest pyszne i nie ma tragedii

Jednego dnia mieliśmy pyszną zupę pomidorowo-paprykową z prażonymi pestkami dyni
 (blue, poznajesz talerz? Uwielbiam go)


A to domowe chicken nugets obtoczone w płatkach kukurydzianych i pieczone w piecu, a do tego coleslaw z czerwonej kapusty z dodatkami (to jest jedna porcja, z 1 piersi, nie dałam rady zjeść, za dużo dla mnie było, a gdyby ktoś mi powiedział wcześniej - daj trochę, to bym myślała, że od ust odejmuję)


trochę ciemnawe to zdjęcie na dole, ale z góry para waliła mi w obiektyw - śniadanie w niedzielę jajecznica z polędwicą drobiową i sałatka z pomidorami, jedna kromka chleba z twarożkiem (nie było tegoż w spisie, ale zaszalałam).  To była uczta. Normalnie nie ma takiego wielkiego, przeważnie owsianki, czasem serek z pomidorami.

Także jak widzicie, tragedii nie ma, tylko moje łasuchowanie cierpi. Cukierki nie dla mnie i ciasto takie fajne z marcepanem nie dla mnie i bułka z szynką i serem nie dla mnie. A nie mówiłam, że ludzie na diecie są żałośni?
Zależy kto, mąż daje radę, twardy jest jak Azja :-)
No i schudliśmy, nie ważę się, ale widzę.

piątek, 27 stycznia 2012

Wyjaśnienia, spowiedź ostatnia. Jest nadzieja :-)

Kochane dziewczyny (zagląda tu jakiś chłop, chyba nie?)
Dzięki za wsparcie i za cierpliwość do mojego jęczenia.
Po komentarzach widzę, że muszę coś sprostować i do czegoś się jasno przyznać.
Sprostowanie - dieta, którą rozpoczęłam pochodzi z książki dietetyczki Magdaleny Makarowskiej 'Jedz pysznie chudnij cudnie' (uwaga będą zdjęcia z Merlina, proszę mnie nie zamykać do więzienia)



Nie jest to żadne czary mary z ducanowej stajni, ani plaż południowych, po prostu zdroworozsądkowe jedzenie, namawianie do zmiany zasad żywienia na lepsze, czego mi potrzeba. Po drugie, nie mam tu żadnej pomocy dietetyka, więc ta książka, gdzie są jadłospisy na pierwszą fazę odchudzającą i potem na kolejne fazy, bardzo mi pomaga, bo mam złe nawyki i sama nie umiałam sobie z tym poradzić. Od wieków babcie i mamy mówiły - to ci nie zaszkodzi, tamto też nie, a okazuje się, ze wyjątkowo zdrowy soczek z pomarańczy powoduje, że wypiłam ileś set kalorii bez sensu. Bardzo się staram, chociaż przechodzę teraz fazę odstawienia od chleba i ulubionych klusek i ryżu itp. Poza tym brak słodkiego mnie po prostu dobija, to też jest uzależnienie i odstawienie przechodzi się tak samo, jak od fajek czy alkoholu.
Pogoda mi nie pomaga, jest ciemno, szaro i deszczowo. Dzisiaj pogoda dopisuje, nadal zimno, ale przynajmmniej słonecznie, to i na wszystko patrzę z większym optymizmem. W lecie byłoby lepiej zaczynać, ale przecież nie będę czekać pół roku.
Nie jest mi łatwo, bo jestem łakomczuchem na dobre jedzonko, nie musi być tłuste, zdrowe też lubię, warzywa itp, jak nie mam zabronione, to nie myślę, a jak mi ktoś mówi - tego nie, tamtego nie, to mi się chce nawet takich rzeczy, których nie jadam częściej niż dwa razy w miesiącu jak na przykład frytki. Dużo i z majonezem, chociaz nie pamiętam, kiedy tak ostatnio jadłam.
Wczoraj byłam bardzo dzielna, bo poszłam na zakupy i z pogardą (powiedzmy) przeszłam obok wszelkich słodyczy, bułeczek (a pachniało tymi z jabłkami), chlebów (ten soda bread wyglądał tak apetycznie), udałam się do warzyw i jogurtów i na tym poprzestałam.
Poza tym chyba złapałam wirusa żołądkowego, bo mi niedobrze i s... dalej niż widzę, albo to ta dieta, nie wiem, może mnie czyści ze złogów? Muszę doczytać.
I już ostatnie poza tym - jedzenia jest strasznie dużo, ja tyle normalnie nie jem, co pewnie też było problemem. Mam takie wrażenie, że co skończyłam jeść, to już musze znowu.
A teraz ostateczne przyznanie się:
Moim ulubionym sportem jest czytanie ksiażek z psem w nogach.
Wiem, nie musicie grzmieć, błąd błędem pogania i jestem leniwa tłusta dupa (ewa już cię wyręczyłam), muszę się przemóc. A jak zacznę to już pójdzie. Kiedyś uprawiałam koszykówkę i siatkówkę, chodziłam na siłownię i ćwiczyłam pod okiem fachowca, lubiłam to, ale odkąd tu jestem i nie mam takich możliwości, to mi jakoś ochudło. Poza tym, jak się człowiek zapędzi w zapuszczaniu, to nie wie, kiedy przestać.
Kupię sobie polecane ćwiczenia, tylko mi powiedzcie, czy jest sens płacić za zestaw trzech, taniej, ale może ja ich nie potrzebuję, może ta jedna wystarczy i która, bo czerwone są dwie. Oto link do sklepu, gdzie chcę zamówić, powiedzcie proszę, tylko którą?
http://www.play.com/Search.html?searchtype=allproducts&searchsource=0&searchstring=cindy+crawford
Nic nie poradzę na to, że deszcz mnie odstrasza od wyjścia, nawet mój pies nie chce. Zahibernował się i śpi, chociaż energii zwykle ma za dwóch. Do tego nie pomaga nadwrażliwość piersi, jak wietrznie i zacina, natychmiast zaczynają mnie boleć. Kupiłam sobie koszulkę trzymającą ciepło, może coś pomoże? Co innego, kiedy słońce wyjdzie, wtedy będziemy wespół zespół maszerować, ja i Franiu. Teraz sytuacja przedstawia się tak:


