niedziela, 27 kwietnia 2014

Druki i szatańskie pomruki

Leniwa niedziela, chciałoby się powiedzieć. Trochę to prawda, gdyby nie to, że po śniadaniu postanowiłam powypełniać mamy deklaracje ZUS na dobrowolne ubezpieczenie zdrowotne No i okazało się, że do ich wypełnienia, jeśli się nie wie jeszcze co i jak i ma się przed sobą ściągnięty z sieci druk, trzeba dwóch fakultetów, jeden z wychowania fizycznego, żeby móc robić te mostki i wygibasy, kiedy człowieka skręca, ze nie wie, jak to zrobić, a drugi z filozofii, zeby mieć do tego stoickie podejście. No może przydałoby się jeszcze pięć innych, ale te dwa koniecznie.
Takie to zagmatwane, a jak już się dojdzie po dwóch godzinach co i jak (powiedzmy, bo przy zdawaniu może się okazać, że roi się od błędów), to okazuje się, że zaledwie w kilku miejscach trzeba było coś wpisać. Wiem, wiem, wszystkie druki tak mają, ale nie wiem dlaczego, bo wpisuje się w nie to samo co miesiąc, a jak już co innego, to trzeba te kwoty pobrać ze strony NFZ czyli ZUS też je zna, bo są podawane zgodnie z jakąś tam ustawą. Mówię cały czas o ubezpieczeniu dobrowolnym, niezależnym od wysokości dochodu.
Pobrałam instrukcję w pdf, ale ona chyba stara, bo na przykład pokazuje, ze ma sześć pozycji w dziale jakimś tam, a jest ich razem 7. Trzeba się do tego sprytem wykazać i czytać to, co na tym druku jest tak blado pomarańczowo napisane. Ale coś tam jednak pomogła i naświetliła.
Mam nadzieję, że jest do przyjęcia.
Te formularze to szatański wymysł jednak. Kogoś chyba strasznie pokręconego i złośliwego (z kopytami) wybrali do ich skomponowania.
Taka jestem z siebie dumna, ze oczywiscie zaraz się musiałam wynagrodzić posiedzeniem przy komputerze, oglądaniem okładek nowości, dobrą kawą i bananem :-)
Miałam prasować, ale mi się już nie chce, wypstrykałam się z naboi obowiązkowych na ten dzień, pomyślałam - chrzanić to, poczytam sobie. I tak zrobię. Ostatnie trzy dni tak się spracowałam, że szok. Próbuję uzbierać trochę pieniędzy na wyjazd do Polski, który przypadł niefortunnie na ten sam czas, co męża odwiedziny u mamy. On jedzie na północ, ja do stolicy, bo mnie zawezwały tam obowiązki wobec maminych spraw. A pieniędzy ni mo. W każdym razie nie na wydatki poza zwykłym życiem.
No więc chwytam się różnych prac, żeby chociaż na bilet, żeby tak nie dziadować zupełnie i nie wpadać w długi nie do ogarnięcia. Jestem zmęczona dramatycznie.

Choroba nadal mnie nie opuszcza. Kaszlę i mam napady kataru. Nagle mi nos zatyka i jak smarkam, końca nie ma. Kaszel jednak jest najgorszy. Tak czy siak, chyba to się zaraz powinno jakoś rozgonić.
I tak dobrze, ze nie musiałam wziąć antybiotyku.


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Zasmarkana Wielkanoc

Jak ja na te święta czekałam, cieszyłam się, a bo wolne, a bo córka przyjeżdża, a bo wiadomo.
Nie wiem, czy ja niedoleczona byłam, czy słaba po prostu po ostatniej chorobie, chłopaki, z poprzedniego wpisu wiecie, najedli się hepatilu na zatkany nos i wyzdrowieli, a ja się od nich zaraziłam i od soboty kaszlę, smarkam, leki biorę i nic lepiej.
Fajnie było, ale częściowo smutno, bo jeszcze-nie-zięć też się rozchorował, on dla odmiany na zapalenie nerek, pracować musiał do soboty do siódmej i nie miał siły w tej chorobie wsiąść w samochód i jeszcze 4 godziny jechać. Został w domu, martwiłam się, że tak sam w święta, chociaż obcokrajowcy nie obchodzą ich tak jak my, raczej dla nich to radość, bo ciepło i kilka dni wolnych.
No, ale ja myślałam o tym, że jednak przykro, że go nie ma.
Oglądaliśmy filmy, pierwszą część minionków, nie wiem, jaki to tytuł po polsku, u nas Despicable me 1. A dzisiaj Wielkiego Gatsbiego. DeCaprio mi tu nie pasował, nie lubię go za bardzo, chociaż w Incepcji i tym thrillerze na wyspie mi się podobał. W tym filmie nie. W ogóle jakiś taki niepokojący był, nie tak sobie wyobrażałam ten świat. Wolę bardziej klasycznie.
Trochę się przewalałam po domu, na spacer na plażę pojechaliśmy nawet, chociaż ja pewnie nie powinnam. Ale takiego słońca przegapić nie mogłam. Pies poganiał, my się trochę przewietrzyliśmy, było prawie letnio. Gdyby nie wiatr północny.
Jedzenia zrobiłam w tym roku mniej, ale i tak za dużo. To już nie na nasze żołądki, nie przerabiamy tego i już nawet nie potrzebujemy. W chorobie je się mniej, to inna rzecz. Nic to, mąż ma dwa dni teraz wolne, bo w poniedziałek czyli dzisiaj pracował, Wojtek tydzień wolny, to wykończą zapasy. Miśka nic ze sobą nie wzięła, bo autobusem wracała, bała się pogody, że za ciepło i tłumów, bo słoiki wracają do stolicy.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Wątroba w nosie

Pisałam wczoraj, ze mnie głowa bolała, wzięłam tabletki i poleguję, TV oglądam.
Rano mi mąż najpierw dwie tabletki przyniósł. Poprosiłam, bo się bałam podniesć z łóżka, tak mnie bolał łeb. Z kuchni krzyczy - a jaaaaakie? Paracetamol wystarczy, dwie mi daj - odpowiadam.
Dostałam szklankę i dwie tabl, niebieskie. Myślę, dziwny kolor, pytam, czy na pewno to mi dał. Na pewno pij, bo muszę iść.
Poszedł.
Po godzinie wstałam, zjedliśmy śniadanie, a mnie muli. Usiadłam obok niego na kanapie, Kawa na ławę, ciekawy lubię, więc słucham, ale oczy mi się zamykają, jak nie ja. Nigdy w dzien nie śpię.
Mówię, że chyba coś mi dolega, bo nie mogę rękami nogami ruszać.
Mąż, że może powinniśmy na pogotowie, ale co ja im powiem, że mnie głowa boli? Spać się chce?
Zwaliłam się mężowi łbem na kolana (zbereźności rodzą się w uchu słuchacza jak mawiał prof. Gruchała) i śpię. Trzy godziny. Wstałam, łeb boli, wzięłam kolejne tabletki, mąż podał. Znowu usnęłam. Przez sen się martwiłam, co ze mną nie tak?
Potem nadal siedziałam pozawijana w koce, trochę oglądałam filmów, napisałam wpis na blogu i usnęłam. Mąż obiad zrobił, bo ja byłam jak bezużyteczny worek pojedynczych skarpet, wiecie, tych co ich pralka nie zjadła.
Wieczorem podnoszę się, nogi z ołowiu, idę do szafki po witaminy, magnez może, żeby się jakoś na nogi postawić. Patrzę, a na ladzie wywleczone pudełko z tabletkami. No tak, mąż nigdy nie chowa, co mnie denerwuje, nie za słabo, wkurwia niemożebnie.
Patrzę, na to pudełko z Panadol Night. Tabletki co pomagają spać w nocy w chorobie.
No to już byłam w domu.
Mąż nie widzi różnicy!!!
Myślalam, że to już koniec komedii pomyłek. Cały dzień mnie jeszcze muliło po tych tabletkach. Wieczorem mąż z synem zakatarzeni, wiadomo, pierwsze słonecznie dni u nas, wszyscy się na ten tychmiast rozbierają, potem są tego skutki. Poszli oba dwaj do kuchni leki sobie zapodać. Mówię, że w szafce jest ILVICO, pomaga na przeziębienia bardzo. Wchodzę, a oni stoją ze szklankami i utyskują, jak się je ciężko łyka.
Patrzę na pudełko rozwleczone na ladzie, a jakże, a tam żadne Ilvico, a Hepatil, co stał obok. Nałykali się tego i zadowolenie. Krzyku narobiłam, że ślepi chyba, syn pyta, czy ma iść zwrócić, wyrzygać znaczy, nie do sklepu, dostałam takiego ataku śmiechu, że mi herbata co ją piłam nosem poszła.
Wzięli każdy po dwie tabletki na wątrobę. No ja pitolę. We łbie się nie mieści.
A mieli zatkany nos i bolące gardło.
Aż się bałam im powiedzieć, że w szafce jest Rutinoscorbin, Bóg wie, co by wzięli. Sama im dałam.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Czasem trudno dogadać się z instytucją, czyli kurturarnie i o życiu

Ulżyło mi trochę w kwestii Wojtka, długo czekaliśmy na wizytę u specjalisty ortopedy, ale jak już się dostaliśmy, to do samego szefa kliniki. Nie wiem, na jakiej zasadzie pacjenci trafiają do lekarzy, czy szef czyta karty i wybiera, ale nie sądzę, żeby miał czas, po prostu przypadek. Chyba.
Tak czy siak widział nas, wysłuchał w czym problem i pierwszy raz nie zignorował, nie zrzucił tego na jakąś głupotę, tylko wytłumaczył w czym może leżeć problem i jak się zabierze do jego rozwiązania. Na początek rezonans magnetyczny. I nawet nie będziemy czekali miesiącami, bo wpisał syna jako pilne, więc góra 2 miesiące podobno. Uwierzyć nie mogłam.
Ulga nie do opisania. Wreszcie ktoś znający się na sprawie, koniec szukania na oślep, może to, może tamto, on ma obraz sprawy i chyba już wie, co się dzieje.

Mam już termin sprawy o sprzedaż lokalu, mam nadzieję, że sąd się przychyli do tego pomysłu i skończą się problemy z utrzymaniem mamy. Potrzeba mi oddechu w tej kwestii, bo mnie stres zabija, czuję, że choroby, nieradzenie sobie z wirusami, przewlekłe bóle głowy, koszmary senne to wszystko stres. Wiem i nie umiem temu zaradzić. Jeszcze nie daj Bóg jakiegoś raka wyhoduję z tego wszystkiego, a potrzebna jestem nie tylko mamie, ale i moim dzieciom, Wojtek studiów jeszcze nie ma, dużo wyzwań przede mną.
Jest światełko, może mi przedłużą te praktyki w centrum dziennym, niby nie dają nikomu drugiego roku, ale że nie ma pracy w tym sektorze, bo nie przyjmują nowych na razie, to chociaż tak, żeby mieć większe doświadczenie, potem się starać o stałą posadę. Każdy rok przynosi nowe rozwiązania, nowe możliwości, tutaj na prowincji ciężko coś nowego wymodzić. A na przenosiny znowu w nowe miejsce już nie mam ochoty, ani siły.

Oglądałam dzisiaj na Kino Polska 'Zaklęte rewiry'. Już zapomniałam, jaki to jest dobry film. Nigdy nie czytałam książki, żałuję, muszę to nadrobić.
Teraz oglądam 07 zgłoś się. Mam leniwą niedzielę, chociaż planowałam prasowanie, idą święta i chciałam nadrobić zaległości w tym zakresie. Dupa zbita, łeb mnie od rana boli. Właściwie pół nocy cierpiałam, bałam się wstać po ciemku po tabletki, że jeszcze tym złamanym niedawno palcem znowu w coś przyłożę, albo zmiana pozycji doprowadzi do jakiego wylewu (nie wiem, czy to możliwe, pewnie nie, ale sobie tak w nocy wykoncypowałam, że mnie krew zaleje i leżałam w strachu).
Załadowałam tabletki przeciwbólowe, średnio pomogły, i oglądam. Ten serial jest zaskakująco akturalny, oczywiście nie mundury itp, ale teksty naprawdę ponadczasowe.

- Otwórzcie okno, zdaję się, że tu orłów nie ma, żaden nie wyleci
- A pan major drzwiami?
- Poruczniku Borewicz!

I ten Borewicz taki nomen omen pies na baby. Niby facet nie jest za przystojny, ale gra tak, że można mu wierzyć w tej kwestii.
- Poruczniku Borewicz, przekonalibyście się wreszcie do instytucji małżeństwa - Zubek mówi
- Tylko wiecie, czasami trudno dogadać się z instytucją - odpala Borewicz.
Cudne te dialogi. I muzykę lubię. Kiedyś się pisało specjalnie dla filmu, nie używało ogólnie znanych piosenek.

A jak już w kwestii kurtury, to chciałbym Wam polecić najnowszą powieść Remigiusza Grzeli - Złodzieje koni. Piszę o niej TU.

sobota, 5 kwietnia 2014

Syn na wybiegu, ja w łóżku, niech to szlag

Pisałam już na moich Notatkach Coolturalnych, ale i tu dodam, bo wiem, że nie każdy z Was tam zagląda, że mnie wirus tak skutecznie położył, że jak nadpobudliwy kochanek ciągnie mnie codziennie do łóżka tak wcześnie (czasem zaraz po pracy), że ani nie piszę, ani nie czytam, ani oglądam, ani ani.
Co to za cholerstwo? Gorączki nie mam, ale gardło, ucho, oko łzawi, ogólnie rozbicie. Stres otwiera furtkę dla takich dziwnych wirusowych zajęć terenu, czuję się jak poligon wojskowy, gdzie walczy ten wirus z moim organizmem i nie wiem, co z tego wyniknie. Do lekarza nie poszłam, bo co mu powiem, że mnie wszystko boli?
Nic to, funkcjonować staram się normalnie, do pracy chodzę, nawet na tłumaczenia pojechałam, ale nic więcej, przekraczam próg domu, rzucam torbę, ewentualne zakupy i padam trupem.
W zeszły piątek miałam wyjście do teatru, o czym piszę TU, nie będę się powtarzać.
Przed spektaklem poszłyśmy z Gosią i Iwoną do chińskiej restauracji, gdzie oczywiście, takie moje szczęście, dostałam surową kaczkę i musiałam ją oddać, a jak przyszło zamówić co innego, nie było już na nic czasu poza kurczakiem słodko kwaśnym. Z głodu zjadałam, nie było innego wyjścia, ale wizytę uznaję za nieudane. Nie wrócę już do tej restauracji.
Mimo to wesoło było, bo jak towarzystwo fajne, to jedzenie jest już problemem, czy też przyjemnością drugiej kategorii. Przecież nawet najlepsze jedzenie nie pokryłoby na przykład przykrości z nieudanego towarzystwa, więc z dwojga złego lepsze już to pierwsze.
Za to sztuka była świetna i głównie o tym pamiętam, kiedy myślę o tym dniu.