Mnie spokojnie możecie dodać do tego obrazka, bo żyć mi się na razie nie chce i też bym się tak z łbem pod kocem położyła.
Wiem, że to koło zamknięte, ale jesteście moją grupą wsparcia i dzięki Waszym komentarzom, coraz bardziej mi głupio, że tak się dzieje i się biorę w garść, widzę to normalnie.
Nie będę Wam za bardzo jęczeć, w kolejnych wpisach będzie na dole sekcja z Frontu walki i kto będzie chciał, poczyta, a kto nie, to nie.
Dzisiaj miałam chleb razowy z twarożkiem na śniadanie, a zaraz mango (całe!!!), uwielbiam takie śniadanka pierwsze i drugie :-0

czwartek, 26 stycznia 2012

Rower chwilowo widoczny z oddali, ale za to ciepło. Doniesienia z frontu też są

No i się zesrało z tym rowerem, okazało się, że muszę zatankować olej do ogrzewania, więc pieniądze zebrane na niego, pójdą w rury, żebyśmy nie zamarzli, ale nie rezygnuję, mam zamiar zapłacić za niego w ratach, ale niestety w tym sklepie nie jest tak, że dostajesz rower i płacisz, ale najpierw płacisz, a odbierasz go wraz z ostatnią ratą. Wrrrrrr. Rower będę widzieć, za kilka miesięcy. Mam nadzieję, do maja się wyrobić. Trudno tak wszystko pogodzić, jak się nie ma pracy, a zlecenia dla wolnego strzelca raz są, raz ich nie ma.
Poza tym cały czas zbieram pieniądze na wyjazd do mamy. Jakoś mi smutno, że mnie tak na nic nie stać. Sprawdzam codziennie oferty pracy, nic.