W czwartek odbywał się u nas pokaz mody, gdzie chodził po wybiegu mój syn. Myślałam, że będzie się potykał i trzymał sztywno i dziwnie, w końcu modelem nie jest, ale wypadł świetnie. Wszyscy chłopcy, jego koledzy, ponieważ nie mają napięcia na to, żeby się szczególnie pięknie pokazać, wyszli na luzie, żartowali, robili sobie grupowe selfie jak na Oskarach i włożyli w te swoje wyjścia dużo humoru i swobody.


Nie mam za dużo zdjęć, bo mi lampy w pysk waliły i nie mogłam niczego sensownego zrobić, potem będę miała ze szkoły więcej. Mam dwa filmiki, ale 'na leżąco', bo je kręciłam w pionie, a teraz w komputerze mam w poziomie, a nie wiem, jak to przekręcić, chyba się nie da.
Kiedy syn wyszedł na wybieg w garniturze, serce mi stanęło, uświadomiłam sobie boleśnie, że z niego już duży facet, coraz mniej mały Wojtuś, cholera, cholera.

O ludzie, idę sobie, bo mi łeb rozsadza. Powinnam włosy umyć, ale chyba nie ustoję. Włączyłam sobie Strefę Kultury w RDC i słucham. Fajna muzyczka, o książkach teraz mówić będą, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej.


sobota, 22 marca 2014

Norton i Lwy uratowały tydzień

Ależ miałam ciężki tydzień. Niby nie cały, bo poniedziałek to u nas przecież dzień św. Patryka, więc wolne, ale wtorek zaczęłam z przytupem - dwunastogodzinnym dyżurem w domu opieki, gdzie mieszkają moi podopieczni z dziennego centrum. W ten dzień nie działał transport, musieli zostać w domu, a tam mieli znowu problemy kadrowe i spytali, czy bym nie chciała pomóc. Co miałam nie chcieć. Szkoda tylko, że nie związane to było z pieniędzmi, tylko godziny mam do odebrania, jak będę potrzebowała, to nie przyjdę do pracy i tak mi oddadzą. A niech tam, przecież gdybym nie polazła, moje ludziaszki by ucierpiały.
Nauczyłam się nowych rzeczy. Nigdy nie sądziłam, ze może to być ekscytujące, a jednak - wysadzania na toaletę ludzi na wózkach inwalidzkich, takich zupełnie nieruchawych (no może troszkę). To jest cała machina, zapinanie pasa specjalnego, potem podczepianie pod taki przenośnik i cała operacja w te i z powrotem. Jeszcze kilka miesięcy temu krzywiłabym się na samą myśl, a teraz rwałam się do pomocy. Życie jest dziwne.
Ugotowałam im też obiad, na kilkanaście osób to nie przelewki, ale dałam radę. Potem jeszcze zrobiłam pizzę domową dla załogi pracującej tego dnia. Ani się obejrzałam, dzień zleciał. A ja leciałam z nóg. Ledwo do domu doszłam, padłam. Nie przyzwyczajona jednak jestem.
Na drugi dzień nagłe tłumaczenie też dla osoby z niedostatkami umysłowymi, znam i lubię, więc przyjemność, ale dojechać trzeba było godzinę w jedną stronę, usypiałam.
Potem znowu niezwykła zajętość w centrum, aż do wieczora byłam na nogach.
W piątek sprzątanie u siebie w domu po pracy i wieczorem wyjście na pożegnanie bibliotekarki, która przechodzi na emeryturę wcześniejszą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że zmienili godzinę tego spotkania i mnie nie powiadomili, a to dziewczyny z mojego klubu książki. Szlag mnie trafił, bo mordą cały dzień po podłodze jeździłam, żeby szybciej, zorganizowałam kwiaty, ubrałam się i pocałowałam klamkę. Foch.
Dzisiaj cały dzień prasowanie. Trzeba czasem nadrobić. Ale nie narzekam, bo miałam okazję obejrzeć nagrane odcinki talk show Grahama Nortona. Cóż za uczta. On ma zawsze wspaniałych gości, jest śmiesznie, bez zadęcia i zupełnie inaczej niż w polskich programach. Dlaczego my tak nie potrafimy? Wojewódzki, zakochany w sobie amator szkolnych tenisówek, to jest raczej show o nim, czasem przerywają mu bezczelni goście, po co oni w ogóle przyszli? A, no tak, ktoś musi lustro trzymać.
Brak mi takiego programu u nas.
Jestem zapędzona, zmęczona, chyba lekko przeziębiona, ale nie jest źle. Podczas jazdy i sprzątania dosłuchałam do końca Lwów STS-u, tak mnie ta lektura nastawiła pozytywnie, uciszyła, ugłaskała treścią, bardzo polecam. O niej TU
A a nagrodę obłędnie pachnie mi taki pięknisty hiacynt na biurku.


środa, 12 marca 2014

O egzaminie, co mnie o mało nie zabił i o serialu, co jest zabójczy

Zaplanowałam to z zimną krwią. Wiem, że dzisiaj ostatni dzień w miarę luźny, potem sprzątanie i przyjeżdża córka, inne obowiązki, praca, więc dzisiaj założyłam, że kiedy skończę swoją zmianę, wracam do domu i żeby się waliło i paliło, nic nie robię, siedzę w fotelu i czytam, albo serfuję po sieci. Zaczęłam od przeczytania poczty i zaległych wpisów na zaprzyjaźnionych blogach. Przepraszam, że nie wszędzie komentowałam, ale czasem nie mam nic mądrego do powiedzenia, a jestem tak do tyłu z tym, co się u Was dzieje, że wolałam po prostu poczytać niż pisać. Poza tym jeszcze mam w planach książkę i wieczorem trzeci sezon The Killing, duńskiego serialu, który jest po prostu zajebisty.
Chrzanić poprawność językową.

W piątek miałam egzamin na zakończenie kursu o demencji i chorobie Alzheimera. Nie tam żadne udawanie, że sprawdzają wiedzę, tylko dwie prezentacje do przygotowania, jedna po drugiej. Pracowaliśmy w grupach, mieliśmy wybraną postać pod fikcyjnym imieniem, ale prawdziwa osoba z naszego doświadczenia, a nawet może i taka, którą się zajmujemy. Wybraliśmy na samym początku babeczkę z chorobą Alzhaimera stadium 6-7. Bląd. Huuuuge mistake. Bo w tym stadium to osobnik prawnie już nic nie może sam, a i możliwości aktywizacji marne. No i się męczyłyśmy cały kurs, bo miałyśmy wymyślić na przykład, co będziemy robić w tygodniu z nią, nic nie pasowało, bo przecież na drutach nie, tańczyć nie itd.
Dyskutujemy nad pierwszą prezentacją, a ja widzę i wszyscy inni też, że jedna z dziewczyn w mojej grupie jest jakaś taka nieswoja. Okazało się, że tak się spieszyła na kurs, że wjechała w samochód szwagierki, zmasakrowała jego bok i teraz nie ma do niczego głowy, bo pieniędzy brak, a tam duże koszty. Do tego mężowi nie powiedziała, bo on ciężarówką gdzieś pojechał i bała się, że jeszcze i on wypadek spowoduje. Takie buty. Przepraszała, ale powiedziała, że głowy do niczego nie ma. Druga z kolei powiedziała, że po pierwsze nie rozumie połowy słów z tekstu (ona nie rozumie? to co ja mam powiedzieć, przecież to nie mój język), poza tym tak jej serce ze stresu krew pompuje, że czuje ją  w ustach i nie sądzi, żeby dala radę coś wymyślić.
I zostałam sama z całym egzaminem, co miał być grupowy. Patrzę na pozostałe trzy drużyny, tam praca aż wre, każda coś pisze, a moje panie miłe i w ogóle świetne, ale mało pomocne. Jakby ich nie było wcale. Zaczęłam ścigać się z czasem i swoją niemocą, ze strachu, że nie dam rady, rozum mi odjęło, sama już nie wiedziałam, co czytam. I co piszę. A wykładowca odlicza czas
- macie jeszcze 15 minut.
A ja mam jeden moduł napisany.
- Kochane, jeszcze 5 minut, wystarczy?
- Tak, wszystkie chórem krzyczą, a jak mam ochotę wstać się wydrzeć jak opętaniec - jakie kurwa 5 minut? Ja tu sama wszystko piszę, nie dam rady!
Nawet w połowie nie byłam. A to trzeba wszystko na wielkie płachty papieru markerem grubym wypisać. Noż chyba się z - nie powiem czym - na łby pozamieniali, jeśli myślą, że dam radę - tak sobie w głowie perorowałam, jednocześnie pisząc na tych kilometrowych kartkach papieru. To, co już miałam, sru na ziemię i dalej, kolejna. Jak maszyna. A te kobiety siedzą i oczy wytrzeszczają, a jedna mówi - ja tego nie powiem, nie mam mowy. Mówię do niej, tylko przeczytasz, inaczej egzaminu nie zaliczysz, cały wysiłek na marne, a w duchu - a spieprzaj mi tu z tymi histeriami, tego mi jeszcze brakowało.
Podchodzi wykładowca, fantastyczny facet w przedemerytalny wieku i mówi - ale to jest wspaniałe, tak w grupie pracować, czy nie? Oczywiście, fantastyczne, tak się dzielimy pracą, idzie jak z płatka.
A w duchu - czy Ty do h... pana nie widzisz, że ja tu wszystko sama i nie zdążę? Fuck, fuck, fuck.

I zdążyłam. Kolejność zapisków ustalałam już na czuja, sama do końca nie wiedziałam, czy dobrze. Pomyślałam, że jakby co, to przytomność stracę, nie będą mnie mogli podnieść, wezwanie karetki z dźwigiem trochę potrwa, egzamin odłożą.
Panie puściłam do czytania pierwsze, jak coś nie tak, to wyjdzie na nie, że bredzą.
No, ale poszło dobrze, za pierwszy dostaliśmy 87,5%, za drugi 90%

Przyjechałam do domu, coś zjadłam, z tępym wyrazem twarzy obejrzałam jakieś tańce w TV i padłam o 21szej do łóżka. Taka sytuacja.






wtorek, 4 marca 2014

Wpadłam jak po ogień

Cóż tu gadać. Wstaję rano i myślę - co się schrzani? Jaką wiadomość dostanę i dlaczego znowu złą?
Nic mi się nie chce. Boję się każdego dnia. Codziennie biorę oręż do ręki i cieszę się, kiedy mogę ją wieczorem złożyć.
Jednocześnie w każdej takiej chwili doceniam to, co się nie skiepściło, zdrowe dzieci, zdrowego i dobrego męża, to, że i ja jakoś się powoli wykaraskałam, jako tako,  z tego złamania. Już mniej kuleję, biegać i szybko chodzić jeszcze nie mogę, ale to kwestia czasu na pewno.
Książki mi pomagają się odstresować, ale coraz częściej cieszę się na sen. Kładę głowę na poduszce i już jestem gdzie indziej.
Będzie dobrze, niech no tylko zakwitną jabłonie.

W zeszłym tygodniu byłam na imprezie urodzinowej z podopiecznymi. Zaprosiła ich koleżanka z centrum, gdzie się w ciągu dnia uczą czynności, które ich usamodzielniają. Zebraliśmy ich do samochodu i heja. Trzech ludziaszków i trzy opiekunki.
Jak tylko zaczęła grać muzyka, już ruszyli w tany. Jaka to była radość. Wszyscy trzeźwi, a tańcowali jak u nas ludzie na weselu po kilku bardzo głębszych. Panowie prosili panie do tańca, odbijali sobie partnerki. A niektórzy tańczyli naprawdę dobrze. W życiu nie widziałam tylu tak widocznie szczęśliwych ludzi w jednym miejscu. Ja też miałam ubaw, lepszy niż na niejednej 'normalnej' uroczystości tego typu. Pojedlimy, popili wody, a wszystko to zaczęło się o 20tej, a skończyło pewnie około drugiej, my wyjechaliśmy wpół do dwunastej. Ktoś by pomyślał, że to niemożliwe, że to przecież podopieczni mieszkający w domu opieki, ale ten dom opieki to normalny dom z kilkoma sypialniami, kuchnią i pokojem dziennym, a oni mają takie życie, jak inni, bo sam fakt pobytu poza domem, bo tak im się życie ułożyło, nie oznacza, że muszą mieć mniej możliwości i być traktowani jak ludzie, którzy nie mają prawa do niczego. To mi się bardzo podoba.



niedziela, 16 lutego 2014

Weekendowa osiemnastka, spa-mowanie - małe radości

Weekend mnie tak wymęczył, że najchętniej bym teraz dopiero zaczęła ten koniec tygodnia.
A było tak.
Na Walentynki dostałyśmy z córką prezent od naszych chłopaków, czyli od męża/taty i od syna/brata -wizytę w Spa w miasteczku nieopodal. Misia miała kąpiel w algach morskich, a ja masaż głowy i karku, w sumie pleców do poziomu linii stanika, nazywają go tutaj indian, czyli jakby po naszemu hinsuki (zostawię to tak, źle napisane, żeby Wam powiedzieć, że kiedy chciałam poprawić automatycznie i szukałam opcji 'hinduski' to mi pokazało opcję 'sukinsyn', dziwne), indyjski?
To w sobotę na drugą. Oczywiście od razu się spięłam, bo to środek przygotowań do urodzin Wojtka, czyli tort trzeba było rano do określonej godziny wykończyć, a potem obiad zmontować tak, żeby się wyrobić przed przyjściem kolegów.
Wieczorem w planach było wyjście syna na imprezkę, a moje siedzenie i zamartwianie się, czy mu ta dorosłość, czyli osiemnastka, bokiem nie wyjdzie, albo jeszcze czym innym.

Tak się zrelaksowałam na masażu, że potem chciało mi się już tylko spać. Michalina też była taka na maksa rozluźniona i o drzemce marzyła. Bardzo mnie bolały plecy, szczególnie pod prawą łopatką i kark, ale po masażu to ustąpiło. Och, gdyby to było trochę tańsze, chodziłabym częściej. Fajowo było.


Taki miałam widok z okna, kiedy mnie masowali. Z oddali widać było więcej morza niż lądu, a ten widok zawsze mnie uspokaja nieziemsko. Ocean, jego bezmiar, pozwala trochę zmniejszyć w głowie troski.

Wieczór Wojtka był udany. Poszli do pubu, a tam koledzy i kuleżanki, nie wiadomo, co ważniejsze, haha. Wrócił ok 2giej z kebabem w rękach, ale go zjeść nie bardzo miał siłę. Potem dobili koledzy i go wyciągnęli w piżamie na spacer, takie młodzieńcze sprawy, co się potem pamięta całe życie.
A ja się budziłam i zasypiałam na zmianę tak do rana.


Dzisiaj jestem nieprzytomna, ale oczywiście do biblioteki pojechaliśmy, nawet całą rodziną, bo potem córzydło do autobusu wsiadło już z 'gminnego' miasta i do siebie pojechała.
Jutro powrót do rzeczywistości, do pracy, do spraw trudnych, kołowrót od nowa.
Dlaczego takie weekendy nie rozciągają się jak guma?

czwartek, 13 lutego 2014

Takie czasy panie, że trzeba się jakoś pocieszać

Początek tego roku to jeden z najtrudniejszych okresów w moim dotychczasowym życiu. Nie dość, że nic się nie układa, to jeszcze problemy piętrzą się jak szalone, codziennie coś i nic dobrego, albo zwiastującego problemy kolejne, a to mi zabrali dodatek na dziecko, bo syn kończy 18 lat, albo ciągle noga boli, albo coś muszę załatwić, co będzie trudne, co telefon, co poczta, ja mam odruchy wymiotne z nerwów, ze znowu coś.