Doniesienia z frontu diety (kto nie chce, niech nie czyta):
Po pierwsze, a propos tego wyżej, nie jest ona wcale taka tania, jak sobie we łbie wymyśliłam, bo je się inaczej, wcale nie mniej, nawet chyba więcej, do tego produkty dobrej jakości i takie, których wcześniej nie jadłam, jak na przykład avocado (brrr, nie lubię, zielone masło dla mnie).
Ale nie jest tak źle, jak pierwszego dnia, bo wczoraj i dzisiaj (to samo się je dwa dni), jest na obiad kurczaczek na szpinaku uduszonym z czosnkiem, przyprawami i pomidorami, a do tego chuda feta. Jakie to mniamuśnie, mówię Wam. Ale się wczoraj zajadałam. Na śniadanie za to mleko z płatkami owsianymi i jabłkiem. Ja bym wolała chleb, bo rano lubię kanapki piętrowe, czyli na dole chleb, może być czarny, ale na wierzch wędlina, ser, pomidory, papryka, rzodkiewka, dlatego piętrowe. Jem je nożem i widelcem. Brak mi takiego śniadanka. Do tego mogłoby być jajeczko na twardo, albo łyzka twarożku.

No, ale trzeba się trzymać. Tylko teraz mam to mleko, a jutro serek z rzodkiewką i jedne chlebek, a w niedzielę, tadam, jajecznica z 2 jaj z drobiową wędliną, sałatą, pomidorem i razowcem. Normalnie raj.
Wszyscy mówią - bez ruchu nie ma spadku wagi. Ja wiem, ale naprawdę nie mam gdzie pod dachem, więc muszę najpierw nauczyć sie lubić deszcz, po u nas leje codziennie. Uwierzycie? CODZIENNIE! A jak nie leje, to się zanosi. Ja się od razu robię najeżona, jest mi z tą wodą z nieba nieprzebraną źle, nawet jak w domu, a jeszcze wyjść? Muszę się zmotywować.
Cholera, nawet ciekawa książka w słuchawkach nie pomaga, bo deszcz i książka mi zupełnie, wcale, ale to wcale nie konweniują.
Basenu nie mam, siłowni nie mam, jest w szkole u syna cały czas zawalona pakerami i wyrostkami, wiadomo, jaki tam zapach, delikatnie mówiąc - testosteronu. A powierzchnia jakieś dwa metry kwadratowe, hehe.
Pozostaje chodzenie i rower, co go jeszcze nie mam.
No to się wyżaliłam.

wtorek, 24 stycznia 2012

Ach te seriale

Voluś, czyli kucharz duży zaprosił mnie do zabawy, której celem jest wymienienie ulubionych seriali i zaproszenie do zabawy innych.

  ZASADY ZABAWY:
1. Opublikuj u siebie na blogu logo taga.
2. Napisz, kto Cię otagował.
3. Zaproś co najmniej 5 innych blogów
4. Wymień i opisz kilka swoich ulubionych seriali


Mam problem, bo ulubionych mam więcej niż pięć, ale niech będzie wybiórczo:

1. Lark Rise to Candleford, ale to jest tylko przykład, bo uwielbiam kostiumowe, szczególnie spod znaku BBC - Cranford, Downton Abbey i ostatnio Call the Midwife


2. Grey's Anatomy, w ogóle te dziejące się w szpitalach, House'a,  Private Practice, ER, nawet Na dobre i na złe

3. Frasier, humor jaki lubię

4. Father Ted, dzieje się w Irlandii, a bohaterami są księża. Pewnie dlatego nigdy w Polsce nie nadawali, a śmieszny jest jak mało który


5. Tu miałam problem, bo chciałam też na tej liście jednego serialu rosyjskiego i padło na Moskiewską Sagę, ale walczył on z Brygadą. Sama nie wiem, który bardziej ulubiony.



Do zabawy zapraszam:

Bigosową
Rowenę
Wandę
Fidrygaukę
Sielankę

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Dieta rozpoczęta. Niech tu ktoś przyjedzie z karabinem, przystawi mi między oczy i wypali

Słowo stało się ciałem, mam nadzieję, że coraz mniejszym w rozmiarze - odchudzanie rozpoczęte.
Trochę niefortunnie, bo w jadłospisie dzisiaj ryba, a ja nie za bardzo miałam ochotę na nią. Próbowałam się zmusić, ale skończyło się tak, że się spłakałam jak bóbr nad talerzem z warzywami z wody, rybą, na widok której mnie cofało, tak długo się zbierałam do jedzenia, ze mi te warzywa wystygły, ryby i tak nie ruszyłam i skończyło się na vegetariańskim posiłku posolonym łzami. Do tego w sałatce lanczowej miałam mozzarellę light, która też mi ostatnio nie podchodzi (nie, że light, ale mozzarella ogólnie). Nauczka taka, ze trzeba w tej diecie jednak rezygnować z tego, co nam nie podchodzi, mogłam sobie te warzywa zrobić inaczej i rybę odstawić zupełnie.
No nic, nie rezygnuję, taka głupia to nie jestem, ale radosne odchudzanie to chyba oksymoron jednak.

Wczoraj kupiłam sobie rower. Właściwie zarezerwowałam,  a teraz kombinuję, skąd pieniądze, wprawdzie przeceniony o połowę, ale jednak.  Taki dokładnie jak na zdjęciu.  W stylu vintage, siodełko i rączki w brązowej skórze.  Jak widać kolor pastelowo niebieski, ma brązowe esy floresy, jakby kwiaty narysowane, a błotniki, tego nie widać, kolor waniliowy. Pięknisty jest.
Nie jeździłam od hm,hm -dziestu lat, mam nadzieję, że sobie rąk i nóg nie połamię. Mam natomiast zamiar rozsmakować się w przejażdżkach rowerowych z mężem i synem oraz psem prowadzonym przy rowerze. Franek, pies mój zwariowany,  ma niespożyte pokłady energii, nie będzie miał nic przeciwko temu.
Ale najpierw muszę się od nowa nauczyć jeździć na rowerze. Podobno tego się nigdy nie zapomina. Zobaczymy.

Córka w domu, ale już jedzie w środę. Dziesięć dni przeleciało nie wiadomo kiedy. Wiadomo, kiedy nie chcemy, czas zapieprza jak szalony.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

A wióry lecą...

Córcia w domu na półtora tygodnia, ale fajnie.
Mąż w domu, odbiera zaległy urlop, jeszcze z zeszłego roku, tyż piknie.
Tłum w domu w ciągu dnia jak na Gubałówce, trudno się przyzywczaić.
A ja desperuję. Zdecydowaliśmy się przejść na dietę proponowaną w książce Magdaleny Makarowskiej 'Jedzy pysznie chudnij cudnie" (w tytule nie ma przecinka, to go też nie umieściłam).
Totalna zmiana stylu żywienia mi potrzebna, a sama nie umiem, żadnego coacha tu nie znajdę,  jakoś muszę dać radę tym sposobem. A nie jest mi łatwo. I proszę, niech mi nikt nie mówi, że to proste jak budowa cepa, bo ja muszę zwalczyć trzy pokoleniowe nawyki żywieniowe. Nic nie robię tak jak należy, przynajmniej mąż mi tak cały czas powtarza, a ja znienawidziłam gotowanie, powoli też jedzenie. Wolałabym nic nie konsumować, wtedy błędów się nie popełnia, poza głodzeniem się, ale to już inny rodzaj. Schudnąć bez efektu jojo, ale też bez robienia z siebie dziwadła typu - tego nie jem, tamtego nie jem, liść sałaty i marchewka mi wystarczy - moje marzenie. I żeby zredukować do minimum 'złośliwienie' właściwe ludziom na diecie.
Kupiłam sobie w niedzielę dwa szale i dwa kubki do kompletu, do tego, który dostałam od córki. Zdjęcia wkrótce. Jestem szalo-holiczką i kubko-holiczką. Im mniej jem, tym więcej szali będę kupować, haha. Comfort szalo-kupoholiczka. Z naciskiem na kupo.
Ciekawa jestem, dlaczego miałam silną wolę do rzucenia palenia, z wtorku na środę kilkanaście lat temu i nigdy już nie zapaliłam, a nie mogę rzucić jedzenia, niezdrowego przynajmniej. Nie myślcie, że ja jakieś tłuste sosy robię, czy zupy na całych kurczakach ze skórą, wcale nie, ale widcznie przy mojej przemianie materii to musi być rewolucja większa, nie tylko 'jem mało, chudnę zdrowo'.
Rzygać mi sie na to wszystko chce. Potrzebny mi jakiś sukces, bo się czuję jak przegraniec i nic ani nikt tego nie zmieni, ja sama muszę.
Czytam Drwala Witkowskiego, zaśmiewam się, jest fenomenalny. Przynajmniej  coś na poprawę humoru.
Jeszcze dzisiaj przybyły wiadomości z Polski. Wiadomo, jak z kraju, to złe, niczego innego się stamtąd nie spodziewam. Każdego dnia jestem wdzięczna za odroczenie katastrofy.
Jezusie, gdzie ten Drwal, potrzeba mi rozrywki.

piątek, 13 stycznia 2012

Garibaldka dobra na wszystko.