Nie piszę, bo co tu pisać? Koleżanka fejsowa skutecznie mi uzmysłowiła, że moje jęczenie jest nie do zniesienia, że wszyscy mają problemy, tylko o tym nie mówią jak ja. Czyli dupę zawracam i tylko humor ludziom psuję. No to się zamkłam. 
Coś w tym jest. Taki amerykański styl, że wszystko fajnie, uśmiech szeroki, a w sercu mrok, może i jest atrakcyjny dla otoczenia? Bo oczywiście jak nam się życie na głowę wali, to co to może kogoś obchodzić? 
Tylko, że do mnie to nie trafia, bo ja się martwię też o to, jak innym się wiedzie, więc skoro nie mam prawa o tym mówić, bo nie daj Boże komuś to może nie pasować, to rozumiem, że sama też mam się znieczulić na innych i konkursowo wbijać w to, czy ktoś komuś umarł, choruje czy kłębią się inne czarne chmury. 
Codziennie walczę z chęcią pozostania w łóżku i odwrócenia się do świata i życia plecami. To nie jest depresja. To jest zmęczenie, bo w życiu potrzebny jest balans, trochę smutku, trochę chwil miłych i żeby się dało jakoś odpocząć od trosk. A jak one przychodzą czwórkami, całe bataliony, to po prostu nie ma jak tego oddechu złapać. 
Doceniam każdą chwilę, kiedy napięcie i stres ustępuje. Każdusienieńką. Mąż pojechał i mam dwie godziny dla siebie, kawa, chwila w sieci, może jakaś gazeta - czuję się jak w niebie. Żeby mnie tak jeszcze głowa nie bolała z tyłu, od strony karku. Napięcie tam nie ustępuję ani na chwilę, od tygodni.
Ale dzisiaj postanowiłam koniecznie, chociaż na chwilę, przestać się zamartwiać.
Może dlatego, że córka przyjeżdża i będziemy razem przez kilka dni. Tak się cieszę. 
Ugotujemy coś niezdrowego, kalorycznego i upieczemy coś wielkiego i słodkiego. Na pewno tort dla Wojtka, bo przecież kończy 18go lutego 18 lat i będziemy świętować w ten weekend. Chrzanić diety. 

Bardzo się wzruszyłam złotym medalem Kowalczyk dzisiaj. Chodzę z tym bolącym palcem i wiem, jak trudno z tym funkcjonować, ale powolutku można. Tylko, że Justyna nie mogła powolutku i musiała zawalczyć i to nie na dystansie samochód - sklep, a 10 km na śniegu. O ludzie, to był wyczyn. Pewnie, że ją znieczulili, ale jak jej to puści, to cieszę się, że nie jestem w jej skórze teraz. Adrenalina i endorfiny też nie będą utrzymywać jej na haju wiecznie. Biedulka.

A wieczorem Hala Odlotów. Nie mogę się doczekać. Nie oglądałam telewizji od tygodni, ale dzisiaj specjalnie na ten program zasiądę. Pazurami trzymam się takich miłych chwil, jakieś rutyny znanej mi sprzed tego okropnego czasu, żeby się odmieniło, żeby to jakoś zakląć. A kysz!


sobota, 25 stycznia 2014

O psie, co lubi wodę, palcu, co nie lubi kołków i synu, co mu nowe starym się wydaje

Mój pies jest zdecydowanie porąbany. Mamy teraz słońce, leży pod kocem i śpi, a jak chrapie do tego. Jak lał deszcz, wylazł w ulewę i ganiał króliki, po czym usiadł pod drzewem, wąchał powietrze i mókł. Nie chciał wrócić, a do tego wiało strasznie. On tak często.

Ja, jak to w sobotę, miałam sprzątnąć dom, ugotować coś, poczytać. Ale palec lewej stopy tak mi się daje we znaki, że chyba nic nie zrobię. Kurczę, okazało się, że połamany w dwóch miejscach, na ukos trzaśnięty i do tego w poprzek wyżej. Taki mały, a tak się rozpadł w drobiazgi. Pojechałam do szpitala, bo mi specjalista radiolog kazał, konsultował się ze szpitalnym i tego samego dnia jeszcze polecili się stawić do specjalisty. A kiedy dojechałam, okazało się, że nie kwalifikuję się, żeby specjaliście tyłek zawracać, zataśmowali po raz drugi, tylko teraz mi takiego kołka dołożyli i tyle.
Po tej wizycie boli jeszcze bardziej i chodzić już nie bardzo mogę, bo kuleję (ile można, biodro mnie boli i kręgosłup już też). Czy to możliwe, żeby było gorzej, co oni mi tam zrobili? Nic, czekam, może się uspokoi.
No i zgłosiłam do GP czyli rodzinnego, ze najpierw była histeria, ze mi będą zespalać czymś tam, bo się krzywo goi, a teraz już nie ma problemu i kołek z ligniny wystarczył.
Napieprza za to zdrowo, a nie bolał już tak bardzo, jedynie po zdjęciu butów i po założeniu.
Czekam na odzew, bo się lekarz zdenerwował i bedzie pisał do szpitala o wyjaśnienie sprawy.

Wojtek pojechał na finały mistrzostw krajowych do Dublina w koszykówce, w swojej grupie wiekowej. Jego drużyna grała, ale pucharu niestety nie zdobyli. Syn 'zdewastowany' jak to mówią po angielsku. Przykro mu. Chociaż nie grał, bo ma kręgosłup obolały, też miał prześwietlenie, czekam co powiedzą.
Jakieś takie połamańce z nas w nowym roku.

Mnie to nawet wstyd, że taka niepełnosprawna jestem. To jednak okropne, jak człowiek nie może czegoś zrobić, trzeba się tłumaczyć, nie daję rady, bo głupi palec. Wojtek też widzę, że ma problem z tym, że gorzej mu, że ból w nodze, w plecach, ukrywa to przed nauczycielami, cierpi na niewygodnym krześle, robi jakiś projekt na zajęciach z pracy w drewnie, schyla się, boli go, a nie powie.

Wczoraj oglądał jakiś film z Marcinem. Pytam go jaki? przez telefon rozmawialiśmy i on mi na to, że nie pamięta tytułu, że mam się Marcina zapytać, że to jakiś strasznie stary z lat 90tych był. No żesz cholera, jaki stary?
Dla niego pewnie tak.
Okropne

A ja wczoraj z kolei oglądałam film Niemożliwe, o tsunami i rodzinie, która została rozdzielona. Myślałam, że tak sobie popatrzę, jakiś tam kolejny katastroficzny, ale co innego, jak wymyślają koniec planety i takie tam, a co innego, jak to taki realistyczny. Myślałam, że mi serce siądzie, tym bardziej, że tam trzech chłopców małych było. Woda to straszny żywioł.

piątek, 17 stycznia 2014

Apdejt czyli jak tam sprawy, jak tam zlewy

Gdzieś mi wcięło pasek. Nie taki od spodni, ale nawigacyjny blogspotowy i to tylko w przeglądarce Chrome, bo widzę, że Mozilla Firefox wyświetla, ale z kolei tam jakieś reklamy mi się zaczęły na szczycie ładować, więc zrezygnowałam z używania. Macie na to jakąś radę?