Wspomniałam Wam o grach planszowych. Przy okazji przypomniałam sobie o innej ulubionej rozrywce tego typu, a mianowicie o Garibaldce. Jest to pasjans z elementami rywalizacji dla dwóch osób. Nie wiem skąd go znam, dziwne, ale moja pamięć nie zarejestrowała tego. Natomiast pamiętam, jak w nią grałam. 
Z mamą w dużym pokoju, przy niskim stole, siadałyśmy na dwóch fotelach na przeciwko siebie i przy dobrej kawce grałyśmy kilka partyjek.
Potem nauczyłam przyjaciółkę szkolną Kaję. W licealnych czasach trzymałyśmy się razem, kilka razy zamieszkałyśmy ze sobą na 2 tygodnie, kiedy moja mama wyjeżdżała na wycieczki. Siadałyśmy wieczorami na dywanie i do piosenek Bronki Beat oraz Alphaville, rozgrywałyśmy partię Garibaldki. 
Z moją ciocią, kiedy ją wizytowałam w USA. W jej ogrodzie w Północnej Karolinie, w towarzystwie jej psa, owczarka niemieckiego, popijając litry prawidziwej, amerykańskiej lemioniady domowej roboty. 
Z przyjaciółką Beatą, w trudnych dla nas obu czasach, kiedy pieniędzy niet, dół finansowy jak Kanion Kolorado, mężowie w pracy, a my w domu z małymi dziećmi, montowałyśmy obiad z dwóch jajek i sosu pieczarkowego, a potem grałyśmy, a ile było śmiechu!
Ja w ogóle lubię pasjanse, ale układane na żywo.  Mam to chyba po mojej prababci Michalinie (moja córka ma za to po niej imię), pamiętam jak w nieskazitelnie białej bluzce z milionem szczypanek (takie malutenieńkie zakładeczki, sama szyła), z papierosem w fifce przed  moim urodzeniem (tego oczywiście nie mogę pamiętać), a po już tylko z filiżanką herbaty, siadała do stołu i rozpoczynała misterium układania kart. Zapach tasowanej talii, ich wygląd i atmosfera tych wieczorów, na zawsze wryła mi się w pamięć.  Kupiłam taką samą talię, jak ona używała, na szczęście PIATNIK nie zarzuca produkcji starych wzorów, dokładając jedynie nowe. 
To jest talia Liście Dębu

A to komplet kart luksusowych dla Pań, nieco węższych. Swietny pomysł. 

Ja w ogóle lubię pasjanse, a najbardziej układane na żywo. Mam to chyba po mojej prababci Michalinie (moja córka ma po niej imię), pamiętam jak w nieskazitelnie białej bluzce z milionem szczypanek (takie malunieńkie zakładeczki, sama szyła), z papierosem w szklanej fifce, zasiadała do stolu z filiżanką herbaty i kartami i zaczynała misterium ich układania. Zapach tasowanej talii, jej wygląd i atmosfera tych wieczorów pozostaną na zawsze w mojej pamięci. Zresztą mam taką talię jakiej ona używała, na szczeście Piatnik nadal je produkuje. Poza tymi, używam też węższych, specjalnie dla kobiet, specjalna wersja, rónież Piatnik, bo jestem wierna tej firmie, a oni z kolei hołdują również tradycji i nie pozbywają się starych wzorów, dokładając jedynie nowe. W Polsce można kupić je również na Merlinie.

Miałam kiedyś pasjansa w komputerze. Z tym z kolei wiąże się inne wspomnienie - pierwszy w życiu komputer, z wielkim monitorem (takim klockiem) w kolorze szaro białym, myszka z kulką też szaro biała. Siarczysta zima w Polsce, kawa w kubku-filiżance w zielone kwiatki i odkrywanie nieznanego świata komputerowo. Miałam wgranych kilkadziesiąt pasjansów, ale trzeba było sformatować twardy dysk i nigdy ich nie odzyskałam. A takie fajne były i karty można było śliczne wybrać. Nigdy potem już nie miałam takich dobrych pasjansów.