A poza tym wiele się działo, takie doły zaliczałam, że szok.
Najpierw zmarł mój znajomy, który był jedną z pierwszych osób, z jakimi się tu zetknęłam. Ok, stary lekuchno było, ale bez przesady, jak na nasze warunki, w końcu to nie średniowiecze, młodzieniaszek.
Dużo palił, ale poza tym w normie, no dobra - nie jadł i kawę lubił w dużych ilościach, to go pewnie, cuzamen do kupy, zabiło. No i rak, ale nie tylko on. Nie rzucaliśmy się sobie na szyję co tydzień, ale smutno wiedzieć, że go już nie ma.

Miałam krótki wyjazd do Polski, ale zanim jeden wieczór w Dublinie. Tam wymieniłam książkę w Easonie, ale mój palec połamaniec u nogi, nie dał mi nic więcej podziałać, więc kawa i Yamamori najpierw, a potem spotkanie z blogerami irlandzkimi. Sławek to zorganizował, przyklasnęło wielu, ale koniec końców było nas kilka osób. No i dobrze, bo i tak nie da się pogadać ze wszystkimi, szczególnie, że to było na kręglach. Miałam zamiar skopać im tyłki, ale nieczynna stopa to uniemożliwiła, tak więc udałam się tam w celach gadatliwych, to umiem najlepiej.
Po grze udaliśmy się do domu jednego z blogerów, takie spotkania lubię najbardziej, bo można pogadać i posłuchać muzyki, jaką się lubi, a nie jakieś łomoty. Tym razem Peter grał na gitarze do wtóru naszym rozmowom, więc w ogóle czad. Jak za studenckich czasów.

No, a rano wylot do Polski. Stres do kwadratu stresem poganiał, aż doszło do takiego momentu, że myślałam, że wylewu dostanę. Poważnie. Siedziałam na krześle, rozmawiałam z panią pewną urzędniczką i myślałam sobie, żywcem tego na klatę nie wezmę, nie zdzierżę, to już za dużo.
Okazało się, że człowiek to jednak silna bestia nie do zabicia, żyję. Sprawy mamy pokomplikowane są jeszcze bardziej niż były, jakbym nie prostowała, wychodzi odwrotnie albo z czasem znowu się skręca, co najmniej jak włosy prostowane, co w wilgoci w pierścienie się zwijają. Ten efekt jojo jest taki, ze za każdym razem coraz trudniej. Albo sił już nie staje.

Za to nadal kuśtykam i to mnie martwi. Wrociłam wczoraj w nocy, próbowałam prześwietlić nogę dzisiaj, ale mi się nie udało.

Jak zwykle, kiedy mi jest ciężko na duszy, wynajduję sobie piosenki afirmacyjne. Dzisiaj podczas sprzątania słuchałam radia zamiast audiobooka, bo mi się zapodziała gdzieś mp3jka
Ten utwór poniższy usłyszałam w Starbucks podczas kupowania kawy i głupio mi było spytać, co to i kto to, a strasznie mi się podoba - Pharrell Williams Happy - tytuł adekwatny do potrzeb


Kiedy to leci nie mogę przestać kręcić i potrząsać oraz obracać każdą częścią ciała oddzielnie, budzi się we mnie czarna krew.
A jak człowiek się tak wygina i podryguje, to chyba się coś wytwarza, endorfiny chyba nie, bo to za mały wysiłek, a moze? W każdym razie jakoś lżej się robi. Muszę poszukać tego wykonawcy na Spotify.

A tę drugą usłyszałam dziś po raz pierwszy i się do mnie przykleiła na cały dzień.


Zapomniałabym opowiedzieć, o mojej drodze do bramki na lotnisku, z tym połamanym palcem zdecydowałam się poprosić o podwózkę. I oni mnie sru na wózek inwalidzki. Najgorsze doświadczenie lokomocyjne w moim życiu. Pcha facet ten wózek, wszyscy się na mnie gapią, a jak czuję się jak w samochodzie jadącym bez mojej kontroli, bo nie mam kierownicy. Okropne, myślałam, że ludzi rozjedziemy. A potem mnie wysadził i podjechał taki mały samochodzik jak na polu golfowym i pognaliśmy rączo do bramki, wszystkiego kilka minut radochy. Oczywiście wzbudza człowiek zainteresowanie, kiedy tak 'z fasonem wozem' podjeżdża, podczas, kiedy reszta się wlokła kilometrami na nogach, ale cóż, ból zwyciężył wstyd.
Ale do samolotu wózkiem i czym tam, sama nie wiem, jak oni to robią - dźwigiem? - nie dałam się już wsadzić. Kuśtykałam dzielnie, a potem przespałam cały lot, jak nigdy.

piątek, 3 stycznia 2014

Gdyby kozak nie skakał, to by sobie nie złamał

Przyszłam wczoraj z pracy, po zakupach na dodatek, i jakoś mnie zmogło (to pewnie przez nadchodzący sztorm, o którym nie wiedziałam, a jestem wrażliwa na te zmiany w pogodzie). Położyłam się na chwilę lekko się zdrzemnąć. Prawie nigdy tego nie robię, nie mam w zwyczaju podsypiać w ciągu dnia, to i mnie pokarało. Córka w międzyczasie zrobiła swój popisowy obiad (jeden z wielu, tym razem risotto truflowe ze szparagami i parmezanem z dodatkiem upieczonej polędwiczki wieprzowej). Zawołali mnie, już byłam wybudzona, ale jakoś tak niefortunnie się zerwałam, zatoczyłam, wyrównałam pozycję, coś tam chciałam zrobić, nie pamiętam, w każdym razie ruszyłam przed siebie i jak nie przywalę stopą, odzianą tylko w pończochową skarpetkę, w nogę łóżka, gwiazdy mi w oczach stanęły. Patrzę na stopę, a tam palec pod dziwnym kątem przechylony, zanim coś wymyśliłam, zanim bezmiar bólu do mnie dotarł, piętą zdrowej nogi przesunęłam palec na właściwą pozycję. Coś strzeliło i tyle. Za moment dotarło do mnie, jak mnie boli. Gdyby to nie był obciach to bym wyła chyba. Mało jestem odporna na ból chyba. To jeszcze zależy na jaki i kiedy, ale teraz wydaje mi się, ze niedobrze to znoszę.
Wydawało mi się, że jak to była dyslokacja, to zaraz przjedzie, ale spać w nocy nie mogłam, chociaż mi Wojtek z Michaliną zawinęli taśmą medyczną dwa palce razem dla usztywnienia tego poszkodowanego. Nawet ciążenie kołdry mi przeszkadzalo, już nie mówiąc o psie, który się kręcił jak gówno w przerębli. Ten nadchodzący sztorm go pewnie też niepokoił.
Rano obudziłam się już w oku żywiołu, gwizdało i lało ciężkim deszczem w szyby. Mąż już w pracy, ja też powinnam iść, ale postanowiłam jednak pojechać wcześniej do lekarza.
Mój GP powiedział, że oczywiście nie jest w stanie stwierdzić czy palec był wybity, pęknięty czy co, bo nie mamy jak prześwietlić, drogi zalane, nie ma co jechać do gminy do szpitala, zawinął tak jak był, bo się okazało, ze to jedyne, co się w takich sprawach stosuje i tak, dał list do szpitala na jutro jakby co i puścił wolno.
I tak sobie na lekach kuśtykam.
Niby miałam siedzieć i nic nie robić, ale musiałam jednak jechać do pracy, bo ta wichura i podtopienia wyłączyły z ruchu część personelu, day centre nieczynne, ale wysłali mnie do takiego domu, gdzie mieszka tylko kilka osób. Tam trzeba było trochę pomóc i ugotować im obiad, co zrobiłam i mnie już o pierwszej do domu puścili.
Od razu musiałam się tu pożalić, ale zaraz pakuję się pod koc, poczytam prasę i książkę. Jedyny plus tego przypadku-wypadku, bo rwie jak cholera.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