Jeśli macie przyjaciółkę albo dziecko troszkę starsze,  z którymi chcielibyście spędzić miło czas, polecam pasjans dla dwóch osób -  Garibaldkę, jest świetna.


czwartek, 12 stycznia 2012

Trzy razy TAK?

Startuję w konkursie, a potem muszę o tym mówić, zawsze mi głupio - uprasza się o wysyłanie smsów, ale tylko pod takim warunkiem, że Wam się tu podoba. No i podobno pieniądze idą na zbożny cel.
Sms o treści A00288 na numer 7122, bez spacji, gdzie 00 to dwie cyfry zero. Koszt 1,23 zł brutto.
Dzięki

P.S. Wolałabym, żeby to było kliknięcie na stronie konkursu, tak podobno kiedyś było, ale cóż, nie ja ustalam zasady

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Ciekawe za-grania

Od dawien dawna lubię gry planszowe. Tak jak lubię pasjansa układanego na stole. Po prostu urodziłam się w czasie, kiedy o komputerowych grach nikt nie słyszał, ba, nawet nie przeczuwano ich powstania, toteż wybór był tylko jeden. Natomiast Chińczyka, warcaby i inne gry znali wszyscy. Grali w nie rodzice z dziećmi, dzieci z dziećmi, młodzież też, bo zaczęły się pojawiać też takie dla dorosłych. Nie wiem, czy Wam wspominałam, że po obiedzie graliśmy - tata, mama i ja - w karty, w tysiąca, o to, kto zmywa naczynia. Ech, to były czasy.

Ucieszyłam się, że rusza portal Lubimy Planszówki, będzie można się więcej dowiedzieć o nowościach na rynku. Niedawno koleżanka dała mi namiar na fajny sklep, gdzie można je kupić i nawet wysyłają za granicę - nazywa się Panszóweczka.pl 

Nie myślcie, że ja tu coś reklamuję, nie, po prostu cieszę się, że moja miłość do gier planszowych wchodzi w nowy etap, nowe gry, kolejne godziny spędzone z rodziną przy stole z dobrym drinkiem w ręku i z głową zaprzątniętą nową zagadką. Nie tylko ja lubię, ale i syn, córka, jeszcze-nie-zięć, małżon, a co się przy tym naśmiejemy !!! Oj, mówię Wam czasami trzeba przerywać grę.
Moje dzieciaki dorastają, mają swoje życie, lubię te nieliczne momenty, kiedy mamy czas tylko dla siebie.
A kiedy przyjdą wnuki, będę z nimi grać w gry dla małych dzieci. Już się nie mogę doczekać.
A tę grę kupię sobie wkrótce, już o niej kiedyś słyszałam i za sprawą koleżanki przypomniałam sobie, że chcę ją mieć

niedziela, 8 stycznia 2012

Rozbiór odłożony na wtorek, a herbata z czajniczka może poczekać tylko do jutra

Cały dzień, no może połowę, miałam dylemat - rozbierać choinkę czy nie? Wprawdzie wszystko na to wskazuje, że powinnam, bo anioły na czubku, do tej pory stojące na baczność, teraz leżą na plecach, ale jakoś mi szkoda. Kolędy u nas nie ma, więc mi nie zależy, czy ona postoi dłużej czy krócej. Wszyscy naokoło już rozebrali, ale ja jestem Polka, pewnie się już przyzwyczaili, że robię wszystko na opak.

Stanęło na tym, że jeszcze ten weekend pobędziemy z choinką, a we wtorek, kiedy małżon ma wolne, pomoże mi ją rozebrać. Samo ściąganie ozdób nie jest takie skomplikowane, bez przesady, do tego pomocy bym nie potrzebowała, ale wywleczenie kartonów z poddasza oraz wyniesienie drzewa na zewnątrz, to już by się facet przydał.
Dziwna rzecz, jakiej bym choinki w Polsce nie kupiła, zawsze po rozebraniu miała do wyniesienia suche badyle, a igły oddzielnie. Tutaj choinki pozostają w jednym kawałku wraz z igłami aż uschną. Praktycznie nic nie mam na podłodze. Hmmm.