IKEA - wyczerpałam limit zakupo-godzin i sklepo-kilometrów na rok (księgarni to nie dotyczy)

Na blogu Notatki Coolturalne opisałam moje marzenie o fotelu i jak to się stało, że wreszcie mogłam go sobie kupić, więc nie będę się tu powtarzać.
Chciałabym natomiast więcej napisać o moim doświadczeniu zakupowym w IKEI, ciekawa jestem Waszej opinii, czy Wy też tak macie?
To, że nie ma tam okien, poza najwyższym piętrem w kafejce, to wszyscy wiemy, a jak nie ma okien, trudno się zorientować, jak upływa czas. Nawet jeśli człowiek wie plus minus po co przyszedł, chce to załatwić szybko i bezboleśnie, i tak nigdy nie ma tak, żeby to trwało chwilę.
Nie bywam w IKEI często, bo w Irlandii mamy jeden sklep w Dublinie, drugi jest w Belfaście, po stronie północnej. Do obu mam mniej więcej tyle samo, czyli coś ze 4 godziny. Drogi w Irlandii są słabe, a już z Donegalu do centralnej części szczególnie, nie ma mowy o wyskoczeniu od tak sobie, żeby połazić i zobaczyć, czy czegoś nie przecenili.

Bywam w tym sklepie może raz w roku. Asortyment nie zmienia się tam znowu tak szybko, żeby bywać częściej, domu nie urządzam namiętnie, więc nie ma potrzeby.
Tym razem celem był fotel. Sprawdziłam, czy mają na stanie, okazało się, że są 4 i pojechaliśmy.
Po kilku godzinach jazdy przyjemnie było zasiąść do kawy i irlandzkiego śniadania. To jest dla nas wielka uczta, bo nie jadamy go zbyt często ze względu na kalorie. To w IKEI jest akurat dobrego rozmiaru, nie za duże, nie za małe, dobrze przyrządzone. Jedynym minusem była kawa i herbata - obie wyjątkowo wstrętne, z tym, że kawa biła na łeb wszystkie inne podłe w smaku, które zdarzyło mi się kiedyś wypić. Jak na tę jakość, droga. No, ale nie na kawę tam pojechałam.

Zaczęliśmy od show room, bo mąż ma koncepcję na wymianę kilku rzeczy w kuchni i gdzieś tam jeszcze i mnie przeciągnął przez całość. Znalazłam tam fajne poduszki do fotela, zapisałam lokalizację w sklepie i nazwę. Potem spodobał nam się wieszak do łazienki, znowu to samo - notatki, gdzie go znaleźć. I jeszcze raz ta sama operacja z półką, która wisiała w zaaranżowanym pokoju.
Okazało się, że żadna z tych rzeczy nie jest tam, gdzie obiecywał napis na etykiecie.
Pracuje tam dużo osób, ale zaskakująco mało mogą pomóc. Pytasz, odsyłają cię do innej osoby do innego komputera, a jak już myślisz, że jesteś w ogródku i witasz się z gąską, to się okazuje, że Zosia gąski może i pasła, ale ta bajka jest o Kasi, co gąski zgubiła. Tam, gdzie przedmiot powinien być, okazywało się, że go nie ma wcale w sensie skończył się (to w komputerze tego nie widzieli?), albo leży gdzie indziej, ale gdzie, to może tamta pani, o w tym żółtym (oni wszyscy na żółto, daaa) mi powie.
Jak dotarłam do alejki 5 stanowisko 46, to się okazało, ze mogę podziwiać wielką pustą przestrzeń. Nie muszę chyba dodawać, że mówimy o sobocie, tłumach i sklepo-kilometrach oraz zakupo-godzinach nie do zmierzenia, a nie o małym przytulnym grajdołku z disajnerskimi przedmiotami..
Ale spoko, po fotel przyjechałam, nie będę się przecież denerwować, kiedy realizuję osobiste marzenie ostatnich lat.
Na liście w internecie napisano, że foteli ma być w tym kolorze na półce 4. Dochodzimy do regału, alejka 9 stanowisko 45 oczywizda na samym końcu, a tam stoi jeden. Pytam przechodzącego pana z obsługi, czy jeszcze gdzieś mają więcej (z myślą o tej półce, co jej w alejce 5 nie było), ale dostaję odpowiedź, że cokolwiek leży na regałach, to leży, a jak nie leży, to nie ma.
To ja się pytam, gdzie znajdują się te pozostałe 3 fotele, co są nadal na stanie dzisiaj, bo jeden kupiłam? Gdzie jest półka, co być powinna i jej nie ma?
Nie wiedzieć dlaczego, zaczęłam sobie nucić pod nosem piosenkę kabaretu Mumio

Jak to... jak to się stało
Że mi wypiłaś moje kakao
Przecież to mój kubeczek
To mój kubeczek z wiewiórką jest

Mąż jak zobaczył karton z fotelem, to go na-ten-tychmiast szlag trafił, bo ja go zapewniałam, ze to wszystko jest flat pack (widziałam miesiąc temu na własne oczy, nawet się zastanawiałyśmy z córką, jak ten fotel złożymy). Ale to chyba był ten casus, że my oglądałyśmy kilka kartonów na raz i one się zazębiały, a prawda taka, że fotel jest tam w całości, czyli karton jest w literę L, pod kątem prostym zgięty i wieeeeelki.

Zrobił się problem, bo to oznaczało, że bagażnik będzie otwarty, a to znowu oznaczało konieczność zakupy taśmy trzymającej to wszystko w kupie, a wiedzieliśmy, że takowa taśma jest, bo widzieliśmy taką żółtą, ale się okazało, że ta żółta należy do pracowników Ikei, a do kupienia jest czarna, ale przy kasie 22 na półce. Tam nie było, nie wiedziałam nawet gdzie szukać, ale chociaż kręciło się tam kilku panów, nikt nie polazł popatrzeć ze mną, a to rzut beretem był, tylko mi machali palcem przed nosem, w którym kierunku mam iść. Oni im chyba w instrukcji obsługi klienta zastrzegli, ze nie mają za bardzo pomagać, bo jak nie to na bruk. No bo jak wyjaśnić, że na każdym piętrze pracownicy tylko machają rękami w kierunku nieokreślonym, dupy nie ruszą i odsyłają jeden do drugiego?

Mąż już był na skraju wyczerpania nerwowego. Młody chłopak nawet szukał tej taśmy, ale koniec końców odesłał nas do obsługi klienta, która była po drugiej stronie lustra tej magicznej krainy, czyli po zapłaceniu, mieliśmy się tam udać.
Przy kasie okazało się, że wzięliśmy dwie rzeczy z półki, które były tzw display, czyli wystawką, a powinniśmy wziąć zapakowane. Pytam, czy mi ktoś to może jakoś skrótami przynieść, a on, że nie, że muszę wrócić (przypominam, że mowa o sklepo-kilometrach). Ręce mi opadły. Po ten garnek bym nie szła, ale taśma, okazało się w obsłudze klienta, też jest gdzieś w bebechach tego sklepu-potwora
- jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzieeeee - nucę dla uspokojenia nerwów.
Wywiozłam męża wraz z kartonem "potworem ostro zgiętym" i drugim koszem z poduszkami i różnymi dziwnymi rzeczami średnio potrzebnymi, ale taka łopatka to mi się przyda, bo tania, do samochodu na parking, a sama w te pędy z powrotem do sklepu na poszukiwanie taśmy o imieniu Maja-gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie.
Młodzian pokazał mi skrót, żebym nie gnała tak całkiem przez wszystkie działy, takie tajemne szare drzwi, ale się pogubiłam i kiedy spytałam kobiety po drodze, ta zaprzeczyła, że takowe w ogóle istnieją. Głupia krowa, a młodziana od razu pokochałam, kiedy jednak znalazłam te drzwi i okazało się, że zaoszczędziłam przynajmniej z 15 minut, jak nie więcej. Tam miałam więcej szczęścia, bo pierwszy raz znalazłam młodą dziewczynę, która zostawiła jakieś kartony i mnie zaprowadziła do miejsca, gdzie taśmy leżą (sama bym ich w życiu nie znalazła!!!), byłam gotowa ją pod kolana z wdzięczności chwycić.
Po drodze w locie chwyciłam te dwa przedmioty czyli garnek i doniczkę, co były zapakowane tym razem, a nie z wystawy (chociaż taki burdel tam na półkach, że trudno się zorientować, co i jak) i już normalną drogą wróciłam do kas. Gnałam jak rączy koń, przedtem skrótem weszłam, a i tak mi to pól godziny zajęło. Mąż mnie zabije - śpiewałam przy kasie, dla spokojności oczywiście :-)