Oglądając dzisiaj powtórkę Zakazanego Imperium, napatrzyłam się na filiżanki (przy okazji, pomiędzy rozłupywaniem łbów, chędożeniem kurtyzan i politycznymi gadkami) i przypomniało mi się, ze kiedyś parzyło się w czajniczkach esencję herbacianą, żeby potem nalać na dno szklanki (osadzonej w koszyczku) lub filiżanki odrobinę tego naparu i uzupełnić wodą. Nie twierdzę, że jest to niepowtarzalny sposób robienia herbaty, ale fakt faktem, ze moja ciocia robiła fantastyczne mieszanki i herbata tak robiona byla u niej pyszna. Jutro z samego rana zrobię taki napar, bo mam swoją mieszankę herbaty liściastej i nie zawaham się jej użyć.

Gdybym miała taki koszyczek, to już bym w ogóle w czasie się przeniosła. Wprawdzie nigdy nie miałam takiego zabytkowego rosyjskiego, do tego pozłacanego (to zdjęcie z antykwariat.pl), ale całkiem podobny, tylko bardziej plebejską wersję. Zaginął przy przeprowadzkach, a może jest u mamy?

A poza tym czytam Ziarno prawdy i jest mi dobrze.

czwartek, 5 stycznia 2012

W oczekiwaniu na odzyskanie jaj.

Straciłam jaja, mam nadzieję, że nie bezpowrotnie. Snuję się po domu, mam jadłowstręt albo odwrotnie - rzucam się na jedzenie. Nie, nie zjadam nie wiadomo, jakich ilości, ale coś mnie na przykład bierze na zrobienie sałatki, kroję, mieszam, a potem zjadam na stojąco miseczkę. Takie zrywy.
Powinnam zacząć chodzić z kijkami, bo ruchu mi trzeba, ale wieje tak, że łeb urywa, do tego leje, albo nawet 'gradzi', prosto w pysk. Czy ktoś z Was widział poziomy deszcz? Ten, kto mieszka w Irlandii pewnie tak. Ja jestem nad samym oceanem, jeśli mówią o sztormach (tu na określenie wiatru, jego siły i złośliwości jest wieeeeele określeń), to wiadomo, że w Donegalu, a juz w jego zachodniej części na pewno, będzie najgorzej. Wiedziałam, gdzie popaść.

Czytałabym bez przerwy, ale mi wstyd, więc sama przed sobą udaję, że coś robię. A wstyd mi tego bezruchu. Przed mężem, przed synem, córka na szczęście nie widzi, bo w Dublinie. Do tego chyba przeziębiłam pęchrz, bo mnie strasznie boli.

Wiem,wiem, nic nowego tu nie mówię. Ciągle jęczę na ten tamat, nie wiem nawet, dlaczego piszę ten post? Głupio mi tak całkiem zniknąć może? A jak napiszę, to nie wszystek zleniwieję?
Szukałam dzisiaj pracy w necie, jest taka strona, ale tam oferty za darmo albo intership, a mnie nie stać, zeby wydać zasiłek na dojazdy ponad 70 km do pracy za nic. A praca skrojona jak dla mnie. Gdybym mieszkała bliżej, biłabym się o taką posadę, bo to jednak doświadczenie. Druga też za darmo u prawnika. Też fajnie by było, ale znowu narobiłabym się, do tego stres, bo wymagająca, a kasy zero.
No nic, trzeba cierpliwie szukać.

A w międzyczasie czuję destrukcję w powietrzu. To mnie wykończy, jeśli czegoś szybko nie wymyślę. Ja jestem przyzwyczajona do braku czasu, a nie jego nadmiaru.
Mam nawet pomysł, co bym zrobiła z tym czasem, ale brak wiary we własne siły. Koło zamknięte.
I tak sobie marudzę. Wybaczcie.

wtorek, 3 stycznia 2012

Rozmówki mamowo-synowe

Wojtek ogląda z małżonem program w telewizji, w przerwie przychodzi do kuchni coś przekąsić i pyta

- Mamo, a skąd ambasador Izraela zna tak dobrze polski?

- myślę, że jego rodzina była z Polski, albo może i on sam - tu w duchu obiecuję sobie zainteresować się tematem - wiesz synu - ciągnę - w '68 bardzo dużo Polskich Żydów opuściło Polskę, sytuacja polityczna ich do tego kroku pchnęła

- w '68 BC? - pyta syn

- Co to znaczy BC? - pytam z kolei ja

- no przed Chrystusem

I to by było na tyle w kwestii jak to mama uczy syna historii Polski.