Wracaliśmy zapakowani jak na tym filmie reklamowym sprzed lat, gdzie w trakcie wyprzedaży ludzie wyjeżdżają z Ikei zapakowani tak wysoko, że pod mostem nie mogą przejechać. Tyle, że my wystawaliśmy z tyłu :-)
Na stronie internetowej jest wielki napis SALE i o ludziach, co mają Ikea Family kartę, że taniej. Nie wiem, co to za wyprzedaż, bo tam mało co było taniej, jakaś pościel, co i tak jej nikt nie chce i serwetki. Nie wiem też, po co ta karta, bo nic nie skorzystałam na tym, że jestem w 'rodzinie Ikei', a jak spytałam przy kasie, po co ja właściwie to mam (jak to po co, twoje dane podstępem od Ciebie wyciągnęli, głupia babo - mówiły oczy męża), odpowiedź była taka, że niby wiem, ale nie wiem. Produkty są oznaczone i mam je taniej i te z wyprzedaży też, ale ani tych produktów, ani tych taniej, jakoś nie widziałam, albo słabo oznaczone, albo się w ten 'nawias' nie łapię.

Wiem, IKEA to sklep z dosyć dobrymi towarami za niewielką cenę i za to trzeba jakoś 'zapłacić', ale żeby tak całkiem żadnej pomocy i slogany prawie bez pokrycia, albo pokrywające się z potrzebami setnej klientów, to chyba lekka przesada. A może ja tam za rzadko bywam, żeby to dobrodziejstwo ocenić, zauważyć?
Zadowolona jestem z fotela, z łopatek do smażenia, doniczki, garnka i poduszki też, ale zakupy tam to jak pobyt w armii cudzoziemskiej - maszeruj albo giń.


czwartek, 26 grudnia 2013

Czy ja jestem wystarczająco 'smart' na ten phone? A tak w ogóle to już prawie po

Piękny dzień, nie za oknem, bo tam wichura, ale u nas w domu tak. Przyszły święta, w Wigilię luzik, bo wszystko porobione, tylko upiec chleb, ustroić stół i oczywiście jajka faszerowane dla jeszcze-nie-zięcia, bo to ulubione jego danie (co tam, że u nas jadało się je tylko na Wielkanoc).
Z chlebem zrobiliśmy oczywiście jakieś dziwne czary mary. Oczywiście, bo ja w tym roku wyczyniam jakieś dziwne sztuki nie do końca zrozumiałe dla mnie, nie w moim stylu, że coś psuję, ważę lub przypalam. Wymieszałam mąki różne i ziarna i co tam w przepisie było, ale jakoś niecodziennie, w kazdym razie nie powtórzyłabym tego. Nagrzałam piec na 230, ale na grillu najpierw, bo tak się szybciej kuchenka nagrzewa, przez co mniej prądu się na to zużywa, włożyłam chleb i zmieniłam na konwekcyjne grzanie. No właśnie, miałam taki zamiar, a przekręciło mi się za daleko i włączyłam chłodny nadmuch (nigdy nie wiem, do czego to jest). I chleb stał kolejne 40 minut w tym, przez pierwsze piętnaście pewnie urósł, bo było jeszcze gorąco, a potem sobie tak stał blady. Córka sprawdziła, czy już gotowy i skonstatowała ze zdziwieniem, że cholerka coś blady, wsadziła rękę i chłodnawo. No to w panice piec na właściwe ustawienie i następna godzina już w stopniowo rosnącej temperaturze. Upiekł się i o dziwo był świetny, chyba najlepszy od lat.
Gdybym miała odwalić ten numer po raz drugi, nie potrafiłabym tego zrobić.
W każdym razie dzień uratowany, córka miała swój ulubiony chleb na kolację wigilijną.
Objedliśmy się jak zwykle. Nie, że jakieś ilości, ale po całym dniu gotowania, następnym szykowania, jakoś szybko się człowiek napełnia i nie za wiele daje się wchłonąć. W takiej perspektywie człowiek się zawsze dziwi, że tyle nagotował, naszarpał się i panikował w sprawie ilości potraw. Nihil novi.
Prezenty u nas zawsze między przystawkami zimnymi, a barszczem z uszkami. Dla odpoczynku i spokojności, bo wszyscy, niezależnie, czy lat 6, czy 60, są niecierpliwi dowiedzieć się, co tam w tych paczkach jest? Odkąd nie ma u nas maluchów, kładziemy je już poprzedniego dnia, zapakowane i opisane i czekają, a w nas wzrasta chęć zajrzenia do środka. Niby udajemy, że nie widzimy, ale żurawia zapuszczamy.
No i zaczęło się szaleństwo, książki, drobiazgi, to, co każdy wymarzył, co nie oszukujmy się, i tak by sobie kupił, bo torebka, bo portfel, bo czapka. Było też kilka większych, w moim przypadku smartphone. Postanowiłam wejść na abonament, bo muszę mieć rozmowy międzynarodowe tańsze lub całkiem za darmo limit, ze względu na mamę. A jak bill pay to można było pomyśleć o telefonie, bo z planem tańsze niż takie na kartę 'pay as you go'. No i wybrałam Samsung Galaxy Note 3. Tylko tak było mnie na niego stać, a raczej nie mnie, a Mikołaja. Kilku Mikołajów, bo dzieci się złożyły i przyjaciel rodziny dołożył voucher.
Dostałam telefon i oszalałam.
Z rozpaczy, że taka durna jestem i zacofana, że czuję się jakbym w ciemnym lesie chodziła i tylko momentami wychodzę na polanę, jasność widzę, czyli jakimś cudem udaje mi się znaleźć sms czy coś tam innego, po czym znowu w gąszczu niepewności i dziwnych ikonek się poruszam i tak w koło Macieju. Kiedy przychodzi mi pisać na ekranie dotykowym, to latam po nim palcami jak łyżwiarka na oblodzonych kocich łbach, nigdy nie wiem, gdzie wyląduję, w którą stronę mi palec poleci i co z tego na ekranie jest tekstem, który chciałam napisać, a co jakąś hebrajską mowa.
Ubaw najlepszy mamy, kiedy robimy wybieranie głosowe lub głosowe wyszukiwanie google. Raz podchwyci, raz nie.
Galaxy Note 3 ma tyle funkcji, przydatnych i ciekawych, że aż żal taki mieć i nie korzystać, dlatego muszę jutro usiąść z jakimś filmikiem instruktażowym i podziałać. Wyjść z tego lasu :-)

Pierwszy dzień świąt i drugi to wizyta przyjaciół z dziećmi, a teraz lenistwo i filmy w planie.
A jak Wam minęły święta?